środa, 7 października 2015

Przeciętna amerykańska nastolatka

W różnych częściach świata ludzie inaczej wyglądają, inaczej się ubierają, inaczej się zachowują, inaczej reagują w danych sytuacjach, inaczej się odżywiają. Dzisiaj podam wam "przepis" na amerykańską nastolatkę. Oczywiście traktujcie to z przymrużeniem oka, nie każda dziewczyna w USA codziennie tak wygląda i tak się zachowuje, ale patrząc ogólnie, a nie jednostkowo, jest to prawda.

1. Kubek ze Starbucksa.
Większość licealistek posiada samochód i dojeżdża samodzielnie do szkoły. A że po drodze zawsze jest Starbucks, gdzie przepyszna kawa kosztuje ok. 4$ (jak w Polsce 4 zł), to dlaczego by tam nie zajechać? Rano każdy jest przecież śpiący, poza tym taki kubek to +10 do szpanu.

Serio, tak jest. 90% osób przychodzi do szkoły z kubkiem pełnym napoju, kupionym w drodze do szkoły. Nie zawsze jest to Starbucks, czasem Sonic (mam o nim filmik na YouTubie, jakby kogoś interesowało), SacPac czy cokolwiek innego. W takim kubku mieści się ponad litr napoju, z wyjątkiem Starbucksa, tam pół litra i oni wypijają dwa takie kubki dziennie, przecież w drodze powrotnej ze szkoły także trzeba się napić (o czymś takim jak woda zapomniano). W ten sposób Amerykanie konsumują kilkaset gramów cukrów prostych dziennie. Ciekawe, dlaczego są grubi i chorują...

2. iPhone
Absolutnie każdy ma tutaj iPhona, biedni starsze wersje (czytaj: 5c i 5s), reszta 6. Elita ma nowy model już w dniu premiery. Te telefony są dla nich dość tanie, w końcu przeciętne zarobki to 4-5 tys. dolarów miesięcznie u niższej średniej klasy. Nastolatki przychodzą do szkoły z MacBookami, każde dziecko posiada iPada od najmłodszych lat (jest to standard, podobnie jak kojec czy pampersy). Ile osób, tyle iPhonów. Piszą na nich notatki, robią zdjęcia tekstom w książkach, nauczyciele tworzą specjalne gry na telefon, w które gra się na lekcjach. Podoba mi się takie wykorzystanie telefonów do nauki, sama korzystam z tego codziennie na studiach.


3. Plecak JanSport
Plecak z tej firmy ma co druga osoba. Próbowałam się dowiedzieć, dlaczego, ale nikt nie znał odpowiedzi na to pytanie. Wszystkie plecaki JanSport mają ten sam krój, różnią się za to kolorami. Na korytarzach jest bardzo kolorowo, co przypadło mi do gustu. Oczywiście ta firma nie jest monopolistą - indywidualiści chcący wyrazić siebie mają plecaki np. z Hogwartu, za to stylowe dziewczyny - elita, plecaki od designerów Michael Kors i Louis Vuitton. Niewiele osób używa toreb, za to są tacy (zazwyczaj gracze futbolu), którzy przychodzą do szkoły z samym telefonem. W końcu notatki się dostaje, a ołówek można pożyczyć od nauczyciela.


4. Luźny T-shirt
Idzie korytarzem dziewczyna. Starbucks, iPhone 6, przyjechała do szkoły Lexusem. Nierzadki widok. Buty Tory Burch, plecak Michael Kors, jeansy Abercrombie... i zwykły T-shirt za 2$. To bardzo powszechny widok i nikt nie widzi w tym nic dziwnego. W końcu po co ubierać się w jakieś niewygodne bluzki z dziwnych materiałów. Wygoda przede wszystkim.






5. Kozaki i długie kremowe skarpetki
Niezależnie od pory roku co druga dziewczyna jest tak ubrana. W końcu w szkole zawsze jest zimno (przez klimatyzację), na pewno się nie zgrzeje. Kozaki są wysokie, prawie do kolan, a kremowe skarpetki wystają 3-5 cm powyżej linii, gdzie kończy się but. Bardzo spodobała mi się ta moda i sama kupiłam sobie podobny zestaw :)



6. Smycz
Szkolny regulamin wymaga, aby każdy uczeń nosił na szyi swój identyfikator, taką jakby legitymację. Nie wolno go zdejmować (ale kto by tego przestrzegał...). Ludzie nie przepadają w tym kraju za kolorem czarnym, a właśnie taka jest smycz zapewniana przez szkołę, więc kupują sobie kolorowe smycze. Grube i chude, jednokolorowe i tęczowe, wyszywane cekinami lub własnoręcznie dekorowane. Na nich zawieszają ID. Bardzo mi się ten zwyczaj spodobał, smycz stawała się częścią garderoby.




7. Fryzura "na szybko"

O ile część osób codziennie rano układa włosy i robi pełny makijaż, o tyle większość związuje je w byle jakiego koka czy kucyka, ewentualnie zostawia tak, jak się ułożyły podczas snu. Któregoś dnia dyskutowaliśmy z nauczycielką od psychologii, ile czasu kto poświęca rano na zrobienie fryzury. Nauczycielka - 15 minut. Bardzo popularna cheerleaderka - 0 minut. Powiedziała, że tego dnia nawet nie przeczesała włosów. Co prawda dzień czy dwa wcześniej musiała je ułożyć, widać było, że są zakręcone na lokówce, ale tego ranka w ogóle się nimi nie przejmowała. Bo po co? Dobrze wyglądała.


Jak wam się podoba takie podsumowanie? O czym chcielibyście przeczytać w kolejnych postach? A może jest coś, co powinnam zmienić? Jestem otwarta na sugestie :)

Do zobaczenia w następną środę!

sobota, 26 września 2015

Poradnik wymieńca - Jaką fundację wybrać?

Na wstępie zapraszam was na mój nowy instagram: mariakrasowska :)

Nadeszła jesień - czas planowania wymian i wypełniania aplikacji. Przyszli wymieńcy są podekscytowani czekającą ich przygodą (bo jeszcze nie mają pojęcia, ile papierkowej roboty ich czeka :D). Często pojawia się pytanie: Jaką fundację wybrać?

Wchodzimy na stronę biura podróży Foster, gdzie mamy do wyboru kilkanaście fundacji. Na pozór niczym się nie różnią, oprócz ceny. Wchodzimy w Google i trafiamy na Rotary, Why Not USA i różne inne. Tam znów mamy do wyboru pozornie identyczne fundacje.

NO ALE SKORO SĄ IDENTYCZNE, TO SKĄD ROZBIEŻNOŚĆ CEN OD 5000$ DO 20.000$?!

Nie jestem jasnowidzem i nie mam wiele doświadczenia - w końcu wyjechałam z tylko jedną fundacją, innych nie przetestowałam. Ale rozmawiając z koleżankami z innych fundacji i czytając blogi wymieńców doszłam do pewnych wniosków, więc podzielę się z wami moją wiedzą.

Co oferują fundacje, co może wpływać na cenę:
- orientation, najczęściej w Nowym Jorku, czyli kilkudniową wycieczkę ze zwiedzaniem miasta i poradami różnych ludzi dotyczących wymiany, wliczoną w cenę wymiany
- bilet lotniczy wliczony w cenę wymiany
- kieszonkowe na wymianie
- lepsze warunki na miejscu, np. umowa zobowiązująca host rodzinę do płacenia za wasz lunch itp.
- fundacje kasujące 20 tys. $ wysyłają was do szkół prywatnych

Więcej różnic z opisu fundacji raczej nie znajdziecie. Ale różnice są. Tańsza fundacja nie bez powodu oferuje niską cenę:
- mało płaci koordynatorom, którzy wskutek niskiej pensji pracują w dwóch/trzech pracach na raz, nie mają na nic czasu i totalnie olewają swoich podopiecznych
- znajduje rodziny na odwal, żeby tylko znaleźć miejsce dla jak największej ilości wymieńców i zgarnąć kasę
- nie ma nic w ofercie, żadnego orientation, wycieczek, biletu lotniczego.

Natomiast droga fundacja wręcz przeciwnie.

Oczywiście wiele zależy od rodziny, na jaką traficie, od szkoły i koordynatora. W droższej fundacji macie większe szanse na życie w Amerykańskim Śnie, natomiast jadąc z tańszej fundacji prawdopodobnie powtórzycie moją historię, choć znam nieliczne osoby, które są bardzo zadowolone z ISE. Ja jednak odradzam. Dlaczego? Jak czytaliście bloga, to wiecie. Jeśli nie, to przeczytajcie.

Wiem, że w Polskich realiach zarobkowych wyjazd z najtańszą fundacją to często jedyna możliwość, a i tak mocno nadszarpuje budżet rodzinny. Do tego to kieszonkowe! Czyi rodzice są w stanie wybulać 300$ miesięcznie na wasze potrzeby w USA? Jeśli jesteście w takiej sytuacji, to nie martwcie się. Jedźcie. Gwarantuję wam, że spokojnie przeżyjecie mając 50$ miesięcznie na różne wydatki. Kto chce zaszaleć i zasponsorować sobie całkiem nową garderobę (patrz: ja), może znaleźć pracę jako opiekunka do dzieci i zarabiać 10$ na godzinę. Polecam :)

A złą rodzinę można zmienić, więc tego też się nie obawiajcie :)

czwartek, 24 września 2015

Wyprawa rowerowa

Wczoraj pokonałam lenistwo, wsiadłam na rower i z bagażnikiem pełnym "Wysp X" wybrałam się na objazd bibliotek w celu sprzedaży książki. Nie jeżdżę do każdej biblioteki z osobna, odwiedzam tylko gminne, ponieważ tylko one mogą zawierać transakcje. Planowałam wybrać się do najbliższej gminy, potem wrócić do domu i napisać nowego posta jak w każdą środę. Jak się domyślacie, plan uległ zmianie. Stwierdziłam, że skoro już się fatygowałam te 10 km przez górzysty teren, to zajadę do następnej gminy. Szybko tego pożałowałam. Niestety, wyznaczanie trasy w mapach Google nie poinformowało mnie, że droga wiedzie po stromiznach. No ale skoro już zaczęłam jechać, to nie będę się wracać. Powoli powoli dopedałowałam do kolejnej gminnej biblioteki. Odpoczęłam, sprzedałam książki, zjadłam kanapkę i wyciągnęłam telefon z torby. Stwierdziłam, że nie chce mi się wracać do domu 20 km po piekielnie górzystym terenie, więc włączyłam mapę i (jakbym wcześniej tego dnia nie dostała nauczki) wyszukałam trasę do kolejnej gminy i biblioteki, na południe, aby zawrócić do Rzeszowa i stamtąd udać się do domu bez jazdy po górach. Taaaaak...

Na początku trasa wiodła cały czas pod górę. Do tego była 14:00, najmocniejsze słońce, zero cienia. "Jestem już tak wysoko, kiedyś ta góra musi się skończyć" - pomyślałam, pewna, że wkrótce będę jechać z górki i sobie odpocznę. Ale góra się nie kończyła. Parę razy zeszłam z roweru, żeby odpocząć, bo nawet na jedynce nie miałam siły jechać. Już miałam zawracać, kiedy z przeciwka wyjechała rowerem emerytka na składaku i popędziła w dół. Uznałam, że skoro jedzie w dół, to albo już jechała w górę, albo dopiero będzie, a skoro ona może, to ja też. No i pojechałam dalej. Góra się nie kończyła. Domów stało coraz mniej. Góra wciąż się nie kończyła. Wyjechałam z terenu zabudowanego. Góra wciąż się nie kończyła. Przestałam wymijać samochody, widziałam tylko jakiś traktor. Góra wciąż się nie kończyła. Skończyła się droga asfaltowa. Góra wciąż się nie kończyła. Nawigacja wyprowadziła mnie w pola i straciłam nadzieję na powrót do cywilizacji. A góra wciąż się nie kończyła. NO ILEŻ MOŻNA, KIEDYŚ MUSI SIĘ SKOŃCZYĆ!!!!!!!!!!! I po godzinie mordęgi w końcu dotarłam na szczyt.

Szczerze mówiąc, było warto. Wyjechałam chyba na najwyższą górę w okolicy i roztaczał się z niej przepiękny widok. Zobaczyłam cały Rzeszów, odkryłam też pole wiatrakowe na wschód od miasta, o którym nie miałam pojęcia. Wsiadłam na rower i ruszyłam dalej. Na początku po równym terenie, potem z górki. Powoli zaczęły pojawiać się domy, napotkałam mnóstwo ogródków pełnych dyń, potem wjechałam do jakiegoś miasteczka. Udało mi się dotrzeć do biblioteki. Przejechanie tych 10 km zajęło mi półtorej godziny.

Nie miałam siły jechać daleko, więc pojechałam do mamy do pracy (to tylko 10 km, pfff... po tym, co dzisiaj przejechałam, to pikuś) i razem wróciłyśmy do domu z rowerem załadowanym do samochodu.

Po przejechaniu tych 40 km w ekstremalnych warunkach nie pojadę do kolejnej biblioteki aż do czasu otrzymania prawa jazdy. Nie ma mowy.

czwartek, 17 września 2015

Wywiad i nowe filmiki

Dzisiaj mam dla was kilka internetowych nowości z moim udziałem. Ostatnio dostałam bardzo miłą propozycję wywiadu od jednej z blogerek, rezultaty prezentuję poniżej, dodałam też nowe filmiki na oba moje kanały na YouTube, które możecie tu obejrzeć.

Tutaj znajdziecie wywiad ze mną, w którym zdradzam, jak zaczęłam przygodę z serwisem YouTube, jaka jestem naprawdę, skąd czerpię inspirację oraz mówię co nieco na inne tematy:
http://milaa-my-world.blogspot.com/2015/09/wywiad-z-marysia-krasowska.html

Zapraszam do obejrzenia BFF Tag, który nagrałyśmy z Susi w przedostatni dzień wymiany:

A oto przepis na fantastyczne i w pełni zdrowe naleśniki z dynią, wprost idealne na jesień, gdyż mamy sezon na to warzywo:

Zrecenzowałam dla was książkę "Dieta bez pszenicy":


Na koniec razem z Mają podajemy nasz adres korespondencyjny:

Naszło mnie na wspomnienia i postanowiłam sprawdzić, co napisałam na blogu 365 dni temu:

Znaleźliście coś dla siebie w "ramówce"? ;) Dajcie znać w komentarzach!

środa, 16 września 2015

Poradnik wymieńca #5 - Kultura po amerykańsku

Wymieniec jadąc do innego kraju przeżywa szok kulturowy. Czasem mniejszy, czasem większy, ale zawsze jakiś. Z niektórych różnic pomiędzy kulturą Amerykanów a swoją często nie zdaje sobie sprawy aż do momentu, kiedy wyjdzie na głupka czy na chama. Co kraj to obyczaj. I choć USA nie różni się bardzo od Polski, to niektóre zwyczaje mnie zaskoczyły.

Amerykanie to niezwykle kulturalny naród. Ich hymn powinien brzmieć "proszę, dziękuję, przepraszam". Nie miałam o tym pojęcia, kiedy tam przyjechałam, więc przystosowywałam się do życia w nowym środowisku poprzez obserwację. Co kilka sekund słyszałam "dziękuję" z jednej strony, "proszę" z drugiej. Kiedy na lekcji nauczyciel puszczał kserówki po klasie i stos docierał do mnie, a ja przekazywałam go dalej, zawsze słyszałam "dziękuję" od osoby za mną. Na początku wydawało mi się to bardzo dziwne. Po co dziękować komuś za podanie kawałka papieru?! To tylko kartka! Nie rozumiałam tego. Ale kiedy wchodzisz między wrony, musisz krakać tak jak one, więc po pewnym czasie przywykłam i sama zaczęłam wszystkim za wszystko dziękować.

Po powrocie do Polski przeżyłam szok, społeczeństwo wydawało mi się nadzwyczaj chamskie i niekulturalne. Jadę rowerem, zjeżdżam komuś ze ścieżki, aby mógł przejechać, a on ani "be", ani "me", nawet na mnie nie spojrzał. Stoję przy kasie w supermarkecie, a tu jakaś baba pcha się za mnie, żeby odłożyć koszyk, z wzrokiem jakby chciała mnie zabić za to, że istnieję. Idę chodnikiem i mijam się z kimś nieznajomym, a on udaje, że mnie nie widzi i ma naburmuszoną minę. Ludzie drodzy, weźcie się uśmiechnijcie i zacznijcie używać magicznych słów!

Po kilku tygodniach przeszło mi, w końcu taki już jest nasz naród :) Ale siebie z powrotem nie zmieniłam, dalej mówię ludziom z uśmiechem "dzień dobry", nawet jak ich nie znam. Chyba że podejrzanie wyglądają, wtedy się nie odzywam. Znacznie częściej używam też słowa "dziękuję", w końcu nie zaszkodzi :) Oczywiście zachowuję umiar w tych manierach, bo by mnie wzięli za wariatkę! Poza tym uważam, że w Ameryce przez częstotliwość mówienia tych słów straciły one znaczenie. Nie wiadomo, czy ktoś naprawdę jest nam wdzięczny, czy dziękuje odruchowo, jak zaprogramowany robot. to samo tyczy się przeprosin, proszenia oraz kultowych "Hi, how are you?" (nikogo nie obchodzi, jak się masz) oraz "Have a great day!" (co za różnica, czy będzie dobry czy zły, i tak już wychodzisz). Na to pierwsze zawsze odpowiadasz "I'm good", choć często jest to kłamstwo. ALE mimo tego twój nastrój się poprawia, po prostu dlatego, że to powiedziałeś. Miło jest usłyszeć te magiczne słowa i człowiekowi od razu poprawia się samopoczucie.

Co się tyczy magicznych słów: Od przybytku głowa nie boli. Co za dużo, to nie zdrowo.

A teraz rada dla wymieńców: dziękujcie wszystkim za wszystko, przepraszajcie i proście na każdym kroku. Jeśli do taty mówicie "podasz sól?", to do host taty powiedzcie "podasz sól, proszę?". Jeśli do mamy mówicie "pa", kiedy podwozi was do szkoły, do host mamy powiedzcie "bardzo dziękuję za podwiezienie mnie, miłego dnia". Jeżeli przez przypadek dotkniecie kogoś palcem w klasie, powiedzcie "bardzo cię przepraszam". Nie ważne, jak dziwne i nienaturalne może wam się to wydawać, zróbcie to. Te słowa okażą się naprawdę magiczne i zaskarbicie sobie przyjaźń wielu osób.

Natomiast jeśli ich nie powiecie, wiele osób pomyśli, że jesteście zwykłymi chamami. Serio! Dowiedziałam się o tym wszystkim od drugiej host mamy, Jenn, która była otwarta na świat i wyjaśniała mi wszystkie amerykańskie zwyczaje. Dopiero wtedy zrozumiałam, że poprzez nieamerykańską kulturę dałyśmy z Mirabelle pierwszej host mamie dodatkowy powód, aby nas nienawidziła. Może nie podziękowałyśmy za obiad?

Jeżeli jesteś tegorocznym lub byłym wymieńcem, podziel się swoim zadaniem w komentarzach :) Jak wygląda kultura w miejscu, w którym przyszło ci żyć?

niedziela, 6 września 2015

Rok wymiany w zdjęciach

Zebrałam najlepsze zdjęcia z całego roku na wymianie i stworzyłam z nich filmik. Przy oglądaniu wracają wszystkie wspaniałe wspomnienia i jedyna myśl, jaka się pojawia, to: "Dlaczego wymiana się skończyła?! Ja chcę jeszcze raz!!!". No, może jeszcze jedna: "Dlaczego Hiszpania, Niemcy, Ekwador i Chiny są tak daleko?!". Obejrzyjcie sami:


środa, 2 września 2015

Na studia z GED

Hej, planujesz jakiegoś posta gdzie opiszesz swoje plany na przyszłość? Jaki kierunek w końcu wybrałaś, dlaczego etc.
Odpowiedz

No to odpowiadam :)

Miałam o mojej przyszłości napisać już jakiś czas temu, jednak zdecydowałam, że wstrzymam się, dopóki wszystko nie będzie w 100% pewne. Nie lubię, kiedy napiszę jedno, a w innym poście zaczynam wyjaśniać, że kilka rzeczy się zmieniło i piszę drugie. Jestem zapominalska, więc dla własnego dobra i w trosce o czytelników, których mogłabym nieźle skołować, piszę o rzeczach pewnych.

Pewne jest to, że od 25 września tego roku zaczynam studia. Wybór kierunku był trudny, miałam na to kilka dni (bardzo ciężkich dni), decyzja była o tyle skomplikowana, że planowałam w ogóle nie iść na studia, następnie zmieniłam zdanie, a kiedy musiałam wybrać kierunek, mogłam wybierać ze wszystkich dostępnych. Najchętniej uczyłabym się wszystkiego po trochu: informatyki, zarządzania, biologii, dietetyki, angielskiego, astronomii, tańca... Chyba pasowałyby mi studia w USA, gdzie można wybierać przedmioty :) W końcu zdecydowałam się na zarządzanie. Interesuję się biznesem i na pewno w przyszłości będę prowadzić działalność gospodarczą, więc sądzę, że mogę się tam dowiedzieć czegoś przydatnego. Jak naprawdę będzie, tego nie wiem. Nie sądzę, żebym zagrzała miejsce na uczelni na długo. Wymiana pokazała mi, jak cudownie jest zwiedzać świat, więc zamierzam przy pierwszej możliwej okazji wybrać się z Erasmusem na kolejny wyjazd. Po powrocie do kraju pewnie zdecyduję się na zmianę uczelni. W końcu siedzenie w jednym miejscu jest nudne, a nuda to mój najgorszy wróg. A zresztą, skąd mam wiedzieć, co będzie za dwa lata? Pożyjemy, zobaczymy.

A teraz trochę o GEDzie, żeby rozwiać wątpliwości i choćby odrobinę pomóc tym, którzy planują go zdawać.

1. Czy w Polsce można dostać się na każde studia z GEDem? 

Tak, absolutnie każde i to bez żadnego problemu. W marcu zmieniły się przepisy i jeśli posiadacie dokument, który uprawnia was do studiowania w kraju, w którym go zdobyliście, w Polsce też jest akceptowany z mocy prawa. Są też ograniczenia - nie każde państwo się liczy, ale lista państw jest długa i większość cywilizowanych krajów się na niej mieści; jeżeli w kraju, z którego pochodzi dokument, jesteście uprawnieni do studiowania tylko na wybranych kierunkach, to w Polsce możecie się ubiegać o przyjęcie tylko na właśnie te kierunki. GED uprawnia do wszystkich kierunków.

2. Czy trzeba mieć coś oprócz GEDu? 

Ja miałam ACT, ale chyba nie okazał się potrzebny. Nie wiem dokładnie, jak mi przeliczyli punkty, dostałam ich 207, nie wiem na ile, ale nie ważne ;) W każdym razie GED wystarcza. Jest jednak haczyk - trzeba załatwić sobie do niego Apostille, a ono jest wydawane przez Sekretarza Stanu. Dowiedziałam się o tym dopiero w Polsce, więc musiałam:
- napisać do ludzi od GEDu, aby przysłali mi notaryzowany oryginał (normalnie nie wydają oryginałów, wszystko jest online)
- po otrzymaniu powyższego wysłać go z powrotem do USA, do hostów, aby poszli do Sekretarza po Apostille
- czekać, aż GED z Apostille wróci do mnie pocztą

Trwało to dwa miesiące, ale się udało. Wczoraj dostarczyłam Apostille na uczelnię, nie musiałam go nawet tłumaczyć, wystarczyło, że reszta dokumentów jest przetłumaczona.

Pod ostatnim "poradnikiem wymieńca" pojawiły się komentarze, że na wymianie wcale nie jest tak źle, że jestem pesymistycznie nastawiona, że to zależy, na kogo się trafi, itp. Otóż pozwólcie, że wyjaśnię moje intencje. Owszem, u znacznej większości wymieńców nie pojawiają się duże problemy, ogólnie jest super, tęcze, jednorożce i te sprawy. Ale te osoby nie potrzebują żadnych porad! Same sobie świetnie radzą bez wsparcia z zewnątrz. Jednak są tacy, którzy mają kłopoty i to właśnie do nich adresuję moje porady. Chcę im pokazać, że z każdej sytuacji jest wyjście, żeby się nie załamywali i wzięli sprawy w swoje ręce. Że nie są samotni, że inni też przez to przechodzili, że to nie koniec świata i po pewnym czasie wszystko się ułoży :)

Jeżeli macie pomysły lub prośby na kolejne posty, napiszcie w komentarzach.

czwartek, 27 sierpnia 2015

Poradnik wymieńca #4 - Amerykańscy znajomi

Na wstępie pragnę podziękować wszystkim siłom wyższym  za to, że nie byłam jedynym wymieńcem w moim High School. Gdyby nie koleżanki-wymieńcy, mój rok w USA byłby ubogi w życie towarzyskie. Dlaczego? Co jest nie tak z Amerykanami? Nic, po prostu ich kultura jest inna.

Po przybyciu do USA musiałam znaleźć sobie znajomych, aby nie kisnąć przez bite dziesięć miesięcy w stajni zwanej domem pierwszych hostów. W pierwszym tygodniu poznałam pięć koleżanek: Kaeleigh, host siostrę, która na facebooku sprawiała wrażenie bratniej duszy, niestety na miejscu nie interesowała się mną zbytnio. Była miła, ale zamieniałyśmy zaledwie kilka zdań dziennie. Gdy zaczynałam rozmowę, ta szybko trafiała na martwy punkt. Przez internet naobiecywała mi, jak wiele będziemy robić razem, jak będzie super, jak wymyślimy duet taneczny i pojedziemy na konkurs tańca. Mimo mojej inicjatywy po przyjeździe okazało się, że to tylko puste słowa. Dalej nie mogę zrozumieć, jak można najpierw zdecydować się na goszczenie wymieńca, a potem totalnie go olewać. Nieważne. Przejdźmy dalej.

Poznałam także exchange siostrę z Chin, Mirabelle. Obie przechodziłyśmy przez to samo - ta sama host rodzina, te same problemy. Tylko ona i host tato ze mną rozmawiali. Mówiąc "rozmawiali" mam na myśli interesowanie się drugą osobą, a nie grzecznościowe zwroty, wołanie na obiad i przypominanie o obowiązkach domowych. Poza faktem, że kiepsko znała angielski i rozmowa z nią wymagała odrobiny cierpliwości i zrozumienia, co nie było trudne, gdyż mój angielski był kiedyś na jej poziomie i wiedziałam, co chce powiedzieć, wszystko dobrze się układało, opowiadałyśmy sobie o swoich krajach, robiłyśmy mini piżama party i gotowałyśmy od czasu do czasu jadalne jedzenie, tak dla odmiany. Chwała Bogu za Mirabelle. Nie wiem, jak bym przetrwała sama. Pierwsza koleżanka znaleziona!

Sąsiedzi, znajomi host mamy, także gościli dwie exchange studentki - Jimin z Korei i Martę z Hiszpanii. Bardzo fajne dziewczyny, ale ich hości pozostawiali wiele do życzenia. Nie lubiłam tam chodzić, choć raz "uciekłam" do Jimin, kiedy miałam naprawdę dość mojego host domu. Marta była wtedy na treningu tenisa. Kiedy je poznałam, byłam przekonana, że Jimin jest Amerykanką, jednak okazało się, że jej wymiana zaczęła się zimą, więc miała za sobą kilka miesięcy amerykanizacji, nie miała też akcentu. Z oboma dogadywałam się dobrze, dużo rozmawiałyśmy w autobusie, jednak one wolały przebywać w swoim gronie niż spotykać się ze mną i z Mirabelle. Miałyśmy inne zainteresowania i osobowości.

Ostatnią osobą była Anna, nasza sąsiadka. Bardzo miła, niestety fałszywie miła. Do dziś nie wiem, czy mnie lubiła czy nie. Poznałam ją w trzeci dzień wymiany - zaprosiła ją do nas Kaeleigh za namową host taty, podobno były przyjaciółkami. "Zaprosiła"... rozmawiałyśmy na podjeździe, najwidoczniej tam nie wchodzi się do cudzego domu bez większego zaproszenia. Bo w sumie po co? Żeby się zaprzyjaźnić? Pfff, po co komuś coś takiego? Co prawda nigdy nie widziałam, aby rzekome przyjaciółki Anna i Kaeleigh się specjalnie ze sobą kontaktowały, ale pomińmy ten fakt. Anna miała psa i powiedziała, że możemy wspólnie chodzić z nim na spacery, aby coś razem porobić. Dałam jej mój numer telefonu, oczywiście nigdy do mnie nie zadzwoniła. Powoli zaczęłam sobie uświadamiać, że dane mi obietnice nigdy nie zostaną spełnione. Nigdy nie wybrałam się na spacer z Anną i nigdy nie wymyśliłam tańca z Kaeleigh. A nawet nie wiecie, jak bardzo tego chciałam. Raz wyszłam pobiegać i spotkałam Annę z psem, ale po paru zdaniach powiedziała, że musi iść do domu. Jak już mówiłam, Anna była miła, rozmawiałyśmy czasami w autobusie i powiedziała mi i Mirabelle, że zawsze możemy do niej przyjść, kiedy nie będziemy wytrzymywać w host domu. To od niej dowiedziałam się, co mówi o nas host mama za naszymi plecami. Za to kiedy przysiadłam się, aby jeść lunch z nią, z Martą i z Jimin, czułam, że nie chce ze mną rozmawiać. Miała już swoje amerykańskie życie, znajomych i nie potrzebowała wymieńca do kompletu.

Kiedy zaczęła się szkoła, poznałam Micaelę. Kiedy nauczyciel algebry przedstawił mnie klasie i powiedział, że jestem wymieńcem, wykrzyknęła "that's so cool!". Potem zawołała mnie do swojego stolika, kiedy szukałam miejsca podczas pierwszego lunchu i od tamtej pory siedziałam z nią i z jej przyjaciółką Ashley. Bardzo lubiłam je obie i dalej mam z nią kontakt. Za to one też były typowymi przedstawicielkami swojej nacji - naobiecywały mi gruszek na wierzbie i złotych gór, o tym pewnie rozpisywałam się w postach z września i października, i, niespodzianka, nie spełniły żadnej z obietnic. Miałyśmy między innymi zorganizować międzynarodowe piżama party i ugotować polskie jedzenie, pojechać do różnych sklepów, restauracji, miejsc i parków rozrywki. W drugim semestrze obiecała Cindy, że zabierze ją do Six Flags, nagrałam telefonem Cindy ich pinkie promise, oczywiście, niespodzianka, Cindy nigdy nie przejechała się amerykańskim rollercoasterem. Obietnice wobec żadnej z nas nie zostały spełnione, mimo to bardzo dobrze wspominam nasze wspólne lunche.

Wkrótce poznałam właśnie Cindy z Ekwadoru, zaraz potem Susi z Hiszpanii, późną jesienią Sophie, a zimą Larę. I los chciał, abyśmy się zaprzyjaźniły. Wszystkim nam brakowało tego samego - spędzania czasu z ludźmi. Wycieczek. Wyjść do kina. Życia. Zaczęłyśmy się organizować i zrobiłyśmy nocowanie u Cindy. Poszłyśmy do kina. Pojechałyśmy do Outletów. Zwiedziłyśmy Austin. I tak dalej, i tak dalej. Aby zdobyć przyjaciół, trzeba spędzać razem czas, poznać się, przeżyć przygody. Amerykanie tego nie robią. Niby mówią, że są BFF (przykład: Micaela i Ashley), a kilka miesięcy później widzę je w zupełnie innych gronach, nie rozmawiają ze sobą prawie w ogóle. Trochę jak w podstawówce. Poznajesz jedną osobę i jesteście najlepszymi przyjaciółkami, a pół roku później stwierdzasz, że kogoś innego lubisz bardziej i to z nim będziesz siedzieć i bawić się na placu zabaw. W High School jest identycznie. I to nie tylko moja opinia, podzielają ją zarówno moje koleżanki z wymiany jak i na przykład "Ssarusska" (usłyszałam to w jednym z jej filmików z jakąś inną dziewczyną, chyba o minusach życia w USA). Fakt, że amerykańscy nastolatkowie często zachowują się jak dzieci, potwierdza to, że ich rodzice są bardzo opiekuńczy. Jenn przyznała, że w Europie nastolatków traktuje się jak dorosłych (w pewnym sensie) a w USA nie. Co jest dziwne, ponieważ prawo jazdy robią w wieku 16 lat, pracują od 15-16 i już w gimnazjum wiele osób jest w związkach.

Później poznałam wiele innych amerykańskich koleżanek, fajnych, miłych... ale z wyżej wymienionych powodów zaprzyjaźniłam się tylko z wymieńcami.

Koniec opowiadania o znajomościach i pełnych narzekań dygresji, te historie w całości są spisane na blogu. Przejdźmy do konkluzji, bo niedługo napiszę biografię.

Nie wiem, jacy będą twoi amerykańscy znajomi. Wielu z was trafi na takie Micaele, Anny i Ashley, choć jestem przekonana, że znajdą się osoby, które się zaprzyjaźnią z Amerykanami. Pamiętaj, żeby nie brać do serca żadnych obietnic, bo na 99% nie zostaną spełnione. Jeśli ci się spodobały, zanotuj je i napisz książkę, gdzie bohater przeżywa przygody z tych obietnic. Pogódź się z losem i ciescie się wymianą! Jeśli w twojej szkole są wymieńcy, znajdź ich i porozmawiajcie. Kto wie, na jakich ludzi się natkniesz. Oczywiście będą i tacy z was, którzy jako jedyni w swoim dystrykcie otrzymają przywilej uczenia się w High School jako exchange student. Jeśli znajdziesz się w takiej sytuacji, polecam poznać jak najwięcej osób. Na pewno znajdzie się ktoś fajny.


  • Nie siedź codziennie z tymi samymi ludźmi na lunchu. 
  • Rozmawiaj z różnymi osobami z klasy, nie tylko z jedną czy dwiema. 
  • Nie ukrywaj się w ostatniej ławce, tylko wyjdź do przodu i wykaż się, a znajdą się tacy, którzy sami do ciebie podejdą. Naprawdę! 
  • Zapisz się na zajęcia dodatkowe i na sporty. 
  • Zapytaj hostów, czy nie mają znajomych w okolicy z dziećmi w twoim wieku. 
  • Wejdź na grupę twojego osiedla i poszukaj znajomych. 
Sposobów jest wiele, najlepiej próbować wszystkiego. Nie bójcie się świata, otwórzcie się na ludzi, a w czerwcu będziecie wspólnie z kimś płakać, że musicie się rozłączyć. Wymiana to czas, kiedy trzeba się przełamać i odważyć się na to, czego się wcześniej baliście. Pamiętam, kiedy bardzo chciałam zarobić parę groszy, aby kupić coś fajnego w cudownie wyposażonych amerykańskich sklepach. Wsiadłam na rower i jeździłam po okolicy, i każdemu, kto był na zewnątrz, proponowałam pomoc w ramach dorabiania sobie pieniędzy (koszenie trawy, babysitting, cokolwiek). Zdobyłam w ten sposób doświadczenie i kontakty, a przy okazji dowiedziałam się paru rzeczy. Nie napracowałam się, bo parę dni później zmieniłam rodzinę, ale liczy się sam fakt, że się próbowało. Więc próbuj! Powodzenia :)