sobota, 31 maja 2014

Warszawo, powracam! - Jak wygląda wizyta w ambasadzie

Witajcie :)

Wczoraj znów byłam w Warszawie, aby zakończyć proces wizowy. Autobus jak zwykle w środku nocy, tym razem o 1:10, aby o 6 być na miejscu. Jechałam razem z mamą, ale w trakcie jazdy zaczęła się strasznie źle czuć. Powiedziałam jej, że mogę jechać sama, więc zadzwoniła do taty, żeby po nią przyjechał. I w ten sposób zostałam sama (nie żeby mi to przeszkadzało xD). Dzięki temu załatwiłam więcej spraw i nie musiałam w kółko jęczeć:"Mamo, idź szybciej", "Mamo, chodźmy już", "Mamo, kiedy idziemy?".

Po przyjeździe weszłam w podziemia dworca centralnego i zostawiłam cały bagaż w skrytce na klucz, ponieważ do ambasady nie wolno nic wnosić. Żadnych telefonów, żarcia, picia, itp. Torebek i plecaków też nie można mieć. Także zostawiłam wszystko oprócz portfela, dokumentów i mapy Warszawy. Zasiadłam w McDonaldzie i przestudiowałam mapę. Stwierdzam, że szkoła jest przereklamowana, ponieważ w ciągu tego jednego dnia, kiedy byłam zdana na siebie, nauczyłam się więcej niż przez parę tygodni szkoły. Powtórzyłam zamianę skali aby obliczyć, jak daleko mam do ambasady. Wyszło pomiędzy 2 a 3 km, więc postanowiłam iść na nogach. Zostało mi jeszcze dużo czasu, rozmowę z konsulem miałam umówioną na 8:30, więc złożyłam wizyty w kilku kioskach i poczytałam sobie gazety :D

wejście do ambasady
Do ambasady doszłam szybciej, niż się spodziewałam, bo o 7:30. Pogadałam z jakimś facetem, który był bardzo zaciekawiony programem wymiany. On przyszedł załatwić zieloną kartę, bo ją wylosował. Dla tych, którzy nie wiedzą: wylosowanie zielonej karty nie gwarantuje wam, że ją dostaniecie. Umożliwia wam jedynie rozpoczęcie procesu ubiegania się o nią. Niestety :( W każdym razie pogadaliśmy przez prawie pół godziny, życzyłam mu powodzenia a on mi. Potem on poszedł na rozmowę, bo miał na 8:00, a ja poznałam jakąś kobietę, która też wylosowała zieloną kartę. Strasznie się stresowała, bo kiepsko znała angielski. Ona też się zainteresowała wymianą. Zauważyłam, że każdy, komu mówię o moim wyjeździe, reaguje podobnie. "O! A na czym polega taka wymiana? Jedziesz do jakiejś rodziny? A w tym czasie ktoś przyjeżdża to ciebie? A nie boisz się tak sama jechać? Ale super!" - oto typowa wiązanka, którą słyszę za każdym razem xD Wracając do tematu, do ambasady weszłam już o 8:10, bo oni nie patrzą na godzinę, na którą jest się umówionym, tylko po prostu wołają "pięć kolejnych osób!" i tyle.

Najpierw trzeba przejść przez kontrolę jak na lotnisku i pokazać paszport. Okazuje się, że jednak można mieć telefon, tylko trzeba go wyłączyć i im oddać na przechowanie. Torebki i teczki też ludzie mieli, ale nieduże. Później czeka się w takim dużym zadaszonym tunelu i wchodzi na hasło "Pięć kolejnych osób poproszę!" Jak już wejdziecie, to pokazujecie potwierdzenie umówienia się na rozmowę, paszport i DS-019 oraz dokument SEVIS. Trzeba zabrać ze sobą też parę innych rzeczy, ale mnie akurat o żadną z nich nie prosili. Na paszporcie i tych dokumentach przyklejają wam naklejki z kodem kreskowym i kierują do kolejnego okienka na niższym piętrze.

Tam dostajemy jeszcze jakiś papier oraz plik z informacjami o naszych prawach w USA i udajemy się do kolejnego okienka. Przykładamy palce do skanera, żeby pobrali odciski, odbieramy numerek i czekamy z nim na rozmowę z konsulem. Tam odpowiadamy na kilka banalnych pytań np. na ile, po co i gdzie jedziesz, jaką masz host rodzinę i w której będziesz klasie. Trwa to naprawdę krótko, potem konsul mówi, że paszport z wizą przyjdzie do was pocztą za 3-4 dni i to tyle. W sumie spędziłam w ambasadzie pół godziny. Wszyscy byli mili i pomocni, także nie ma się czego bać. Ogólnie cały proces wizowy okazał się całkiem prosty i nie było z tym dużo roboty. Najlepsze były pytania we wniosku online, np. czy brałam kiedyś udział w handlu narządami albo czy jestem członkiem organizacji terrorystycznej xD Uśmiałam się przy tym strasznie, aż mnie brzuch bolał :D

Po wizycie w ambasadzie poszłam do Złotych Tarasów a potem na spotkanie z panią Moniką - polską koordynatorką w biurze Foster. Pojechałam jeszcze na wystawę Bodies Revealed, poszłam do banku zapytać o konto w USA, zrobiłam zakupy ciuchowe i nabyłam Frappucino ciastkowo-czekoladowe w Starbucksie :) Pewnie nie zrobiłabym nic z tego, gdybym była z mamą (no może z wyjątkiem zakupów), więc polubiłam samotne wyjazdy. Wystarczy mapa oraz bilet dobowy na wszystkie środki transportu, no i oczywiście forsa xD Ale o tym wszystkim w innych postach, żeby was nie zanudzić!

wtorek, 27 maja 2014

Pożywna pszenica i "zdrowe produkty pełnoziarniste" - największe kłamstwo wszech czasów

Witajcie :)

Nie mogłam się zdecydować, o czym dzisiaj napisać. Wybranie jednego tematu z długiej listy okazało się trudniejsze, niż myślałam. Więc zapytałam siebie, która z wymienionych tam rzeczy wpłynęła na mnie bardziej niż wszystkie inne. Odpowiedź nasunęła mi się od razu - PSZENICA. A raczej jej brak.

Na początku jeszcze wspomnę, że to, co tutaj wypisuję, jest oparte na moich doświadczeniach. Oczywiście uzupełniam to informacjami z internetu, ale opieram się na własnych obserwacjach. Dlatego w dzisiejszym poście będę miała sporo do napisania, ponieważ wyrzucenie pszenicy z jadłospisu wywarło ogromne skutki na moim organizmie. Pozytywne, oczywiście :)

Wszystko zaczęło się od tego, że rok temu kupiłam mamie na Dzień Matki książki Williama Davisa - "Dieta bez pszenicy" i "Kuchnia bez pszenicy". Autor, który jest lekarzem, prowadził wieloletnie badania nad wpływem pszenicy na życie ludzi, a wnioski tak go zaskoczyły, że napisał o tym książkę, która stała się bestsellerem. Mówi w niej nie tylko o pszenicy, ale o zbożach ogólnie, jednak to na niej skupia się najbardziej, ponieważ ona jest najpowszechniejsza w naszych jadłospisach i wywołuje najgorsze skutki.  Oto niektóre z nich:
- senność i ospałość (bez względu na to, ile godzin się spało)
- otyłość ("zdrowe produkty pełnoziarniste", razem z kilkoma innymi rzeczami, są sprawcami epidemii otyłości w USA i na całym świecie)
- migreny ciągnące się latami
- bóle stawów
- astma
- cukrzyca
- flegma zalegająca w drogach oddechowych
- celiakia
- i wiele innych, na których się nie znam

Kiedy moja mama przeczytała tą książkę, postanowiła spróbować i ograniczyć spożycie zbóż. Ja zrobiłam to samo.

Nie ukrywam, łatwo nie było. 

Zawsze byłam dzieckiem, które uwielbiało pierogi, naleśniki, kopytka, knedle i makarony. Nienawidziłam mięsa i warzyw, znosiłam tylko jedną surówkę - z marchewki i z jabłka, na całą resztę patrzyłam z obrzydzeniem. A zmuszenie mnie do zjedzenia ryby albo szpinaku graniczyło z cudem. 
Zawsze byłam dzieckiem, które miało w kółko ten sam, nierozwiązany przez żadnego lekarza problem: miałam non stop katar. Może nie był to taki katar, jak ten przy przeziębieniu, ale codziennie rano wstawałam z lekko zatkanym nosem i budziłam wszystkich sąsiadów smarkaniem :D

I nagle musiałam zmienić sposób odżywiania o sto osiemdziesiąt stopni. To znaczy, nie musiałam, nikt mi nie kazał, ale chciałam. Czekała mnie rewolucja na wielką skalę: koniec z pieczywem, także pełnoziarnistym, które wcale nie jest dużo lepsze, koniec z makaronami, koniec z całym moim ukochanym mącznym jedzeniem oraz obszerną gamą innych produktów, które również zawierają mąkę pszenną. Wprowadzałam zmiany stopniowo, zajęło mi to kilkanaście tygodni, ale efekty były piorunujące! W życiu nie spodziewałam się, że ograniczenie spożywania pszenicy może tyle zdziałać!

Oto, co zaobserwowałam:
- Przestałam w szkole narzekać, że jestem śpiąca. Wcześniej nawet tego nie zauważałam, zmęczenie w szkole traktowałam jako fakt oczywisty. Teraz, gdy się tego pozbyłam, widzę jak inni ludzie narzekają, że najchętniej poszliby spać i nic im się nie chce. A gdy zapytam, co jedli na śniadanie, odpowiedzą: kanapki!
- Zaczęłam wstawać o 5:30-6:00 bez budzika.
- W końcu ustąpił katar, który miałam od zawsze.
- Mam o wiele mniejszy apetyt.
- Moja cera poprawiła się BARDZO. Kiedyś zawsze miałam trądzik i nie najlepszą cerę, ale po zaprzestaniu jedzenia pszenicy skóra zrobiła się gładsza a krostki poznikały prawie całkowicie! Zawsze o tym marzyłam i kupowałam różne toniki, nietoniki itp, a po zarzuceniu pszenicy efekty przeszły moje najśmielsze oczekiwania :) Nie spodziewałam się tego. Polecam wszystkim taką rewolucję!

Dlaczego pszenica działa tak na człowieka? Otóż współczesna "pszenica", o ile w ogóle można ją tak nazwać, nie ma absolutnie nic wspólnego z tą pszenicą, którą uprawiali nasi pradziadkowie. To zmutowana genetycznie trucizna, nienadająca się do spożycia. W latach 50-tych naukowcy rozpoczęli krzyżowanie pszenicy z różnymi gatunkami roślin, aby osiągnąć lepsze plony i wytrzymałość na wiatr, zimno i takie tam. Udało się: z pszenicy, która miała dobrze ponad metr wysokości, wyhodowano 60-centymetrowe kłosy. Ziarna były większe, kłosy grubsze, dzięki czemu wytrzymywały nieprzyjazne warunki pogodowe. Wydajność plonów wzrosła dziesięciokrotnie. Ale jakim kosztem!

Nowa pszenica zawiera o wiele, wiele, wiele więcej glutenu, gliadyn i innych szkodliwych tworów. Oto ich opis z pewnej strony internetowej, na podstawie książki Williama Davisa:

1. gluten i gliadyny

Są podstawowymi „zamulaczami”, które osłabiają intelekt, emocje i psychikę setek milionów ludzi na Ziemi. Ich działanie nie ogranicza się jednak do psychiki i samego mózgu. Gluten jako pierwszą, atakuje trzustkę. To wytwarza wahania poziomu insuliny i generuje olbrzymi apetyt na słodycze i ogólnie na pokarmy. Jeśli masz problem ze słodyczami i z nadmiernym apetytem – spróbuj wyeliminować zboża, zamiast katować się przymusem zachowania silnej woli czy farmaceutykami.
Poza tym, gluten niszczy serce i układ krwionośny, i inne ważne narządy ludzkiego ciała. To od momentu promowania przez WHO / FAO diety pełnoziarnistej, notuje się istną epidemię chorób serca i układu krążenia.

To tylko mocno skrótowe przedstawienie problemu glutenu i gliadyn występujących w zbożach.
>>> Polecam artykuły o szkodliwości glutenu zbożowego: Artykuł 1Artykuł 2Artykuł 3Artykuł 4

2. amylopektyna-A

Ten składnik zawierają wyłącznie zboża, nie znaleziono go w innych pokarmach. Amylopektyna-A podwyższa poziom cukru we krwi mocniej, niż czysty, biały cukier. Oznacza to, że produkty zbożowe z dodatkowym cukrem białym, są prawdziwą bombą atakującą nasz organizm.

Polska dieta jest jedną z najszkodliwszych diet na świecie, nie licząc diety Eskimosów. Typowa dieta Polaka to: pieczywo na śniadanie, drugie śniadanie i kolację, makaron, kluski, pierogi bądź coś w mącznej panierce na obiad, a w międzyczasie – ciasta, ciastka, drożdżówki, batoniki, a więc amylopektyna-A dosładzana cukrem. To nie tylko glutenowa bomba, ale także zwykłe, codzienne przekraczanie norm kalorycznych. Człowiek na diecie bezglutenowej nie je aż tyle, widzę to po sobie.

Od siebie dodam, że lekarze zalecają cukrzykom pieczywo, zaś na oddziałach diabetologicznych dieta oscyluje głównie wokół zbóż: makarony, pieczywo, kawa zbożowa. Co o tym sądzicie?

>>> Tutaj ten problem jest opisany szerzej – polecam: Katarzyna Gurbacka blog

3. fenyloalanina

Przedawkowana powoduje depresje, chwiejność nastrojów, itp. Zawierają ją przede wszystkim zboża i mięso, ale też: sery, mleko, itp. W typowo polskiej diecie niezwykle łatwo ją przedawkować, jeśli jeszcze do tego pije się napoje z aspartamem

>>> Polecam artykuł o szkodliwości fenyloalaniny na mojej stronie: Artykuł 1

4. akrylamid

Co prawda nie jest to stricte składnik zbóż, jednak jest powszechny we wszelkich produktach piekarskich. Powstaje on podczas pieczenia / podgrzewania węglowodanów. Jest to jeden z silniejszych kancerogenów (substancji rakotwórczych), powoduje także utratę witalności skóry, co wpływa na urodę. Jest to składnik dość powszechnie znany i to od dawna, więc podam tylko jeden cytat:

Cyt. „Największy udział w ogólnym spożyciu akrylamidu mają frytki (16–30%), chipsy ziemniaczane (6–46%), kawa (13–39%), ciasta, ciastka i herbatniki(10–20%) oraz chleb i inne gatunki pieczywa (10–30%)”
Źródło: http://pl.wikipedia.org/wiki/Akrylamid
Okładka omawianej książki

Davis w swojej książce pisze: Nie ulega wątpliwości, że pszenica, na wczesnym etapie rolnictwa, służyła do tego, aby przetrwać okresy, w których brakowało pokarmów upolowanych lub zebranych. Jako wypełniacz kaloryczny pozwalający przeżyć bez polowania, jest żywnością wygodną. Jednak od samego początku jej spożycie miało negatywne dla zdrowia skutki. Nawet wczesne odmiany takie jak pszenica samopsza i płaskurka nie były dla człowieka zdrowe. Znane są doniesienia już z roku 100 n.e. dotyczące występowania celiakii.
Jednak dopiero zmiany genetyczne, dokonane w ostatnich 40-50 latach, w połączeniu z globalnymi zaleceniami spożywania coraz większej ilości pszenicy, doprowadziły do dzisiejszej tragicznej sytuacji. Te okoliczności zmieniły pszenicę z niezdrowego składnika naszej diety w dietetyczną zmorę całej ludzkości.
Rzecz jasna wciąż potrzebujemy więcej dowodów na szkodliwość pszenicy, zanim zdecydujemy się zrezygnować z jej spożycia, a zwłaszcza jej genetycznie modyfikowanej odmiany, którą się nam wciska jako "pokarm". Jednak moim zdaniem dane, które już dziś są dostępne, dostatecznie uzasadniają rozpoczęcie publicznej debaty na ten temat. Na jej podstawie ludzie mogliby podejmować świadome decyzje.
Obecną sytuację można porównać do tej, w której mieszkańcy jednej wioski piją wodę z tej samej studni i 9 na 10 osób wskutek tego choruje. Kiedy przestają pić, wszyscy zdrowieją, a kiedy ponownie zaczynają pić wodę z tej studni, znowu chorują. Czy mając takie powtarzalne obserwacje co do przyczyny i skutku, wciąż potrzebujemy badań klinicznych, aby tę relację udowodnić ? Moim zdaniem, nie potrzebujemy.
Dwie kromki pełnoziarnistego chleba pszenicznego podnoszą cukier bardziej niż biały cukier, bardziej niż wiele czekoladowych batonów. Aż dziw bierze, że mimo tego dietetycy wciąż zalecają zwiększone spożycie pełnoziarnistego pieczywa. Im więcej pszenicy jesz, tym wyżej i częściej rośnie u ciebie poziom cukru we krwi.
Tak więc zwiększone spożycie pszenicy, które nam się zaleca, nie jest dobrą odpowiedzią na epidemię cukrzycy, która niebawem dotknie połowę Amerykanów, a na całym świecie 346 milionów ludzi. Moim zdaniem, spożywanie dużych ilości "zdrowych pełnoziarnistych produktów zbożowych" jest w dużej mierze przyczyną tej epidemii. Wyeliminowanie ich z diety pozwoli nam zapanować nad tą sytuacją, a nawet ją odwrócić.
Podobną batalię stoczyliśmy (i wciąż ją prowadzimy), kiedy okazało się, że palenie jest szkodliwe dla zdrowia. Wówczas, kiedy pytano ludzi związanych z przemysłem tytoniowym o to, jak mogą pracować dla firm niszczących ludzkie zdrowie, odpowiadali: "Miałem rodzinę na utrzymaniu i kredyt hipoteczny do spłacenia".
Hipoteza o szkodliwości pszenicy uderza wielu ludzi tam, gdzie jest to bardzo bolesne tj. w ich portfel. Jednak osobiście nie mam ochoty z tego powodu poświęcać swojego zdrowia, a także zdrowia mojej rodziny, przyjaciół, sąsiadów i pacjentów, i nie chcę pozwolić, aby to niekorzystne status quo trwało.
Genetycy zajmujący się produkcją rolniczą pracują na roślinach, nie na ludziach. W tym środowisku panuje powszechny i głęboko zakorzeniony pogląd, że bez względu na to jakich technik używa się przy genetycznych modyfikacjach roślin jak właśnie pszenica, i tak nadają się one do spożycia przez ludzi. Pewnych pytań się tam po prostu nie zadaje.
Moim zdaniem to fundamentalny błąd, który leży u źródeł cierpienia wielu ludzi, którzy w dobrej wierze spożywają produkty inżynierii genetycznej, błędnie nazywane "pszenicą".
Odżywianie to niezwykle ważne zagadnienie, które budzi wiele emocji. Dietetycy i inni "eksperci" ds. żywienia zostali mocno zindoktrynowani w zakresie pozytywnego wpływu na człowieka "zdrowych pokarmów pełnoziarnistych". W związku z tym ich pierwszą reakcją na poglądy, takie jak moje, jest zwykle złość. Utrzymują, że musi to być jakaś chwilowa moda na odchudzanie, która szybko minie.
Jednak każdy, kto przeczyta "Dietę bez pszenicy" zrozumie, że jest dokładnie na odwrót. Książka omawia to wszystko, czego się publicznie nie mówi na temat zbóż zmienionych genetycznie nie tylko w celu zwiększenia plonów, ale również pobudzenia apetytu konsumenta.
Rozstanie z pszenicą umożliwiło mi zrzucenie niechcianych kilogramów wokół pasa, poziom cholesterolu we krwi zmienił się na lepsze (HDL 63 mg/dl, trójglicerydy 50 mg/dl, LDL 70 mg/dl), poziom cukru spadł do 84 mg/dl, a ciśnienie krwi ustabilizowało się na poziomie 114/74 - wszystko bez lekarstw.
Innymi słowy, to, co wymagało naprawy, naprawiło się samo. Odzyskałem też zdolność koncentracji. Potrafię się teraz skupić na czymś tak długo, że moja żona krzyczy na mnie, żebym przestał. Koniec końców, w wieku 54 lat czuję się lepiej niż wtedy, kiedy miałem lat 30.
Nie ulega wątpliwości, że dogmat o tym, że "tłuszcze są niezdrowe, a zboża są zdrowe", będzie jeszcze długo dominował wśród lekarzy. Jednak każdy, kto zapozna się z wyczerpującą argumentacją, którą przedstawiłem w swojej książce, dojdzie do przekonania, że tzw. pszenica nie jest już pszenicą, tylko całkowicie zmienionym wytworem badań genetycznych.
Mając tę wiedzę, lekarze zrozumieliby, że wiele powszechnych schorzeń można wytłumaczyć spożyciem tej nowoczesnej "pszenicy" i jej wpływem na organizm człowieka.
Moim zdaniem cała współczesna medycyna podąża dziś drogą wysokich technologii, drogich i zyskownych procedur medycznych, leków oraz fatalnej opieki. Zbyt wiele osób w systemie straciło z oczu wizję pomagania innym, zapomniało, że naszą misją jest leczenie ludzi.
Może to brzmi staroświecko, ale uważam, że opieka zdrowotna podlega dziś bardzo niedobrym tendencjom, które redukują jej znaczenie do transakcji finansowych obwarowanych przepisami prawa. Medycynie należy przywrócić jej związek z leczeniem ludzi.
Widzę również, że wielu lekarzy i ekspertów całkowicie rozczarowało się nieskutecznością porad żywieniowych. Jako że tzw. "wiedza" dietetyczna, upowszechniana od 50 lat, okazała się w tak wielu aspektach błędna, ludzie stracili wiarę, że odżywianie i metody naturalne mogą poprawić zdrowie człowieka. Jednak z mojego doświadczenia wynika, że dieta i metody naturalne mają potężną moc uzdrawiania, pod warunkiem, że dobieramy je właściwie.
Nie sądzę, żeby moja książka wywoływała masową histerię, wskutek której każdy wyrzuci do śmieci wszystkie pokarmy z pszenicą tylko dlatego, że ja tak mówię. Pacjenci sami opowiadają o wielu korzyściach zdrowotnych związanych z eliminacją pszenicy z diety: tracą na wadze bez ograniczania liczby spożywanych kalorii, czują ulgę w przypadku wielu schorzeń, doświadczają subiektywnej poprawy samopoczucia i przypływu energii.
Mogę powiedzieć, że wyeliminowanie z diety pszenicy jest najbardziej zadziwiającym i najskuteczniejszym sposobem na poprawę zdrowia, z jakim się spotkałem w swojej 25-letniej praktyce lekarskiej.
To kilka fragmentów, które tu skopiowałam. Polecam zainwestować w całą książkę, jeśli się wam nie spodoba, zawsze jest allegro :)
współczesna pszenica uzależnia!!!
Obecna sytuacja z pszenicą przypomina tą z papierosami sprzed lat. Wielkie koncerny były jak  najbardziej świadome negatywnych skutków palenia, a jednak nic nie powiedziano ludziom. Co pewien czas zwiększano dawkę nikotyny, aby byli coraz bardziej uzależnieni. Po wielu latach wydało się, że ludzie ci umierali o wiele wcześniej, często na raka albo inne równie okropne choroby. Ciekawe, kiedy media poinformują nas o szkodliwości pszenicy. Gdy nie zostanie już nikt, kto nie choruje na cukrzycę?

Mam nadzieję, że choć trochę otworzyłam wam oczy. Polecam odstawić pszenicę choćby na próbę, tak na 2-3 tygodnie. Sami się przekonacie, o ile lepiej będziecie funkcjonować. Ograniczcie spożywanie tego, co ma w sobie mąkę, nie tylko pszenną, ale też taką z innych zbóż. One wszystkie przeszły długą drogę w laboratorium. Nie mówię, żeby CAŁKOWICIE zaprzestać jeść produkty mączne, bo to niemożliwe. Dla przykładu podam wam mój codzienny jadłospis sprzed roku i z dzisiaj:

Kiedyś:
1. Śniadanie: płatki z mlekiem, zazwyczaj Cookie Chrisp albo Chocapic. "Pełne ziarno" - największy napis na opakowaniu. Sam gluten i cukier. PRODUKT Z PSZENICY.
2. Drugie Śniadanie: kanapka z białym chlebem, masłem, szynką lub serem. Prawie zero wartości odżywczych, chwilę później znowu byłam głodna, bo chleb podnosił cukier. A to skutkowało kupowaniem drożdżówek w sklepiku szkolnym prawie codziennie, no bo przecież nie będę się głodzić! PRODUKT Z PSZENICY.
3. Obiad: To, co było w domu. Mama wiedziała, że lubię tylko mączne rzeczy, więc w pięćdziesięciu procentach przypadków właśnie to jadłam. Kluski z serem, kopytka, pierogi, naleśniki... PRODUKT Z PSZENICY.
4. Podwieczorek: Jakiś jogurt słodzony, kanapka z masłem i szynką, czy coś w tym stylu. PRODUKT Z PSZENICY.
5. Kolacja: Kanapki. PRODUKT Z PSZENICY.

Jadłam pszenicę w każdym posiłku. Do tego dochodziły jakieś ciastka, batoniki, paluszki... i inne PRODUKTY Z PSZENICY.

Teraz: 
1. Śniadanie: musli (zawiera pszenicę, ale nie w takiej ilości, co płatki do mleka) z jogrutem naturalnym lub kanapki z waflami ryżowymi, białym serkiem, jabłkami i otrębami.
2. Drugie Śniadanie: kanapka z chlebem żytnim (ma duuuużo mniej glutenu od pszenicy) wypchana serem białym, sałatą, pomidorem, rzodkiewką, ogórkiem, szczypiorkiem i ewentualnie plastrem szynki. Składniki stanowią połowę grubości kanapki :D
3. Obiad: To, co jest w domu. Ale teraz nie zjem obiadu bez surówki, produkty mączne, np. pierogi, jemy gdzieś raz na miesiąc. Jem tony surówek, do tego ryż/kasza/ziemniaki i jakieś mięso. Pokochałam ryby i warzywa, mogłabym jeść to codziennie! A jeśli w domu nic nie ma, robię paluszki rybne Frosta (nie zawierają chemii) z warzywami na patelni.
4. Podwieczorek: Nie jem, nie chce mi się.
5. Kolacja: Sałatka z tym, co akurat znajdę w lodówce. Oto przykład z wczoraj:
Prześwietlone, ale to nic :)
Skład: sałata, winogrona, ser rokpol, orzechy w miodzie, musztarda francuska, oliwa.

Sami widzicie, że produkty z mąką nie zniknęły całkowicie, ale zostały ograniczone tak bardzo, jak tylko się dało. Do szkoły jednak muszę wziąć kanapkę (moja mama robi sobie codziennie sałatkę, ale ja jeżdżę rowerem do szkoły, więc nie wiem, w jakim stanie bym ją dowiozła xD), a na obiad jednak czasami coś mącznego się zje.

Mam nadzieję, że uda mi się przekonać hostów na wymianie do diety bez pszenicy :) Może nawet kupię im tą książkę, o której pisałam, bo jest naprawdę genialna i otwiera oczy na rzeczywistość. A jeśli będą jedli wszystko mączne, to najwyżej będę jeść małe porcje, albo sama coś ugotuję. Jeszcze nie wiem, wszystko się okaże. Jedno jest pewne: już nigdy, choćby nie wiem co, nie wrócę do diety sprzed roku. Przenigdy.

czwartek, 22 maja 2014

Czym są i co powodują substancje E oraz chemiczne dodatki do żywności

Witajcie :)

Dzisiaj kolejny post o zdrowym odżywianiu, tak jak obiecałam. Przepraszam, że we wtorek nic nie napisałam, ale musiałam się nauczyć na dwa sprawdziany, od których zależą moje oceny. Oba napisałam dobrze, więc jestem zadowolona. W ogóle jakoś udało mi się przeżyć ostatnie trzy dni z czterema sprawdzianami bez uszczerbku na zdrowiu xD Tym razem postanowiłam napisać o substancjach E, które występują w prawie wszystkim, co kupujemy. Oto, co mówi na ich temat Ciocia Wikipedia:

Numer E – kod chemicznego dodatku do żywności, który został uznany przez wyspecjalizowane instytucje Unii Europejskiej za bezpieczny i dozwolony do użycia. Nazwa pochodzi od kontynentu – Europy. Lista tych numerów (zwana listą E) jest sporządzana przez Komitet Naukowy Technologii Żywności i następnie dołączana do dyrektywy Komisji Europejskiej, która podlega zaaprobowaniu przez Parlament Europejski.
 
Mniam!


Zgodnie z definicją użytą w tych dyrektywach, dodatek do żywności może być dopisany do listy gdy:
- istnieje technologiczna konieczność jego użycia
- nie służy on do wprowadzania w błąd konsumentów
- udowodniono, że jego użycie nie stanowi ryzyka dla zdrowia konsumenta.

Z tym ostatnim bym się spierała, ponieważ powszechnie wiadomo, że część substancji E jest szkodliwa dla zdrowia, a nawet rakotwórcza. Słyszałam gdzieś teorię, że im wyższy numer po literze E, tym bardziej szkodliwa substancja (np. E102 jest całkiem spoko, ale E980 to już trutka na szczury). To nieprawda! Numer ten zależy od kategorii, do której zalicza się substancja. Oto prawidłowy podział:

Zakresy numerów listy chemicznych dodatków do żywności
100–199Barwniki
200–299Konserwanty
300–399Przeciwutleniacze i regulatory kwasowości
400–499Emulgatory, środki spulchniające, żelujące itp.
500–599Środki pomocnicze
600–699Wzmacniacze smaku
900–999Środki słodzące, nabłyszczające i inne
1000–1999Stabilizatory, konserwanty, zagęstniki i inne
Nie usuwałam hiperłącz, więc możecie sobie kliknąć w to, co was interesuje :)

Kupując produkty spożywcze, warto zapoznać się z etykietami. Numery E powstały po to, aby skrócić etykiety produktów i zamiast podawać trzyczłonową nazwę związku chemicznego, której nawet nie da się po ludzku wymówić, można umieścić numer E000. Niestety znaczna część tych dodatków jest szkodliwa, zwłaszcza w tak dużych dawkach, w jakich je spożywamy, ponieważ niektóre E występują w kilkudziesięciu procentach produktów w sklepie, od szynki po ciastka. Zawarta w produkcie dawka E jest teoretycznie bezpieczna, ale zjadając dziennie kilkanaście takich produktów na bank nie wyjdzie z tego nic dobrego. W dodatku naukowcy każdego dnia odkrywają nowe właściwości substancji, więc któregoś dnia może okazać się, że to, co jedliśmy od zawsze i mówiono nam, że jest zdrowe, okaże się tragiczne w skutkach długofalowych.

Wybrane szkodliwe E i ich wpływ na organizm:

E 102 TARTAZYNA - cytrynowo - żółty barwnik, wywołuje reakcje alergiczne, bezsenność, depresje, podejrzany o ADHD u dzieci,
E 104 ŻÓŁCIEŃ CHINOLINOWA - żółty barwnik, wywołuje reakcje alergiczne, podejrzany o ADHD u dzieci,
E 123 AMARANT - ciemnoczerwony spożywczy barwnik smołowy, zakazany w niektórych krajach. Ma dobrą wytrzymałość na wysoką temperaturę i światło. Rakotwórczy.
E 124 CZERWIEŃ KOSZELINOWA - barwnik czerwony. Niebezpieczna dla astmatyków, podejrzana o ADHD u dzieci.
E 127 ERYTROZYNA Hamuje wzrost, upośledza działanie tarczycy.
E 131 BŁEKIT PATENTOWY - rakotwórczy niebieski barwnik.
E 133 BŁĘKIT BRYLANTOWY - to jemu zawdzięczamy cudowny kolor niebieskich M&M's i innych słodyczy w nasyconym błękitnym kolorze. Jest mocno rakotwórczy.
unless you don't wanna die

E 210 - E 213 KWAS BENZOESOWY I JEGO SOLE - rakotwórczy konserwant.
E 220 - E 228 DWUTLENEK SIARKI I JEGO SOLE - jest trujący dla zwierząt i szkodliwy dla roślin (ciekawe jaki jest dla człowieka... hmmm...). Ma własności bakteriobójcze i pleśniobójcze, stosowany jest jako konserwant. Powoduje stratę wit. B12, reakcje alergiczne, bóle głowy, nudności, zakłóca pracę jelit.
E 249 - E 251 AZOTYNY - rakotwórcze, konserwuje się nimi szynki i mięso (tak, jedno z drugim ma niewiele wspólnego).
E 310 - E 312 GALUSANY - konserwanty w tłuszczach, olejach i produktach je zawierających (choćby mleko w proszku). Wywołują reakcje alergiczne, wysypki.
E 320 BHA - konserwant,z większa poziom cholesterolu we krwi, jest niebezpieczny dla zdrowia.
E 400 KWAS ALGINOWY - nie rozpuszcza się w wodzie, jednak bardzo dobrze ją wchłania, zwiększając przy tym swoją objętość. Potrafi zaabsorbować nawet do trzech razy więcej wody (wagowo) w stosunku do swojej własnej masy. Z tego powodu można go stosować jako środek zagęszczający czy osuszający. Niebezpieczny dla kobiet w ciąży - utrudnia wchłanianie żelaza.
E 407 KARAGEN - Poprawia teksturę, zagęszcza. Wykorzystuje się go np. w produkcji mleka odtłuszczonego i tego rodzaju przetworów mlecznych. Dzięki niemu odtłuszczony produkt jest smaczniejszy. Powoduje wrzodzenia układu pokarmowego, działa przeczyszczająco, jest rakotwórczy.
E 621 GLUTAMINIAN SODU Może powodować bóle jelitowo-żołądkowe, bóle głowy, nudności, osłabienie lub pogorszenie wzroku. Jest dodawany praktycznie do wszystkiego, ponieważ wzmacnia smak jedzenia. Dzięki niemu nawet karton będzie wam smakował.
E 951 ASPARTAM - rakotwórczy słodzik. Spotykam go często, zwłaszcza w gumie do żucia. Na jedną beczkę masy gumowej daje się kilka kropli tej trucizny. Jeśli zjedlibyście taką ilość od razu, umarlibyście na miejscu.
E 954 SACHARYNA - słodzik, jest ok. 300 do 500 razy słodsza od cukru. Rakotwórcza.

Więcej substancji tutaj. Jak sami widzicie, większość E jest zabroniona, trująca, albo podejrzana. Smacznego!

Polecam spisać sobie na kartce te numerki i wsadzić do portfela. Dzięki temu w sklepie będziecie wiedzieli, czego nie kupować. Statystyczny Polak zjada 2 kg E w ciągu roku (!), postarajmy się obniżyć statystyki :D

takie małe podsumowanie...
Dla zainteresowanych:

Źródła:
vitalia.pl, ciocia Wikipedia, wujek Google, strony podane wyżej.

tak powstaje sklepowa pasza

poniedziałek, 19 maja 2014

DOSTAŁAM RODZINĘ!!!

WITAJCIE!!!
DZISIAJ WSZYSTKO WIELKIMI LITERAMI, ABY LEPIEJ ODDAĆ MOJE EMOCJE xD DOSŁOWNIE MINUTĘ TEMU DOSTAŁAM MAILA Z FUNDACJI O HOST RODZINIE! JADĘ DO TEKSASU, TO JUŻ PEWNE!!! SKACZĘ Z RADOŚCI PO CAŁYM DOMU, BIEDNI MOI SĄSIEDZI. JAKOŚ TO PRZEŻYJĄ, W KOŃCU TAKA WIADOMOŚĆ NIE PRZYCHODZI DO CZŁOWIEKA CODZIENNIE. 

ALE SUPER ALE SUPER ALE SUPER ALE SUPER
!!!

Jednak wrócę do normalnych liter, aby was nie odstraszyć :) Dzisiaj po szkole byłam u fotografa zrobić zdjęcie wizowe! W tym tygodniu wypełnię wniosek i umówię się na rozmowę z konsulem. Na razie przeglądam aplikację rodziny, w zasadzie nie ma tam nic, czego bym się czepiała, więc jest dobrze :) Moim jedynym obowiązkiem będzie sprzątanie po sobie + oczywiście odrabianie lekcji, czyli to samo, co u mnie w domu. Jeszcze nie wiem, czy będę miała swój pokój, bo w aplikacji rodziny są sprzeczne informacje, ale hdad pisał mi na fejsie, że będę mieć swój. Zapytam się jeszcze hmom.

W aplikacji podane jest mnóstwo rzeczy, m. in. o której mam chodzić spać. A więc w tygodniu jest to 21:00 a w weekendy 23:00. Pewnie wiele osób wybałuszyłoby oczy, ale mi to pasuje. W domu chodzę spać o 21:30 (z własnej woli xD) i budzę się o 5:30 bez budzika, co mi bardzo odpowiada. Tak, wiem, że to dziwne :D

Moja szkoła jest jakieś 5 km od domu, czyli tyle co mam teraz. Mogę śmiało stwierdzić, że mam szczęście (znowu - tak, to cała ja), ponieważ niektórzy wymieńcy mają 40 km. Dodatkowo rodzina pisze, że będą mnie wozić na zajęcia pozalekcyjne :) Muszę się koniecznie na coś zapisać, żeby nie wrócić do domu z podwojoną masą ciała xD

Moi hości to Leah i Reuben, mają 33/34 lata. Hmom nie pracuje, jest cały dzień w domu (hdad pisał, że hmom prowadzi w domu przedszkole, ale nie ma o tym informacji w aplikacji), a hdad jest policjantem (czy raczej szeryfem, albo coś podobnego). Host rodzeństwa będę mieć aż 5: Cheyenne (siostra, 12 lat), Brenna (siostra, 10 lat), Realynne (siostra, 9 lat), Leighton (brat, 6 lat) i Richard (brat, 2 latka). Nie mają zwierząt. 
Rodzina pisze, że lubią spędzać czas poza domem, każdy z lubi jakiś sport (choć przyznam, że nie wyglądają na fanów ruchu :D, ale będę ich motywować), lubią też oglądać TV (ja nie przepadam, ale nowy odcinek Dance Moms zawsze spoko).

Szkołę zaczynam 20 sierpnia, mam przylecieć do Teksasu max. 5 dni przed tym terminem, a kończę 5 czerwca i mam 5 dni na wylot.

Oficjalne odliczanie dni do wylotu uważam za rozpoczęte!

niedziela, 18 maja 2014

Hurra, słońce!

Witajcie!

Dzisiaj taki post o niczym :) Właśnie sprawdziłam pogodę i okazało się, że w środę ma być 31 stopni, a cały tydzień będzie piękna pogoda. Także siedzę i piszę, i gapię się w ekran z bananem na twarzy :D Nie znoszę brzydkiej pogody, bo nie mogę jeździć rowerem do szkoły, nie mogę wyjść na rolki i w ogóle nie mogę nigdzie wyjść. Książki też się gorzej czyta z powodu słabego światła, cały świat jest smutny i bez życia. Dlatego jestem szczęśliwa, że chmury w najbliższych dniach do nas nie zawitają :)

Po sprawdzeniu pogody weszłam na stronę szkoły, aby zobaczyć szczęśliwe numerki na ten tydzień. I co się okazało? Mam jutro szczęśliwy numerek (14)!!! Także strasznie się cieszę, bo mam wtedy sprawdzian z polskiego, którego nie mogę zawalić, bo chciałabym mieć 6 na koniec i teraz nie muszę się uczyć na żadne inne przedmioty! W ogóle w tym tygodniu mam 4 sprawdziany, nie wiem, jak ja się z tym wszystkim wyrobię. Jakoś to będzie, i tak zawsze uczę się dzień przed testem. Wyznaję zasadę"zakuj, zdaj, zapomnij", która w polskiej szkole sprawdza się perfekcyjnie, ponieważ kilka dni po sprawdzianie pamiętam mniej więcej 5% tego, czego się uczyłam. Mam nadzieję, że w Ameryce będzie inaczej!


piątek, 16 maja 2014

Seria "Dotyk Julii" - recenzja

Witajcie :)

Wczoraj skończyłam czytać ostatnią część trylogii autorstwa Tahereh Mafi. Przeczytałam ją po angielsku, bo nie chciałam czekać na polskie wydanie ("Dar Julii" ma wyjść 21 maja, o ile się nie mylę). Tak mi się spodobała ta seria, że po prostu nie mogłam o niej nie napisać! Nigdy, przenigdy nie pisałam recenzji (no, może w szkole kiedyś pisałam, ale to nie to samo, wiecie co mam na myśli xD), dlatego śmiało możecie krytykować, chętnie się poprawię :)

Tytuł serii: Dotyk Julii
Książki w serii:
1. Dotyk Julii (oryginalnie Shatter Me - eh, te polskie tłumaczenia...)
2. Sekret Julii (Unravel Me)
3. Dar Julii (Ignite Me)
Autor: Tahereh Mafi
Gatunek: fantasy, science fiction

Siedemnastoletnia Julia od 264 dni jest zamknięta w szpitalu psychiatrycznym. Od tego czasu nie rozmawiała z nikim. Wpadła w manię liczenia, liczy wszystko, co widzi. Okna, ściany, pęknięcia w ścianach. Jedyna rzecz, jaką posiada, to długopis oraz notatnik skradziony lekarzowi. Zapisuje w nim wszystkie swoje przemyślenia, można powiedzieć, że przelewa duszę na papier. Zastanawia się, co się dzieje poza murami szpitala. 

Kilka lat wcześniej władzę na całym świecie przejął Komitet Odnowy, a jego dowódcy żądzą żelazną ręką. Cały świat legł w gruzach, ludzie żyją w strachu i w biedzie w specjalnie wyznaczonych osiedlach, poza którymi nie wolno im przebywać. Przyroda wariuje, ludzka ingerencja w naturę doprowadziła do anomalii pogodowych. W środku lata pada śnieg.

Pewnego dnia do celi Julii zostaje przyporządkowany współlokator. Adam. Julia odzywa się do niego bardzo rzadko, praktycznie w ogóle. Jedynie ostrzega go przed dotykaniem jej skóry. Bo dotyk Julii zabija. Komitet Odnowy dowiaduje się o tym i chce wykorzystać Julię do swoich celów. Adamowi i Julii udaje się uciec. Przed nimi długa i niebezpieczna droga, na której spotkają ludzi, którzy również chcieliby obalić autorytarne rządy Komitetu Odnowy. Czy im się uda?



Dowiedziałam się o tej książce przez przypadek na stronie lubimyczytac.pl.  Kupiłam od razu dwa pierwsze tomy, które czekały w mojej kolejce książek do przeczytania przez jakieś trzy miesiące. Kiedy w końcu zaczęłam czytać, nie mogłam się oderwać. Książka wciąga od samego początku, styl pisania pani Mafi jest fantastyczny. Przez cały czas trzyma w napięciu, nie ma niepotrzebnych i przydługich opisów, których tak nie znoszę. Czytelnik wchodzi do świata Julii i przeżywa wszystko razem z bohaterką. To niesamowite, że autorce udało się tak doskonale oddać uczucia bohaterów. Czytając tą serię po prostu odpływa się do innego wymiaru.

Cała trylogia pełna jest zwrotów akcji. Kiedy ma się wrażenie, że bohaterowie utknęli w sytuacji bez wyjścia, nagle pojawia się niespodziewana nadzieja. Natomiast gdy wszystko idzie jak z płatka, w najmniej odpowiednim momencie plany zostają pokrzyżowane. Dzięki temu książka nie jest przewidywalna, choć oczywiście pewnych rzeczy możemy się domyślić, ale to sprawia, że jeszcze bardziej wciągamy się w historię Julii.

Książki pisane są w pierwszej osobie w czasie teraźniejszym, tak samo jak "Igrzyska śmierci". I muszę przyznać, że taki zabieg nadaje tej książce charakteru, wywołuje u czytelnika rozmaite emocje. Czasami trzeba na kilka sekund odłożyć książkę, aby trochę ochłonąć. Zazwyczaj narracja w czasie teraźniejszym przyprawia mnie o ból głowy, ale tym razem było zupełnie inaczej. Po prostu zakochałam się w tej książce, miałam wrażenie jakbym sama przeżywała całą historię jako Julia.

Wypowiedzi Julii są naładowane metaforami. Wynika to z samotności bohaterki, która została odrzucona przez świat i z prowadzenia przez nią dziennika. Julia opisuje wydarzenia bardzo dokładnie i barwnie, stosuje mnóstwo porównań, gdy mówi o swoich uczuciach. Wiem, że dla niektórych jest to nieznośne, sama nigdy nie przepadałam za takim stylem. Seria o Julii jest jednak wyjątkiem. Środki stylistyczne doskonale komponują się z całością i nadają wyjątkowości głównej bohaterce. Podziwiam Tahereh Mafi za tak genialne posługiwanie się językiem. W niesamowity sposób opisała przemianę bohaterki w trzech tomach serii, bawiąc się przy tym uczuciami czytelnika. Autorka ma ogromny talent i mam nadzieję, że napisze kiedyś kontynuację "Dotyku Julii" albo cokolwiek innego. Przeczytam na pewno.

Przejdę teraz do wad, bo nie ma książki, która by ich nie posiadała (no, może znalazłabym kilka, ale pomińmy to :D). Po pierwsze, okładka. Polscy wydawcy jak zwykle musieli coś zmienić, więc stworzyli sobie nową wersję. Ale tylko dla pierwszego tomu!!! Pozostałe dwa wydali w wersji oryginalnej. Według mnie to woła o pomstę do nieba. 

Po drugie, brak epilogu. No błagam, jak można pozostawić czytelnika w takim momencie bez dopisania choćby jednej dodatkowej strony?! To rujnuje nie tylko jego psychikę, ale także osób postronnych, którym ów czytelnik żali się przez kilka dni po przeczytaniu książki. Zapytajcie moje koleżanki z klasy, które dzisiaj zamęczyłam na śmierć gadaniem o braku epilogu xD Mam nadzieję, że powstanie kontynuacja, bo muszę, po prostu muszę wiedzieć, co będzie dalej!

Polecam serię "Dotyk Julii" wszystkim fanom książek młodzieżowych i fantastyki. Nawet jeśli po przeczytaniu uznacie, że trylogia ta nie znajdzie miejsca w waszym "Top 10", to na pewno nie będziecie znudzeni ani zmęczeni historią wykreowaną przez Tahereh Mafi. Jej książki przypominają pod pewnymi względami "Igrzyska Śmierci" - akcja dzieje się w przyszłości, w państwie rządzonym przez okrutnych tyranów, napięcie panuje od pierwszych stron. Jeśli przypadł wam do gustu świat stworzony przez Suzanne Collins, to myślę, że historia Julii również wam się spodoba :)

czwartek, 15 maja 2014

Wszystko o MLEKU

Witajcie :)

Dzisiaj czwartek, więc zgodnie z zapowiedzią pora na notkę z cyklu o zdrowym stylu życia. Postanowiłam rozpocząć od odżywiania, a konkretnie od mleka.

"Pij mleko, będziesz wielki!" - to hasło kojarzy chyba każdy, choć niewiele osób pamięta, o co właściwie chodziło w tej reklamie. Sama już zapomniałam, ale ten slogan zawczasu pojawiał się dosłownie wszędzie. Przekonywano nas do picia mleka, które podobno jest źródłem wapnia, tak niezbędnego dla naszych kości. Akcja prania mózgów Polakom przyniosła efekty - zapytajcie dowolną osobę, czy mleko jest zdrowe, a gwarantuję wam, że 99% powie "tak".
wersja mojego taty: PIJ MLEKO, RZYGAJ DALEKO

Jednak naukowcy udowodnili, że wapń zawarty w mleku nie jest przyswajany przez ludzki organizm!!! A wręcz przeciwnie - proces trawienia mleka wymywa wapń z naszych kości. Mleko jest pokarmem dla cieląt, a nie dla człowieka. Nam jedynie szkodzi. Nie wiem, dlaczego media wmawiają nam, że jest inaczej. Jeśli nie wiadomo, o co chodzi, to pewnie chodzi o pieniądze ;) Nie dajcie się nabrać, wujek Google potwierdzi moje słowa.

Na dodatek mleko zawiera laktozę, czyli cukier zbudowany z glukozy i galaktozy, występujący w mleku ssaków. Stanowi ona 55% kalorii w mleku odtłuszczonym, czyli tyle samo, co w napojach gazowanych. A w dodatku organizm ludzki przestaje ją trawić ok. 3 roku życia, więc po mleku może boleć nas brzuch, możemy mieć niestrawność i wzdęcia, ewentualnie psuć sobie organizm bez odczuwania objawów.

przerażające O.o

Z wyżej wymienionych powodów akcje w stylu "mleko w szkole" są dla mnie niezrozumiałe. Pamiętam, jak w mojej szkole było mleko i oczywiście wszyscy je pili i była to wielka atrakcja. "Mam czekoladowe!" - chwalili się jedni, na co inni odpowiadali: "Truskawkowe jest lepsze!". Pamiętam jak raz rozbolał mnie brzuch po tym mleku, kilkoro innych dzieci również się na to skarżyło. Pani stwierdziła, że musiało być źle przechowywane, ale to mało prawdopodobne, zwłaszcza jeśli chodzi o tak popularną akcję. Wtedy jeszcze nie byłam świadoma, ale teraz już wiem. Mleko jest zdrowe tylko i wyłącznie dla młodych krów, człowiek go nie trawi.

Wiem, że na początku trudno jest obejść się bez mleka - sama przez to przechodziłam całkiem niedawno. Ale spróbujcie, bo warto. Może nie odczujecie od razu jakiejś wielkiej różnicy, ale wasze trawienie się poprawi, a wasze kości przestaną być osłabiane. Wasz organizm za kilkanaście lat będzie wam wdzięczny. Jeśli jecie na śniadanie płatki z mlekiem, zastąpcie je jogurtem naturalnym albo kefirem. Przetwory mleczne nie są już szkodliwe (choć chińska medycyna twierdzi inaczej, ale nie będę się w to zagłębiać), ponieważ zawierają szczepy bakterii, które rozkładają laktozę (+ nadają kwaśny smak). Płatki polecam zastąpić musli, ale o tym kiedy indziej :)

Mam nadzieję, że choć trochę zainteresowałam was tym tematem :)

źródła:
http://zdrowie.wp.pl/zdrowie/metody-naturalne/art194,mleko-to-zdrowie-nic-bardziej-mylnego.html

środa, 14 maja 2014

Trzecie zwycięstwo!

Witajcie!

Kilka dni temu dostałam wiadomość na lubimyczytac.pl, że wygrałam w kolejnym konkursie! Od kilku tygodni biorę udział w różnych konkursach na tej stronie, polegają one na napisaniu pracy na zadane pytanie, które zawsze jest powiązane z tematyką książki, która jest nagrodą. Dzisiaj doszła do mnie książka "Finn nieujarzmiony". Strasznie się cieszę, to już moja trzecia wygrana i jestem z siebie dumna. Może jednak moje pisarstwo do czegoś się nadaje :D
moja wygrana <3

Opis książki:

SYTUACJA WYJŚCIOWA:
Trzy domy, trzy działki, trzy tygodnie bez rodziców i wystarczająca ilość kapitału startowego z tajnej kasy ojca.

UCZESTNICY:
Twoi dwaj przyjaciele i ty oraz zwołany przez Facebooka „lud”.

ZADANIE:
Stwórzcie nowy świat! Zamieńcie swój ogródek w kwitnące pole uprawne, poprowadźcie tawernę na tarasie mamy i „hotel na godziny” w salonie. Krótko mówiąc: proklamujcie własne państwo – Innolandię!

Trzej przyjaciele, którym los niespodziewanie zsyła wolną chatę na całe trzy tygodnie. Absurdalna myśl, która zamienia się w prawdziwe wyzwanie. I odpowiedź na pytanie, dlaczego sprzątanie naprawdę się nie opłaca.


Tym razem temat pracy konkursowej był taki:

Co zrobić, gdy rodzice na trzy tygodnie zostawiają wolną chatę? Można proklamować państwo! I nazwać je Innolandia. Na taki pomysł wpadają Finn i jego przyjaciele. Finn jest wprawdzie nieujarzmiony, ale mieszkańców Innolandii ujarzmić trzeba, najlepiej wprowadzając jakieś zasady współżycia w nowym państwie. Stwórzcie składający się z 10 punktów regulamin zachowania obowiązujący w Innolandii.

A oto moje wypociny:

Uwaga, zgromadzeni tu ludzie! Ja, król Finn, władca Republiki Innolandii niniejszym ogłaszam 10 nienaruszalnych zasad, których macie przestrzegać i już:
1. Róbta co chceta. Jesteście wolni.
2. Zakazuje się działania na niekorzyść innych. Oni też są wolni i nikt nie ma prawa tej wolności naruszać. Łapy przy sobie.
3. Zero podatków, jedynie dobrowolne datki. Jeśli chcecie mieć drogi, szkoły i szpitale, wpłaćcie ile chcecie na konto Innolandii, numer znajdziecie w necie na stronce.
4. Jedyną słuszną walutą jest Finn Innolandzki, wybijany w zamku królewskim ze złota i srebra z domieszką tajnego składnika. Nie wolno podrabiać kasy.
5. Nie wolno zanieczyszczać środowiska przez swoje lenistwo. Nic ci się nie stanie jeśli ruszysz tyłek i podejdziesz do śmietnika, zamiast rzucać papierek gdzie popadnie.
6. Należy używać dezodorantu i pasty do zębów. Zapachy spod pachy i odór z gęby nie będą tolerowane.
7. Jeśli masz problem, udaj się do króla Finna. Biuro zażaleń otwarte jest codziennie tak jak Kinder Mleczna Kanapka - między posiłkami. Twoja sprawa zostanie natychmiast rozpatrzona i osądzona. Odwołań nie przyjmujemy.
8. Wandalizm jest zabroniony. Jeśli jesteś tak bardzo zdesperowany, że nie możesz się powstrzymać od dekorowania własności publicznej swoimi bohomazami, ozdób własny dom.
9. Nie pracujesz, nie zarabiasz. Proste. Republika Innolandii nie będzie utrzymywać pasożytów. Do roboty!
10. Złamanie którejkolwiek z zasad skutkować będzie rozprawą i wyrokiem króla. Przywrócimy twój rozum do głowy. W pakiecie dostajesz dożywotnią gwarancję niezapomnianej nauczki.

To by było na tyle. Możecie sobie iść. Bawcie się dobrze i nie zawracajcie mi gitary. Pozdro.

Co o tym sądzicie?

wtorek, 13 maja 2014

Zdrowy styl życia - wstęp

Witajcie!

Jako że na razie nie mam co pisać o wymianie, postanowiłam opowiedzieć co nieco o moim stylu życia i ogólnie o zdrowym odżywianiu, ponieważ się tym interesuję i uważam, że temat jest na czasie. Dostałam sporo wiadomości na ten temat na moim kanale na YouTube, więc stwierdziłam, że będę pisać posty z tej serii w każdy wtorek i czwartek (ale zważając na sezon poprawiania ocen w szkole - nic nie obiecuję!).

Zacznijmy od tego, o co w ogóle chodzi z tym zdrowym stylem życia. Dużo się o tym mówi w ostatnim czasie, zwłaszcza że otyłość i inne choroby cywilizacyjne, np. rak i cukrzyca dotykają coraz więcej osób. Nie chodzi tu o mordercze diety, katowanie się fitnessem czy kupowanie organicznego żarcia, które wyróżnia się jedynie mocno zawyżoną ceną. Chodzi o dbanie o siebie - o swoje ciało - tak aby służyło nam jak najlepiej i jak najdłużej. Zdrowie mamy tylko jedno i musimy o nie dbać.

Mam nadzieję, że nie jadą do McDonalda xD
Zastanawialiście się kiedyś, dlaczego czasami jesteśmy ospali i mamy ochotę leżeć na kanapie i nudzić się przez cały dzień? Albo dlaczego niektórym osobom włosy bardziej się przetłuszczają a ich cera jest w stanie klęski dermatologicznej? Lub dlaczego z roku na rok (a raczej z wiosny na wiosnę) na ulicy widzimy coraz więcej grubasów z tłuszczem wyciekającym zza mocno zaciśniętego paska od spodni? I dlaczego coraz więcej osób choruje na raka? W większości przypadków (znacznej większości!) odpowiedzią jest nieprawidłowy styl życia.

ZDROWE ODŻYWIANIE
"Jesteś tym, co jesz" - to bardzo ważne cztery słowa i w 100% prawdziwe. My, ludzie żyjący w XXI wieku, jesteśmy pewnego rodzaju eksperymentem. Większość tego, co jemy, jest zmodyfikowana genetycznie i napchana chemią do granic możliwości. Nikt nie wie, jaki wpływ będzie to miało na nas po kilkunastu czy kilkudziesięciu latach, bo zbadanie skutków długofalowych wymaga czasu. Jesteśmy pokoleniem, na którym przeprowadza się taki test. Jedno jest pewne - jego wyniki nie będą zachwycające. Wszystko, co w badaniach krótkoterminowych okaże się niezbyt szkodliwe dla człowieka, jest dopuszczane do produkcji, reklamowane w mediach bombardujących nas chwytami marketingowymi każdego dnia i sprzedawane. Dlatego musimy uważać na to, co jemy. Nie każę nikomu sadzić sałaty na balkonie ani samodzielnie polować. Wystarczy czytać etykiety.
Niepogardziłabym <3

Niezdrowych dodatków do żywności nie sposób wymienić, dlatego na blogu będę pisać o tych najbardziej szkodliwych i najczęściej stosowanych. Co robi z nami mleko w proszku, dlaczego pszenica jest niezdrowa, czy powinniśmy pić mleko, czy "pożywny kotlecik z ziemniaczkami" naprawdę jest pożywny? O tym będę pisać w kolejnych postach.

SPORT
Każdy z nas wie, że ruch jest niezbędny do prawidłowego funkcjonowania organizmu. Jednak w dzisiejszych czasach ludzie mają tendencję do ułatwiania sobie życia do tego stopnia, że nie ruszają się prawie nic. Jadą do pracy SAMOCHODEM (niektórzy nawet pracują w domu), wracają do domu i siadają przed TELEWIZOREM, zakupy zamawiają przez INTERNET, ze znajomymi spotykają się na FACEBOOKU (lub skype, jeśli chce im się gadać). Fryzjera mogą ZAMÓWIĆ do domu, obiad też (często jest to pizza), film wypożyczają kilkoma kliknięciami pilota, zamiast iść do kina. Oczywiście wyolbrzymiam, ale łapiecie, co mam na myśli. Trzeba zacząć się ruszać! Podnieść swoje zwłoki z kanapy i utrudniać sobie życie. Wystarczy choćby pojechać rowerem do szkoły. O tym też będę pisać w kolejnych postach.

TRYB ŻYCIA
Czyli to, o której godzinie się budzimy, kiedy jemy posiłki, ile się ruszamy, jak spędzamy wolny czas, kiedy kładziemy się spać. To wszystko ma przeogromny wpływ na nasze zdrowie. Poranne wypicie kawy, spędzenie kilkunastu godzin w ciągu doby na siedząco, nafaszerowanie się suplementami diety, aby na pewno nie zabrakło nam składników odżywczych i połknięcie wieczorem tabletki nasennej nie wpłynie na nas pozytywnie. Ten temat również będę poruszać.
A czapka gdzie?! W taki upał przecież udaru można dostać...

Wiecie już, czego się spodziewać w kolejnych wpisach. Jeśli macie jakieś pomysły, piszcie w komentarzach. Dzisiaj przedstawię wam jeszcze kilka przerażających faktów z polskich statystyk:

- 51% Polaków przyjmuje regularnie suplementy diety
- 19% jest wieczorem tak zmęczone, że nie może zasnąć
- 84% spędza czas wolny oglądając TV
- 40% w ogóle nie ćwiczy
- 44% pali papierosy regularnie
- 73% je co chce i kiedy chce nie zważając na zdrowie
- 29% nie ma poczucia, że ich zdrowie leży w ich własnych rękach
- 39% ma nadwagę (to jest co trzeci Polak!!!)
- 50% nie potrafi schudnąć, niezależnie co robi
- 63% nie jada kolacji (dla jasności - kolacja jest BARDZO ważna, napiszę o tym jeszcze)

poniedziałek, 12 maja 2014

Wiza tuż tuż...

Witajcie!

Wczoraj dostałam maila od mojej fundacji, że mogę zacząć ubiegać się o wizę! Jak każdy wymieniec będę jechać na wizie J-1, chyba że ktoś wyjeżdża do szkoły prywatnej, wtedy dostaje F-1. Posiadacz wizy J-1 może wjechać do USA 30 dni przed rozpoczęciem programu wymiany i wyjechać do 30 dni po jego zakończeniu.

W wiadomości dostałam instrukcje dotyczące wypełniania wniosku i wszystkich papierów. Czuję się mniej więcej tak samo zagubiona jak wtedy, gdy pierwszy raz ujrzałam swoją aplikację. Pierwsza myśl, która przyszła mi do głowy po przeczytaniu tego wszystkiego to: ŻE CO, PROSZĘ?! Tego jest tak dużo i na dodatek jest to masakrycznie zagmatwane, no ale cóż. Jakoś przebrnę przez to wszystko. Na razie muszę iść do fotografa i zrobić zdjęcie wizowe. Nienawidzę takich zdjęć, bo zawsze wychodzi się na nich okropnie. Pociesza mnie fakt, że to zdjęcie na pewno nie będzie gorsze od paszportowego, na którym wyglądam jak córka mordercy (serio, nie przesadzam!), bo się po prostu nie da.

Potem będę chyba zakładać konto na stronie ambasady i kiedyś tam odwiedzę konsula, ale do tego jeszcze daleka droga. Mam nadzieję, że uda mi się zakończyć ten proces w maju. Chciałabym być już w Stanach, mam serdecznie dość polskiej szkoły i tych wszystkich pierdół, które musimy wkuwać na pamięć.

Do napisania :)

piątek, 9 maja 2014

NARESZCIE!

Witajcie:)

Nie, nie dostałam oficjalnego maila o wymianie, choć z tytułu posta mogłoby tak wynikać xD Ale udało mi się skontaktować z host mom!!! Zobaczyłam zieloną kropkę przy jej imieniu na fejsie, więc stwierdziłam, że napiszę do niej. A co, najwyżej nie odpisze i tyle. Więc zaczynam od zwykłego "Hello, how are you?"

...

wyświetlone 15:34

...

Odpisz odpisz odpisz odpisz odpisz odpisz odpisz odpisz odpisz odpisz PLISSSSS! 

Jest! Pojawia się mała chmurka z trzema kropeczkami. Nagle znika. I znowu się pojawia.

Przychodzi wiadomość. Leah pyta, czy dostałam jakieś informacje z fundacji. Odpisuję, że nie, że wciąż czekam. Przez cały czas mam nadzieję, że nie wyłączy nagle czatu. Od tak dawna nie dowiedziałam się nic nowego! Zwariuję od tego nicniewiedzenia! Proszę, napisz coś więcej!!!

Moje prośby zostały wysłuchane xD

Pogadałyśmy przez chwilę, Leah właśnie odwoziła dzieci do szkoły. Była bardzo zdziwiona, że jeszcze nie dostałam maila i napisała, że jak najszybciej skontaktuje się ze swoim szefem w tej sprawie (hmom pracuje w fundacji ISE, z której jadę). HURRA! Może mroczne tajemnice i zagadki mojego placementu w końcu się wyjaśnią :D Oby, bo mam już dość czekania. Następnym krokiem będzie załatwienie wizy. Teraz z uśmiechem wypatruję dalszych wieści :)

I'm so excited!

100 dni, 100 dni, 100 dni...

Witajcie :)

Do mojego wyjazdu na wymianę zostało mniej więcej 100 dni. Nie znam jeszcze dokładnej daty wyjazdu, ale większość wymieńców zaczyna szkołę pod koniec sierpnia, więc przylatuje do USA w połowie tego miesiąca. Będę miała przez to krótsze wakacje, ale to nic. Chciałabym być już być w Stanach! Mam dość polskiej szkoły, tych wszystkich głupich przedmiotów, które są do niczego niepotrzebne i nauczycieli, którzy uważają, że ich przedmiot jest najważniejszy (i jedyny), i którzy chcą ci udowodnić, że nic nie umiesz. Na szczęście minęło już 80% roku szkolnego, więc jakoś wytrzymam. Jeszcze tylko 7 poniedziałków i wakacje!!! YAY!
już niedługo <3

Nawiązując do tematu posta, dziś minęło dokładnie 100 dni od przyjęcia mojej aplikacji. Na stronie internetowej fundacji ISE z moim profilem widnieje napis: Days Unplaced: 100. Błagam, niech ktoś w końcu do mnie napisze! Hmom napisała do mnie 2 miesiące temu i od tamtej pory cisza. Regulamin nie pozwala rodzinie się ze mną kontaktować, dopóki nie dostanę oficjalnego maila, który jakoś jeszcze do mnie nie doszedł. Moja mama kontaktowała się z polską koordynatorką i dowiedziałam się, że szkoła albo rodzina nie dostarczyły jeszcze wszystkich dokumentów. Ale trwa to podejrzanie długo i wydaje mi się, że jest jakiś problem. Mam host mamę w znajomych na fejsie i z jej wpisów wynika, że właśnie się rozwodzi, więc może z tego powodu nie dostałam jeszcze maila. No cóż, pozostaje mi czekać cierpliwie.

Za 100 dni będę już wiedzieć wszystko. Tylko 100 dni...


poniedziałek, 5 maja 2014

Kocham matury!


Do czasu, aż sama nie będę musiała ich pisać xD A mam szczerą nadzieję, że to nigdy nie nastąpi i że uda mi się zostać w USA, zdać SAT lub ACT i GED, bo na High School Diploma raczej liczyć nie mogę, chyba że zmienią mi placement. A mam nadzieję, że nie, bo już przywykłam do myśli, że jadę do Teksasu, gdzie jest CIEPŁO (tak, to bardzo ważne) i host family też wydaje się bardzo miła. Codziennie sprawdzam maila z nadzieją, że dziś jest ten dzień, że dziś dostanę informację o placemencie, że dziś dostanę informaację o czymkolwiek.

Serio.
"O czymkolwiek" byłoby całkiem spoko.

Mam dość tego tkwienia w niepewności. Jadę w końcu do tego Teksasu, czy nie jadę? Czy w ogóle jadę do tej rodziny, czy może nie? A jeśli nie, to do jakiej? Kto w tym momencie przegląda moją aplikację? Co się z nią dzieje? Nie znam odpowiedzi na żadne z tych pytań, a tak bardzo bym chciała. Ale wiem, że już niedługo się czegoś dowiem. Muszę cierpliwie czekać.

O, dzięki wam, kochane matury! Żaden uczeń nie pogardzi trzema dodatkowymi dniami wolnego. Wykorzystam ten czas na wszystko, na co normalnie nie mam czasu. 

1. Pójdę do kina na Niesamowitego Spidermana 2, gdyż pierwsza część spodobała mi się bardzo, a Emma Stone i Andrew Garfield podbili moje serca. Jestem strasznie ciekawa, co się wydarzy w kolejnej części, więc wypad do kina jest absolutnie obowiązkowy. Marnej jakości kinówka z torrentów nie sprawdzi się w tym przypadku.
Jak obejrzę to dam znać, czy było warto :)

2. Przeczytam książki "Gra w kłamstwa" i "Nigdy, przenigdy" Sary Shepard, które czekają na swoją kolej już od paru tygodni. Drugą część wygrałam w konkursie na stronie www.kotek.pl, więc dokupiłam sobie pierwszą, żeby orientować się w fabule. Czytałam pozytywne opinie o tej książce, więc mam nadzieję, że się nie zawiodę. W razie czego zawsze jest allegro.pl :)

3. Kupię sobie rolki. Moje stare wyjeździłam do granic możliwości - kilka tygodni temu jedno z kółek nie wytrzymało i rozwaliło się. Uwielbiam rolki i nie mogę bez nich żyć, więc MUSZĘ kupić nowe, które, mam nadzieję, zabiorę ze sobą do Stanów. Rok bez rolek? Nie ma mowy. Nie wiem, jak ja je załaduję do 23-kilowej walizki, ale znajdę na to sposób, zobaczycie :D

4. Napiszę nowy rozdział mojej książki, albo nawet dwa. Normalnie nie mam na to zbyt wiele czasu i piszę mniej więcej jeden na tydzień, ponieważ stworzenie całego rozdziału, przeczytanie go ponownie i naniesienie poprawek zajmuje mi jakieś 6-8 godzin. Sporo. Ale nigdy nie robię wszystkiego w tym samym dniu, dlatego trochę się to rozkłada w czasie.

5. Trening, trening i jeszcze raz trening. Z wolnych dni trzeba korzystać na maksa, dlatego codziennie przed południem będę ćwiczyć akrobatykę i taniec. Nikogo nie ma w domu, więc mam cały salon dla siebie! Mogę robić tyle piruetów, ile dusza zapragnie i żadna siostra ani mama nie będą mówić: "Nie zasłaniaj, nie widzisz, że oglądam?!", "Przestań kręcić te piruety, bo robisz wiatr i mi zimno!", "Masz swój pokój, tam możesz ćwiczyć". Taka okazja nie może się zmarnować.

Moje piruety:

czwartek, 1 maja 2014

Przepis na szarlotkę z lodami

Witajcie!

W weekend miałam ochotę upiec coś dobrego, więc zdecydowałam się na szarlotkę, której nie robiłam od bardzo dawna. Jak ją ostatnio upiekłam w październiku na urodziny mojej siostry, to wyszła jakaś dziwna i przypominała bardziej kanapkę niż placka. Niby zrobiłam wszystko dobrze, a jednak wyszło mi bardzo mało ciasta przez co placek był cieniutki (miał może 2 cm grubości -,-). W każdym razie teraz wyszła mi idealna, więc postanowiłam dać wam przepis.

Zdjęcie z internetu, ale moja szarlotka wyglądała identycznie!
Składniki na ciasto:
300 g margaryny (pokrojonej na kawałki)
600 g mąki
2/3 szklanki cukru
5 żółtek
2 łyżeczki proszku do pieczenia

Składniki na mus jabłkowy:
1,5 kg jabłek
cukier (Ja dałam łyżkę, ale jeśli macie kwaśne jabłka to dajcie więcej. Możecie też nie dawać wcale, ważne żeby wam smakowało)
4 łyżki kaszy manny
1 łyżka cynamonu

Wykonanie (w kolejności, w jakiej ja to robię):
1. Obierz jabłka i wykrój gniazda.
2. Do dużego garnka wlej 0,5 szklanki wody, wrzuć pokrojone jabłka. Duś aż owoce się rozpadną, co jakiś czas mieszaj (najlepiej pokroić jabłka na małe kawałki, wtedy będzie szybciej). Odczekaj trochę czasu, zanim przejdziesz do punktu 3 :)
3. Wrzuć do miski wszystkie składniki na ciasto i miksuj, aż będzie przypominało kruszonkę (ja miksowałam w Thermomixie, jeśli też go macie to polecam miksować w ten sposób, będzie szybciej).
4. Na blachę wysyp 3/4 ciasta i leciutko ugnieć, żeby było równe. Piecz przez 15 minut w temp. 180 stopni z termoobiegiem.
5. Twoje jabłka powinny już się rozpaść (a jeśli nie, to nie wstawiaj jeszcze ciasta do piekarnika i poczekaj). Dodaj do nich cukier, kaszę i cynamon i zostaw w garnku, żeby woda trochę odparowała. Mieszaj co chwilę.
6. Gdy ciasto skończy się piec, wyjmij je i rozsmaruj na nim mus, a później posyp resztą ciasta. Piecz ok. 45 minut w temp. 180 stopni.

Możesz podawać szarlotkę z lodami, ja najbardziej lubię waniliowe z Grycana :)

Smacznego! (na pewno będzie smaczne, obiecuję)