Nie mam pojęcia, ile razy zadano mi to pytanie w ostatnich tygodniach. Mam wrażenie, że więcej niż kultowe "jak tam w szkole?" podczas imprez rodzinnych. Uwielbiam oba tak samo. Susi ma identyczny problem, wydaje mi się, że wszyscy wymieńcy przez to przechodzą. Ale ileż razy można odpowiadać na to samo pytanie? Na początku starałam się wyjaśniać ludziom, jak się czuję, ale po jakimś czasie zaczęłam odpowiadać "tak" lub "nie" (w zależności z kim rozmawiam; staram się dopasować odpowiedź do odbiorcy) i uzasadniam jednym zdaniem. Dalsi znajomi zaczęli pytać mnie o uczucia związane z powrotem do Polski już miesiąc temu, teraz nadeszła salwa od tych bliższych. W samochodzie od Jenn, na Skypie od przyjaciółki. Nie mam żadnych pretensji, bardzo mi miło, że się o mnie troszczycie, ale proszę o odrobinę litości. Odpowiem wam w poniższym akapicie, abym nie musiała powtarzać się sto razy w najbliższych dniach. I niech mnie ktoś zapyta jeszcze raz, czy cieszę się, że wracam do Polski, to zapytam, jak wasze oceny.
Angielskie określenie, którego użyłabym, aby opisać moje uczucia, to "bittersweet", w tłumaczeniu "gorzko-słodkie". Z jednej strony nie mogę się doczekać, kiedy wsiądę do samolotu. Pewnych rzeczy mam już dość, na przykład jedzenia mrożonek w domu lub gigantycznych porcji w restauracjach - nie ma nic pomiędzy. Chcę zjeść coś domowego, najlepiej schabowego z surówką i zupę jarzynową. Chcę biały ser, domowe lody, Milkę, placki od babci, grilla, twarożek, kefir, pierogi, naleśniki, krokiety, sałatki, kanapki z ciemnym chlebem, kawę mrożoną z Thermomixa, placki ziemniaczane, racuchy, gołąbki, pomidorową, rosół, itd. Nie znoszę domu-klatki, nie mam gdzie pójść, nie mam koleżanek w okolicy. Chcę mój rower, rolki, hulajnogę, pokój z linami i drążkiem, koleżanki i autobusy. Chcę zobaczyć całą rodzinę, a szczególnie kuzynów i kuzynki, którzy mieli tylko kilka miesięcy, kiedy wyjechałam. No i tęsknię za Mają jak za białym serem.
Z drugiej strony będzie mi brakowało wielu rzeczy. Wyjazd do restauracji raz na jakiś czas jest bardzo przyjemny, nie ukrywam. Pogoda polepszyła się, temperatura nie spada poniżej 20 stopni w nocy, w dzień jest 33. Mam basen pod nosem (choć teraz jest zatłoczony jak autostrada w wakacyjny weekend). Masło orzechowe stało się częścią mnie, choć mojej wadze nie sprzyja. Mam fajnych hostów i na pewno będę za nimi tęsknić. Nie wiem, co zrobię bez moich zagranicznych koleżanek - chyba będziemy skypować codziennie. Zabraknie mi także Dance Moms w dniu premiery, nie wspominając już o języku angielskim, który kocham i chciałabym mówić w nim na co dzień. Uwielbiam to, że jest nieformalny, do każdego zwraca się "you" i łatwiej się wyraża. Sophie czuje się podobnie, więc wspólnie wymyśliłyśmy, że przy każdej okazji będziemy mówić po angielsku - czy to przy zakupie biletu do kina, czy to w McDonaldzie. Szykuje się masa zabawy!
O wiele bardziej chcę wracać niż zostać. Chcę zacząć w życiu coś nowego, rozpocząć sprzedaż książki (o tym już wkrótce), zrobić spotkania z widzami i fanami oraz warsztaty, nakręcić nowe odcinki Zwariowanych, pojechać na obóz akrobatyczny i nad morze. Przede wszystkim chcę SCHUDNĄĆ. Mam dość tłuszczu na całym ciele, głównie na brzuchu - tak się tyje w Ameryce, jest to wina chemikaliów. Chcę móc robić przejścia i skoki szpagatowe bez ograniczeń warstwy tłuszczowej. To mój cel na wakacje. Kiedy schudnę, zabiorę się za nowe filmiki.
Poczuj się jak exchange student:
niedziela, 7 czerwca 2015
sobota, 6 czerwca 2015
Nadmiar glutenu
Szkoła się skończyła i nie mam co robić. Z nudów zaczęłam przepakowywać walizki po raz kolejny, wyszło mi to na dobre, odciążyłam dużą walizkę, dociążyłam bagaż podręczny. Okazało się, że wnoszenie do samolotu świeczek nie jest zabronione, podobnie mają się sprawy jeśli chodzi o słoiki. Zimą kupiłam półkilową świeczkę o zapachu miętowym (tradycyjnym na Boże Narodzenie) w Bath & Body Works, a na urodziny dostałam słoik słodyczy od Ashley - obie te rzeczy są teraz zmorą. Co prawda słodycze wyrzuciłam do kosza, bo były to te obrzydliwe amerykańskie świństwa i nie chciałam się otruć (nie żartuję), ale słoik bardzo mi się podoba, więc go zabieram. Kupię sobie inne słodycze, bo jest parę dobrych, ale można je policzyć na palcach.
Wczoraj byliśmy w sklepie zoologicznym, aby kupić rybki. Jenn dostała akwarium od nauczycielki, która przeszła na emeryturę i zamierza je zabrać do swojej klasy w przyszłym roku szkolnym. Mamy w sumie sześć rybek, kupiliśmy także żywe rośliny, aby zwierzątka były szczęśliwe. Kiedy hości wybierali rybki, ja przyglądałam się papugom, kotom, chomikom i żółwiom. Nie wiem dlaczego, ale strasznie mnie oczy bolą, kiedy patrzę na akwarium z wodą. Wzięłam Liama, aby pokazać mu koty, jednak nie spodobało mu się, że wszystkie spały, więc zaczął do nich krzyczeć: "Wake up, kitty cat!". To samo przy chomikach: "Wake up, tiny, tiny!"
W wolne dni przynajmniej jeden z trzech posiłków dziennie jemy poza domem. Wskutek braku jedzenia w domu i jeżdżeniu do niesprzyjających bezglutenowej diecie restauracji przedozowałam gluten w ostatnich dniach. Dzisiaj wstałam późno i cały czas chce mi się spać, jestem leniwa i nie mam energii, pojawił mi się trądzik. Wszystko przez naleśniki na kolację w środę, naleśniki na śniadanie i tosty na obiad w czwartek, tosty na śniadanie, ravioli na obiad i makaron na kolację wczoraj. Dziś także nie miałam wyboru, bo na śniadanie Jenn odgrzała mrożone bułki cynamonowe z HEB w piekarniku, jednak zjadłam tylko jedną. Zjadłam też resztki jogurtu i kiść winogron. To było dwie godziny temu, już jestem głodna, ale nic na to nie poradzę. Do wyboru mam tost z masłem orzechowym, batony, chipsy i stary ryż - wolę być głodna. Nie wiem jeszcze, gdzie pojedziemy na lunch, ale oby mieli tam coś bezglutenowego, bo się rozchoruję. Jedzenie w restauracjach jest smaczne, ale co z tego, skoro po jedzeniu źle się czuję. Obym przeżyła ten amerykański eksperyment chemiczny bez trwałego uszczerbku na zdrowiu.
Wczoraj śniadanie zjedliśmy w Cracker Barrel. Uwielbiam to miejsce, jednak nie oferują choćby jednego posiłku bez glutenu. Moje jedzonko było przepyszne i byłam zadowolona, dopóki nie obudziłam się dzisiaj rano i zatkanym nosem.
![]() |
| Jajecznica, bekon, tosty z serkiem homogenizowanym i truskawkami, sos truskawkowy. |
Wczoraj byliśmy w sklepie zoologicznym, aby kupić rybki. Jenn dostała akwarium od nauczycielki, która przeszła na emeryturę i zamierza je zabrać do swojej klasy w przyszłym roku szkolnym. Mamy w sumie sześć rybek, kupiliśmy także żywe rośliny, aby zwierzątka były szczęśliwe. Kiedy hości wybierali rybki, ja przyglądałam się papugom, kotom, chomikom i żółwiom. Nie wiem dlaczego, ale strasznie mnie oczy bolą, kiedy patrzę na akwarium z wodą. Wzięłam Liama, aby pokazać mu koty, jednak nie spodobało mu się, że wszystkie spały, więc zaczął do nich krzyczeć: "Wake up, kitty cat!". To samo przy chomikach: "Wake up, tiny, tiny!"
Korzystając z masy wolnego czasu wieczorem zabrałam się za edytowanie filmików na YouTube. Mam ich sześć czy siedem, także nie martwcie się, po powrocie do Polski nie porzucę kanału. Postaram się nagrać jeszcze parę, coś się wymyśli. Nie zakończę także pisania bloga. Oczywiście nie będę wrzucać codziennie nowych postów, ale raz na jakiś czas na pewno coś napiszę.
czwartek, 4 czerwca 2015
Graduation
We wczorajszym poście opisałam zakończenie roku szkolnego w USA i mówiłam, że nie obchodzi się tego uroczyście. Wyjątkiem jest Graduation - ceremonia zakończenia szkoły przez dwunastą klasę. Jestem przekonana, że nie raz widzieliście ją na filmach - jedno- lub dwukolorowy tłum absolwentów rzucający w niebo birety. Na ową uroczystość wybrałyśmy się wczoraj wieczorem z Larą i jej host siostrą. Odebrały mnie z domu zaraz po szóstej, kiedy wracały z poczty - Lara pozbyła się nadbagażu oraz wysłała prezenty. Wstąpiliśmy do ich domu na pół godziny, w tym czasie pomalowaliśmy z Larą paznokcie. Jej kolekcja lakierów urosła w USA z dwóch do około dwudziestu, nie miała o tym pojęcia dopóki nie zaczęła się pakować. Tak tworzą się problemy z nadbagażem, w moim przypadku rozrosła się kolekcja książek - mam ich ze dwadzieścia, a przyjechałam z niczym.
Graduation odbywało się w auli uniwersytetu Texas State, oddalonej o dwadzieścia minut drogi od naszego miasta. O dziwo siostra Lary - Morgan - nie zachowała się jak większość Amerykanów i nie próbowała zaparkować pod samymi drzwiami, ale na parkingu oddalonym o kilkaset metrów. Nadzieja dla tego narodu jeszcze istnieje! Bardzo polubiłam Morgan, mogłybyśmy zostać przyjaciółkami (w porę się poznałyśmy). Dobiegłyśmy do auli na czas, usiadłyśmy prawie na samej gorze trybun i zaczęła się ceremonia. Nakręciłam filmik, więc będziecie mogli wszystko zobaczyć na własne oczy. Na początku seniorzy (tak się mieni ostatnia klasa) wychodzili parami z tajemniczego pomieszczenia za trybunami, przechodzili przez środek auli i zasiadali na krzesłach. Samo wejście zajęło kilkanaście minut, tyle osób kończyło w tym roku szkołę. Później odmówiliśmy przysięgę do flagi i zaśpiewaliśmy hymn USA oraz szkoły. Dyrektor oraz dwóch seniorów wygłosiło mowy, po czym każdy absolwent wychodził na środek i otrzymywał High School Dioloma - świadectwo upoważniające do podjęcia studiów. Ta część dłużyła się w nieskończoność, zanim każdy został oklaskany przez znajomych i rodzinę, zrobił sobie zdjęcie z dyrektorem i przeszedł przez środek auli, minęła chyba z godzina. Kiedy wszyscy otrzymali dyplomy, usiedli z powrotem na swoich miejscach i podrzucili birety. Na tym zakończyła się prawie dwugodzinna ceremonia. Całość można było oglądać na żywo na YouTube, aby rodzina i znajomi z całego kraju mogli zobaczyć swojego absolwenta.
Morgan i Lara chciały pojechać na dinner do chińskiej restauracji, ponoć bardzo dobrej. Nie miałam okazji dorobić się własnej opinii, ponieważ mimo pędzenia 120 km/h dojechaliśmy na miejsce o minutę za późno. 22:01. Dlatego pojechałyśmy do bardzo popularnej w całym kraju restauracji - iHop, gdzie serwują śniadanie przez cały dzień - głównie naleśniki. Kiedy weszłam do środka, uświadomiłam sobie, że to właśnie tam zabrała nas Lynne w pierwszy wieczór po przylocie do Ameryki. Wtedy zamówiłam coś dziwnego, co mi średnio smakowało, ale tym razem moje danie było przepyszne. Niezdrowe, glutenowe i polane syropem glukozowo-fruktozowym, ale przepyszne! Naleśniki "peach cobbler" z lodami oraz jajecznica i hashbrown - coś jak placek ziemniaczany, tyle że ziemniaki starto na grubej tarce i nie dodano jajka. Wszystko za jedyne 5,99$ + podatek + napiwek, czyli w sumie 7,50$. W USA dawanie napiwku jest widziane jako obowiązek, ponieważ kiedy kasjer zarabia 10$ za godzinę, kelner zarabia 3$, resztę dorabia na napiwkach. Przyjęte jest, że wysokość napiwku to 15% ceny zamówienia, jeśli dobrze pamiętam. Napiwek daje każdy, taka jest tu kultura.
Skończyłyśmy jeść dobrze po jedenastej, po czym wróciłyśmy do domu Lary, gdzie zostałam na noc. Poszłyśmy spać po północy, byłyśmy padnięte. Ciężko było skończyć gadać i zgasić światło, ale wiedziałyśmy, że musimy wstać rano, bo umówiłyśmy się z resztą dziewczyn na pożegnalne śniadanie. Ja tam nie mam problemu z pobudką, wstałam o 7:10, zawsze budzę się rano, za to Lara dalej śpi. Skorzystałam z okazji i piszę bloga.
Poranne selfie z czubkiem głowy Lary :)
Graduation odbywało się w auli uniwersytetu Texas State, oddalonej o dwadzieścia minut drogi od naszego miasta. O dziwo siostra Lary - Morgan - nie zachowała się jak większość Amerykanów i nie próbowała zaparkować pod samymi drzwiami, ale na parkingu oddalonym o kilkaset metrów. Nadzieja dla tego narodu jeszcze istnieje! Bardzo polubiłam Morgan, mogłybyśmy zostać przyjaciółkami (w porę się poznałyśmy). Dobiegłyśmy do auli na czas, usiadłyśmy prawie na samej gorze trybun i zaczęła się ceremonia. Nakręciłam filmik, więc będziecie mogli wszystko zobaczyć na własne oczy. Na początku seniorzy (tak się mieni ostatnia klasa) wychodzili parami z tajemniczego pomieszczenia za trybunami, przechodzili przez środek auli i zasiadali na krzesłach. Samo wejście zajęło kilkanaście minut, tyle osób kończyło w tym roku szkołę. Później odmówiliśmy przysięgę do flagi i zaśpiewaliśmy hymn USA oraz szkoły. Dyrektor oraz dwóch seniorów wygłosiło mowy, po czym każdy absolwent wychodził na środek i otrzymywał High School Dioloma - świadectwo upoważniające do podjęcia studiów. Ta część dłużyła się w nieskończoność, zanim każdy został oklaskany przez znajomych i rodzinę, zrobił sobie zdjęcie z dyrektorem i przeszedł przez środek auli, minęła chyba z godzina. Kiedy wszyscy otrzymali dyplomy, usiedli z powrotem na swoich miejscach i podrzucili birety. Na tym zakończyła się prawie dwugodzinna ceremonia. Całość można było oglądać na żywo na YouTube, aby rodzina i znajomi z całego kraju mogli zobaczyć swojego absolwenta.
Morgan i Lara chciały pojechać na dinner do chińskiej restauracji, ponoć bardzo dobrej. Nie miałam okazji dorobić się własnej opinii, ponieważ mimo pędzenia 120 km/h dojechaliśmy na miejsce o minutę za późno. 22:01. Dlatego pojechałyśmy do bardzo popularnej w całym kraju restauracji - iHop, gdzie serwują śniadanie przez cały dzień - głównie naleśniki. Kiedy weszłam do środka, uświadomiłam sobie, że to właśnie tam zabrała nas Lynne w pierwszy wieczór po przylocie do Ameryki. Wtedy zamówiłam coś dziwnego, co mi średnio smakowało, ale tym razem moje danie było przepyszne. Niezdrowe, glutenowe i polane syropem glukozowo-fruktozowym, ale przepyszne! Naleśniki "peach cobbler" z lodami oraz jajecznica i hashbrown - coś jak placek ziemniaczany, tyle że ziemniaki starto na grubej tarce i nie dodano jajka. Wszystko za jedyne 5,99$ + podatek + napiwek, czyli w sumie 7,50$. W USA dawanie napiwku jest widziane jako obowiązek, ponieważ kiedy kasjer zarabia 10$ za godzinę, kelner zarabia 3$, resztę dorabia na napiwkach. Przyjęte jest, że wysokość napiwku to 15% ceny zamówienia, jeśli dobrze pamiętam. Napiwek daje każdy, taka jest tu kultura.
Skończyłyśmy jeść dobrze po jedenastej, po czym wróciłyśmy do domu Lary, gdzie zostałam na noc. Poszłyśmy spać po północy, byłyśmy padnięte. Ciężko było skończyć gadać i zgasić światło, ale wiedziałyśmy, że musimy wstać rano, bo umówiłyśmy się z resztą dziewczyn na pożegnalne śniadanie. Ja tam nie mam problemu z pobudką, wstałam o 7:10, zawsze budzę się rano, za to Lara dalej śpi. Skorzystałam z okazji i piszę bloga.
Poranne selfie z czubkiem głowy Lary :)
środa, 3 czerwca 2015
300 post
Dzisiaj był ostatni dzień szkoły. Wstałam wcześnie rano, zrobiłam dobre śniadanko - koktajl truskawkowo-jagodowy oraz tost z masłem orzechowym i dżemem. Miałam dużo czasu, więc wyszłam z domu wcześniej i spacerowałam szlakiem autobusu szkolnego, aby dojść na jak najdalszy przystanek, ale nie przegapić odjazdu. Kiedy kierowca widzi kogoś na drodze, zatrzymuje się i zgarnia spóźnialskiego. Na jednym z przystanków spotkałam Hailey - koleżankę z tenisa, usiadłyśmy razem w autobusie i rozmawiałyśmy przez całą drogę. Umówiłyśmy się na poniedziałek na nakręcenie filmiku na YouTube oraz ostateczne pożegnanie. Przed rozpoczęciem egzaminu spotkałam się z Sophie i zrobiłyśmy sobie zdjęcia przy żółtych autobusach. Pamiątka musi być.
Egzamin z algebry był prosty. Co prawda zadania były trudne, wielu bym nie dała rady zrobić, gdyby nie to, że odpowiedzi były a, b, c, d. Wypróbowywałam na kalkulatorze każde z rozwiązań po kolei, aż w końcu dochodziłam do właściwej odpowiedzi. Nasze kalkulatory mają wszystkie możliwe funkcje, wystarczy tylko wiedzieć, jak je obsługiwać i odpowiedź jest jak na dłoni. Nawet wykresy funkcji nam rysuje i znajduje różne punkty.
Za to egzamin z historii był trudny. Poszedł mi najgorzej ze wszystkich, dostałam 81%. Oceny można sprawdzić już godzinę po zakończeniu testu, tak szybko są oceniane. W końcu wystarczy zeskanować karty odpowiedzi. Z algebry dostałam 90, z psychologii i anatomii 99, z teatru 85 (co mnie denerwuje, bo tylko raz zapomniałam roli i do tego znalazł się nikt, kto nie zapomniał), a z tańców i z angielskiego 100. Nauczyciel powiedział wczoraj Susi, że jeszcze nikt nie dostał 100, więc jestem z siebie dumna. Szczerze mówiąc nie wiem, jak moje koleżanki mogły nie zdać. Same przyznały, że test był łatwy. Lara dostała 67, co jest bardzo dziwne, bo to ona zazwyczaj jest najlepszą uczennicą i przykłada się do wszystkiego, kiedy ja wolę iść na basen niż odrabiać zadania.
Skończyłam szkołę z samymi szóstkami. Hurra!
Po egzaminach poszłyśmy z dziewczynami do sekretariatu, aby złożyć podania o świadectwa. Być może przyślą je nam do naszych krajów, ale jeśli się nie uda, to dostaną je hości. Problem polega na tym, że będą gotowe dopiero za dwa tygodnie, więc jedynie Lara ma szansę otrzymać swoje w USA, ponieważ wyjeżdża dopiero 15 czerwca. Susi nie wie, co zrobić, bo aby wrócić do szkoły w Hiszpanii, potrzebuje przetłumaczyć świadectwo u notariusza w Ameryce, a wyjeżdża w przyszłą środę. Być może hości zrobią to za nią, po czym wyślą jej dokumenty listem. Mi dokumenty nie są na razie potrzebne i oby nie były, ale nigdy nic nie wiadomo, więc poprosiłam ich o transkrypt.
Przez tą całą papierkową robotę spóźniłyśmy się na autobus, na szczęście siostra Lary ma samochód i odwiozła nas do domu. Dziwnie się czułam jadąc autem prowadzonym przez szesnastolatkę, jest to dla mnie coś nieznanego. Uważam, że możliwość zdobycia prawa jazdy tak szybko jest bardzo dobrym pomysłem i żałuję, że nie mogę prowadzić samochodu. Mogłybyśmy z dziewczynami zjechać cały Teksas!
![]() |
| z Micaelą |
![]() |
| We made it! |
Egzamin z algebry był prosty. Co prawda zadania były trudne, wielu bym nie dała rady zrobić, gdyby nie to, że odpowiedzi były a, b, c, d. Wypróbowywałam na kalkulatorze każde z rozwiązań po kolei, aż w końcu dochodziłam do właściwej odpowiedzi. Nasze kalkulatory mają wszystkie możliwe funkcje, wystarczy tylko wiedzieć, jak je obsługiwać i odpowiedź jest jak na dłoni. Nawet wykresy funkcji nam rysuje i znajduje różne punkty.
![]() |
| Z nauczycielem algebry, średnio go lubię, ale jest miły. |
Skończyłam szkołę z samymi szóstkami. Hurra!
![]() |
| nasza klasa historii |
![]() |
| z nauczycielem historii |
Przez tą całą papierkową robotę spóźniłyśmy się na autobus, na szczęście siostra Lary ma samochód i odwiozła nas do domu. Dziwnie się czułam jadąc autem prowadzonym przez szesnastolatkę, jest to dla mnie coś nieznanego. Uważam, że możliwość zdobycia prawa jazdy tak szybko jest bardzo dobrym pomysłem i żałuję, że nie mogę prowadzić samochodu. Mogłybyśmy z dziewczynami zjechać cały Teksas!
![]() |
| A to od Susi :) Uczy się polskiego, jedyne co umie, to: "Cześć! O kurde, zapomniałam... Jestem Susi!" |
Egzaminy końcowe
Zakończenie roku szkolnego w amerykańskim liceum składa się z trzech faz. Faza pierwsza cechuje się zadaniem uczniom projektu. W dzienniku musi się znaleźć ocena za kreatywną twórczość, o czym nauczyciele przypominają sobie pod koniec roku. Panuje powszechne lenistwo, zarówno wśród młodzieży jak i wśród grona pedagogicznego. Dostajemy mnóstwo godzin lekcyjnych na pracę nad projektem i tylko od nas zależy, jak je wykorzystamy. Efektem jest tyle telefonów na ławkach, ilu uczniów w klasie. Ludzie oglądają filmy, rozmawiają, byłam świadkiem gry w siatkówkę i w kalambury - w obu przypadkach nauczyciele dołączyli do zabawy. W fazie pierwszej również oglądamy filmy.
Druga faza rozpoczyna się lekko ponad tydzień przed zakończeniem roku szkolnego. Rzeczywistość budzi nas wiadrem zimnej wody. Nagle okazuje się, że nie zaczęliśmy pracować nad żadnym projektem, a prezentacje mają się odbyć za trzy czy cztery lekcje. Jedni przykładają się do zadania i od świtu do nocy wyklejają plakaty, piszą eseje i tworzą prezentacje, inni idą po linii najmniejszego oporu (to ja) i w dniu prezentacji wychodzą na środek klasy z kartką w dłoni, na której mają lakonicznie zawarte w punktach, co mają powiedzieć, po czym improwizują i zdają lepiej czy gorzej. W fazie drugiej wychodzi na wierzch, kto oblewa klasę. W tym roku z angielskiego nie przeszłoby 17 osób na 23, gdyby nauczyciel nie kazał tumanom wszystkiego poprawiać. Nie był z tego faktu zadowolony, ale dyrekcja nie zgodziła się, aby tyle osób nie zdało. Tak to bywa w klasach, które są obowiązkowe - mało ambitni mają oceny w głębokim poważaniu, w 99% są to meksykanie.
Faza trzecia obejmuje cztery ostatnie dni szkoły. Piszemy wtedy testy końcowe. W piątek z lekcji, którą mamy jako siódmą, czyli ostatnią, w poniedziałek z szóstej i piątej, dzisiaj z czwartej i trzeciej, jutro z drugiej i pierwszej. Testy z przedmiotów obowiązkowych, tj. angielski, matematyka, historia, tworzone są przez dystrykt. W piątek pisałam test z angielskiego, był banalny, dziesięciolatek by zdał. Pytań było tylko 16, wszystko A, B, C, D, wystarczyło przeczytać trzy teksty ze zrozumieniem i voila. Historię i matematykę zdaję jutro, nie mam zamiaru się uczyć, na pewno zdam skoro angielski był taki łatwy. Natomiast nauczyciele nietypowych przedmiotów sami wymyślają testy. Są świadomi faktu, że gdyby sprawdzili naszą wiedzę z materiału z całego roku szkolnego, prawie nikt by nie zdał, więc zadają nam projekty. Na anatomię musiałam przygotować ulotkę z informacjami o osteoporozie, na psychologii prezentowaliśmy efekty eksperymentu badającego łamanie norm społecznych, o którym pisałam, na teatrze przedstawialiśmy sceny w duecie, a na tańcach pokazywaliśmy ułożoną przez nas choreografię.
Oficjalne zakończenie roku nie istnieje w USA. Nie słyszano o ubieraniu się na galowo, nie ma wysłuchiwania mowy dyrektora i oglądania przedstawienia o patronie szkoły, czy jakichkolwiek innych szopek dla zadowolenia nie wiadomo kogo, na pewno nie uczniów. Nie ma wręczania kwiatów nauczycielom ani siedzenia w klasie i otrzymywania świadectw z rąk wychowawcy. Ostatni dzień szkoły to dwa ostatnie egzaminy, potem wsiadamy w autobus i do widzenia. Wypis ocen szkoła przysyła pocztą kilka dni później. Z nauczycielami widzimy się po raz ostatni w dniu egzaminu z ich przedmiotu, dlatego proszę każdego o zdjęcie kilka minut przed wyjściem z klasy. Do kolekcji brakuje mi tylko dwóch, mam nadzieję zdobyć je jutro. Oby nauczyciel historii był w szkole, dzisiaj widziałam zastępcę w jego klasie. Popiersia na stronach Yearbooka to nie to samo.
Bardzo ciężko żegnać się ze wszystkimi, których poznałam. Łza kręci się w oku, kiedy wychodzę z klasy i wiem, że nie zobaczę danego nauczyciela przed długi, długi czas lub i nigdy. Wczoraj po raz ostatni opiekowałam się dziećmi rodziny nr 1. Aż mnie serce bolało, kiedy się z nimi żegnałam. Niby tylko tam pracowałam, ale przywiązałam się do nich jak nie wiem co. Obiecałam wpaść w odwiedziny, kiedy wrócę do Teksasu. W drodze do domu zrobiło mi się smutno, ale cóż na to poradzić, trzeba się pożegnać, życie toczy się dalej. Kto wie, ile niespodzianek spotka mnie w najbliższych miesiącach.
Druga faza rozpoczyna się lekko ponad tydzień przed zakończeniem roku szkolnego. Rzeczywistość budzi nas wiadrem zimnej wody. Nagle okazuje się, że nie zaczęliśmy pracować nad żadnym projektem, a prezentacje mają się odbyć za trzy czy cztery lekcje. Jedni przykładają się do zadania i od świtu do nocy wyklejają plakaty, piszą eseje i tworzą prezentacje, inni idą po linii najmniejszego oporu (to ja) i w dniu prezentacji wychodzą na środek klasy z kartką w dłoni, na której mają lakonicznie zawarte w punktach, co mają powiedzieć, po czym improwizują i zdają lepiej czy gorzej. W fazie drugiej wychodzi na wierzch, kto oblewa klasę. W tym roku z angielskiego nie przeszłoby 17 osób na 23, gdyby nauczyciel nie kazał tumanom wszystkiego poprawiać. Nie był z tego faktu zadowolony, ale dyrekcja nie zgodziła się, aby tyle osób nie zdało. Tak to bywa w klasach, które są obowiązkowe - mało ambitni mają oceny w głębokim poważaniu, w 99% są to meksykanie.
Faza trzecia obejmuje cztery ostatnie dni szkoły. Piszemy wtedy testy końcowe. W piątek z lekcji, którą mamy jako siódmą, czyli ostatnią, w poniedziałek z szóstej i piątej, dzisiaj z czwartej i trzeciej, jutro z drugiej i pierwszej. Testy z przedmiotów obowiązkowych, tj. angielski, matematyka, historia, tworzone są przez dystrykt. W piątek pisałam test z angielskiego, był banalny, dziesięciolatek by zdał. Pytań było tylko 16, wszystko A, B, C, D, wystarczyło przeczytać trzy teksty ze zrozumieniem i voila. Historię i matematykę zdaję jutro, nie mam zamiaru się uczyć, na pewno zdam skoro angielski był taki łatwy. Natomiast nauczyciele nietypowych przedmiotów sami wymyślają testy. Są świadomi faktu, że gdyby sprawdzili naszą wiedzę z materiału z całego roku szkolnego, prawie nikt by nie zdał, więc zadają nam projekty. Na anatomię musiałam przygotować ulotkę z informacjami o osteoporozie, na psychologii prezentowaliśmy efekty eksperymentu badającego łamanie norm społecznych, o którym pisałam, na teatrze przedstawialiśmy sceny w duecie, a na tańcach pokazywaliśmy ułożoną przez nas choreografię.
![]() |
| plan egzaminów końcowych |
Bardzo ciężko żegnać się ze wszystkimi, których poznałam. Łza kręci się w oku, kiedy wychodzę z klasy i wiem, że nie zobaczę danego nauczyciela przed długi, długi czas lub i nigdy. Wczoraj po raz ostatni opiekowałam się dziećmi rodziny nr 1. Aż mnie serce bolało, kiedy się z nimi żegnałam. Niby tylko tam pracowałam, ale przywiązałam się do nich jak nie wiem co. Obiecałam wpaść w odwiedziny, kiedy wrócę do Teksasu. W drodze do domu zrobiło mi się smutno, ale cóż na to poradzić, trzeba się pożegnać, życie toczy się dalej. Kto wie, ile niespodzianek spotka mnie w najbliższych miesiącach.
![]() |
| Z nauczycielką tańca |
![]() |
| Z nauczycielką anatomii |
![]() |
| Z nauczycielką psychologii |
![]() |
| Z nauczycielem teatru |
Prawie się rozpłakałam przy dodawaniu tych zdjęć.
poniedziałek, 1 czerwca 2015
Jenn funduje nam najlepszy ostatni weekend wymiany
W piątek wieczorem Jenn zapytała mnie, czy mamy z koleżankami plany na weekend. Oczywiście, że nie, bo gdziekolwiek chciałyśmy się udać, albo nie miałyśmy pozwolenia większości rodziców, albo nie miałyśmy dojazdu. Powiedziałam, że to naprawdę okropne, że nasz ostatni weekend spędzimy w domu. Odpowiedziała, że coś wymyśli. Podsunęłam jej na myśl wycieczkę do centrum Austin. Tylko ona oraz rodzice Sophie nie mają nic przeciwko zwiedzaniu bez opiekuna, reszta host rodzin jest przekonana, że zostaniemy okradzione, porwane, itd. Jest to zupełnie bezpodstawne, ponieważ na ulicach jest pełno ludzi, każdy inny i z innego kraju, sklep na sklepie, jest bardzo bezpiecznie. W centrum handlowym czai się więcej zagrożeń. Nie idziemy przecież do irlandzkiego baru o północy. Amerykańscy rodzice są nadopiekuńczy, moi hości są młodzi i fajni, więc sami wyjazd zaproponowali, hości Sophie nie lubią jej i mają gdzieś, co robi, za to inni bardzo się martwią, wręcz histeryzują. Jenn o tym wie, ale się z nimi nie zgadza. Dlatego podsunięcie pomysłu zadziałało i powiedziała, że zabierze nas do Austin. Susi skłamała mamie, że spędzi cały dzień u nas w domu, więc się zgodziła. Za to Lara nie chciała kłamać, a Mirabelle miała inne plany, dlatego wybrałyśmy się tylko we trzy.
Najpierw zjadłyśmy na lunch w Oasis nad jeziorem Travis. Byłyśmy tam już kiedyś z Susi, ale tym razem podobało mi się bardziej. Po powodziach poziom wody wzrósł, wyspy prawie zniknęły. Pogoda była cudowna, upalnie i słonecznie. Czułam się jak na tropikalnej wyspie a nie w USA. Przesiedziałyśmy tam ponad godzinę, tak było pięknie. Mogłabym zostać na cały dzień.
W Austin nakręciłam kolejny filmik pokazujący, co robiłyśmy przez cały dzień, więc nie będę zbyt dokładnie opisywać naszych przygód. Na kajaki ani deski z pianki (nie znam profesjonalnego określenia) nie udało nam się pójść, ponieważ dziewczyny wydały miesięczne kieszonkowe i nie było ich stać na dwudziestodolarową atrakcję. Postanowiłam kupić sobie w Polsce taką deskę, bardzo mi się to podoba. Uwielbiam wodę, mogłabym żyć na statku. Chciałabym wybrać się kiedyś na rejs dookoła świata tak jak w "Nie ma to jak statek", tyle że bez szkoły.
Wpadłyśmy na pomysł, aby zobaczyć Austin z lotu ptaka. Musiałyśmy wykombinować, na jaki budynek jesteśmy w stanie wyjechać. Nie udało nam się dostać do najwyższego w mieście, ponieważ był on wieżowcem mieszkalnym i ochroniarze nas nie wpuścili, za to wyjechałyśmy na 34 piętro hotelu Marriott. W środku odbywał się zjazd lekarzy, korytarzami przechodzili bogacze w drogich ubraniach. Weszłyśmy między wrony, musiałyśmy krakać jak i one. Nie było łatwo, czułyśmy się bardzo dziwnie, a każde spojrzenie kierowane w naszą stronę sprawiało wrażenie, jakby nas nakryli. Zaczęłyśmy od zamówienia darmowej wody w Starbucksie dla szpanu. Jakimś cudem dotarłyśmy do windy i wyjechałyśmy na najwyższe piętro. Podeszłyśmy do okna na końcu korytarza i zaczęłyśmy robić zdjęcia i zachwycać się widokiem. Wtedy nadeszli nowi goście, obsługa wprowadzała ich do pokoju, zaraz przy naszym oknie. Szybko przyłożyłam telefon do ucha i udawałam, że rozmawiam z mamą i wypatruję jej samochodu. Wspomniałam coś o spotkaniu biznesowym i o tym, że to ona ma kartę do pokoju. Nikt nas nie wygonił, mission complete. Jadąc windą w dół dosiadł się jakiś koleś, wtedy wprowadziłyśmy w życie plan "języki obce". Zaczęłam rozmawiać z Sophie po polsku, a ona odpowiadała mi po niemiecku. Co prawda nie rozumiałyśmy się, ale to nie ma znaczenia, było epicko. Susi się nie odzywała, hiszpański jest zbyt popularny w Teksasie.
Później poszłyśmy do wielu sklepów i przed Kapitol, a na kolację zjadłyśmy pączki z Gordough's. Polecam wpisać w Google, nie widzieliście czegoś takiego na oczy! Sophie stwierdziła, że to niebo w gębie, jednak nie zgadzam się - niebo by było, gdyby się po nich nie tyło. Za to smakowały powalająco! Kiedy zamawiałyśmy je w ciężarówce z jedzeniem, nastąpiło oberwanie chmury i zaczęły trzaskać pioruny. Nie miałyśmy gdzie pójść, więc usiadłyśmy przy stole pod parasolem, który nie był do końca nieprzemakalny i mżyło z niego. Na szczęście miałam własny parasol, więc siedziałam pod dwoma, a dziewczyny mokły.
Po jedzeniu w deszczu udałyśmy się do sklepu ze słodyczami. Trzymałam koleżankom torebki, aby nie zamokły, ponieważ jako jedyna miałam parasol. Susi i Sophie biegały w deszczu i ociekały wodą. Parę minut później doszłyśmy do sklepu, gdzie kupiłam Hubbę Bubbę o smaku Dr. Peppera oraz float, czyli coś typowo amerykańskiego - napój gazowany z lodami. Wybrałam tradycyjny, czyli Root Beer z lodami waniliowymi. Lody były dobre, picie jako takie, za to mieszanka średnio przypadła mi do gustu. Nie kupujcie floatu w USA, spokojnie przeżyjecie bez tego doświadczenia. W sklepie widziałam także czekoladowe żaby z Harry'ego Pottera, niestety nie w pięciokątnym opakowaniu, ale za to z kartami. Gdyby nie to, że kosztowały 4$, kupiłabym sobie jedną. Trochę drogo, wolę kupić dużą Milkę w pierwszym sklepie napotkanym w Polsce.
W drodze do domu podjechałyśmy po Larę, która, choć nie mogła jechać do Austin, to dostała pozwolenie na piżama party. Postanowiłyśmy zrobić prank calls, czyli dzwonić do ludzi i robić kawały. Zaczęłyśmy od pizzerii, ale nie był to dobry wybór, ponieważ są przyzwyczajeni do takich numerów i nas nakryli. Sophie chciała zamówić pizzę pokrojoną na siedem równych części, z odkrojonymi brzegami i z ciastem na wierzchu. Musimy to kiedyś zrobić naprawdę, kiedy rzeczywiście będziemy zamawiać pizzę. Wtedy możemy do nich dzwonić drugi i trzeci raz po rozłączeniu. Później zadzwoniłam do Walmartu aby dowiedzieć się, co oznaczają różne składniki wypisane na etykiecie czipsów Pringles, ale się ze mną rozłączyli. Oddzwoniłam kilka razy, jednak wtedy zamiast pytać o składniki, pytałam czy są wegańskie. Pracownik na to "co to znaczy wegańskie?", a ja "nic zwierzęcego, zero sera, zero mleka, ale naprawdę, zero, zero, zero! Odpowiedział, że nie są, więc zapytałam, czy są wegetariańskie, a on na to, że właściwie to oba - i wegańskie i wegetariańskie. Obsługa klienta w Walmarcie jest znana z posiadania klientów w głębokim poważaniu. Jenn zaproponowała, abyśmy zadzwoniły do stacji radiowych, ona tak robiła z koleżankami dawno temu. Niestety nigdzie się nie dodzwoniłyśmy, linie były zajęte.
Po dzwonieniu zagrałyśmy w grę, gdzie każdy pisał na kawałku papieru odpowiedź na to samo pytanie, po czym rzucałyśmy kartki na dywan, brałyśmy jakąkolwiek, tylko nie naszą i musiałyśmy zgadnąć, kto co napisał. Przykładowe pytania brzmiały "Czy jesteś zadowolona z osoby, którą się stałaś?", "Jakie jest twoje ulubione zwierzę?" itp. Po napisaniu odpowiedzi na to pierwsze Susi powiedziała mi, że wie, co napisałam. Zapytałam się, co, a ona powiedziała, że nie będę zadowolona, bo nie jestem milionerką. Wtedy otworzyłam kartkę i pokazałam jej moją odpowiedź "Tak, bo jestem na drodze do sukcesu". Cała reszta koleżanek nie była z siebie zadowolona. Ludzie stawiają sobie nierealistyczne wymagania.
Spać poszłyśmy prawie o trzeciej w nocy. Następnego dnia Jenn powiedziała, że może nas zabrać do galerii. Kiedy się zbierałyśmy, Susi otrzymała wiadomość od host mamy, że jej host tato jest w drodze i zaraz ją odbierze. Strasznie się wkurzyła, bo nikt nie mówił jej, że po nią przyjadą. Zapytała się, czy może pojechać z nami do galerii, a wtedy jej mama wkurzyła się na nią jeszcze bardziej i powiedziała, że Susi miała dość zakupów i ma wracać do domu. Biedna Susi zaczęła zbierać swoje rzeczy. Minutę później jej tato zadzwonił dzwonkiem i wyszłam oznajmić mu, że Susi się zbiera. Jednak po sekundzie wpadłam na pomysł, aby zapytać go, czy Susi może zostać. Zgodził się i odjechał, hurra! Jednak minutę później bardzo tego żałowałam. Zrobiłam coś naprawdę głupiego.
Susi wyszła z łazienki i ogłosiłam jej dobre wieści. Myślałam, że się ucieszy, ale okazało się, że nawarzyłam bigosu. Jej mama wkurzyła się dziesięć razy bardziej i kazała jej kazać nam natychmiast odwieźć ją do domu. Chciałam dobrze, a wyszło okropnie. Okazało się, że tato Susi jest pod władzą jej mamy, co pogarsza sytuację stokrotnie. Po rozmowie telefonicznej zgodziła się, aby Susi z nami pojechała, jeśli odwieziemy ją do domu, ale była bardzo zła. Gdyby telefon mógł wybuchnąć od jej głosu, to miałybyśmy bombę atomową. Susi nie wiedziała co zrobić, Jenn nam pomogła i ją wsparła, przez pół godziny rozważałyśmy różne opcje, długa historia. W końcu zdecydowałyśmy pojechać do galerii, gdzie fajnie spędziłyśmy czas, kupiłam kilka pamiątek. Wieczorem odwiozłyśmy koleżanki do domu, Susi na końcu. Jenn powiedziała, że może porozmawiać z jej host mamą, ale Susi powiedziała, że da radę. Cały dzień czułam się okropnie, bo namieszałam na maksa i do tego nie sobie, ale jej.
Wieczorem zadzwoniłam do Susi i okazało się, że kiedy weszła do domu, zastała tylko host tatę, który nie był na nią zły. Przytulił ją i powiedział, że wszystko w porządku. Jej mama wróciła późno i o dziwo nie była zła. Powiedziała tylko, żeby Susi następnym razem uprzedziła ją o naszych planach. Kamień z serca! Czyli mamy szansę na więcej wycieczek. Mam nadzieję, że Susi dostanie pozwolenie na nocowanie u mnie w domu jeszcze nie raz.
W piątek Sophie i Mirabelle nas opuszczają, ja i Susi lecimy w ten sam dzień, a Lara 15 czerwca. Nie mogę uwierzyć, że wymiana się kończy. Bardzo się cieszę, ale też jestem smutna. Jednak coś musi się skończyć, aby coś nowego się zaczęło.
Najpierw zjadłyśmy na lunch w Oasis nad jeziorem Travis. Byłyśmy tam już kiedyś z Susi, ale tym razem podobało mi się bardziej. Po powodziach poziom wody wzrósł, wyspy prawie zniknęły. Pogoda była cudowna, upalnie i słonecznie. Czułam się jak na tropikalnej wyspie a nie w USA. Przesiedziałyśmy tam ponad godzinę, tak było pięknie. Mogłabym zostać na cały dzień.
W Austin nakręciłam kolejny filmik pokazujący, co robiłyśmy przez cały dzień, więc nie będę zbyt dokładnie opisywać naszych przygód. Na kajaki ani deski z pianki (nie znam profesjonalnego określenia) nie udało nam się pójść, ponieważ dziewczyny wydały miesięczne kieszonkowe i nie było ich stać na dwudziestodolarową atrakcję. Postanowiłam kupić sobie w Polsce taką deskę, bardzo mi się to podoba. Uwielbiam wodę, mogłabym żyć na statku. Chciałabym wybrać się kiedyś na rejs dookoła świata tak jak w "Nie ma to jak statek", tyle że bez szkoły.
Wpadłyśmy na pomysł, aby zobaczyć Austin z lotu ptaka. Musiałyśmy wykombinować, na jaki budynek jesteśmy w stanie wyjechać. Nie udało nam się dostać do najwyższego w mieście, ponieważ był on wieżowcem mieszkalnym i ochroniarze nas nie wpuścili, za to wyjechałyśmy na 34 piętro hotelu Marriott. W środku odbywał się zjazd lekarzy, korytarzami przechodzili bogacze w drogich ubraniach. Weszłyśmy między wrony, musiałyśmy krakać jak i one. Nie było łatwo, czułyśmy się bardzo dziwnie, a każde spojrzenie kierowane w naszą stronę sprawiało wrażenie, jakby nas nakryli. Zaczęłyśmy od zamówienia darmowej wody w Starbucksie dla szpanu. Jakimś cudem dotarłyśmy do windy i wyjechałyśmy na najwyższe piętro. Podeszłyśmy do okna na końcu korytarza i zaczęłyśmy robić zdjęcia i zachwycać się widokiem. Wtedy nadeszli nowi goście, obsługa wprowadzała ich do pokoju, zaraz przy naszym oknie. Szybko przyłożyłam telefon do ucha i udawałam, że rozmawiam z mamą i wypatruję jej samochodu. Wspomniałam coś o spotkaniu biznesowym i o tym, że to ona ma kartę do pokoju. Nikt nas nie wygonił, mission complete. Jadąc windą w dół dosiadł się jakiś koleś, wtedy wprowadziłyśmy w życie plan "języki obce". Zaczęłam rozmawiać z Sophie po polsku, a ona odpowiadała mi po niemiecku. Co prawda nie rozumiałyśmy się, ale to nie ma znaczenia, było epicko. Susi się nie odzywała, hiszpański jest zbyt popularny w Teksasie.
Później poszłyśmy do wielu sklepów i przed Kapitol, a na kolację zjadłyśmy pączki z Gordough's. Polecam wpisać w Google, nie widzieliście czegoś takiego na oczy! Sophie stwierdziła, że to niebo w gębie, jednak nie zgadzam się - niebo by było, gdyby się po nich nie tyło. Za to smakowały powalająco! Kiedy zamawiałyśmy je w ciężarówce z jedzeniem, nastąpiło oberwanie chmury i zaczęły trzaskać pioruny. Nie miałyśmy gdzie pójść, więc usiadłyśmy przy stole pod parasolem, który nie był do końca nieprzemakalny i mżyło z niego. Na szczęście miałam własny parasol, więc siedziałam pod dwoma, a dziewczyny mokły.
Po jedzeniu w deszczu udałyśmy się do sklepu ze słodyczami. Trzymałam koleżankom torebki, aby nie zamokły, ponieważ jako jedyna miałam parasol. Susi i Sophie biegały w deszczu i ociekały wodą. Parę minut później doszłyśmy do sklepu, gdzie kupiłam Hubbę Bubbę o smaku Dr. Peppera oraz float, czyli coś typowo amerykańskiego - napój gazowany z lodami. Wybrałam tradycyjny, czyli Root Beer z lodami waniliowymi. Lody były dobre, picie jako takie, za to mieszanka średnio przypadła mi do gustu. Nie kupujcie floatu w USA, spokojnie przeżyjecie bez tego doświadczenia. W sklepie widziałam także czekoladowe żaby z Harry'ego Pottera, niestety nie w pięciokątnym opakowaniu, ale za to z kartami. Gdyby nie to, że kosztowały 4$, kupiłabym sobie jedną. Trochę drogo, wolę kupić dużą Milkę w pierwszym sklepie napotkanym w Polsce.
![]() |
| W tym sklepie grał zespół na żywo, koleś śpiewał na prawdziwym żywym koniu. |
![]() |
| Pączek z masłem orzechowym, bekonem i smażonym bananem. (Smakuje o niebo lepiej niż wygląda!) |
W drodze do domu podjechałyśmy po Larę, która, choć nie mogła jechać do Austin, to dostała pozwolenie na piżama party. Postanowiłyśmy zrobić prank calls, czyli dzwonić do ludzi i robić kawały. Zaczęłyśmy od pizzerii, ale nie był to dobry wybór, ponieważ są przyzwyczajeni do takich numerów i nas nakryli. Sophie chciała zamówić pizzę pokrojoną na siedem równych części, z odkrojonymi brzegami i z ciastem na wierzchu. Musimy to kiedyś zrobić naprawdę, kiedy rzeczywiście będziemy zamawiać pizzę. Wtedy możemy do nich dzwonić drugi i trzeci raz po rozłączeniu. Później zadzwoniłam do Walmartu aby dowiedzieć się, co oznaczają różne składniki wypisane na etykiecie czipsów Pringles, ale się ze mną rozłączyli. Oddzwoniłam kilka razy, jednak wtedy zamiast pytać o składniki, pytałam czy są wegańskie. Pracownik na to "co to znaczy wegańskie?", a ja "nic zwierzęcego, zero sera, zero mleka, ale naprawdę, zero, zero, zero! Odpowiedział, że nie są, więc zapytałam, czy są wegetariańskie, a on na to, że właściwie to oba - i wegańskie i wegetariańskie. Obsługa klienta w Walmarcie jest znana z posiadania klientów w głębokim poważaniu. Jenn zaproponowała, abyśmy zadzwoniły do stacji radiowych, ona tak robiła z koleżankami dawno temu. Niestety nigdzie się nie dodzwoniłyśmy, linie były zajęte.
Po dzwonieniu zagrałyśmy w grę, gdzie każdy pisał na kawałku papieru odpowiedź na to samo pytanie, po czym rzucałyśmy kartki na dywan, brałyśmy jakąkolwiek, tylko nie naszą i musiałyśmy zgadnąć, kto co napisał. Przykładowe pytania brzmiały "Czy jesteś zadowolona z osoby, którą się stałaś?", "Jakie jest twoje ulubione zwierzę?" itp. Po napisaniu odpowiedzi na to pierwsze Susi powiedziała mi, że wie, co napisałam. Zapytałam się, co, a ona powiedziała, że nie będę zadowolona, bo nie jestem milionerką. Wtedy otworzyłam kartkę i pokazałam jej moją odpowiedź "Tak, bo jestem na drodze do sukcesu". Cała reszta koleżanek nie była z siebie zadowolona. Ludzie stawiają sobie nierealistyczne wymagania.
Spać poszłyśmy prawie o trzeciej w nocy. Następnego dnia Jenn powiedziała, że może nas zabrać do galerii. Kiedy się zbierałyśmy, Susi otrzymała wiadomość od host mamy, że jej host tato jest w drodze i zaraz ją odbierze. Strasznie się wkurzyła, bo nikt nie mówił jej, że po nią przyjadą. Zapytała się, czy może pojechać z nami do galerii, a wtedy jej mama wkurzyła się na nią jeszcze bardziej i powiedziała, że Susi miała dość zakupów i ma wracać do domu. Biedna Susi zaczęła zbierać swoje rzeczy. Minutę później jej tato zadzwonił dzwonkiem i wyszłam oznajmić mu, że Susi się zbiera. Jednak po sekundzie wpadłam na pomysł, aby zapytać go, czy Susi może zostać. Zgodził się i odjechał, hurra! Jednak minutę później bardzo tego żałowałam. Zrobiłam coś naprawdę głupiego.
Susi wyszła z łazienki i ogłosiłam jej dobre wieści. Myślałam, że się ucieszy, ale okazało się, że nawarzyłam bigosu. Jej mama wkurzyła się dziesięć razy bardziej i kazała jej kazać nam natychmiast odwieźć ją do domu. Chciałam dobrze, a wyszło okropnie. Okazało się, że tato Susi jest pod władzą jej mamy, co pogarsza sytuację stokrotnie. Po rozmowie telefonicznej zgodziła się, aby Susi z nami pojechała, jeśli odwieziemy ją do domu, ale była bardzo zła. Gdyby telefon mógł wybuchnąć od jej głosu, to miałybyśmy bombę atomową. Susi nie wiedziała co zrobić, Jenn nam pomogła i ją wsparła, przez pół godziny rozważałyśmy różne opcje, długa historia. W końcu zdecydowałyśmy pojechać do galerii, gdzie fajnie spędziłyśmy czas, kupiłam kilka pamiątek. Wieczorem odwiozłyśmy koleżanki do domu, Susi na końcu. Jenn powiedziała, że może porozmawiać z jej host mamą, ale Susi powiedziała, że da radę. Cały dzień czułam się okropnie, bo namieszałam na maksa i do tego nie sobie, ale jej.
Wieczorem zadzwoniłam do Susi i okazało się, że kiedy weszła do domu, zastała tylko host tatę, który nie był na nią zły. Przytulił ją i powiedział, że wszystko w porządku. Jej mama wróciła późno i o dziwo nie była zła. Powiedziała tylko, żeby Susi następnym razem uprzedziła ją o naszych planach. Kamień z serca! Czyli mamy szansę na więcej wycieczek. Mam nadzieję, że Susi dostanie pozwolenie na nocowanie u mnie w domu jeszcze nie raz.
W piątek Sophie i Mirabelle nas opuszczają, ja i Susi lecimy w ten sam dzień, a Lara 15 czerwca. Nie mogę uwierzyć, że wymiana się kończy. Bardzo się cieszę, ale też jestem smutna. Jednak coś musi się skończyć, aby coś nowego się zaczęło.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
























































