poniedziałek, 10 listopada 2014

A na deser... pierogi!

Dziś na śniadanie zjedliśmy "cinnamon rolls", czyli drożdżówki cynamonowe ze słodką polewą przypominającą lukier. Generalnie w Ameryce nie istnieje coś takiego jak drożdżówka, z wyjątkiem marnych imitacji - słodkich bułek wyciapanych lukrem, pakowanych osobno bardzo szczelnie. Otwierając opakowanie ręce już kleją się od cukru. Nie wiem, jak smakują, nie próbowałam i nie zamierzam. Za to bułeczki cynamonowe były bardzo dobre, oczywiście mrożone i przygotowane w piekarniku, świeżych nikt nie kupuje, kiedy do sklepu trzeba jechać kilka/kilkanaście kilometrów. Wyglądały tak (zdjęcie z Google, coś się ostatnio zapuściłam, jeśli chodzi o fotografowanie "wszystkiego amerykańskiego"):



Po śniadaniu udało mi się poskypować z przyjaciółką, nareszcie! Odkąd przeprowadziłam się do nowych hostów, nie mam czasu kontaktować się z Polską, ponieważ w weekendy zawsze coś robimy. Nie narzekam, wręcz przeciwnie, bardzo mi się to podoba, dzięki temu poznaję Amerykę na całego :) 

W niedziele zawsze jeździmy na zakupy spożywcze. Uwielbiam robić zakupy w niedziele, ponieważ mają wtedy najwięcej degustacji, a w sklepie zazwyczaj robię się głodna. Dziś dawali świeżo wyciskany sok z pomarańczy i truskawkek, nachosy z guacamoli, ciasto dyniowe oraz popcorn. Lunch zaliczony ;) Wzięłam osobny koszyk i oddzieliłam się od hostów, ponieważ chciałam kupić prezenty dla rodziny na Boże Narodzenie, pod koniec października mam zamiar wysłać paczkę, aby zdążyła dojść. Potem wróciłam do hostów, włożyłam do koszyka kilka rzeczy, które lubię, np. wafle ryżowe i marchewki, oraz składniki na muffinki i pierogi, które zamierzałam zrobić po południu. Wykorzystaliśmy także kupon na darmowe chipsy. W H-E-B (w innych sklepach pewnie też) z tyłu paragonu drukują rozmaite kupony na wszystko: zniżkę u lekarza, przycięcie włosów u fryzjera za 7,99$, 50% tańszą kanapkę w jakimś fast-foodzie, a także na zakupy w danym sklepie. Wiedziałam o tym, ale nie miałam pojęcia, że można dostać coś za darmo.

Na lunch pojechaliśmy do Whataburger - fast-foodu, który jest tylko w Teksasie. Zamówiliśmy taki oto zestaw dla każdego (z wyjątkiem host braci): przeciętny burger ze wszystkim - średnica linijki, średnia cola - na oko 3/4 litra, a do tego frytki, także ogromne. Po zjedzeniu połowy burgera nie miałam już miejsca w żołądku, więc zostawiłam go na później. W USA wszędzie dają tak wielkie porcje, że spokojnie wystarczają na dwa posiłki.



Po powrocie ze sklepu zabraliśmy się za cotygodniowe porządki. Pranie, odkurzanie, mycie okien, sprzątanie samochodu. Posprzątałam też swój pokój i łazienkę, choć nie miałam zbyt wiele do roboty, bo staram się utrzymywać porządek na bieżąco i bardzo dobrze mi to wychodzi. Otworzyłam nowy szampon do włosów (nie mogę uwierzyć, że właśnie opisuję SZAMPON :D), który znalazłam pod zlewem i stwierdzam, że to najładniej pachnący szampon do włosów w historii szamponów do włosów. Pachnie jak czekolada z orzechami laskowymi, trochę jak Nutella. Aż mi się jeść chce, kiedy myję włosy xD

Po południu zabrałam się za gotowanie. Zaczęłam od upieczenia muffinek, wyglądają pięknie, ale ich jeszcze nie próbowałam. Mam nadzieję, że nie otrułam hostów. Chyba nie, bo im smakowały. Potem ugotowałam pierogi, część z serem, część z truskawkami. Wyszły bardzo dobre, to moje trzecie pierogi w życiu, które robiłam całkiem sama, wychodzą mi już idealne, prawie jak w domu. Prawie, ponieważ w USA nie ma białego sera. Dlaczego?! Serze, tęsknię za tobą... Z tego powodu muszę używać cream cheese, czyli białego sera zmielonego na gładką masę, do którego dodano już ulepszacze smaku, konsystencji, wyglądu, itp. Smakuje inaczej, ale nie jest taki zły. Truskawki też są lepsze w Polsce, ale przy pierogach nie ma to większego znaczenia.
Tak wygląda "cream cheese".
Z tego "cream cheese" robi się sernik.
Nie muszę wspominać, że nie umywa się z polskim.
Ponieważ zrobiłam tylko słodkie pierogi, hości byli zdumieni, że je się je jako obiad. Kiedy wcześniej powiedziałam im o moich planach, uznali je za deser. Po rozmowie z host mamą na temat różnych dań dowiedziałam się, że Amerykanie nie jedzą nic słodkiego na obiad, nigdy. Słodkie śniadania, owszem, ale nie obiady. A raczej "dinnery", czyli obiady na kolację, jednak mniejsza z tym. Kiedy gotowałam pierogi w poprzedniej rodzinie, wtedy z serem i z jabłkami, host tato także mnie zapytał "So you're doing like a dessert ones?". Nie! O ludzie, to jest normalny obiad! Co w tym takiego dziwnego?!

Jako polewę do pierogów zrobiłam masło z bułką tartą, jak zwykle zresztą, niestety okazało się, że mamy tylko bułkę japońską. Miała o wiele większe grudki i smakowała trochę inaczej, ale po dodaniu jej do masła i zagotowaniu smakowała tak samo dobrze, jak zwykła bułka tarta. Kolejny kuchenny eksperyment zakończył się sukcesem!
japońska bułka tarta
Post o kolejnej dziedzinie życia w USA dodam jutro, dzisiaj się już zbyt rozpisałam.

niedziela, 9 listopada 2014

Yo estaba en el centro comercial, compre los pantalones, la falda y la camiseta, estuvo genial!

Dzisiejszy dzień był bardzo zakręcony, mam wiele do opowiedzenia! Jednak zacznę od wypisania plusów i minusów szkoły w USA, tak jak wam wczoraj obiecałam:

Plusy:
  • nauczyciele chcą nas jak najwięcej nauczyć i bardzo, ale to bardzo zależy im na naszych ocenach
  • nie ma trudnych zadań domowych, często w ogóle ich nie ma, a jeśli są, to służą powtórce i lepszemu zrozumieniu tematu, a nie zamęczeniu nas na śmierć
  • nie ma lektur, wszystko czytamy w szkole i omawiamy na bieżąco
  • każdy nauczyciel używa projektora, większość prowadzi lekcje za pomocą prezentacji
  • oglądamy dużo filmów i filmików na Youtube, wszystko związane z tematem lekcji (no, prawie wszystko)
  • na drugiej lekcji dyrektor wygłasza ogłoszenia przez radiowęzeł, informując nas o spotkaniach klubów i nowościach
  • kluby są ciekawe i niezwiązane z lekcjami, choć takie też istnieją, można rozwijać swoje zainteresowania
  • można wybrać przedmioty, których się będzie uczyć
  • codziennie jest taki sam plan lekcji, dzięki temu więcej się uczymy i możemy się skupić na naszych ulubionych przedmiotach, a nie wiedzieć wszystko i nic
  • przerwy są krótkie, więc szybciej się idzie do domu
  • jest szkolny autobus, nie trzeba się martwić dojazdem do szkoły
  • jest mnóstwo toalet, nigdy nie ma kolejek
  • szkoła jest ładna i nowoczesna
  • klasy są dobrze wyposażone i przygotowane do przedmiotu, którego się w nich naucza
  • książki wypożycza się od szkoły na cały rok szkolny i trzyma się je w domu, jeśli używamy książek podczas lekcji, bierzemy je z półki w klasie
  • dostajemy kserówki, zeszytu używam tylko na jednym przedmiocie, co bardzo ułatwia pracę na lekcji, bo nie tracimy czasu na pisanie notatek, uczymy się w efektywniejsze sposoby
  • można przyjść do szkoły w dresach, leginsach, klapkach i skarpetach, dosłownie czymkolwiek, i nikt na nas krzywo nie spojrzy
  • jest wielka biblioteka, w której są tysiące fantastycznych książek
  • jest lunch, kiedy można pogadać ze znajomymi i zjeść w spokoju, a nie na korytarzu
  • na lekcjach można jeść i pić, wszyscy to robią
  • można żuć gumę i nikt nie zwróci nam uwagi
  • od tego roku można używać telefonów, tabletów i laptopów na lekcjach, nauczyciel może nam zabronić, ale rzadko się to zdarza
  • w szkole jest szybkie wi-fi
  • uczymy się rzeczy przydatnych w życiu, robimy wiele eksperymentów, uczymy się poprzez doświadczenia
  • w szkole są specjalne krany z wodą, z których można pić, więc nie umrzemy z pragnienia
  • nie trzeba zmieniać butów
  • ławki są pojedyncze i nauczyciele często przestawiają je według własnego upodobania, prawie nigdzie nie ma ławek ustawionych w równych równoległych rzędach
  • mamy portal komputerowy, gdzie możemy sprawdzać nasze oceny, przechowywać pliki zapisane na szkolnych komputerach i kontaktować się z nauczycielami
  • relacja uczeń-nauczyciel jest jak przyjaciel-przyjaciel (oczywiście z zachowaniem szacunku), a nie senior-wasal (lub, co w Polsce popularniejsze, pan-niewolnik)
Minusy:
  • jest zimno, przesadzają z klimatyzacją
  • jest dress code, więc nie można przyjść do szkoły w szortach ani bluzce na ramiączkach (w sumie jest zimno w szkole, ale to inna sprawa)
  • nie ma szatni ani szafek, więc nie ma gdzie zostawić np. parasola
  • nie można się spóźnić, aby się gdziekolwiek udać, trzeba mieć przepustkę
  • nie zna się imion większości ludzi, z którymi ma się lekcje
  • nie ma czasu pogadać z ludźmi na przerwie

To by było na tyle, dajcie znać co myślicie. Temat na jutro zaproponujcie w komentarzach. Zróbcie to TERAZ, bo zapomnicie ;)

Śniadanie jak w każdą sobotę zjedliśmy poza domem, pojechaliśmy na targ do Austin i kupiliśmy breakfast tacos, tak samo jak tydzień temu. Potem pojechaliśmy na festiwal indiański, gdzie tańczyli Indianie z różnych plemion w kolorowych strojach, o wiele bardziej ozdobnych, niż sobie wyobrażałam. Taniec polegał na chodzeniu w kółko w rytm muzyki, widziałam tylko taniec kobiet, ponieważ tańce odbywały się w hali i moim host braciom się trochę nudziło. Ale stroje były fajne, najbardziej podobały mi się małe dzieci w tych strojach :) Na zewnątrz można było kupić indiańskie jedzenie (choć moim zdaniem był to zwykły fast food, np. taco), ale nie tylko. Mieli też tradycyjne festiwalowe jedzenie, które kupują wszyscy, czyli kiełbasę, watę cukrową i popcorn. Tutaj bardzo popularną rzeczą jest "funnel cake", dopiero dzisiaj odkryłam, że to się tak nazywa, kupiliśmy sobie jedno. Opisywałam je kiedyś w poście z wyjazdem do Dallas jako ciasto pączkowe grubości palca zwinięte w losowy kształt i usmażone, posypane obficie cukrem pudrem. Do tego sprzedawano indiańskie rękodzieło, np. torby, flety, koszulki, łapacze snów, a ktoś grał na flecie indiańską muzykę, która bardzo mi się spodobała. Zrobiłam parę zdjęć:

festiwal z zewnątrz


funnel cake








Potem hości podrzucili mnie do galerii handlowej, gdzie czekały na mnie Mirabelle i jej hości oraz Cindy - exchange studentka z Ekwadoru. Najpierw poszliśmy do strefy z jedzeniem, bo wszyscy byli głodni, oprócz mnie, gdyż dopiero co jadłam taco. Kupiliśmy jedzenie w Panda Express, które stało się jednym z moich najulubieńszych fast-foodów. W czwartek host mama kupiła mi tam chiński makaron z orzechami włoskimi w miodzie i z krewetkami w słodkim sosie, bardzo mi to posmakowało, w ogóle polubiłam tu krewetki i jem je kiedy tylko pojawi się okazja. 

Potem poszłam pochodzić po sklepach z Cindy, Mirabelle i Quinlin - jej host siostrą. Po przejściu kilku sklepów, które mnie zupełnie nie interesowały, bo mieli ubrania nie w moim stylu, za to interesowały moje koleżanki, odłączyłam się od nich i powiedziałam, że się zdzwonimy za godzinę, ponieważ wtedy planowałyśmy powrót do domu. Poszłam najpierw do JCPenney, wielkiego sklepu z ubraniami i nie tylko, widziałam mnóstwo swetrów świątecznych, które są tu bardzo popularne. Nie spodziewałam się ich tak wcześnie, ale sezon świąteczny ruszył już pełną parą. Najlepszy był sweter z napisem "ugly christmas sweter" :D

Następnie poszłam do Abercrombie i spędziłam tam chyba z czterdzieści minut. Denerwowało mnie to, że na manekinach wisiały bardzo fajne ciuchy, ale znalezienie ich w sklepie graniczyło z cudem. W końcu udało mi się znaleźć spódnicę, którą mierzyłam miesiąc temu, kiedy mieszkałam jeszcze ze starymi hostami, wisiała na końcu sklepu i była tylko jedna sztuka. Myślałam o tej spódnicy baaardzo długo, najwidoczniej czekała właśnie na mnie, więc ją kupiłam. Do tego znalazłam fajną bluzkę, więc też ją wzięłam, zmierzyłam kilka par jeansów, aż w końcu zdecydowałam się na jedne z nich. Po południu się w nie wcisnęłam i chodziłam w nich do wieczora, aby je rozchodzić. Zawsze kupuję za małe jeansy, ponieważ z doświadczenia wiem, że mi się rozciągną i jeśli kupię odpowiedni rozmiar, to po dwóch dniach będę chodzić w workach. 

Nie poszłam do żadnego innego sklepu, bo nie starczyło mi czasu. Zadzwoniłam do dziewczyn i znów się spotkałyśmy, po czym udałyśmy się do samochodu. Podczas jazdy Cindy uczyła mnie hiszpańskiego, dzisiejsze trzy zdania dnia połączyłam w jedno zdanie: Yo estaba en el centro comercial, compre los pantalones, la falda y la camiseta, estuvo genial! - byłam w centrum handlowym, kupiłam spodnie, spódnicę i bluzkę, było fajnie. Ja nauczyłam Cindy i Quinlin tego samego po polsku, ale nie mogły tego zapamiętać. Polski nie jest łatwy! Host mama Mirabelle podrzuciła mnie do domu i odjechała z resztą dziewczyn.

Wieczorem pojechaliśmy z hostami do japońskiej restauracji, gdzie spotkaliśmy się z Virginią, najlepszą przyjaciółką host mamy. Poznały się jeszcze na Hawajach, razem przyjechały do Teksasu. Zamówiliśmy mnóstwo rzeczy na spółkę, głównie sushi, ale także pierogi z krewetkami, sałatkę, ryż z plastrem cukinii, ziemniaka i celuli - warzywa obsmażone w czymś w stylu bułki tartej, oraz sałatkę, Jeff do tego zamówił sobie kurczaka. Spróbowałam wszystkiego i okazało się, że... tam tara dam... bębny poproszę... napięcie rośnie... kurczak smakował jak polski kotlet w panierce, wyglądał także identycznie. Nie muszę już szukać polskiej restauracji, zawsze mogę wpaść do japońskiej! Wszystko było pyszne, polubiłam japońskie jedzenie, bardzo się cieszę, że trafiłam na rodzinę, która zabiera mnie w tyle ciekawych miejsc. W ten rok poznam kuchnie z całego świata!

No i co? Kto zapomniał o komentarzu? Przyznać się :D

Ja i Virginia (ma 32 lata, nie wygląda, jej rodzice są z Korei)

Ja i Colt

sobota, 8 listopada 2014

W 80 dni dookoła Ameryki

Jestem w USA już od 80 dni. Co prawda nie objechałam tego wielkiego kraju dookoła, szczerze powiedziawszy większość Amerykanów nie może się pochwalić takim osiągnięciem, znaczna część odwiedziła jedynie najbliższe stany, jeśli jakieś w ogóle. Za to dostałam szansę przeżycia tych 80 dni w typowo amerykański sposób, dostrzegając po drodze nie tylko mnóstwo różnic, ale i podobieństw. Wiele jeszcze przede mną, jestem lekko rozdarta, ponieważ z jednej strony chciałabym wrócić do Polski i spotkać się z rodziną, z drugiej strony nie chcę opuszczać USA, chcę przeżyć wszystkie tutejsze święta, poznać znajomych z całego świata, pójść do jak największej ilości restauracji i sklepów, oraz, zabrzmi to dziwnie, chcę chodzić do szkoły. Szkoła rządzi! Anatomia, psychologia, teatr, tańce, historia... Uczymy się tylu ciekawych rzeczy, że każdego ranka idę do szkoły jak na wycieczkę do Centrum Nauki Kopernik. Z okazji tych 80 dni w najbliższych postach będę pisać o poszczególnych dziedzinach życia w USA, wyliczając ich plusy i minusy. Jutro opowiem wam o szkole, tematy na kolejne dni sami zaproponujcie w komentarzach.

Wczoraj nie napisałam posta, bo musiałam się nauczyć na 3 testy i quiz, więc zabrakło mi czasu na cokolwiek innego. Dzisiaj wstałam o 6 rano, żeby się jeszcze trochę pouczyć na psychologię. W szkole na historii poszliśmy do pracowni komputerowej, przez najbliższe kilka dni będziemy tworzyć w parach gazetę z lat dwudziestych. Na algebrze miałam sprawdzian, świetnie mi poszło, chyba dostanę 100%. Na psychologii także miałam sprawdzian, niestety poziom jest przerażająco wysoki i ciężko dostać dobrą ocenę. Zazwyczaj A dostają 2-3 osoby na całą klasę. Ale nie zależy mi na ocenach, chcę się po prosu jak najwięcej dowiedzieć.

Podczas lunchu siedziałam z Ashley i Micaelą na zewnątrz, pogoda nareszcie się poprawiła, zrobiło się chłodniej, coś w stylu ładnej pogody w Polsce pod koniec września. Na teatrze czytaliśmy sztukę "Everyman", omawiamy teatr średniowieczny, na anatomii mieliśmy sprawdzian z tkanek pod mikroskopami i dostałam 85%, także całkiem przyzwoicie. Na tańcach nic nie robiliśmy, więc rozmawiałam z Ashley (wyjaśnienie - mam dwie koleżanki o tym imieniu, z jedną jem lunch, z drugą mam tańce) i uczyłam się od niej hiszpańskiego, do tego jak zwykle się wygłupiałyśmy. Na angielskim mieliśmy quiz ze słownictwa, tym razem słowa zaczynały się od liter G i H. Poszło mi bardzo dobrze. Potem skończyliśmy czytać trzeci akt "The Crucible".

Po lekcjach wyszłam przed szkołę i czekałam na szkolny autobus, ale gdzieś był wypadek, więc wszystkie autobusy się spóźniły. Mój przyjechał pół godziny po czasie. Tutaj autobusy służą wszystkim szkołom w dystrykcie, więc najpierw odwożą dzieci z podstawówki, potem gimnazjalistów, a dopiero potem przyjeżdżają po nas, stąd spóźnienie. Przez te pół godziny rozmawiałam z chłopakiem z Ukrainy, który przeprowadził się tu 2 lata temu, chyba już kiedyś o nim pisałam, mamy razem psychologię. Jego autobus przyjechał wcześniej niż mój, więc później rozmawiałam z koleżanką z tańców.

Po szkole pojechaliśmy z hostami na kolację do Culver's - ulubionej fast-foodowej restauracji host taty z burgerami. Zamówiłam tosta z tuńczykiem, tak samo jak host mama, nie żałowali nadzienia, przy każdym gryzie trochę tuńczyka wylatywało bokiem. Do tego wsadzili tam ser żółty i pomidora, kanapka smakowała całkiem dobrze. Wzięłam także frytki ze słodkich ziemniaków, które są bardzo popularne w USA i je uwielbiam. Mają pomarańczowy kolor i można je pomylić z dobrze rozgotowanym jabłkiem z cynamonem, kolor jest identyczny i smak podobny. Na deser kupiliśmy lody, wybrałam czekoladowe z ciepłą czekoladową polewą (czekolada rządzi!), były jako takie, mogły by być lepsze, ale czekolada to czekolada, nie narzekam. Do posiłku dostaliśmy także kubki, które mogliśmy do woli wypełniać wybranymi napojami. Jeśli kogoś interesuje menu, załączam zdjęcie:


Dzisiaj na tańcach dowiedziałam się, że Ashley zna hiszpański, więc będę ją codziennie męczyć, żeby mnie nauczyła czegoś nowego. Uwielbiam uczyć się języków, przychodzi mi to z łatwością. Wymyśliłam, że będę robić "Hiszpańskie zdania dnia", na dziś jest to "Que es tu canción favorita?" - jaka jest twoja ulubiona piosenka, oraz "Me gusta la comida italiana" - lubię kuchnię włoską. Żeby nie było, że blog zamienia się z angielskiego w hiszpański, dodam też dwa angielskie wyrażenia specjalnie dla was:

Textbook - podręcznik. Mimo tego, czego mnie nauczyli w polskiej szkole, książka, której używamy na lekcji, to textbook, a nie handbook. Inna sprawa, że zazwyczaj nie używamy książek na lekcjach.

Restroom - toatela publiczna. Jeśli chcecie i iść do łazienki w szkole, sklepie restauracji, to używacie tego właśnie słowa, ewentualnie bathroom, ale to bardziej do łazienki w domu, choć niektórzy używają go czasami w odniesieniu do publicznych toalet. W życiu nie spotkałam się ze słowem "toilet".

czwartek, 6 listopada 2014

Deszczowo, zimno i ponuro

Rozpocznę od kontynuacji opisywania lekcji w szkole, bo znając życie zapomnę o tym, jeśli się od razu za to nie zabiorę. Skończyłam ostatnio na teatrze, który jest moją czwartą lekcją, zostały jeszcze trzy. Pierwszą z nich jest Anatomy&Physiology - jedna z moich najulubieńszych lekcji. Tak naprawdę to nie mam ulubionej lekcji, nie jestem w stanie takiej wybrać, wszystkie kocham. No, może z wyjątkiem algebry, bo przerabiamy nudne tematy. Nasza nauczycielka anatomii jest bardzo zabawna, często opowiada śmieszne historie ze swojego życia i codziennie żartuje. Tłumaczy nam skomplikowane tematy za pomocą historyjek, przykład:

"DNA jest strasznie grube, dlatego nie może przecisnąć się przez błonę jądra komórkowego i przekazać zapisanych w sobie informacji rybosomom zawartym w cytoplazmie, aby te mogły zbudować białka. Na ratunek przychodzi "messenger RNA", które przeszło na dietę i schudło o jedną nić, więc może się przecisnąć przez błonę bez problemu. mRNA pyta DNA, jaką informację w sobie kryje, na co DNA odpowiada "ATGGTCTAA". Ale mRNA nie może tak po prostu tego skopiować, przecież odpisywanie jest nielegalne! Dlatego wymyśliło sobie, że A=U, T=A, C=G, G=C. Kiedy wiadomość zostanie przepisana, mRNA przeciska się do cytoplazmy i spotyka rybosomy, czyli rRNA. rRNA pyta mRNA, jaką wiadomość w sobie kryje, więc mRNA dyktuje poszczególne kodony a rRNA dopasowuje to do aminokwasów. Wtedy krzyczy "Hej, ty, transpotrujące RNA (tRNA), przynieś mi tu aminokwas taki i siaki!" No i tRNA przynosi odpowiednie aminokwasy, łączy je z pomocą rybosomów i, tam tara dam, ladies and gentlemen, mamy białko!" Prawda, że to ciekawsze niż nudne notatki, jakie pamiętam z polskiej szkoły?

Nauczycielka uwielbia Dr. House'a, więc raz na jakiś czas zamiast prowadzić lekcję puszcza nam jeden odcinek, zazwyczaj oglądamy ten serial także na zastępstwach. W szkole w USA nauczyciele często puszczają nam filmy, ale zawsze są one związane z tematem lekcji. Skończyliśmy przerabiać komórki, transkrybcję i translację, teraz przeszliśmy do tkanek. Musimy umieć scharakteryzować i rozpoznać mnóstwo rodzajów tkanek występujących w ludzkim ciele. Brzmi masakrycznie i pewnie takie by było, gdyby nie fakt, że uczymy się rozpoznawać tkanki poprzez patrzenie na nie przez mikroskop. W laboratorium stoją 24 mikroskopy, pod każdym znajduje się inna tkanka. Po dwóch dniach teorii, notatek i prezentacji przeszliśmy do tej właśnie części nauki i od trzech dni wszystkie lekcje spędzamy w laboratorium przyglądając się tkankom. Przez dwa dni przy każdym mikroskopie przyklejona była karteczka z nazwą tkanki, potem nauczycielka odwróciła je do góry nogami, więc w trzecim dniu podchodziliśmy do mikroskopu, próbowaliśmy rozpoznać tkankę, a na końcu odwracaliśmy karteczkę i sprawdzaliśmy, czy mieliśmy rację. Nauczyłam się dzięki temu wszystkich tkanek, widziałam neurony, tkankę tłuszczową, krew, kości, chrząstki, skórę, mięśnie... wszystko. Dzięki temu naprawdę wiem, czego się uczę, a nie tylko wkuwam teorię, aby zapomnieć 99% na drugi dzień. Sprawdzian także będzie polegał na rozpoznawaniu tkanek pod mikroskopem.

Na tańcach skończyliśmy hip-hop, naszym "sprawdzianem" z tego stylu tańca było zatańczenie nauczonej się wcześniej choreografii. Teraz przeszliśmy do baletu; zaczęliśmy od terminologii i ćwiczeń przy drążkach, później ćwiczyliśmy skoki, teraz uczymy się piruetów. Na początku każdej lekcji rozciągamy się, więc nie muszę się martwić, że zapomnę, jak się robi szpagat. Potem powtarzamy ćwiczenia z poprzednich lekcji, robimy chaines, chase, itp.

Nie ćwiczymy na każdej lekcji, jedna trzecia lekcji polega na siedzeniu i oglądaniu filmów z projektora, zazwyczaj mających coś wspólnego z tańcem. Kiedy nauczycielka widzi, że jest brzydka pogoda i nikomu się nic nie chce, wyciągamy miękkie niebieskie maty, rozkładamy je na podłodze i możemy robić, co nam się podoba, byle by nie przeszkadzać tym, którzy oglądają film. Czasami śpię, czasami odrabiam zadanie, ale większość czasu spędzam wygłupiając się z Ashley i rozmawiając z Jimin i Mirabelle.

Moją ostatnią lekcją jest angielski, teraz omawiamy 'The Crucible", czyli sztukę o Purytanach, którzy wierzyli w czarownice i oskarżali wszystkich, których nie lubili. Czytamy to na lekcji, nie trzeba nic robić w domu, nauczyciel na bieżąco wyjaśnia nam o co chodzi. Po przeczytaniu każdego aktu oglądamy filmik na YouTube, gdzie aktorzy w teatrze przedstawiają dany fragment. Wszystko, abyśmy w pełni zrozumieli, o czym mowa w tekście. W piątki dalej mamy quizy ze słownictwa, a po każdym przeczytanym i przerobionym akcie sztuki mamy z tego test.

To tyle, jeśli chodzi o moje lekcje. Pewnie zrobię uaktualnienie za jakiś czas, kiedy przejdziemy do nowych tematów. Ostatnio wszyscy pytają mnie o Mirabelle, więc opowiem wam trochę, co się u niej dzieje. Wylądowała we wspaniałej rodzinie, jest to rodzina jej koleżanki ze szkoły, która interesuje się Chinami i zaadoptowała dwie dziewczynki z Chin, które są teraz w 3 i 5 klasie. Jej angielski trochę się polepszył, rozumie więcej i lepiej mówi, ale dalej daleko jej do perfekcji, co mnie czasem denerwuje, ale pomagam jej jak mogę, w końcu to nie jej wina. Mamy razem dwie lekcje: tańce i angielski, do tego jemy razem lunch, więc często się widzimy. Jeśli chodzi o lunch, to zazwyczaj jem go z Mirabelle, Susi z Hiszpanii i Cindy z Ekwadoru, ale zazwyczaj pod koniec przenoszę się do Ashley, Victorii i Micaeli, które siedzą na zewnątrz. Czasem zmieniam miejsce jeszcze raz i idę do Jimin z Korei, Marty z Hiszpani i Anny z Teksasu.

Dzisiaj pogoda totalnie się popsuła, od deszczu i szarugi mam wrażenie, że jestem na skraju choroby, więc nie jem nic słodkiego, żeby nie karmić bakterii. Jak na razie jakoś się trzymam. Po Halloween bolą mnie zatoki, obżarłam się słodyczami a do tego w nocy, kiedy chodziliśmy po domach, zrobiło się zimno, a ja byłam w krótkich spodenkach i bluzce z krótkim rękawem. Jednak jest już lepiej, biorę tabletki na zatoki od 3 dni i widzę dużą poprawę. Strasznie chce mi się spać, więc zaraz po przyjściu ze szkoły i zjedzeniu obiadu z hostami wskakuję w polarze pod kołdrę i oglądam Czarodziejów z Waverly Place, Nie Ma To Jak Statek, i inne seriale, a także kabarety na YouTube. Poczytałabym książkę, ale nie chce mi się trzymać jej w rękach, osiągnęłam szczyt lenistwa. Myślę, że zmiana czasu też jest temu winna, ze szkoły wracam o 16:30 więc godzinę później jest już ciemno. Odliczam dni do Thanksgiving, zostało tylko 12 szkolnych dni i będziemy mieć cały tydzień wolnego!

Właśnie przeczytałam komentarze pod poprzednim postem i wasza dyskusja o polskiej szkole bardzo mnie zaciekawiła. Oby tak dalej :) Fajnie się czyta opinie innych ludzi, zazwyczaj to ja jestem tą, która się wypowiada.

wtorek, 4 listopada 2014

W Teksasie jak nad Bałtykiem

Dzisiaj pogoda nam się popsuła i pierwszy raz od bardzo, bardzo dawna mieliśmy pochmurny dzień. Zaczęło się także ochładzać, w nocy bywa 10 stopni, a w dzień 25. Jednak dziś było jeszcze chłodniej. Kiedy jadłam lunch z Micaelą i Ashley na zewnątrz, opatuliłam się w polar, bo mi było zimno. Do tego wiał wiatr i nie było słońca. Już dawno temu zaobserwowałam dziwną funkcję mojego mózgu, a mianowicie porównywanie obecnej pogody do pogody ze szczególnych wydarzeń w moim życiu. Dziś poczułam się dokładnie tak, jak nad morzem bałtyckim w pochmurny dzień, siedząc na zewnątrz knajpy w oczekiwaniu na jedzenie. Powiedziałam koleżankom, że jedyne, czego mi brakuje, to gorący gofr z mnóstwem dodatków i jestem w domu :) Opowiedziałam im, że w Polsce, kiedy jedzie się na wakacje lub do jakiejś turystycznej miejscowości, najpopularniejszym jedzeniem są lody i gofry. Jak im pokazałam lody świderki na telefonie, to nie mogły uwierzyć, że to się nie przechyli i nie spadnie i nie miały pojęcia, jak to jeść. Stwierdziły, że koniecznie muszą przyjechać do polski.

Na dwóch ostatnich lekcjach wydawało mi się, że jest zima i że nadchodzi Boże Narodzenie. Tak, wiem, to bardzo dziwne. Jednak było dość ciemno ze względu na chmury oraz zmianę czasu, którą mieliśmy w ten weekend, dlatego mój rozpieszczony mózg, przyzwyczajony do słońca i upału od rana do wieczora, lekko zwariował.

W domu nie robiłam nic nadzwyczajnego, bolała mnie głowa, więc wzięłam tabletkę na zatoki i chodziłam z bandaną na czole, aby było im ciepło. Zjadłam obiad, poczytałam książkę ("Mechaniczny Anioł"), zrobiłam lunch na jutro do szkoły, wzięłam prysznic i zabrałam się za odrabianie zadania. W połowie mi się odechciało i stwierdziłam, że odpiszę od Mirabelle podczas lunchu, więc została mi nauka na sprawdzian z historii, ale na to także nie miałam ochoty, więc postanowiłam nauczyć się rano w autobusie szkolnym. Wskoczyłam pod kołdrę, włączyłam telewizor i obejrzałam "Project Runway: Threads", czyli edycję, w której projektantami są dwunastoletnie dzieci. Zaprojektowane przez nich kreacje były całkiem ładne!

Napiszę co nieco o tym, co przerabiamy teraz w szkole, tak jak niedawno obiecałam. Na historii przerabiamy I Wojnę Światową, nauczyciel świetnie wszystko tłumaczy, nie uczymy się żadnych dat, jedynie rozpoczęcie i zakończenie wojny, oraz kilka nazwisk, które można policzyć na palcach jednej ręki, np. prezydent USA w tamtych czasach - Woodrow Wilson. Dzięki temu historia polega na opowiadaniu, jest ciekawa i wszystko pamiętam. Nigdy nie mamy zadania domowego, nic się nie uczymy w domu, powtarzamy wszystko przed sprawdzianem na lekcjach, ponieważ nauczycielowi zależy, żebyśmy mieli jak najlepsze oceny. Uwielbiam historię, czego bym się nigdy w życiu nie spodziewała.

Na algebrze przerabiamy funkcje kwadratowe i będziemy się nimi zajmować do końca semestru. Potem przejdziemy do innych funkcji, generalnie cały rok szkolny to nic innego jak funkcje. Nuda. Na początku lekcji dostajemy kserówki z zadaniami, rozwiązuję je bardzo szybko, dzięki temu mam czas, żeby czytać książkę w szkole, więc nie jest źle.

Na psychologii ostatnio robiliśmy eksperymenty testujące zmysły. Pracowaliśmy w grupach, ja pracowałam z moją koleżanką Susi, która jest wymieńcem z Hiszpanii. Każda para losowała karteczkę, na której było napisane, jaki zmysł będzie testowała, my wylosowałyśmy węch. Następnie z długiej listy eksperymentów musiałyśmy wybrać jeden, który chcemy przeprowadzić, lub wykonać swój własny pomysł. Wybrałyśmy "Zapachowe Kartki". Miałyśmy kilka dni, aby wszystko przygotować, potem trzeba było przynieść materiały do szkoły i przeprowadzić eksperyment. Pierwszego dnia połowa klasy przeprowadzała doświadczenia, druga połowa brała w nich udział. Na ośmiu małych karteczkach przykleiłyśmy osiem różnych przypraw, następnie dawałyśmy je ludziom do powąchania. Musieli zamknąć oczy i powiedzieć nam, co to za zapach. Efekty były bardzo ciekawe, na 64 odpowiedzi tylko 9 było prawdziwych, większość osób odgadła cynamon. Jeden koleś stwierdził, że czosnek pachnie jak banan, ktoś inny powiedział, że curry to jabłko a papryczka chilli to mokry chleb. Ale się uśmiałyśmy! Teraz przez trzy dni mamy lekcje w pracowni komputerowej, gdzie przygotowujemy raporty z naszych eksperymentów. Jak skończymy, to może dodam mój raport tutaj, jeśli mi się uda.

Na teatrze przedstawiamy Antygonę. Dobraliśmy się w pary i każda para mogła wybrać sobie jedną z czterech scen, którą chciałaby przedstawiać. Ja i moja koleżanka Brenda wybrałyśmy pierwszą scenę w sztuce, gdzie Antygona rozmawia z Ismeną. Wcieliłam się w rolę Ismeny, miałyśmy trzy tygodnie na nauczenie się tekstu i zrobienie prób. Wszystko na lekcji, nie trzeba było nic robić w domu. W piątek wystąpiłyśmy i dostałyśmy bardzo dobre opinie, kilka osób stwierdziło, że byłyśmy najlepsze. Zapamiętałyśmy cały scenariusz i dużo się ruszałyśmy, ale nie wszyscy tak dobrze sobie poradzili. Mnóstwo osób stało jak kołek i czytało z kartki bez emocji, na domiar złego stojąc tyłem do widowni. Nie wiem, co oni robili przez te trzy tygodnie lekcji przeznaczonych na próby. W każdym razie nam poszło świetnie i pewnie dostanę 100%.

Resztę lekcji opiszę w następnym poście, ponieważ teraz brakuje mi czasu. Wczoraj wieczorem poszłam wcześnie spać, więc teraz piszę posta rano, ale z perspektywy wczorajszej :)

poniedziałek, 3 listopada 2014

Zakupy i pyszne jedzenie

Dzisiaj host mama ugotowała tak pyszny obiad, a raczej "brunch" - czyli połączenie "breakfast" i "lunch", że wszyscy z Calebem i ze mną na czele pochłonęli ogromne porcje. Host mama uwielbia kuchnię azjatycką i nie je mięsa z wyjątkiem ryb, więc jestem w siódmym niebie. Kocham ryby, kuchnię azjatycką także polubiłam! Dzisiejszy obiad był najlepszym domowym obiadem, jaki do tej pory jadłam w USA: dorsz, sos koreański, ryż (nie ma go na zdjęciu), groszek, omlet z warzywami i sałatka z papryką i pomidorkami koktajlowymi. I weź tu schudnij, jak podają takie pyszne jedzenie!




Potem pojechałam z host mamą i Calebem na zakupy. Wypad na miasto z Amerykanami nie istnieje bez zahaczenia o miejsce z jedzeniem. Tym razem była to restauracja z mrożonymi jogurtami. Dozowało się samemu wybrane smaki jogurtu, wybór był ogromny, ja wybrałam Pumpkin Spice (dynia) i Cake Batter (krem do ciasta). Potem nakładało się dowolną ilość dodatków, było ich kilkadziesiąt - czekolady, batony, owoce, orzechy, żelki, pianki, polewy, posypki - nałożyłam prawie wszystkiego po trochu. Mój jogurt prezentował się wspaniale, a smakował jeszcze lepiej. Szkoda, że nie zrobiłam zdjęcia, no cóż, zrobię następnym razem.

Najpierw zajechaliśmy do Targetu - wielkiego sklepu ze wszystkim, jakich pełno w USA. Mieli tam mnóstwo ubrań, zabawek, dekoracji do domu i ogrodu, słodyczy, itp. Świąteczne poduszki, kocyki, dekoracje, bombki i inne rzeczy zajmowały sporą część sklepu, w radiu leciały świąteczne piosenki. Amerykanie... Host mama kupiła kilka halloweenowych produktów w przecenie, ja także kupiłam kilka fajnych rzeczy w prezencie dla rodzinki w Polsce. Wyślę im paczkę na święta na początku grudnia, żeby zdążyła dojść przed Bożym Narodzeniem, więc już teraz wypatruję ciekawych rzeczy, które im się spodobają. W Targecie był Starbucks, oczywiście skorzystaliśmy z oferty, Caleb kupił mi Pumpkin Spice Frappucino, które było przepyszne, jak zresztą każda kawa ze Starbucksa, a sobie kupił Pumpkin Spice Latte. Kolejny dowód na to, że jesienią w USA "Pumpkin Spice" jest wszędzie.

Potem pojechaliśmy do Kohl's - sklepu z ubraniami i dekoracjami do domu. Jechaliśmy baaardzo długo, ponieważ musieliśmy pokonać AŻ 300 metrów parkingu! Po co iść, skoro można podjechać? W Kohl's także zapachniało świętami, świąteczne swetry i piżamy już zostały przecenione! Tutaj także zaopatrzyłam się w prezent dla rodziny :)

Później wróciliśmy do domu, zjedliśmy dyniowe babeczki upieczone przez host mamę i pożegnaliśmy Caleba. Powiedział, że odwiedzi nas znowu za kilka tygodni, już nie mogę się doczekać! Następnie poszłam pobiegać, aby spalić choć część kalorii pochłoniętych w ciągu ostatnich dni, a wieczorem pokazałam hostom zdjęcia z Polski. Najpierw zaprezentowałam im pączki, bardzo im się spodobały, powiedziałam im, że co roku w lutym obchodzimy "Donut Day" (nie znalazłam lepszej nazwy na Tłusty Czwartek) i każdy szanujący się obywatel obżera się tym cudem do nieprzytomności. Następnie pokazałam im zdjęcia białego sera. Tutaj nie ma białego sera więc poprosiłam mamę o fotorelację i dzisiaj ją otrzymałam. Biały ser w kostce, sernik, twarożek, makaron z serem, naleśniki z serem - hostom bardzo się to spodobało. Muszę spróbować zrobić biały ser w domowych warunkach, zobaczymy, co z tego wyjdzie. Pokazałam im też zdjęcia Święta Zmarłych, Pasowania na Ucznia mojej siostry oraz najpiękniejszych na świecie tortów mojej cioci. (Babuku, pojawiły się kolejne głosy, że powinnaś otworzyć cukiernię!)

niedziela, 2 listopada 2014

Włoska restauracja

Amerykanie to bardzo dziwny naród. Wszędzie mają daleko, jednak nic sobie z tych odległości nie robią. Dziś rano pojechaliśmy z hostami na śniadanie do Farmers' Market. Nie miałam pojęcia dokąd jedziemy, byłam przekonana, że to nazwa jakiegoś sklepu, w którym lubią kupować jedzenie. Wsiedliśmy do samochodu i po 40-minutowej podróży dojechaliśmy na miejsce. Ku mojemu zdumieniu znaleźliśmy się na targu! Nie tak dużym jak w Polsce, ale jednak! Kilkadziesiąt namiotów stało na gigantycznym parkingu przy galerii handlowej, każdy mógł sprzedawać co tylko chciał. Przypominało mi to trochę polski festyn, gdzie ludzie sprzedają dosłownie wszystko. Można było kupić warzywa i owoce prosto z ogródka, ręcznie farbowane koszulki i torby, mnóstwo rękodzieła, miód i inne rzeczy. Jednak naszym celem było stoisko z taco. Host mama uwielbia kupować to taco na śniadanie w soboty, muszę przyznać, że było dobre, ale żeby jechać 40 minut w celu zjedzenia zmielonej fasoli z żółtym serem zawiniętej w słonego naleśnika? Tego nie mogę pojąć. Nie zrozumcie mnie źle, nie mam nikomu nic do zarzucenia i nie chcę krytykować, co kraj to obyczaj, po prostu wydaje mi się to... dziwne. Cieszę się, że Amerykanie mają takie zwyczaje, dzięki temu mogę trochę popodróżować, a nie siedzieć w domu. Fajnie spędziliśmy czas, na pewno warto było pojechać.

Zakupione na targu taco zjedliśmy dopiero w galerii handlowej, ponieważ na zewnątrz było zbyt zimno. Pierwszy raz odkąd tu przyleciałam lekko zmarzłam! Lekko, bo było 15 stopni, jednak jak na Teksas to bardzo mało. Pogoda mnie rozpieściła i narzekam teraz nawet na lekki chłodek. Potem poszliśmy do Sears - sklepu ze wszystkim. Na dolnym piętrze mieli sprzęt sportowy, RTV i AGD i tym podobne, host mama chciała sprawdzić, czy mają halloweenowe pompowane dekoracje ogrodowe w przecenie. Nie mieli. Dzień po Halloween, a oni nie mieli już nic związanego z tym świętem. Za to zaczęli rozwieszać bożonarodzeniowe ozdoby, przejrzałam spore stoisko z bombkami, a Colt tarzał się w sztucznym śniegu zrobionym z waty, na którym stały choinki. Ameryka...

Na górnym piętrze sklepu mieli ubrania, wypatrzyłam bardzo miły polar w cętki i kupiłam go sobie. Host mama stwierdziła, że to bardzo dobra okazja, ponieważ kosztował 50$ a przecenili go na 21$. I znowu - Amerykanie... Tutaj wszystko jest na przecenie! Pierwotna cena jest kosmiczna i nie obowiązuje nigdy, za to wszędzie wiszą znaki SALE 55%, czy jakiekolwiek inne liczby, ważne aby większe od 40, inaczej przecenia nie jest zbyt dobra. Zniżki są na wszystko i często się dodają, jeśli ktoś ma kupony lub kartę stałego klienta.

Wieczorem odwiedził nas Caleb - kolega host mamy. Najpierw pogadaliśmy przez chwilę w domu, potem pojechaliśmy do włoskiej restauracji, ponieważ Amerykanie nie mają w zwyczaju gotować dla gości. Po co męczyć się z garami, skoro można pojechać do restauracji, gdzie każdy zamówi co mu odpowiada, zapłacić grosze (porównując do ich pensji), najeść się i wyjść bez obowiązku zmywania brudnych naczyń? To akurat mogę zrozumieć i bardzo mi się ten zwyczaj podoba. Przy okazji można porozmawiać i dobrze się bawić. Okazało się, że Caleb lubi mnóstwo rzeczy, które lubię i ja, bardzo dużo z nim rozmawiałam, z hostami też. Wspaniały wieczór! Nasz gość, prawnik, znał Dance Moms i Czarodziejów z Waverly Place, powiedzał, że lubi Selenę Gomez. Interesuje się muzyką pop, wiedział nawet, że Maddie tańczyła w teledysku do piosenki "Chandelier". Powiedziałam mu, że zrobiłam cover tego tańca i wrzuciłam na YouTube, oraz że mam na nim 200.000 wyświetleń i tym sposobem rozmowa zeszła na moją internetową karierę. Host mama wpadła na pomysł kręcenia filmików o tym, jak uczyć dzieci czytać, ponieważ wielu rodziców chciałoby pomóc swoim dzieciom, jednak nie ma pojęcia, jak się do tego zabrać. Czytanie po angielsku to nie taka prosta sprawa! Powiedziałam, że chętnie jej pomogę, musimy zrealizować ten pomysł!

Potem Caleb wpadł na pomysł, żebyśmy przedstawiali mnie wszystkim nowym ludziom jako gwiazdę filmową z Polski. Zaprosił nas do siebie do Houston i powiedział, że musimy odwiedzić wiele fajnych miejsc i że muszę przyjechać w okularach przeciwsłonecznych i ciuchach w stylu celebrytki, on się przebierze za mojego ochroniarza, a hości będą robić sztuczny tłum. Uśmialiśmy się po pachy, jestem ciekawa co z tego wyjdzie. Pomysł mi się podoba :)

W restauracji tradycyjnie zamówiłam sałatkę, tym razem z krewetkami, cebulą, orzechami, serem gorgonzola i jakimś mięsem przypominającym bekon (?).

Selfie z Calebem

sobota, 1 listopada 2014

Trick-or-treating

Nareszcie nadeszło Halloween! To moje drugie ulubione święto w roku, zaraz po Bożym Narodzeniu i na równi z urodzinami. Przygotowania zaczynają się już we wrześniu. W sklepach pojawia się halloweenowe wszystko: ubrania z nietoperzami, słodycze w kilkukilogramowych worach z setkami miniaturowych batonów w środku, pomarańczowe naczynia z wzorami, kostiumy dla każdego, nawet dla psów, dynie oraz zestawy do ich wycinania, filmy o Halloween, kolorowanki dla dzieci, dekoracje do domów i ogrodów, np. wielkie pompowane koty do postawienia przed domem i duchy do powieszenia na drzewie. Króluje "pumpkin spice" - jedzenie o smaku dyni z cynamonem, przypominające ciasto marchewkowe i piernik. W Starbucksie widziałam frappucino pumpkin spice, w Bath&Body Works kupiłam mydło pumpkin spice, w H-E-B sprzedają ciasta i muffinki pumpkin spice, podsumowując - pumpkin spice wszędzie. Przed domami pojawiają się szkielety w taczkach, pompowane dynie, pajęczyny na drzewach i groby. Sklepy zarabiają, ludzie wydają, wszyscy są szczęśliwi i podekscytowani.
dekoracje w naszym domu i moje wiaderko na słodycze 


Nareszcie przychodzi ten dzień: 31 października. W szkole podstawowej mojej host mamy dzieci przychodzą w kostiumach, zbierają cukierki w klasach i organizowane są dla nich halloweenowe zabawy. Powiedzenie "cukierek albo psikus" to "trick or treat", a chodzenie po domach nazywane jest "trick-or-treating". Mój starszy host brat - Colt - przebrany był za "Captain America", młodszy - Liam - za Spidermana. Dowiedziałam się od hostów bardzo ciekawej rzeczy: do szkół nie wolno przynosić nawet zabawkowej broni. Piankowe miecze, plastikowe sztylety i pistolety nie są tolerowane. Nie wolno także nosić masek ani nakryć głowy.

W mojej szkole, aby uniknąć ludzi przebierających się za śmierć, niedźwiedzie, mumie i inne "groźne postacie" (pod których kostiumem można by, o zgrozo!, ukryć broń i zastrzelić całą szkołę!) ustanowiono w dniu Halloween "Disney Day". Kto był przebrany za coś innego, maszerował do dyrektora. Jak już wczoraj pisałam, przebrałam się za Myszkę Minnie. Niewielu uczniów wzięło udział w "Disney Day", a jeśli ktoś już się przebrał, to w większości przypadków za myszki Minnie i Miki. Jednak kiedy do szkoły uczęszcza 2500 osób, zdarzyły się także inne przebrania, często bardzo ciekawe. Znacie mnie - nie przeżyłabym, gdybym nie zrobiła sobie z nimi zdjęć!

fryzura myszki Minnie

ktoś z Toy Story, nie oglądałam tej bajki, oraz Luna Lovegood z Harry'ego Pottera

Susi z Hiszpanii jako Pocahontas


moja koleżanka Victoria jako Elsa z Olafem

ta dziewczyna przebrała się za Reese's - popularne czekoladki z masłem orzechowym
w sumie nie Disney, ale nikt się nie czepiał

z Tori z lekcji Teatru

z Jimin - ona akurat się nie przebrała

wygłupy z Ashley na tańcach
Na psychologii dwoje uczniów rozdawało torebki ze słodyczami. Oczywiście zrobiłam zdjęcie, jakże by inaczej! Na ostatniej lekcji, którą jest angielski, przyszła do nas nauczycielka przebrana za czarownicę i rozdawała lizaki.

paczka z psychologii - moja ręka dla porównania wymiarów
Po powrocie ze szkoły zjedliśmy obiad, a raczej pseudoobiad, ponieważ host tato przywiózł meksykańskie fast-foody z Taco Bell. Zamówiłam tylko jedno taco, ponieważ wiedziałam, że wieczorem pochłonę tonę słodyczy. Kiedy zaszło słońce, czyli ok. 18:45, ponieważ u nas zmiana czasu będzie dopiero dzisiaj w nocy, włożyliśmy nasze kostiumy i wyruszyliśmy na Trick-or treating.

z host mamą i host braćmi
Było naprawdę fantastycznie! Ulice były zatłoczone jak popularne deptaki w Polsce, każdy miał inny kostium, jedni mieli genialne przebrania od stóp do głów, inni ograniczyli się do malowania twarzy. Niektóre domy były naprawdę fajnie udekorowane! Aby było wiadomo, do których domów należy zgłaszać się po cukierki, Amerykanie wymyślili taką oto zasadę: jeśli światło nad drzwiami wejściowymi się świeci, to można śmiało pukać. Średnio świeciło się w co trzecim domu. Jednak do drzwi podchodziło się tylko w mniejszych uliczkach, do których przychodziło mało osób, ponieważ przy głównej ulicy na naszym osiedlu, a przy tym najbardziej zatłoczonej, dorośli siedzieli na podjazdach na ławkach i leżakach z miskami pełnymi słodyczy w rękach, więc wystarczyło iść chodnikiem i zbierać słodkości. Nie trzeba było nawet mówić "trick or treat!".

tłok na ulicy
Przy tejże głównej ulicy znajdowały się także atrakcje, choć nieliczne. Mieszkańcy jednego domu, którzy mieli całkiem spory ogród jak na Amerykę, urządzili na swojej posesji Dom Strachów. Kolejny Nawiedzony Dom zajmował pół ulicy i chodnik, zbudowany był z kilku namiotów. Każdy mógł tam wejść, myślałam, że trzeba będzie zapłacić za wstęp, ale nie trzeba było. Oczywiście skorzystałam z atrakcji, w Polsce nie spotkam czegoś podobnego. W namiotach było mnóstwo dymu i niewiele światła, ledwo widziałam zakręty. W pewnym momencie zza ściany wyłonił się człowiek z piłą motorową. Nie mam pojęcia, czy naprawdę ją uruchomił, czy też ktoś inny puścił dźwięk, w każdym razie brzmiało to bardzo realistycznie. Za kolejnym zakrętem nawiedziła mnie Śmierć z toporem w ręce, pukając mnie owym narzędziem zbrodni w plecy. Dalej spotkałam mumię, która odwróciła moją uwagę, a za plecami pojawił się kolejny straszny gość. Było wspaniale! Piszczałam kilka razy, ale wyszłam z uśmiechem na twarzy. Moi hości nie weszli do środka, bo host bracia się bali, więc im wszystko dokładnie opisałam.





ja i host brat Colt (wyszłam tragicznie -,-)
selfie Annabeth xD

Po obejściu części ulic wróciliśmy do domu, wsiedliśmy do samochodu i pojechaliśmy do innej dzielnicy, w której hości kiedyś mieszkali. Chcieli mi pokazać jeden dom, powiedzieli, że ma bardzo fajne dekoracje. Mieli rację! Przed domem zbudowano cmentarz oświetlony mnóstwem świateł oraz ustawiono znak z informacją, na jaką częstotliwość należy ustawić swoje radio. Ustawiliśmy odpowiednią stację, leciały tam upiorne dźwięki, a światła na cmentarzu migały w rytm muzyki. Świetnie to wyglądało, nakręciłam filmik, ale było ciemno, więc nie wiem, czy coś na nim widać. Tak czy inaczej wrzucę do na YouTube i wam pokażę.

Na koniec pozostałe zdjęcia:
moje słodycze - uzbierałam całe wiadro!



Po rozpuszczeniu uszu Myszki Minnie :)
kucyki to fryzura mojego dzieciństwa, dalej mi w nich do twarzy :d

Colt jako Captain America

Przygotowania do Halloween

W szkole ostatnio dzieje się wiele ciekawych rzeczy. Na lekcjach robimy wiele eksperymentów, mam co opisywać, ale zabiorę się za to innym razem, kiedy będę miała więcej czasu i mało do przekazania. Pytaliście o strzelaninę w jakieśtam szkole w USA. Nie wiem nic o żadnej strzelaninie. To znaczy teraz już wiem, bo mi powiedzieliście xD Nie oglądam wiadomości, więc nie słyszałam nic w telewizji, moi hości i znajomi nic o tym wydarzeniu nie wspominali. Myślę, że jest kilka wyjaśnień: po pierwsze, nie wydarzyło się to w Teksasie. Ludzi nie bardzo obchodzi to, co robią ludzie w innych stanach, tak samo jak nas bardziej obchodzi Polska niż Hiszpania czy Finlandia. Po drugie, tutaj co jakiś czas zdarzają się strzelaniny, nikt nie robi z tego wielkich afer, nie ma takiej potrzeby. Szkoły stosują mnóstwo środków bezpieczeństwa i wciąż je ulepszają, jednak nie widzą potrzeby straszenia nas z tego powodu. W szkole mamy policję, która działa bardzo dobrze (wczoraj kogoś aresztowali i bardzo zaostrzyli środki bezpieczeństwa, ale wszystko wróciło do normy).

Po powrocie ze szkoły zjedliśmy pizzę z hostami, po czym nareszcie udało mi się pobiegać! Muszę się wziąć w garść i zacząć porządny wysiłek fizyczny, bo amerykańskie jedzenie robi swoje i "adipose tissue" rośnie (mamy teraz tkanki na anatomii, więcej o tym w innym poście). Zwiedziłam kawałek mojego nowego osiedla, moim celem na najbliższe tygodnie jest przebiegnięcie wszystkich ulic kilka razy, aż zapamiętam ich układ. 

Przypomniała mi się jedna sprawa, lekko poza tematem. Pamiętacie, jak wycinałam dynię? Świetna zabawa, szczerze polecam każdemu, można wyciąć naprawdę fantastyczne kształty i wzory! Ale uwaga: po kilku dniach dynia śmierdzi jak zgniłe jajo, pleśnieje jak stary mokry chleb i wygląda jak najprawdziwszy dom strachów: niezliczone gatunki grzybów i pleśni obrastają wnętrze niczym fantazyjne dekoracje z domu strachów, w mojej dyni wyrósł także piękny żyrandol zwisający z pokrywy niczym zabłocone lodowe sople wykonane z waty cukrowej. Widok cudowny! Zapach także powala, niestety trochę zbyt dosłownie.

Kiedy wróciłam z joggingu, host mama zaczęła przygotowywać w salonie swój halloweenowy kostium do szkoły, w której pracuje. Dokończyła swoją różową spódniczkę tutu, razem z pięcioma koleżankami przebierała się za trzy świnki, jedna z koleżanek była domem z cegieł, inna wilkiem. Host tato w tym czasie przygotowywał torebki z cukierkami i prezentami halloweenowymi dla dzieci z klasy host mamy. Zaczęłam im opowiadać o moim kostiumie myszki Minnie, ponieważ następnego dnia w szkole mieliśmy Disney Day. Dyrektor wyrazie poinformował, że halloweenowe kostiumy, które nie zgadzają się z tematem, nie będą akceptowane, więc musiałam wymyślić coś disneyowego. Host mama powiedziała, że ma dodatkowe materiały do zrobienia różowej spódniczki tutu, oczywiście byłam zachwycona, więc pokazała mi, jak się taką spódniczkę robi, a ja ją dokończyłam. Mnóstwo osób nosi takie spódnice podczas "spirit days" oraz na mecze futbolu, najczęściej są one w kolorach szkoły, ale nie tylko. Zawsze chciałam taką mieć, ale nie wiedziałam, skąd mogłabym ją wziąć. A tu taka niespodzianka!

nasz stół halloweenowych przygotowań
moja spódniczka tutu

torebki z niespodziankami dla dzieci