sobota, 31 stycznia 2015

DZIEŃ 10 - Nareszcie piątek!

Nareszcie nadszedł piątek. Po pracowitym tygodniu miło było nie przejmować się zadaniem domowym po powrocie ze szkoły, zwłaszcza że wczoraj miałam go po dziurki w nosie.

Test z psychologii poszedł mi przyzwoicie, wręcz świetnie, biorąc pod uwagę poziom trudności. Uczyłam się od kilku dni, powtórzyłam część materiału rano w autobusie, część przeczytałam na lekcjach. Właśnie skończyliśmy dział o języku, mowie i myśleniu.

Na algebrze mieliśmy quiz, o którym nie wiedziałam, ponieważ nauczyciel ogłosił go wczoraj, a mnie nie było w szkole. Na szczęście amerykańscy nauczyciele w znacznej większości są wyrozumiali i podchodzą do ucznia jak do człowieka a nie niewolnika, ich pracą jest nauczanie a nie pokazanie, że nic nie potrafimy. Szybko wytłumaczył mi polecenia, których nie rozumiałam, więc powinnam dostać A.

Na historii wypełnialiśmy kserówki dotyczące życia podczas II Wojny Światowej w USA. Mieliśmy za zadanie interpretować różnego rodzaju ogłoszenia i plakaty z tamtych czasów, nowo powstałe prawa i wyjaśnić, dlaczego je wprowadzono. Klasa dostała je już wczoraj, ale nauczyciel pamiętał, że byłam nieobecna, więc po ogłoszeniu "Take out your paper that you were given yesterday" dodał z uśmiechem "I have one for you, Ms. Maria".

Ostatnio Jenn wyjaśniła mi różnicę pomiędzy skrótem Ms. a Mrs. Oba czyta się "miss", więc ciekawiło mnie to już od dawna. Okazuje się, że Mrs. używa się wtedy, kiedy żona przyjmie nazwisko męża, w pozostałych przypadkach jest to Ms. Zauważyłam, że w USA większość kobiet pozostaje przy swoich nazwiskach.

Na tańcach oglądaliśmy "Auta", mój ulubiony animowany film Disneya, ale żeby nie siedzieć biernie na podłodze, to się porozciągałam i ćwiczyłam piruety. Trzeba wykorzystać każdy moment, kiedy ma się dostępne lustro do tańca!

Na teatrze przerabiamy "Commedia dell'Arte" i wymyślamy przedstawienia w 6-osobowych grupach. Wybrałam rolę Arlekina, ponieważ najbardziej do mnie pasowała - mogę robić akrobacje na scenie. Do tego każdy ma zaprojektować maskę do swojej roli, a później ją wykonać.

Na anatomii przez cały tydzień wykonujemy doświadczenia dotyczące męczenia się mięśni. Pierwszego dnia zgrzałam się skacząc pajacyki przez 5 minut, innego dnia moim zadaniem było ściskanie dłonią specjalnego urządzenia dwukrotnie przez 100 sekund. Za każdym razem, kiedy pracujemy w grupach i jedna z osób ma wykonać ćwiczenie, zgłaszam się na ochotnika,  ponieważ lubię widzieć moje własne wyniki.

Na angielskim dalej czytaliśmy książkę "Of Mice and Men", która jest nudna, ale nauczyciel przerywa co chwilę i tłumaczy po ludzku, co się wydarzyło, więc nie zasypiam. Jednak gdybym zasnęła na jakiejkolwiek lekcji, może za wyjątkiem tańca, to nikt by się nie czepiał, nie dostałabym także uwagi. Chyba że zdarzałoby się to często i spowodowało pogorszenie się w nauce, wtedy zaczęliby ze mną rozmawiać.

Dziś dostałam darmowy lunch w szkole, ponieważ miałam stuprocentową frekwencję w pierwszym semestrze. Nie było to nic szczególnego, lekki fast food, zdjęcie jest na dole.

Kiedy wróciłam do domu, na łóżku leżała przesyłka z Polski. Pierwszy prezent urodzinowy! I to jeszcze jaki! Rodzice wysłali mi książkę ze zdjęciami podsumowującymi 18 lat mojego życia. Bardzo mi się podobały strony, gdzie widniały dwa podobne, prawie identyczne zdjęcia, tyle że jedno z nich było zrobione całkiem niedawno, a drugie baaaardzo dawno temu. Roześmiałam się czytając moje stare listy do Mikołaja, w życiu bym się nie spodziewała, co na nich powypisywałam. Nagrałam swoją reakcję, wyślę ją mamie w mailu :)

O 18:00 pojechaliśmy z hostami do najlepszej meksykańskiej restauracji w Austin, która właśnie przeżywała oblężenie. Wysadziliśmy Jenn przy drzwiach, żeby mogła jak najszybciej stanąć w kolejce oczekujących na przydzielenie stolika, po czym przez 15 minut polowaliśmy na miejsce parkingowe (i to nie był mały parking, na pewno mieścił ponad 100 aut). W lokalu czekaliśmy ponad pół godziny, oglądałam w tym czasie kucharzy przez szklaną ścianę. Nie mam pojęcia, jak można gotować w takim tempie, ledwo nadążałam wzrokiem za ich rękami. Kiedy w końcu dostaliśmy stolik, podano nam koszyk z nachosami i salsą, w życiu nie jadłam lepszych nachosów. Wybór dania zajął nam kolejne 15 minut, oczekiwanie przynajmniej pół godziny. Do domu wróciliśmy o 21:30.

Zapytałam Jenn, czy w USA ktokolwiek je widelcem i nożem. Poprosiła mnie o zdefiniowanie "widelcem i nożem", więc wyjaśniłam, że mam na myśl jedzenie oboma rękami jednocześnie, nóż w prawej, widelec w lewej ręce. Powiedziała mi, że noża używa się tylko do mięsa, które kroi się przed jedzeniem, potem odkłada się go na bok i je się widelcem. Powiedziała, że jeśli ktoś je widelcem i nożem, to jest to dziwnie odbierane, ponieważ oznacza to, że ktoś chce wyjeść wszystko z talerza i musi sobie pomagać nożem, żeby zgarnąć wszystko na widelec. Jednak później stwierdziła, że nikogo nie obchodzi, jak inni jedzą, nikt nawet nie zwróci na to uwagi. Każdy jest z innego kraju, gdzie je się w inny sposób, więc można jeść jak tylko się chce. Wszyscy trzymają łokcie na stole albo chowają ręce pod stołem, siekają widelcami, a o mowie sztućców bałam się już wspomnieć, bo nie mam pojęcia, co by sobie pomyśleli.

Jeśli kogoś interesują nasze rozmowy po angielsku, to właśnie tak to wygląda.

Kiedy udało mi się uporać z zadaniem domowym, zdecydowałam, że muszę potańczyć, ponieważ w najbliższych dniach na pewno nie będę mieć na to czasu, a nie chcę mieć zakwasów. Następnie zjadłam kolację, wzięłam prysznic i wykończona padłam na łóżko. Do tego wszystko mnie bolało przez okropną cudowną pogodę. Muszę zainwestować w krem przeciwsłoneczny.

Podsumowanie dnia:

Sport: 
taniec - 30 minut

Jedzenie:
śniadanie: makaron sprzed paru dni
przekąska: orzechy ziemne, cashews i migdały
lunch: widać na zdjęciu :)
dinner: koszyk nachosów, enchilady z krewetkami, ryż i jakaś fasola, "surówka" z guacamoli

Ocena:
4

śniadanie

przekąska (tylko orzechy)

lunch - ciastka i lemoniadę oddałam koleżankom :)

"surówka"

nachosy

moje danie - jak zwykle zalane serem, ściągnęłam go na bok

DZIEŃ 9 - Sportowy dzień buraka

Zbiórka drużyny tenisowej odbyła się o 6:50 przy sali gimnastycznej. Nie wszyscy brali udział w zawodach, jedynie 12 osób, wiec zmieściliśmy się do samochodów naszych dwóch trenerek i wyruszyliśmy na turniej do San Marcos. Po drodze wstąpiliśmy do McDonalda na śniadanie, zamówiłam Egg McMuffin, który mi smakował i owsiankę z owocami, która była obrzydliwa - tak ją posłodzili, że nie dało sie tego zjeść. Następnie wyruszyliśmy w dalszą drogę, na miejsce dojechaliśmy przed ósmą. W jednej szkole wysadziliśmy tą część drużyny, która grała singles, później udaliśmy się do innej szkoły, w której odbywał się turniej doubles. Grałam właśnie doubles z moją koleżanką Sarah.

Dostępnych było 8 kortów, więc nie wszyscy mogli grać jednocześnie. Musiałyśmy czekać na swoją kolej, pogoda była tragiczna, zamarzałam w legginsach do kolan i w polarze, co dopiero pozostali w szortach. Około dziesiątej rozpoczęłyśmy z Sarah pierwszy mecz, który udało nam się wygrać po remisie w drugim secie. Akurat wtedy wyszło słońce, na początku było super, za to później pożałowałam ładnej pogody. Nasz mecz trwał tak długo, że opóźnił kolejkę, więc miałyśmy tylko kilka minut przerwy, potem rozegrałyśmy drugi mecz. Tym razem o mało co się nie roztopiłam na korcie, tak było gorąco. Ten mecz przegrałyśmy, a trzeci poszedł nam jeszcze gorzej, ponieważ miałyśmy mniej więcej trzyminutową przerwę pomiędzy nimi oboma. Wyobraźcie sobie, że gracie w siatkówkę plażową w upalny dzień od 10:00 do 15:00, a teraz dodajcie do tego legginsy i T-shirt i odejmijcie morze. Wynik? Dobrze, że nie dostałam udaru. Ale poza tym było super...

... pomijając fakt, że zamieniłam się w buraka. Tak się spaliłam na słońcu, że moje czoło stało się czerwone, oczy pozostały nietknięte, policzki wyglądały jak dwa dojrzałe pomidory, a pod nimi został biały pas na dole twarzy. Ręce czerwone, nogi trójkolorowe: łydki zaróżowione, kolana brązowe (w trakcie drugiego meczu podciągnęłam legginsy), uda białe. Miałam nadzieję, że kiedy rano się obudzę, do będzie lepiej. Nie mogłam się bardziej pomylić. Zburaczałam jeszcze bardziej. Uratował mnie kredko-korektor, doprowadziłam się do stanu, w którym mogłam wyjść na zewnątrz i nikt nie mylił mnie ze znakiem stopu. Jedna dziewczyna w szkole zapytała mnie, czy się poparzyłam na słońcu, za to Sophie stwierdziła, że nie zauważyła różnicy (wielkie dzięki, Sophie!).

Po powrocie do domu musiałam nadrobić cały dzień szkoły: napisać wypracowanie, nauczyć się na sprawdzian z psychologii, zdefiniować ok. 30 psychologicznych słówek, przeanalizować 15 pytań, rozwiązać 20 piekielnie trudnych zadań na algebrę, którymi tak się zirytowałam, że zaspamowałam konwersację na facebooku z moimi koleżankami-wymieńcami:
  • czwartek
  • Maria Krasowska
    Maria Krasowska
    Does any of you have answers to todays algebra worksheet with those letters and continents?
    I really don't feel like doing it, it's hard and I'm exhausted
    HELP ME
    that makes no sense, I'm solving these dumb problems and most of them don't have answers
    this is STUPID
    I HATE ALGEBRA
    AAAAAAAAAAAAA
    !!!!!!!!!!!!!!!!!!!!
  • Mirabelle
    We need write formal letter today, we don't have same teacher for algebra so I don't know this
  • Mirabelle Li
    Mirabelle

  • Maria Krasowska
    Maria Krasowska
    Oh my god I'm so gonna die here!
  • Mirabelle Li
    Mirabelle
    Like this <picture:letter>
  • Maria Krasowska
    Maria Krasowska
    I know
    we have this class together xD
  • Mirabelle Li
    Mirabelle
    Just this
  • Mirabelle Li
    Mirabelle
    Tomorrow I can't go, because Quinlin has action, my host family need to go to watch it, maybe we can go the other time, how about Sunday? Because Saturday is Maria 's birthday party.
  • Maria Krasowska
    Maria Krasowska
    I SO DID IT! Desperate polish girl found a calculator online that did the whole job for me xD
  • czwartek
  • Sophie Jambrek
    Sophie
    Hahaha Maria I always do my homework with online calculators


Jeśli kogoś interesują nasze rozmowy po angielsku, to właśnie tak to wygląda.

Kiedy udało mi się uporać z zadaniem domowym, zdecydowałam, że muszę potańczyć, ponieważ w najbliższych dniach na pewno nie będę mieć na to czasu, a nie chcę mieć zakwasów. Następnie zjadłam kolację, wzięłam prysznic i wykończona padłam na łóżko. Do tego wszystko mnie bolało przez okropną cudowną pogodę. Muszę zainwestować w krem przeciwsłoneczny.

Podsumowanie dnia:

Sport: 
tenis - jakieś 5 godzin
taniec - 1 godzina
Jedzenie:
śniadanie: Egg McMuffin i 2/3 owsianki
przekąska: sałatka z pierwszego zdjęcia
lunch: kanapka z Subwaya podzielona na pół - w przerwie między meczami miałam czas tylko na kilka gryzów
kolacja: jogurt z pierwszego zdjęcia, pół grejpfruta, mały kawałek ciasta dyniowego

Ocena:
5

zjadłam tylko jogurt i sałatkę

Mcdonalds

lunch na tenisie

czwartek, 29 stycznia 2015

DZIEŃ 8 - Wygrałam pierwszy mecz!

Dzisiaj na tenisie wygrałam mecz z jedną z moich koleżanek, więc trenerka postanowiła zabrać mnie jutro na zawody, ponieważ jedna z dziewczyn się rozchorowała i zwolniło się miejsce. Grałam inną rakietą niż zazwyczaj, na początku szło mi koszmarnie. Zazwyczaj odbijam piłkę zbyt lekko i trafiam w siatkę, jednak dzięki tej rakiecie wybiłam kilka piłek aż za kort. Jednak szybko się do niej przyzwyczaiłam i udało mi się wygrać mecz 6-5. Od grudnia poczyniłam spore postępy, a dzięki codziennym treningom spełnią się słowa trenerki, że do końca sezonu stanę się zawodową tenisistką.

Po tenisie od razu poszłam do pracy, kolejne 15$ wpadło mi do kieszeni. Dzieciaki zachowywały się koszmarnie, malowały po ścianach, krzyczały, płakały, rozrabiały, biły, itp, na szczęście mama była cały czas w domu i prosiła mnie o pomoc przy tych, które akurat były grzeczne. Ma świadomość, że jej dzieci są lekko mówiąc niesforne, więc nigdy mnie o nic nie obwinia, za to dziękuje za cierpliwość.

Podsumowanie dnia:

Sport: 
tenis - 70 minut

Jedzenie:
śniadanie: jajecznica z cebulą, szpinak, pomidorki koktajlowe
lunch: makaron z wczorajsza, pomidorki + małe szkolne jabłko
przekąska: jabłko i jogurt limonkowy z musli
kolacja: (podczas babysittingu) kurczak, spaghetti, brokuły i kalafior, pomidor, orzechy

Ocena:
5+

Zważyłam się dziś wieczorem, wynik = 62 kg! Schudłam kilogram przez ostatnie siedem dni, oby tak dalej!
Zdjęcia jedzenia oraz dwójki młodszych dzieci, którymi się opiekuję:






Sophie 
Ozzie

środa, 28 stycznia 2015

DZIEŃ 7 - To już tydzień!

Od tygodnia odżywiam się "zdrowo", przynajmniej jak na Amerykę, nie licząc ciastek na piątkową kolację. Jutro się zważę i zobaczymy, czy moja dieta wymaga modyfikacji. Po ciuchach ciężko ocenić, ponieważ już dawno temu porzuciłam jeansy i niewygodnie ubrania na rzecz legginsów i dresów, co nie sprzyja odchudzaniu, ale nie chce mi się codziennie przebierać na trening tenisa i na tańce. O wiele wygodniej założyć rozciągliwe portki, adidasy i polar.

Podsumowanie dnia:

Sport: 
tenis - 1 godzina

Jedzenie:
śniadanie: owsianka z orzeszkami ziemnymi, jabłko z Teksasu
lunch: sałatka z papryką, pomidorem, burakami, migdałami, serem żółtym, szczypiorkiem i odrobiną sosu sezamowego
przekąska: tortilla ze śmietaną i warzywami, marchewka
kolacja: makaron z warzywami, sosem pomidorowym i serem żółtym, pomidorki + ogryzek z jabłka (tak, sam ogryzek, resztę zjadł Colt :D) i pół grejpfruta

Ocena:
5

Zdjęcia jedzenia:
śniadanie

lunch

przekąska

kolacja

Dzisiejsza pogoda!

wtorek, 27 stycznia 2015

DZIEŃ 6 - Rynek religii

Na każdym kolejnym treningu tenisa robię spore postępy, nie tylko nauczyłam się trafiać w piłkę z backhandu, ale potrafię przebić ją przez siatkę! Idzie mi bardzo dobrze, koleżanki mnie chwalą, kiedy coś mi wychodzi. W Ameryce ludzie mają w zwyczaju mówienie "that was good", "good try", "good shot" gdy tylko coś się komuś uda. Jest to bardzo motywujące, niekoniecznie w 100% szczere, ale przynajmniej nie czuję się jak zawalidroga, której każdy chce się pozbyć, bo nic nie umie i tylko zawadza. Koleżanki dają mi dużo rad i mnie motywują.

Kiedy wróciłam do domu i zjadłam dinner, to tak się rozgadałam z host mamą, że się zrobiła 21:30. Rozmawiałyśmy o różnych religiach (oraz o milionie innych rzeczy), bardzo ją interesował fakt, że w Polsce jest tylko jedna religia. Opowiedziałam jej, że prawie nikt nie chodzi już do kościoła, ponieważ młodzi ludzie nie widzą w tym sensu i to jest nudne. Od dziecka byli pchani w stronę katolicyzmu poprzez chrzest, komunię, religię w szkole, rodziców, dziadków, siostrę zakonną, która straszyła, że jak przeczytają Harry'ego Pottera to ich szatan opęta, a jak ubiorą bluzkę z Hello Kitty to będzie jeszcze gorzej. W Ameryce jest inaczej: każdy wybiera religię, która jest dla niego najodpowiedniejsza, więc wyznaje ją w pełni, uczestniczy we wszystkich kościelnych obrzędach, spotkaniach, misjach itp. Sam to dla siebie wybrał i jest w to zaangażowany. Kościoły organizują noce filmowe, przyjęcia Halloweenowe, rozdają wiernym muffinki i ciastka po mszy. 

Jenn podczas studiów wybrała kilka klas o religiach, ponieważ miała genialnego nauczyciela, który ją tym tematem bardzo zainteresował, więc ma szeroką wiedzę religijną. Tak ją to wciągnęło, że prawie zrobiła magistra w religii (coś czuję, że to zdanie jest masakrycznie niepoprawne, polski mi ucieka podczas pobytu w USA). Bardzo wiele się od niej dowiedziałam, opowiedziałam jej także o Martynie Wojciechowskiej i Wojciechu Cejrowskim, którzy podróżują i opowiadają o świecie, między innymi o religiach. Na lekcjach religii w moim gimnazjum poświęciliśmy może tydzień na nakreślenie miniaturowej tabelki o innych religiach, więc wiedzę o nich wyciągnęłam z podróży po świecie i oglądania programów wyżej wymienionych podróżników. Jak tylko wrócę do Polski, nadrabiam ostatni sezon "Kobiety na krańcu świata"!

Podsumowanie dnia:

Sport: 
tenis - 2 godziny (jednak prawdziwa gra zajęła ok. godzinę)

Jedzenie:
śniadanie: sałatka ze szpinakiem, papryką, pomidorem, szczypiorkiem, migdałami, serem żółtym i kromką domowego chleba
lunch: buraki, sushi, marchewka oraz tortilla identyczna jak wczoraj na kolację
przekąska: jogurt ananasowo-kokosowy z musli oraz jabłko z Teksasu (wow!)
kolacja: buraki, pomidorki koktajlowe, 2 indiańskie chlebki z dynią oraz sosem ziemniaczano-bakłażanowym (to ta szara "kapuściana" część), pół grejpfruta

Ocena:
5

Zdjęcia jedzenia:
przepyszne śniadanko :)
lunch
przekąska
kolacyjka :)
A tak się zaprezentował nasz chleb: twardy jak kamień, w środku suchy, ale generalnie nie jest zły :)

poniedziałek, 26 stycznia 2015

DZIEŃ 5 - Pieczemy chleb

Dziś Jenn porządkowała kolejną część pudeł na strychu i odkryła mnóstwo zapomnianych przedmiotów, między innymi zestaw ładnych talerzy na przyjęcia, którego użyjemy za tydzień na moje urodziny, stojak na muffinki, którego także użyjemy, oraz wyrabiacz chleba z instrukcją z przepisami. Do środka wlewa się wodę, dodaje mąkę, drożdże, sól, być może coś jeszcze, już mi wyleciało z głowy, po czym zamyka się drzwiczki i chleb sam się piecze. Trwa to prawie cztery godziny, zaczęłyśmy piec po południu, cykl jeszcze się nie skończył, więc nie wiem, co nam z tego wyjdzie. Na razie wygląda dobrze, a w domu pięknie pachnie.

Przed południem zrobiłyśmy z Jenn zakupy spożywcze. Kupiłyśmy pełny wózek produktów, wydałyśmy 300$, normalnie wydajemy 200$. Ten tydzień będzie pełen imprez i okazji, Jenn piecze Pumpkin Crunch na urodziny dyrektorki w jej szkole, gotuje na czyjeś Baby Shower, czyli imprezę z okazji urodzenia dziecka, która odbywa się ok. miesiąc po urodzeniu, do tego w sobotę będą moje urodziny. Już się nie mogę doczekać, zaprosiłam 9 koleżanek, nie mam pojęcia, co będziemy robić, ale będzie fajnie! Do tego mama wysłała mi przesyłkę z niespodzianką, ciekawość mnie zżera nieustannie od kilku dni. AAAAA!!!!!

Sport: 
bieganie - 30 minut
akrobatyka - 15 minut

Jedzenie:
śniadanie: wafle ryżowe z jogurtem greckim, jabłkiem, płatkami owsianymi i cynamonem
lunch: kanapka z Subwaya z kurczakiem, bekonem, serem żółtym, papryką, ogórkiem, ogórkiem kiszonym, oliwkami, cebulą i szpinakiem, 4 słupki serowe w panierce z Sonic
przekąska: orzechy hawajskie, zjadłam ze 100 g, STRASZNIE mi się ich chciało, do tego dodam degustację zupy, sałatki, soku i chipsów z sosem w H-E-B
kolacja: buraki, sushi, tortilla ze śmietaną, warzywami i guacamoli + pół grejpfruta

Ocena:
4+

Zdjęcia jedzenia oraz wypiekacza chleba:

do tego 4 serowe słupki + orzechy + degustacje

No i znowu przekręciło mi zdjęcie... ech... 


niedziela, 25 stycznia 2015

DZIEŃ 4 - Świat zwierzątek

Dzisiaj rano wybrałyśmy się z Jenn i z chłopcami do Farmers' Market - tak po angielsku nazywa się targ. Jeff w tym czasie spał, ponieważ pracował na nocną zmianę. Ulubionym śniadaniem Jenn są śniadaniowe taco z Tacodeli, sprzedawane również na tym targu, więc bardzo często wybieramy się tam w weekendy. (Zdjęcie mojego taco możecie zobaczyć na samym dole posta.) Obeszłyśmy targ dookoła, obejrzałyśmy wszystko, kupiłyśmy parę rzeczy. Sprzedawane są tam najróżniejsze domowe wyroby i rękodzieła: ręcznie malowane koszulki, biżuteria, świeże owoce i warzywa, mnóstwo jedzenia. Od jednego gościa kupiłyśmy jabłka z Teksasu, od innego drożdżówkę z czekoladą dla Colta. Odwiedziłyśmy stoisko z indyjskim jedzeniem, sprzedawca zachęcił nas do zdegustowania wszystkiego, a że nam posmakowało, to kupiłyśmy sos bakłażanowy, chlebki i chleb dyniowy. Niech was nie zmyli nazwa "chleb", wyglądało to bardziej jak naleśniki, zdjęcie możecie zobaczyć na dole posta :)

Następnie podjechałyśmy do galerii handlowej, która znajdowała się jakieś 300 metrów od targu, który odbywał się właśnie na parkingu owej galerii, ale Amerykanie w życiu by nie pomyśleli, żeby przebyć ten dystans pieszo. Trzeba zaparkować pod samymi drzwiami! Udałyśmy się do sklepu dziecięcego, ponieważ Jenn dostała maila z informacją, że tego dnia mieli promocję na artykuły szkolne, a akurat planowała kupić plecak dla Colta, który w tym roku rozpocznie zerówkę, czyli tzw. Kindergarten. To jeden z droższych sklepów, "ekskluzywnych", więc rzadko miewają przeceny. Pachnie tam jak w Ikei.






Następnie pojechałyśmy do sklepu zoologicznego po karmę dla psów. Kiedy weszłam do środka, oniemiałam pod wrażeniem wielkości pomieszczenia. Amerykanie mają świra (tak, to nie jest normalne) na punkcie zwierzątek, traktują je jak dzieci. Psa ma 99% moich znajomych, a 100% tych psów mieszka w domu. Uważają, że trzymanie psa na podwórku jest okrutne, wypuszczają je do ogrodu kilka razy dziennie na 2-3 minuty, aby załatwiły swoje potrzeby. Niektórzy zabierają psy ze sobą do restauracji (jeśli jest to dozwolone w danym lokalu, zazwyczaj nie jest) i zamawiają dla nich osobny posiłek, np. burgery i stek. Moim zdaniem to jest chore, ale co kraj to obyczaj, niech sobie robią co chcą. W sklepie zoologicznym można było dostać milion smyczy z różnymi wzorkami, ubranka w różnych kolorach, wzorach, rozmiarach i na różne okazje, bombonierki, torty i ciasteczka dla psów, suszone mięso kangura oraz miliony dziwactw. Wybór karmy był gigantyczny, część jedzenia trzymano w specjalnych lodówkach takich jak nabiał w sklepie spożywczym. W oddzielonej bramkami części sklepu odbywało się tresowanie psów oraz psie porady, za ścianą znajdowało się psie spa. Na jednej z półek wypatrzyłam takie oto dziwactwa:
wózek oraz schody dla psa

schody do wchodzenia na łóżko oraz deska do schodzenia z bagażnika
A oto reszta psich dziwactw i pozostałe zdjęcia ze sklepu zoologicznego:
Colt i Liam wybierają przekąski dla psów, w tle widać ubranka.

przykłady przekąsek

wyżej wspomniane lodówki
zakochałam się w tym chomiku, cały czas do mnie podchodził i prosił "weź mnie do domu"

Papuga Nimfa za 169.99$

Papużki faliste


Przy wejściu do sklepu zuchenka z tatą sprzedawali ciasteczka (nie obyło się bez zdjęcia, w końcu jest to coś typowo amerykańskiego). W ten sposób zuchy zarabiają na wyjazdy i biwaki, paczka kosztuje 4$. Chętnie bym ich wsparła, jednak wczoraj w szkole już kupiłam paczkę czekoladowych miętusów oraz "tagalongs" - ciastek karmelowych z masłem orzechowym od jednej z moich koleżanek, która jest harcerką, więc wystarczy mi słodyczy :)

kupiłam czwarte i szóste od lewej
Po powrocie do domu zabraliśmy się za odgracanie garażu, sporo rzeczy, których nie potrzebujemy, zawiozłyśmy wieczorem do Goodwill, czyli miejsca, gdzie przywozi się różne graty, a oni to później rozdają lub tanio sprzedają. Myślałam, że będzie się to prezentowało bardziej okazale, jednak zastaliśmy ciężarówkę i mały barak:

Podsumowanie dnia:

Sport: 
sobotnie lenistwo

Jedzenie:
śniadanie: bezglutenowe śniadaniowe taco kupione na targu, nie pamiętam za bardzo, co w nim było, ale na pewno, cebula, jajko, jakaś fasola i coś zielonego, może szpinak
lunch: Cranberry Salad z Culver's i mała waniliowa CocaCola z Sonic. Od zawsze chciałam spróbować tej Coli, była całkiem niezła, ale mnie nie zaskoczyła.
przekąska: 1/3 sałatki wyżej wspomnianej, ponieważ jej nie dokończyłam, orzechy hawajskie, kawałek bekonu, 1/3 jabłka
kolacja: indyjskie jedzenie: sos bakłażanowy, chleb z nadzieniem dyniowym, zwykły chleb (czy coś w tym stylu, kupiłyśmy to wszystko rano na targu). Wszystko to było piekielnie ostre, taka już jest kuchnia indyjska, ale i tak bardzo mi smakowało.

Ocena:
4

Zdjęcia jedzenia z wczoraj oraz z dzisiaj:







porcja dwuosobowa: dla mnie i dla Jenn