poniedziałek, 13 października 2014

Urodziny host mamy

Rano pomogłam host mamie robić gingerbread pancakes, czyli piernikowe naleśniki. Przeczytałam przepis i uznałam, że wyjdzie z niego coś dobrego i że chcę się nauczyć takie robić, więc najpierw poobserwowałam jak Lynne je robiła, a potem dokończyłam smażenie michy ciasta. Naleśniki wyszły przepyszne, zrobiłam zdjęcie przepisu oraz smażenia, więc możecie spróbować je zrobić i dodać amerykańskiego akcentu do śniadania. Ciasta było dwie porcje, wyszło z tego 40 pancakesów.






Po południu z okazji urodzin Lynne pojechaliśmy na lunch do tajskiej restauracji, którą host mama bardzo lubi. Oprócz mojej host rodziny przyszło 4 innych gości. Mogłam zobaczyć, jak wygląda przyjęcie urodzinowe w Ameryce (i zarazem dodać kolejny punkt do listy "Rzeczy, które są lepsze w Polsce"), oraz spróbować tajskiego jedzenia (uwielbiam je!). Na początku każdy z gości dostał menu i rozpoczęło się wielkie wybieranie spośród tajemniczych nazw jeszcze bardziej tajemniczych potraw. Wszystko było dla mnie nowe i nie miałam pojęcia, czego powinnam spróbować, na szczęście pomógł mi John, polecając Satay, czyli mięso na patyku. Stwierdziłam, że chętnie spróbuję czegoś dziwnego i zaryzykowałam zamówienie tego dania.

Zamówiliśmy także kilka przystawek, którymi się wszyscy podzieliliśmy. Pierwszy raz jadłam małże i stwierdzam, że są całkiem dobre, smakują jak ryba (kocham rybę). Drugą przystawką były kulki ryżowe, także bardzo dobre, wyglądały jak okrągłe nuggetsy. Na końcu podano nam zawijane krewetki, co prawda nie mam pojęcia, w co je zawijano, ale były pyszne i smakowały jak krokiety xD


Potem dostaliśmy dania główne. Moje składało się z kilku kawałków kurczaka na patyku położonych na sałacie, gałki ryżu, surówki ogórkowej (kilku kawałeczkach ogórka pływających w ostrym sosie) oraz sosu z orzechów ziemnych, przypominającego płynne i niesłodkie masło orzechowe. Sos wygrał bitwę na najlepszy składnik lunchu, był bezkonkurencyjny. A to wszystko wyglądało tak:


Na koniec zjedliśmy tort nieumywający się z polskim tortem pod żadnym względem, kupiony w H-E-B przez Erin, ale deser to deser, zawsze jest na niego osobny żołądek :)



Po lunchu pojechaliśmy do galerii handlowej i mimo że byliśmy tam dłużej niż ostatnim razem, to i tak nie obeszłam wszystkich sklepów, bo zabrakło mi czasu. Miałam zamiar kupić sobie zegarek, gdyż poprzedni się przeterminował i pękł od niego pasek, ale wszystkie były brzydkie, żaden do mnie nie "przemówił". Poczekam, może kiedyś znajdę naprawdę fajny, spróbuję przekopać cały eBay, prawdopodobnie natknę się na coś ciekawego.

Wszystkie sklepy są tu inne niż w Polsce. Nie ma marek, które znamy, np. C&A, New Yorker, KappAhl, nawet H&M nie widziałam, choć podobno jest w innej galerii. Za to mają tu sporo innych fajnych sklepów. Mierzyłam jeansy z Abercrombie i się w nich zakochałam, dawno nie miałam na sobie spodni, które tak dobrze leżą. Ale ich nie kupiłam, postanowiłam sobie, że kupię je kiedy schudnę, dzięki temu będę mieć motywację, żeby nie jeść tyle słodyczy ile jem teraz. Aż tak źle nie jest, jem tu najmniej z moich znajomych, jednak Amerykańskie słodycze są naprawdę dobre i wciągają, a brzuch rośnie. Masło orzechowe... Hersheys Cookies&Cream... Oreo... miętowe M&M's... i tak w nieskończoność. Obejrzyjcie mój filmik o sklepach spożywczych w USA, sami zobaczycie, że mają tu wiele ciekawych rzeczy i aż chce się spróbować WSZYSTKIEGO!

A propos słodyczy to kupiłam sobie popcorn dyniowo-piernikowy w Popcornopolis (cha cha cha, pal licho odchudzanie!) - sklepie, w którym sprzedają jedynie popcorn i mają co najmniej dwadzieścia smaków. Dają darmowe próbki wszystkiego, więc spróbowałyśmy z Mirabelle kilku popcornów, dyniowy bardzo nam posmakował. Do tego mieli promocję - kup jeden dyniowy popcorn, drugi dostaniesz gratis. No więc skorzystałyśmy z niej i kupiłyśmy dwa popcorny za 8$. Ten popcorn jest tak dobry, że aż szkoda mi go jeść (no i dobrze, muszę schudnąć). Odkupiłam grzechy półgodzinnym joggingiem po powrocie do domu, popcorn czeka na zjedzenie w ciemnych, mrocznych i dalekich zakamarkach pokoju (czytaj: szuflada).
mój popcorn - porównanie wielkości do książki




niedziela, 12 października 2014

Spotkanie rodzinne oraz azjatycki market


Mój mózg dziś zwariował i obudził mnie o 6:00, czyli po pięciu godzinach snu. U nas słońce wschodzi o 7:30, więc było kompletnie ciemno, środek nocy. Już nie mogę się doczekać zmiany czasu, wstawanie rano to nic przyjemnego przy takich ciemnościach. Zaczęłam od napisania posta z poprzedniego dnia, w tym tygodniu nie mam na nic czasu i piszę posty rano. Potem musiałam się czymś zająć - zazwyczaj sobotnie poranki spędzam na Skypie, ale było zbyt wcześnie na wydzieranie się do ekranu (legenda głosi, że ktoś kiedyś mówił cicho, rozmawiając przez Skypa), ponieważ reszta domowników wstaje późno, więc postanowiłam zrobić laurkę urodzinową dla Lynne. Wyszło mi nawet nieźle, ułożyłam własny urodzinowy wierszyk, co nie było takie łatwe, ponieważ znalezienie rymów po angielsku to katorga - nic do niczego nie pasowało, a jak znalazłam jakieś rymujące się słowo, to nie miałam pomysłu, w jakim zdaniu go użyć.

Przed południem hości pojechali na pogrzeb kogoś z rodziny Lynne, po czym wrócili po nas i pojechaliśmy na spotkanie rodzinne do domu tej zmarłej osoby. Chyba nie wypada nazywać tego "imprezą", ale przypominało imprezę rodzinną w Polsce, oczywiście było wiele różnic. Po pierwsze, było bardzo dużo ludzi, więc nie sposób było zamienić słowo z każdym. Na zewnątrz ustawiono wielki stół, przy którym siedziało ze 20 osób, drugie tyle znalazło sobie miejsce gdzieś wewnątrz domu. Różnica nr 2: nawet nie wiem, kto był gospodarzem, ponieważ owa osoba nie musiała nic robić. Przy wejściu do domu na stoliku leżały jednorazowe talerze, sztućce i kubki, a dalej był szwedzki stół, więc każdy gość nakładał sobie co chciał i ile chciał. To samo tyczyło się deseru - kilkanaście rodzajów ciast ustawiono na stole i każdy sam sobie nakładał. Potem trzeba było znaleźć sobie miejsce i zjeść oraz pogadać ze znajomymi. Byliśmy tam około godziny, poznałam kawałek rodziny oraz siostrę Lynne, która była bardzo miła, wyższa o głowę od mojej host mamy, za to młodsza o 8 lat. Była kiedyś w wojsku, więc wyglądała jakby zawodowo pchała kulą :) Nie porobiłam żadnych zdjęć, głupio mi było fotografować czyjś dom, ale znalazłam w Google Grafice coś, co przybliży wam obraz amerykańskich ciast:
Prawie wszystkie ciasta były tartami. Polskie piętrowe placki tu nie istnieją.

Brownie - bardzo dobre

99% ciastek w USA tak wygląda

Najlepsza tarta na świecie - pecan pie.


Upside down pineapple cake
red velvet cake 
lemon bundt cake (bundt = z dziurą w środku)

strawberry bundt cake

pumpkin bundt cake

triple chocolate bundt cake
Po spotkaniu rodzinnym pojechaliśmy do Austin do azjatyckiego marketu. Spodziewałam się małego sklepiku, a zastałam halę wielkości potężnego Tesco. Zrobiłam kilka zdjęć:

to tylko mała część sklepu
Przy wejściu Mirabelle porozmawiała z jakimiś Chińczykami, więc skorzystałam z okazji i wypróbowałam mój chiński. Na razie potrafię powiedzieć 9 zdań, cały czas się uczę. Chińczycy mnie pochwalili, więc chyba nie było tak źle.

Wędrowaliśmy po sklepie z Kaeleigh i Mirabelle przez ponad 2 godziny, exchange siostra zatrzymywała się przy każdej półce i kupiła sobie zapas jedzenia na co najmniej kilka miesięcy. Wszystko w tym sklepie było dziwne, mieli kilka alejek z rozmaitymi produktami zamarynowanymi w słoikach. Nawet orzechy ziemne w czymś utopili i zamarynowali. Lynne i John także kupili sporo produktów, w najbliższej przyszłości pewnie ugotujemy coś chińskiego. John rozmawiał długo z Mirabelle wypytując ją o chińskie potrawy i pomysły na chińskie dania, w tym czasie ja i Kaeleigh robiłyśmy piruety i ćwiczyłyśmy balet, bo się nam nudziło. W wielu sklepach w Ameryce mają fantastyczne podłogi do robienia piruetów!

Kupiłam sobie trzy rzeczy w azjatyckim markecie: bubble tea o smaku truskawkowym w puszce, zupkę chińską, którą poleciła mi Mirabelle oraz cukierki Kopiko - hości nigdy nie widzieli ich na oczy, więc nie są amerykańskie, Mirabelle nie miała pojęcia, co to jest, więc nie są chińskie. Stwierdziłam, że w takim razie są polskie, więc je kupiłam, a co mi tam! Zjem je sobie, kiedy zatęskni mi się za domem.

Moje zakupy prezentują się następująco:


sobota, 11 października 2014

Najlepszy dzień w życiu!

Dziś w szkole mnóstwo uczniów miało na sobie "mums", o których wspomniałam we wczorajszym poście. Ja też miałam swoją "mum". Jest to coś typowo amerykańskiego, host mama zrobiła ją dla mnie i dla Mirabelle też, kiedy robiła "mums" dla Sama i Kaeleigh, i dała mi ją rano, kiedy zeszłam na śniadanie. Ale byłam zdziwiona! Powiedziałam koleżankom kilka dni wcześniej, że nie będę nosić "mum", a tu taka niespodzianka! "Mum" przypomina kwiat, z którego zwisają wstążki, zazwyczaj w kolorach szkoły, które coś symbolizują. W sklepach pełno jest ozdób do "mums",wybór jest naprawdę ogromny. Moja "mum" prezentuje się następująco:


Tradycja noszenia na sobie wielkich kwiatów istnieje jedynie na południu USA - tak poinformował mnie nauczyciel historii, natomiast koleżanki powiedziały mi, że tylko w Teksasie. Nie wiem, w co wierzyć, jednak mam na tańcach koleżankę, która przeprowadziła się tutaj do swojej cioci na pół roku z Kalifornii i nie nosiła dzisiaj "mum", ponieważ o niczym nie wiedziała. Mi koleżanki pokazały zdjęcia już kilka dni temu, więc miałam w głowie jakiś obraz Homecomingu, za to Mirabelle nie miała o niczym pojęcia. Kiedy host mama dała jej zrobioną dla niej "mum", Mirabelle pomyślała, że to jakaś ozdoba do pokoju i zostawiła ją w domu. Całe szczęście, że miała mnie i w ostatniej chwili pobiegła do pokoju, aby przynieść swoją "mum". W autobusie pomogłam jej przypiąć ją do ubrania i wyjaśniłam, co to jest.

Niektóre osoby miały naprawdę potężne "mums". Tego dnia wszyscy uczniowie ubrali się w czerwono-niebiesko-białe ubrania, ponieważ to są barwy szkoły, a dzisiejszy dzień tematyczny właśnie do nich nawiązywał. Szkoła także była udekorowana w tych kolorach. Do tego korytarz wypełniony był dzwonieniem, ponieważ jedną z wstążek na "mum" często bywa dzwoneczek. Oto moja koleżanka Lexa, która miała największą "mum", jaką udało mi się zobaczyć. Niektórzy ją przebili, mając trzy "mums" jednocześnie!
Lexa i jej "mum"
Drzwi do jednej z klas :)



W amerykańskiej szkole nie ma zasad w stylu "dozwolone jest maksymalnie dwa sprawdziany w tygodniu" itp. Możemy mieć i 7 sprawdzianów dziennie, codziennie. W tym tygodniu wszystko skumulowało się na piątek - test z historii oraz quizy z psychologii i angielskiego. Nauczyciel historii przebił wszystkich! Została mu narzucona wersja testu, którą musiał nam dać z polecenia dyrekcji, tak samo inni nauczyciele historii w 11 klasie. Gdy wszyscy zajęli swoje miejsca w ławkach, rozdał nam grube pliki testów zawierające chyba z 10 kartek, po czym wygłosił instrukcje:

- Pierwsza część testu została mi narzucona, więc ku mojemu ubolewaniu muszę wam ją dać. Wybaczcie. Niektóre pytania są całkiem fair, inne są naprawdę głupie. Ale nie martwcie się, szukajcie podpowiedzi! Może coś w tekście da wam wskazówkę... A może jakaś podpowiedź znajdzie się T U T A J... (w tym miejscu wskazał obiema rękami na tablicę, jakby chciał ją pokazać osobie stojącej co najmniej kilometr dalej). Druga część testu została ułożona przeze mnie i ocena z niej będzie o wiele więcej warta. Do roboty!

Po wygłoszeniu monologu zabraliśmy się do pracy, a nauczyciel zaczął zapisywać na tablicy podpowiedzi w stylu "7. Poprawną odpowiedzią mogłoby być C", "13. Zgadujcie, a ja was poprawię". Jedno pytanie brzmiało tak:

17.
I. imię i nazwisko jakiegoś prezydenta
II. Teddy Roosevelt
III. imię i nazwisko innego prezydenta

Prawidłowa kolejność to:
a) I II III
b) I III II
c) II I III
d) III II I

Nie mówiliśmy o tych gościach na lekcji, z wyjątkiem Roosevelta, więc nauczyciel napisał wskazówkę, która brzmiała tak: "Roosevelt był ostatni".


Na psychologii mieliśmy test z części mózgu. Musieliśmy się nauczyć funkcji każdej z części i wiedzieć, gdzie owa część się mieści. Wcześniejsze wykonanie mózgu z Play-Doh pomogło, jednak nie całkiem, ponieważ nasze kolorowe twory nie do końca przypominały prawdziwy mózg i na sprawdzianie mogłam pomylić kilka rzeczy. Aby się lepiej przygotować do quizu, pobrałam na tablet aplikację 3DBrain, w której każda część mózgu jest szczegółowo opisana, więc była większa szansa, że po przeczytaniu coś zostanie w mojej głowie. Bardzo mi ta aplikacja pomogła, po półgodzinnej nauce mogłam wymienić funkcje wszystkich części mózgu.

mój mózg z Play-Doh

Quiz okazał się okrojony do granic możliwości. Dostaliśmy arkusze z wielkim przepołowionym mózgiem wydrukowanym na środku kartki i musieliśmy podpisać każdą z części słówkami z ramki. Wbrew pozorom nie było to łatwe. Podczas nauki przejrzałam wiele obrazów mózgu na Google Grafice i każdy z nich był inny, więc nie sposób było rozpoznać, która część jest która. Ale nie było tak źle, większość chyba podpisałam dobrze, a jak mi się poszczęści, to nawet wszystko :)

Na teatrze przeprowadzamy trzytygodniowy projekt. Pracujemy w parach, moją parą jest Brenda. Tydzień temu czytaliśmy na lekcji "Antygonę" (w amerykańskiej szkole wszystko robimy na lekcji, jest mało zadań domowych, a jeśli już, to służą utrwaleniu wiadomości i są proste) oraz ją omówiliśmy, a następnie każda z par wybrała sobie jeden z kilku dostępnych scenariuszy ze scenami z "Antygony" i teraz na każdej lekcji uczymy się swoich ról, a za niecałe dwa tygodnie będziemy występować. Ja już wykułam na pamięć całą moją rolę (41 wersów!), razem z Brendą przedstawiamy pierwszą scenę w sztuce, ja jestem Ismeną, a ona Antygoną. A tak uczyłam się mojej roli:


Na tańcach skończyliśmy hip hop, mieliśmy już sprawdzian z naszego tańca. Teraz przeszliśmy do baletu. Uczymy się terminologii, część jest mi znana, więc nie jest to trudne, w piątek będziemy mieć z tego test, oraz ćwiczymy przy drążkach. Uwielbiam balet, bardzo mi się podobają nasze lekcje, cieszę się, że zmieniłam podział godzin i wybrałam taniec. Ta klasa jest ciekawa, łatwa, nie ma zadań domowych, do tego co kilka dni mamy wolną lekcję, na której oglądamy filmy, a raczej film sam się ogląda, a my śpimy, jemy i gadamy.

Na angielskim mieliśmy test ze słownictwa. Na początku każdego tygodnia nauczyciel daje nam kartkę z dziesięcioma słowami, my mamy znaleźć definicje tych słów, a następnie omawiamy je wspólnie w klasie. W piątki mamy sprawdziany, mamy dziesięć zdań, które trzeba uzupełnić nowymi słowami, które na szczęście są podane w ramce, więc nie trzeba wiedzieć, jak się je pisze, trzeba tylko znać znaczenie. Co tydzień dostajemy słowa zaczynające się na kolejną literę alfabetu, teraz mieliśmy literę "e", ale czasami może być to co innego, na przykład 10 nazw środków literackich, które trzeba połączyć z definicjami. Zazwyczaj dostaję z tych sprawdzianów 100%, są ekstremalnie łatwe, jednak wiele osób jest tak leniwych, że nie chce im się nauczyć dziesięciu słówek i dostają marne oceny. Zauważyłam, że na lekcjach, które są obowiązkowe, czyli matematyka, angielski i historia, poziom jest bardzo niski. To znaczy: nauczyciele przekazują nam bardzo dużo wiedzy, tylko tym leniom nic nie wchodzi do głowy i oblewają najłatwiejsze testy. Za to na lekcjach, które się wybiera, wszyscy uczą się bardzo dobrze. Myślę, że to dlatego, że tumany wybierają łatwe lekcje, np. malowanie, gotowanie, gdzie nie ma zadań domowych i każdy dostaje "A", za to ci bardziej ambitni wolą uczyć się trudniejszych przedmiotów na poziomie AP, gdzie jest materiał z college'u.

Po powrocie ze szkoły dzień dziesiątego października MMXIV stał się najlepszym dniem w życiu dla mnie i Mirabelle. Kiedy weszłyśmy do domu, na schodach stała wielka paczka z mnóstwem chińskich znaczków przysłana od rodziców Mirabelle. Kiedy to zobaczyła, o mało co nie spadła ze schodów, tak się ucieszyła, a ja razem z nią. Zaczęłyśmy się śmiać i krzyczeć, pobiegłyśmy na górę skacząc i się ciesząc. Zanim weszłyśmy do pokoju, zajrzałyśmy do biura Jonha, gdzie pracował przy komputerze i zapytałyśmy go, czy możemy pojechać któregoś dnia do Austin, ponieważ Mirabelle bardzo tęskni za chińskim jedzeniem i chciałaby kupić sobie coś w chińskim sklepie, oraz chciałybyśmy pojechać do galerii handlowej. Powiedział, że postara się to załatwić, więc być może w ten weekend pojedziemy na zakupy, jeszcze nie wiem. P.S. Mamy wolny poniedziałek, obchodzimy "Columbus Day".

Potem poszłam do mojego pokoju, a tu patrzę, koperta na drzwiach. Otwieram, czytam, rozkminiam... a tu takie coś mnie wita:

Juhu, jadę na spotkanie z Rickiem Riordanem! Okazało się, że John wpisał mnie na listę oczekujących i w środę dostał e-mail z informacją, że w sklepie mają dodatkowe bilety, więc załatwił mi wejściówkę! To mój najlepszy dzień w życiu! AAAAAAAA!!!!!!!!!! W poniedziałek spotkam najlepszego pisarza wszech czasów, moje życie znów ma sens!!! Przez następne piętnaście minut skakałam jak kangur po całym domu i wytworzyłam ogrom kwantów gamma, promieniując radością. Mam nadzieję, że nikt nie będzie miał przeze mnie choroby popromiennej, tyle energii wytworzyłam :)

Potem przygotowałyśmy się z Mirabelle do Homecoming Dance. Zrobiłam jej naprawdę śliczną fryzurę, jestem z siebie dumna, ponieważ pierwszy raz robiłam coś takiego, a wyszło świetnie. Zresztą sami zobaczcie:

warkocz opada z drugiej strony

Najpierw pomagałyśmy przez kilka godzin pracując w budce z paszą. Lubię tam pracować, ludzie są bardzo fajni i non stop żartują, co uwielbiam, a czego mi bardzo brakuje w domu, jednak nadrabiam zaległości rozmowami na Skype :) Po przyjściu do budki i zostawieniu plecaków na półce, zapytałam się jednego gościa, gdzie jest najbliższa łazienka. On na to: "Najbliższa łazienka? Oj, to strasznie daleko! Chodź, pokażę ci." Przygotowałam się na długi marsz na drugi koniec stadionu, a on mi pokazał drzwi ukryte 4 metry dalej xD

Zrobiłam zdjęcie wnętrza budki na waszą prośbę. To jest 1/3 budynku, na zapleczu jest magazyn z napojami i przekąskami oraz kilka lodówek:

O 22:30 na sali gimnastycznej rozpoczął się Homecoming Dance. Powiem wam, że to było lekkie dno. Spodziewałam się czegoś o wiele większego, jakiegoś wielkiego amerykańskiego balu rodem z filmów, a zastałam to:
Widzicie jakichś ludzi? Ja też nie.
Po kilkunastu minutach policzyłam, ile przyszło osób. 60. Aż. Czyli jakieś 2,5% całej szkoły. No i połowa siedziała przy stolikach. No nie, u nas na dyskotekę szli wszyscy oprócz mnie i paru osób, a tu przyszłam ja i parę osób -,- Ale wykorzystałam okazję na maksa (na tyle, na ile się dało, biorąc pod uwagę nudność tego wydarzenia), poznałam jedną koleżankę, pogadałam ze znajomymi, zjadłam pizzę, zatańczyłam kilka tańców razem ze wszystkimi, kiedy leciały piosenki mówiące co trzeba robić, np. tupnij lewą nogą, obróć się, podskocz dwa razy, itp. W sumie to było nawet fajnie :)

Z Cindy - exchange student z Ekwadoru.

Ktoś się pytał, jak wygląda łazienka w szkole, więc zrobiłam zdjęcie. A tak btw, to NIGDY nie ma kolejki. Przenigdy. Zazwyczaj wszystkie kabiny są wolne.


piątek, 10 października 2014

Tydzień przebieranek

Żyję, nie umarłam! Ostatnio tyle się działo, że nie miałam czasu pisać bloga! Wczoraj pojechałyśmy z Mirabelle i Lynne na zakupy, żeby kupić ubranie na Homecoming Dance i wróciłyśmy do domu bardzo późno. W ten piątek w naszej szkole odbędzie się Homecoming - uroczystość odbywająca się co roku w każdym amerykańskim liceum, która według tradycji ma na celu powitanie w szkole absolwentów oraz uczniów. W praktyce jest inaczej. Po pierwsze, nikt nie wie dlaczego Homecoming istnieje i co to słowo znaczy. Aby się czegokolwiek na ten temat dowiedzieć, musiałam skorzystać z dobrodziejstwa jakim jest internet. Od koleżanek ze szkoły dowiedziałam się tyle, że w tym dniu wszyscy przypinają do koszulek "mums" (obrazek po prawej), 
wieczorem odbywa się mecz futbolu, jak zresztą w każdy piątek, tyle że przychodzi na niego więcej osób, a po meczu na sali gimnastycznej odbywa się impreza taneczna dla uczniów.

W tym roku tematem przewodnim jest "neon". Zamiast ubierania się w sukienki i garnitury, jak to się odbywa w wielu szkołach, my mamy włożyć na siebie coś neonowego - tak kolorowego, żeby aż raziło w oczy. Dlatego pojechałyśmy wczoraj na zakupy. Ja nic nie kupiłam, wszystko wydawało mi się brzydkie, bo pojechałyśmy do trochę kiepskich sklepów, zupełnie nie w moim stylu. Za to Mirabelle kupiła różową spódnicę, zrobię jej w piątek zdjęcie i tu wstawię, to sami zobaczycie. Wygląda naprawdę ślicznie! Ja mam zamiar ubrać się cała na żółto.

W tym tygodniu z okazji Homecomingu każdego dnia się przebieramy się zgodnie z tematem wyznaczonym przez szkołę. To znaczy, nie musimy tego robić, ale jest to fajna zabawa i sporo osób bierze w niej udział, włączając nauczycieli. Normalnie dni przebieranek są w piątki z okazji meczów futbolu, jednak tym razem przebieramy się codziennie. Wielki baner w głównym korytarzu szkoły informuje, co mamy nosić w danym dniu.
Uwielbiam przebieranki! Muszę za każdym razem wysilać kreatywność do granic możliwości, ponieważ wzięłam z Polski tylko najpotrzebniejsze ubrania i nie mam zbyt dużego wyboru. W tym tygodniu przebrałam się po raz pierwszy, i to dwa razy: w tropikalny wtorek i dekadowy czwartek. Moje koleżanki przebierają się za każdym razem, co mnie dodatkowo motywuje :)


Decades day: ja jako hipis :)
Sydni z lat pięćdziesiątych i Lexi z osiemdziesiątych.

Tropikalny wtorek z nauczycielką Psychologii.
Tropikalny lunch z Ashley i Micaelą.

środa, 8 października 2014

Walmart i H-E-B

Dzisiaj z powodu braku czasu mam dla was filmik, a nie posta. Jutro nadrobię zaległości i opiszę dwudniowy skrawek mojego życia w USA. Po szkole zdrzemnęłam się półtorej godziny, obudziłam się o szóstej, a tu jeszcze trzeba było przerobić filmik oczekujący na edycję od tygodnia i odrobić zadanie domowe. Nie mogłam także pominąć najnowszego odcinka Dance Moms - ostatniego w tym sezonie!!! Był fantastyczny, nie wiem, jak ja wytrzymam do kolejnego sezonu!