W tym tygodniu w naszej szkole rozpoczęły się testy AP. Są to egzaminy przypominające maturę, przez które można uzyskać kredyty uniwersyteckie. Jeśli w danym roku szkolnym miało się klasę AP, wymagane jest podejście do testu z danego przedmiotu. Niezdanie niczym nie skutkuje, nie dostajemy ocen za wyniki, można tylko zyskać kredyty. Jako że chodzę na psychologię na poziomie AP, w poniedziałek pisałam taki test. Był dosyć trudny, jednak nie różnił się od sprawdzianów pisanych przez nauczycielkę, więc byliśmy przygotowani. Nie wiem, czy zdam, ponieważ nic do testu nie powtarzałam, wyniki się dla mnie do niczego nie zaliczą. O ocenie zostanę poinformowana w lipcu. Aby zdać, trzeba odpowiedzieć poprawnie na co najmniej połowę pytań.
Codziennie odbywają się testy z dwóch rożnych przedmiotów - jeden przed południem, drugi po. Mimo że pisze się je w sali gimnastycznej, to wyłączyli dzwonki w całej szkole, aby nikomu nie przeszkadzać. Cieszę się z tego, bo nie musimy z Mirabelle biec z tańców na angielski na drugi koniec szkoły, możemy normalnie iść i nikt nie zarzuca nam spóźnień. Nauczyciele są wyluzowani, przygotowania do egzaminów zakończone, więc obijamy się na maksa. Wczoraj nie robiliśmy nic na KAŻDEJ z moich lekcji - na historii oglądaliśmy film, na algebrze mieliśmy pracować nad projektem (reklama naszej klasy), więc oczywiście każdy wyciągnął telefon i robił co chciał. Na psychologii oglądaliśmy film, na teatrze panował chaos, bo nie było nauczyciela, na anatomii rozmawialiśmy o tysiącu spraw i o wycieczce pod koniec roku szkolnego, na tańcach rozwiązywaliśmy wykreślanki na ocenę a na angielskim czytaliśmy książkę = 90% klasy włożyło do książki telefon i udawało, że czyta. Obecnie jestem na historii i znowu oglądamy film. Dzisiaj pamiętałam o słuchawkach i ładowarce do telefonu, więc obejrzę coś, co lubię, bo filmy puszczane w klasach nie przypadają mi do gustu. W środę obejrzałam "Zbuntowaną" i już się nie mogę doczekać kolejnej części! Aaaaa!!! Film był genialny!
Od nauczycieli wymagane jest, abyśmy dostali ocenę za projekt. Dlatego na wielu lekcjach robimy aktualnie projekty, większość z nich będzie uznana jako ocena za test końcowy. Nikt nie chce pisać prawdziwego testu, więc wszyscy są zadowoleni. Najbardziej podoba mi się projekt z psychologii: "łamanie norm społecznych". Naszym zadaniem jest zachowanie się dziwnie w dwóch sytuacjach, opisanie swoich uczuć przed, w trakcie i po, przeanalizowanie słynnych eksperymentów psychologicznych na ten temat i napisanie eseju. Dostaliśmy obfitą listę możliwych norm do złamania, możemy też wymyślić własne zadania. Mi najbardziej podoba się punkt "wejdź na krzesło w restauracji i wyrecytuj przysięgę do flagi amerykańskiej". Nie sądzę, abym odważyła się to zrobić, ale byłoby ciekawie. Wybieraliśmy między trzema projektami, jednak ten był najłatwiejszy, więc prawie każdy go wykonuje. Zawsze można zmyślić coś zamiast naprawdę zachowywać się jak kosmita.
Dzisiaj po szkole idę na sleepover do Susi, więc nową notkę przeczytacie dopiero w poniedziałek. Wiem, że ostatnio nie piszę regularnie, brakuje mi czasu i nie jestem w stanie nic na to poradzić, wybaczcie. Staram się jak mogę. Planujemy z Susi zrobić niespodziankę dla Sophie i Mirabelle, i zabrać je do restauracji. Mieszkają w tej samej dzielnicy, więc nie potrzebujemy nikogo do podwożenia, możemy udać się na piechotę. Niedaleko jest centrum miasta, a w nim restauracje, dziewczyny były w nich kilka razy. Planujemy odwiedzić meksykańską knajpę "Spicy Bite". Mirabelle płakała wczoraj na tańcach, ponieważ dostała wiadomość od Leah, naszej koordynatorki, o treści: "muszę w wypełnić dokumenty na ten miesiąc i obecne pytania brzmią: jak się dogadujesz z host rodziną, wyjaśnij, oraz jak przebiegł twój pobyt w Ameryce". Mirabelle odpisała, że wszystko jest super (co jest największym kłamstwem wszechświata, bo Mirabelle nie lubi swojej rodziny i w ogóle się nie dogadują), a potem zaczęła płakać. Dostałam identyczną wiadomość, ale nie mam zamiaru odpisywać. Leah nigdy się nie paliło, kiedy miałam problem, na większość wiadomości nie doczekałam się odpowiedzi. Mam jej dokumenty daleko gdzieś, równie dobrze mogliby mnie porwać do Meksyku pół roku temu i sprzedać na narządy, i nikt by o tym nie wiedział. Dlatego właśnie nie polecam mojej organizacji. Za to Sophie jest o krok od depresji, dwa lata temu miała depresję w Niemczech i widać, że wraca do poprzedniego stanu. Chce przebookować bilet do domu natychmiast, ma już dość USA. Jej host rodzina traktuje ją jak ducha, nigdy nie mówią jej gdzie i kiedy gdzieś wychodzą. Kilka dni temu powiedzieli jej, że pracują w dniu jej odlotu do Niemiec i musi sobie załatwić dojazd na lotnisko. Nie dziwię się, że chce wracać do domu. Stwierdziłyśmy z Susi, że musimy je obie jakoś pocieszyć, stąd dzisiejsza niespodzianka.
piątek, 8 maja 2015
czwartek, 7 maja 2015
Misja zakończona sukcesem
Na wymianę wybrałam się z kilku powodów. Chciałam na zawsze wyjechać z Polski i studiować w USA, co było moim marzeniem od dawien dawna. Nie chciałam nigdy w życiu wracać do polskiej szkoły. W czasie tych dziewięciu miesięcy wiele się wydarzyło, zmieniłam zdanie jeśli chodzi o dwie pierwsze rzeczy, ponieważ rzeczywistość amerykańska jest zupełnie inna, niż sobie wyobrażałam. Trawa jest zawsze zieleńsza po drugiej stronie płotu. Za to dopięłam swego jeśli chodzi o niewracanie do polskiej szkoły. We wtorek zdałam drugą połowę GEDu, a wczoraj otrzymałam oficjalny certyfikat zaświadczający o wykształceniu średnim. Misję zakończyłam sukcesem, w zasadzie to mogłabym już dziś wrócić do Polski.
Po tych dziewięciu miesiącach widzę, że zyskałam o wiele więcej niż mogłam sobie wyobrazić. Mam drugą rodzinę, znajomych z pięciu krajów, spróbowałam jedzenia z całego świata, mowię płynnie po angielsku, zobaczyłam mnóstwo ciekawych miejsc i dowiedziałam się wiele o świecie i kulturach, zarobiłam mnóstwo kasy na babysittingu i wszystko wydałam na zakupy w nowo poznanych sklepach. Nawet w szkole nauczyli mnie czegoś - nigdy nie zapomnę lekcji anatomii i psychologii, rozwinęłam się także na teatrze. Reszta zajęć nie była aż tak ciekawa, ale jedyną klasą, która nie przydała i prawdopodobnie nie przyda mi się jest algebra. Dorobiłam się dodatkowych 9 kg tłuszczu, czego do plusów zaliczyć nie mogę, jednak jest to nieodłączna część wymiany - z siedmiu wymieńców wszystkie przytyłyśmy. Wymiana to niesamowita przygoda, pisze do mnie wiele osób, które zastanawiają się nad wyjazdem, więc odpowiem wszystkim na raz, że jeśli tylko macie możliwość, to wyjedźcie, bo warto.
Obiecałam też zdjęcia ogrodu:
poniedziałek, 4 maja 2015
W parku i na basenie
Jeff odebrał mnie z piżama party u Cindy wcześnie rano, ponieważ wybierali się z Jenn na jego urodzinowy lunch i do kina, i zgodziłam się zająć się chłopcami. Postanowiłam zabrać ich do parku, pogoda była piękna, niech się dzieci pobawią zamiast siedzieć przed telewizorem. Przygotowałam koszyk piknikowy: tosty z masłem orzechowym, jabłka pokrojone w ćwiartki i ukochane żelki chłopców za radą Jenn, które są tutaj uznawane za zdrowe, w końcu skoro nazywają się "fruit snacks", to chyba są zrobione z owoców, a owoce są zdrowe, nieprawdaż? Wysmarowałam ich kremem do opalania 100%, inaczej spaliliby się na wiór, ponieważ w Teksasie słońce góruje na wysokości pod kątem prawie 90 stopni. Ja jestem już opalona na maksa, za to oni nie, bo nie wychodzą na zewnątrz.
Oboje byli wniebowzięci, żebyście widzieli, jak szaleli na placu zabaw! Colt wspinał się wszędzie; na początku bał się drabinki, ale po kilku minutach stanął na samej górze i potrzebował pomocy z zejściem. Liam spędził większość czasu w piaskownicy, a raczej żwirownicy, bo piasek był okropny. Colt później do niego dołączył, co prawda nie wiedzieli, co można robić w piasku, ale dziecięce instynkty wzięły górę i zbudowali zamek a la kopiec kreta z patykiem na czubku. Potem odkryli drzewa przy basenie i zaczęli się na nie wspinać. Jestem dumna z tych łobuzów! Pamiętam jak kiedyś Jeff próbował namówić Colta, aby wszedł na drzewo na parkingu, ale dziecko wystraszyło się wysokości i odmówiło współpracy.
W drodze powrotnej obaj byli zmęczeni, ale za to szczęśliwi jak nigdy. Colt zjadł tosta, w przypływie energii zaczął biegać i zaoferował, że popcha wózek z Liamem. Za każdym razem, kiedy widział śmieć na trawie, chciał go podnieść i wyrzucić do kosza, i oburzał się, jak można tak zaśmiecać środowisko. Jest bardzo dobrze wychowany pod tym względem, Amerykanie zwracają uwagę na zdrowie i pomoc innym. Nie zawsze są w pełni świadomi niektórych rzeczy, np. uważają żelki za zdrowe i nie wiedzą wiele o chemii w jedzeniu, myją ręce trzydzieści razy dziennie i nie wychodzą z domu bez żelu do dezynfekcji rąk (taki alkoholowy płyn), ale trzeba przyznać, że wiele rzeczy robią dobrze.
W drodze powrotnej obaj byli zmęczeni, ale za to szczęśliwi jak nigdy. Colt zjadł tosta, w przypływie energii zaczął biegać i zaoferował, że popcha wózek z Liamem. Za każdym razem, kiedy widział śmieć na trawie, chciał go podnieść i wyrzucić do kosza, i oburzał się, jak można tak zaśmiecać środowisko. Jest bardzo dobrze wychowany pod tym względem, Amerykanie zwracają uwagę na zdrowie i pomoc innym. Nie zawsze są w pełni świadomi niektórych rzeczy, np. uważają żelki za zdrowe i nie wiedzą wiele o chemii w jedzeniu, myją ręce trzydzieści razy dziennie i nie wychodzą z domu bez żelu do dezynfekcji rąk (taki alkoholowy płyn), ale trzeba przyznać, że wiele rzeczy robią dobrze.
Po południu chłopcy bawili się w domu i oglądali bajki, a ja zajęłam się naszym ogrodem i podlałam rośliny. Muszę zrobić zdjęcia i wam pokazać. Do tej pory dojrzała tylko truskawka, którą niestety zjadł ptak, co ciężko przeżyłyśmy. Głupie ptaszysko! Za to kolejna truskawka zaczyna rosnąć, widziałam też dwa malutkie pomidory i papryczki jalapeño, sałata staje się większa z dnia na dzień, a ogórek kwitnie jak szalony.
Aż do obiadu czytałam książkę Nicholasa Sparksa pt. "Dear John". Bardzo mnie wciągnęła, normalnie nie czytam tego gatunku, preferuję fantasy, ale dobra książka to dobra książka, czyta się ją szybko i z ciekawością. Mój nauczyciel polskiego wspominał kiedyś o Sparksie, kiedy omawialiśmy style pisania i z tego powodu postanowiłam sięgnąć po tę książkę. Nie żałuję, polecam.
Po kolacji poszłam na osiedlowy basen. Czekałam na to od piątku, kiedy to otworzyli go po zimowej przerwie. Tak mi się spodobał, że zamierzam chodzić tam tak często, jak tylko się da. W poniedziałki jest zamknięty, ale w każdy inny dzień postaram się korzystać z okazji i pływać do wieczora. Muszę zaprosić do nas Susi któregoś dnia, a nawet wszystkie koleżanki na weekend. Jenn uwielbia Susi i powiedziała mi, że mam ją zapraszać raz w tygodniu :)
PROM!
W sobotę odespałam parę godzin - babysitting przeciągnął mi się do 1:00 w nocy i ledwo utrzymywałam powieki w górze. Ale nie narzekam, do kieszeni wpadła kasa. Z samego rana pojechałyśmy z Jenn na zakupy do Kohl's, ogromnego sklepu z ubraniami niezliczonej ilości marek. W ubiegły weekend przyszedł do nas kupon na 30%, więc grzechem byłoby go nie wykorzystać. Kupiłam strój kąpielowy i trzy bluzki, które zapakowałam już do walizki. Nie chcę ich nosić w USA, a raczej nie chcę ich prać w USA. Tutejsze pralki są beznadziejne, kiepsko piorą, robią dziury i kurczą ubrania. I to nie tylko moja opinia, wszystkie koleżanki zgodnie potwierdzają. Nie wiem, na ile jest to wina proszku, na ile pralki, a na ile suszarki, nieważne, znoszę tutaj moje stare ubrania, a nowe zabiorę do Polski. Kiedy podliczyłam ceny na metkach, wyszło 140$ za całe zakupy, jednak przy amerykańskich zniżkach plus kuponie 30% (promocje się łączą) wyszło 60$. Kocham robić zakupy w USA.
Następnie wstąpiłyśmy do cukierni "Nothing Bundt Cakes". Bundt cake to po angielsku ciasto a la babka. Obie słyszałyśmy o niej bardzo dobre opinie. Wnętrze prezentowało się pięknie, na sam widok zachciewało się kupić wszystkie dostępne smaki babek. Zdegustowałyśmy ciasto truskawkowe, było przepyszne! Po bardzo, ale to bardzo długim namyśle zdecydowałyśmy się na trzy małe babki: cynamonową, orzechową i żurawinowo-białoczekoladową. Zjadłyśmy je po południu, były bardzo dobre, choć wszystkie smakowały podobnie - ten sam przepis na ciasto. Najbardziej smakowała mi babka truskawkowa z degustacji. Jenn powiedziała, że kiedy zorganizujemy piżama party u nas w domu, kupi duże ciasto z tej cukierni.
Po powrocie do domu Jenn, Jeff i Colt pojechali na urodziny jakiejś dziewczynki do centrum zabaw, a ja zostałam w domu z drzemającym Liamem. Nadszedł czas na przygotowania do promu. Pamiętałam o nakręcaniu wszystkiego, aby zmontować filmik na YouTube o promie, zobaczycie go za niecałe dwa tygodnie. Uczesałam się w koka, zamiast lakieru do włosów użyłam roztworu wody z cukrem i muszę wam powiedzieć, że sprawdził się świetnie! Wyrzućcie chemikalia i zainwestujcie w cukier, będziecie zdrowsi, a fryzura tylko zyska. Od kilku dni myję też zęby pastą domowej roboty składającą się z oleju kokosowego i sody, sprawdza się fantastycznie, w życiu nie miałam czystszych i gładszych zębów. Wystarczy zmieszać obie te substancje w proporcjach 1:1 (mniej więcej) i pasta gotowa. Mam dość amerykańskiego życia w chemikaliach, muszę odsyfić swoje ciało. Od dwóch tygodni mam katar spowodowany nadmiarem glutenu i chemią, więc chcę się oczyścić z tych wszystkich świństw. Zainspirowała mnie Shailene Woodley.
Jeff zawiózł mnie do Cindy, gdzie spotkałyśmy się z Susi, Mirabelle i Sophie. O szóstej miała przyjechać po nas limuzyna. Miała, ale nie przyjechała. Zadzwoniłyśmy do wypożyczalni i okazało się, że nie wpisali nas na listę i nie mieli dla nas pojazdu. Dziewczyny o mało co nie wyszły ze skóry. Na szczęście host mama Cindy zaproponowała, że nas zawiezie. Najpierw pojechałyśmy do parku, gdzie spotkałyśmy się z Micaelą i zrobiłyśmy kilka zdjęć. Jej znajoma fotografka mówiła nam, jak mamy się ustawić, co średnio przypadło mi do gustu, bo zdjęcia wyszły w mojej opinii brzydko i ekstremalnie amerykańsko. Wtrąciłam się kilka razy i udało nam się zrobić też kilka normalnych, gdzie stoimy jak ludzie, a nie jak konie. Następnie udałyśmy się do włoskiej restauracji "Carino's" na dinner. Tam dołączyła do nas koleżanka Micaeli, Lara, jej host siostra oraz koleżanka host siostry. Jedzenie było pyszne, oczywiście w nienormalnych ilościach, ale cóż na to poradzić.
Z restauracji odebrała nas limuzyna, kierowca nareszcie ogarnął się i znalazł dla nas pojazd. Zdecydowałyśmy, że przed promem chcemy pojeździć po mieście, w końcu cena byłaby identyczna, a niecodziennie ma się okazję na takie przygody. Było nas tylko siedem, ponieważ dziewczyny, z którymi spotkałyśmy się w restauracji, nie mogły zostawić tam swojego samochodu. Świetnie się bawiłyśmy, puściłyśmy muzykę na maksa i otworzyłyśmy okna na autostradzie. Jako jedyna zapięłam pas, w ramach zapobiegania śmierci! Nigdy nie wiadomo, kiedy otworzą się drzwi lub ktoś w nas uderzy! Wyglądałyśmy przez okno, krzyczałyśmy do ludzi, robiłyśmy zdjęcia i śpiewałyśmy na cały głos.
Po dwudziestu minutach powiedziałyśmy kierowcy, że chcemy udać się na prom. Po pół godzinie jazdy zaczęłyśmy się niepokoić. Okazało się, że koleś nie miał pojęcia, gdzie my w ogóle jedziemy. Chciał nas zostawić w zupełnie innym miejscu, na szczęście w porę zorientowałyśmy się, że to nie jest sala balowa. Wyszukał odpowiedni adres i znów wyjechaliśmy na drogę. Po kwadransie Susi zauważyła, że jeździmy w kółko i trzeci raz mijamy ten sam sklep. Ten kierowca to totalny idiota, dawno nie spotkałam tak tępej osoby, nic do niego nie docierało. Po baaaaaardzo długiej jeździe urozmaiconej przystankiem w McDonaldzie, gdzie zapytał o drogę, licznych telefonach do znajomych i pomocy GPS dotarłyśmy na miejsce. Było po dziesiątej, a prom zaczął się o ósmej.
Na filmach prom wygląda lepiej, zaznaczę to na wstępie. Dekoracje prezentowały się bardzo fajne, tematem przewodnim była "Alicja w Krainie Czarów". Do sali wchodziło się przez tunel z balonów przypominający las, w środku na licznych stołach leżały kolorowe kapelusze, karty do gry, zające i kwiaty. Parkiet był zatłoczony maksymalnie, mnóstwo dziewczyn tańczyło na bosaka, niewygodne obcasy zostawiły przy swoich stolikach. Za to muzyka była badziewna, dziwne że nie puścili country, jednak było blisko. Nie mam pojęcia, kiedy wybrano króla i królową balu, wszystko odbyło się szybko i bez specjalnego zainteresowania. Zabawa polegała na krążeniu między ludźmi w garniturach i sukienkach z tysiącami cekin i kamieni, którym mimo wszystko daleko było do sukni z filmów. Moja sukienka była zwyczajna, nosiłam ją na Wielkanoc, do tego założyłam żakiet i zwykłe sandały. Byłam przekonana, że mój ubiór zostanie uznany za niedopasowany do okazji, jednak wszystkie napotkane koleżanki wychwalały go. Naoglądałam się zbyt wielu filmów.
Dostępne były trzy atrakcje: dwie budki ze zdjęciami oraz przekąski. Zacznę od skrytykowania przekąsek. Menu prezentowało się następująco: M&M's, Jelly Beans, żelki, ohydne ciastka (nie próbowałam, wierzę koleżankom na słowo), jako tako smaczne babeczki z budyniem oraz genetycznie modyfikowane dojrzewające bez słońca truskawki zanurzone w wyrobie czekoladopodobnym. Wybór napojów także nie powalał: przesłodzona lemoniada o smaku proszku do prania oraz woda w temperaturze zbyt niskiej, aby była zdatna do picia. Pragnienie zaspokoiłam kranówą z łazienki (w USA picie wody z kranu jest normalne). Wbrew powyższemu opisowi byłam pozytywnie zaskoczona, ponieważ nie spodziewałam się jakichkolwiek przekąsek. Nie były aż takie katastrofalne, ale przy cenie biletu 50$ czegoś się jednak wymaga.
Zrobiłyśmy sobie typowe dla promu zdjęcie grupowe u pierwszego z fotografów, któraś z nas dostała je na maila, muszę się dowiedzieć która i przesłać je do siebie. Drugie miejsce na zdjęcia było nietypowe. Najpierw wybierało się dowolne rekwizyty z "Krainy Czarów", następnie fotograf pstrykał dwa zdjęcia i otrzymywało się jedną kopię, za to dostawało się ją także na maila. Było super, wynegocjowałam prawdziwe zdjęcia od koleżanek, więc jestem w pełni zadowolona i usatysfakcjonowana.
Prom skończył się równo o północy, trzydzieści sekund później razem z moim koleżankami byłyśmy jedynymi, które zostały na sali poza nauczycielami i ochroną. Powiedziano nam, że możemy zabrać ze sobą co tylko chcemy - dekoracje, jedzenie, wszystko! Susi zabrała królika za 27,99$ i rozważa sprzedanie go na eBayu, Mirabelle i Cindy wzięły kolorowe kapelusze. Przy wyjściu dostałyśmy paczki prezentowe - kolejne zaskoczenie! Z balu odebrała nas host mama Cindy, w drodze do jej domu na piżama party otworzyłyśmy nasze podarunki z promu. W każdym z pudełek znajdował się T-shirt, bardzo ładny kubek z łyżeczką i karty do gry, wszystko z "Alicji...". Częściowo jestem zawiedziona promem, myślałam, że skoro niektórzy wydają 1000$ (słownie: tysiąc dolarów) na sukienkę i te sprawy, oraz twierdzą, że to najlepsza i najważniejsza noc w ich życiu, to będzie ona trochę bardziej... nie mogę się wysłowić... luksusowa, ale z drugiej strony wiele rzeczy pozytywnie mnie zaskoczyło i na pewno będę dobrze wspominać całe wydarzenie.
U Cindy poszłyśmy spać praktycznie od razu, trochę porozmawiałyśmy, ale byłyśmy padnięte. Jako jedna wzięłam prysznic, posiadam tę dziwną cechę, że nie potrafię spać, jeśli nie umyję się, tym bardziej kiedy mam tapetę na twarzy i cukier na włosach. Wysłałam wiadomość do mamy, która niedawno się obudziła, a ja dopiero szłam spać. Życie byłoby o wiele mniej skomplikowane, gdyby nie było stref czasowych.
Następnie wstąpiłyśmy do cukierni "Nothing Bundt Cakes". Bundt cake to po angielsku ciasto a la babka. Obie słyszałyśmy o niej bardzo dobre opinie. Wnętrze prezentowało się pięknie, na sam widok zachciewało się kupić wszystkie dostępne smaki babek. Zdegustowałyśmy ciasto truskawkowe, było przepyszne! Po bardzo, ale to bardzo długim namyśle zdecydowałyśmy się na trzy małe babki: cynamonową, orzechową i żurawinowo-białoczekoladową. Zjadłyśmy je po południu, były bardzo dobre, choć wszystkie smakowały podobnie - ten sam przepis na ciasto. Najbardziej smakowała mi babka truskawkowa z degustacji. Jenn powiedziała, że kiedy zorganizujemy piżama party u nas w domu, kupi duże ciasto z tej cukierni.
Po powrocie do domu Jenn, Jeff i Colt pojechali na urodziny jakiejś dziewczynki do centrum zabaw, a ja zostałam w domu z drzemającym Liamem. Nadszedł czas na przygotowania do promu. Pamiętałam o nakręcaniu wszystkiego, aby zmontować filmik na YouTube o promie, zobaczycie go za niecałe dwa tygodnie. Uczesałam się w koka, zamiast lakieru do włosów użyłam roztworu wody z cukrem i muszę wam powiedzieć, że sprawdził się świetnie! Wyrzućcie chemikalia i zainwestujcie w cukier, będziecie zdrowsi, a fryzura tylko zyska. Od kilku dni myję też zęby pastą domowej roboty składającą się z oleju kokosowego i sody, sprawdza się fantastycznie, w życiu nie miałam czystszych i gładszych zębów. Wystarczy zmieszać obie te substancje w proporcjach 1:1 (mniej więcej) i pasta gotowa. Mam dość amerykańskiego życia w chemikaliach, muszę odsyfić swoje ciało. Od dwóch tygodni mam katar spowodowany nadmiarem glutenu i chemią, więc chcę się oczyścić z tych wszystkich świństw. Zainspirowała mnie Shailene Woodley.
Jeff zawiózł mnie do Cindy, gdzie spotkałyśmy się z Susi, Mirabelle i Sophie. O szóstej miała przyjechać po nas limuzyna. Miała, ale nie przyjechała. Zadzwoniłyśmy do wypożyczalni i okazało się, że nie wpisali nas na listę i nie mieli dla nas pojazdu. Dziewczyny o mało co nie wyszły ze skóry. Na szczęście host mama Cindy zaproponowała, że nas zawiezie. Najpierw pojechałyśmy do parku, gdzie spotkałyśmy się z Micaelą i zrobiłyśmy kilka zdjęć. Jej znajoma fotografka mówiła nam, jak mamy się ustawić, co średnio przypadło mi do gustu, bo zdjęcia wyszły w mojej opinii brzydko i ekstremalnie amerykańsko. Wtrąciłam się kilka razy i udało nam się zrobić też kilka normalnych, gdzie stoimy jak ludzie, a nie jak konie. Następnie udałyśmy się do włoskiej restauracji "Carino's" na dinner. Tam dołączyła do nas koleżanka Micaeli, Lara, jej host siostra oraz koleżanka host siostry. Jedzenie było pyszne, oczywiście w nienormalnych ilościach, ale cóż na to poradzić.
![]() |
| parmezan zapiekany z bakłażanem + spaghetti |
Z restauracji odebrała nas limuzyna, kierowca nareszcie ogarnął się i znalazł dla nas pojazd. Zdecydowałyśmy, że przed promem chcemy pojeździć po mieście, w końcu cena byłaby identyczna, a niecodziennie ma się okazję na takie przygody. Było nas tylko siedem, ponieważ dziewczyny, z którymi spotkałyśmy się w restauracji, nie mogły zostawić tam swojego samochodu. Świetnie się bawiłyśmy, puściłyśmy muzykę na maksa i otworzyłyśmy okna na autostradzie. Jako jedyna zapięłam pas, w ramach zapobiegania śmierci! Nigdy nie wiadomo, kiedy otworzą się drzwi lub ktoś w nas uderzy! Wyglądałyśmy przez okno, krzyczałyśmy do ludzi, robiłyśmy zdjęcia i śpiewałyśmy na cały głos.
![]() |
| I'm the boss |
Po dwudziestu minutach powiedziałyśmy kierowcy, że chcemy udać się na prom. Po pół godzinie jazdy zaczęłyśmy się niepokoić. Okazało się, że koleś nie miał pojęcia, gdzie my w ogóle jedziemy. Chciał nas zostawić w zupełnie innym miejscu, na szczęście w porę zorientowałyśmy się, że to nie jest sala balowa. Wyszukał odpowiedni adres i znów wyjechaliśmy na drogę. Po kwadransie Susi zauważyła, że jeździmy w kółko i trzeci raz mijamy ten sam sklep. Ten kierowca to totalny idiota, dawno nie spotkałam tak tępej osoby, nic do niego nie docierało. Po baaaaaardzo długiej jeździe urozmaiconej przystankiem w McDonaldzie, gdzie zapytał o drogę, licznych telefonach do znajomych i pomocy GPS dotarłyśmy na miejsce. Było po dziesiątej, a prom zaczął się o ósmej.
Na filmach prom wygląda lepiej, zaznaczę to na wstępie. Dekoracje prezentowały się bardzo fajne, tematem przewodnim była "Alicja w Krainie Czarów". Do sali wchodziło się przez tunel z balonów przypominający las, w środku na licznych stołach leżały kolorowe kapelusze, karty do gry, zające i kwiaty. Parkiet był zatłoczony maksymalnie, mnóstwo dziewczyn tańczyło na bosaka, niewygodne obcasy zostawiły przy swoich stolikach. Za to muzyka była badziewna, dziwne że nie puścili country, jednak było blisko. Nie mam pojęcia, kiedy wybrano króla i królową balu, wszystko odbyło się szybko i bez specjalnego zainteresowania. Zabawa polegała na krążeniu między ludźmi w garniturach i sukienkach z tysiącami cekin i kamieni, którym mimo wszystko daleko było do sukni z filmów. Moja sukienka była zwyczajna, nosiłam ją na Wielkanoc, do tego założyłam żakiet i zwykłe sandały. Byłam przekonana, że mój ubiór zostanie uznany za niedopasowany do okazji, jednak wszystkie napotkane koleżanki wychwalały go. Naoglądałam się zbyt wielu filmów.
![]() |
| buty zdjęte, chodź podbić parkiet! |
![]() |
| wejście do Krainy Czarów |
![]() |
| przekąski |
![]() |
| mini golf |
Dostępne były trzy atrakcje: dwie budki ze zdjęciami oraz przekąski. Zacznę od skrytykowania przekąsek. Menu prezentowało się następująco: M&M's, Jelly Beans, żelki, ohydne ciastka (nie próbowałam, wierzę koleżankom na słowo), jako tako smaczne babeczki z budyniem oraz genetycznie modyfikowane dojrzewające bez słońca truskawki zanurzone w wyrobie czekoladopodobnym. Wybór napojów także nie powalał: przesłodzona lemoniada o smaku proszku do prania oraz woda w temperaturze zbyt niskiej, aby była zdatna do picia. Pragnienie zaspokoiłam kranówą z łazienki (w USA picie wody z kranu jest normalne). Wbrew powyższemu opisowi byłam pozytywnie zaskoczona, ponieważ nie spodziewałam się jakichkolwiek przekąsek. Nie były aż takie katastrofalne, ale przy cenie biletu 50$ czegoś się jednak wymaga.
Zrobiłyśmy sobie typowe dla promu zdjęcie grupowe u pierwszego z fotografów, któraś z nas dostała je na maila, muszę się dowiedzieć która i przesłać je do siebie. Drugie miejsce na zdjęcia było nietypowe. Najpierw wybierało się dowolne rekwizyty z "Krainy Czarów", następnie fotograf pstrykał dwa zdjęcia i otrzymywało się jedną kopię, za to dostawało się ją także na maila. Było super, wynegocjowałam prawdziwe zdjęcia od koleżanek, więc jestem w pełni zadowolona i usatysfakcjonowana.
![]() |
| Skrócić o głowę! |
![]() |
| I love $ |
![]() |
| Moja koleżanka Lexa w sukience za 700$ |
![]() |
| Z Samem - ex host bratem |
![]() |
| kiepskie zdjęcia, ale możecie pooglądać sukienki |
![]() |
| DJ |
![]() |
| bo po co komu buty |
Subskrybuj:
Posty (Atom)








































.jpg)










