W tym tygodniu mam wolne z okazji Thanksgivingu, więc cieszę się wolnym czasem i marnuję go na wszystkie możliwe sposoby. A tak na serio to pracuję nad książką, nad solówką, nad konkursami pisarskimi, sporo mam do roboty. Oczywiście zmuszenie się do pracy jest nie lada wyzwaniem, nawet kiedy nudzi mi się na maksa, ale jak już zacznę coś robić, to się wciągam i daję z siebie wszystko.
Rano przerobiłam dwa rozdziały książki, rozprawiając się ze zgrają błędów stylistycznych i stadem rozmaitych byków. Wzięłam się za czytanie "Percy Jackson's Greek Gods", obejrzałam film "Knights of the South Bronx" (o szachach, polecam), udało mi się nawet poskypować z przyjaciółką przez jakieś trzy minuty i ponarzekać na tęsknotę za polskim jedzeniem. Musiałam szybko się zmywać, ponieważ hości zaplanowali kolejną wycieczkę, jako że host tato dziś nie pracował i mogliśmy zrobić coś wspólnie.
Pojechaliśmy do zoo. Nie do jakiegoś ogromnego zoo z wszystkimi zwierzętami świata, ale do małego zoo, za to bardzo przyjaznego zwierzętom, spokojnego i naturalnego. Jeśli oglądaliście film "Kupiliśmy Zoo", to wyglądało to podobnie, tylko mieli więcej zwierząt. Najbardziej podobała mi się sowa z gatunku największych sów na świecie, była naprawdę piękna, brązowa, wyglądała jak co niektóre sowy z Harry'ego Pottera. Na drugim miejscu była gadająca papuga; kiedy się koło niej przechodziło, krakała "I love you", "Hello", "Hey babe". Niesamowite jest dla mnie to, że człowiek nie jest jedyną istotą, która potrafi mówić. Co prawda papuga nie ma pojęcia, o czym trajkocze, ale kto wie, jak się rozwinie jej mózg za milion lat.
Byłam świadkiem karmienia białego tygrysa, pięknego lwa i dwóch panter. Kiedy lew wyczuł, że zbliża się zookeeper, aby go nakarmić, zaczął chodzić wzdłuż klatki i walić ogonem w metalowe pręty jak szalony. Niezłe ADHD. Zookeeper przyniósł dla niego dwa kurczaki w workach foliowych, rozpakował je, rozerwał na części i rzucał je przez kraty, a lew skakał i je łapał. Jeszcze lepszy był tygrys; pracownik zawieszał mu części kurczaków wysoko na między prętami klatki, a ten skakał z gracją i pochłaniał je w całości, kośćmi także nie gardził. Jedna dziewczyna nagrała go na iPadzie, a zookeeper powiedział, że daje jej oficjalne pozwolenie na wstawienie filmiku na youtube :) Pantery przeszły same siebie i o mało co się nie pozabijały, kiedy zookeeper się zbliżał, je także nagrałam. Może wstawię te filmiki na youtube, na razie zadowolcie się zdjęciami:
Po powrocie z zoo obejrzeliśmy z hostami trzecią część "Piratów z Karaibów". Następnie zmusiłam się do roboty pokonując lenia, który mnie ostatnio nawiedził, i poszłam na strych, którzy jest po prostu wielkim pokojem z pudłami, które przesunęłam w kąt kilka dni temu, tworząc w ten sposób pokój do tańca, tyle że bez luster, i zabrałam się za kończenie solówki. Wymyśliłam już cały taniec, pozostaje tylko przyciąć piosenkę, nagrać się i pokazać choreografię trenerce, może jej się spodoba. Dużo pracy przede mną.
Na koniec zdjęcia teksańskiego country, potocznie zwanego zadupiem:
wtorek, 25 listopada 2014
poniedziałek, 24 listopada 2014
Thanksgiving
Wczoraj od rana trwały przygotowania do Święta Dziękczynienia. Wysprzątaliśmy na błysk cały dom, gotowanie szło pełną parą. Wpół do piątej zjechali się goście. Przyjechała mama host taty i kuzyn host taty z dwójką dzieci, obaj chłopcy mieli jakieś 10 lat. Drugimi gośćmi byli starszy brat host taty z żoną i trzema synami, dwóch kilkuletnich i jeden jedenastoletni, który bardzo interesował się Polską i wypytywał mnie o wszystko, w tym o galerie handlowe i wesołe miasteczka. Wszyscy byli bardzo mili i czułam się jak w rodzinie.
Zdziwiło mnie to, że obiad zaplanowany był na 18:00 a goście przyjechali półtorej godziny wcześniej. Host mama stała w kuchni i gotowała, niektórzy jej trochę w tym pomagali, rozmawiając w międzyczasie. Żona brata host taty przywiozła ze sobą dwie tarty: jabłkową i dyniową, każde kolejne ciasto którego próbuję w USA utwierdza mnie w przekonaniu, że Amerykanie nie wiedzą co dobre i nie mają zielonego pojęcia o pieczeniu. Ugotować potrafią, ale pieczenie to czarna magia. Tarty były nawet dobre, ale były tak bardzo absolutnie przeciętne i proste, że nawet nie wiecie jak się cieszę, że upiekłam Snickersa! Wyszedł przepyszny, wszystkim smakował, postanowiłam zamrozić kawałek na czarną godzinę, kiedy mi się zatęskni za domem. Reszta dań prezentowała się następująco:
Oto Green Bean Casserole, czyli zapiekana zielona fasolka. Dobre, bardzo dobre, ale nic specjalnego, przynajmniej jak dla mnie :) Wyprodukowano przez HostMom Company.
Oto wyżej wspomniane tarty: dyniowa i jabłkowa. Dyniowa to nic innego jak zmielona dynia z puszki z cukrem i czymśtam jeszcze, jabłkowa to pokrojone jabłka z cukrem i cynamonem, przykryte ciastem. Tyle. Proste i jako tako dobre, ale nie umywa się z europejskimi wypiekami. Produkcja: żona brata host taty.
Oto grzanki (kupione w sklepie, bo gdzieżby zrobić je samemu) upieczone z jakimiś dodatkami, może z sosem, w sumie to nie wiem. To się nazywa Bread Stuffing i niektórzy wsadzają to do indyka, ale my jedliśmy osobno. Dobre, smakuje jak zwykłe mokre grzanki, dobrze przypieczone. Produkcja host mamy.
Oto ziemniaki naszej produkcji, starte na tarce na niesamowicie cienkie plastry, wymieszane ze śmietaną, posypane serem żółtym i upieczone. Wszystko pieczone, każde danie, które wymieniam, siedziało w piekarniku, nie mam pojęcia dlaczego. Amerykańskie piekarniki są ogromne, mieszczą cztery potrawy jednocześnie, jakby tego było mało host mama wyciągnęła przenośny "mały" piekarnik i piekliśmy w nim bułki. Mrożone oczywiście. Kto by robił je samemu... pfff...
![]() |
| Ziemniaki i grzanki. |
W lewym górnym rogu widać konfiturę żurawinową, tradycyjna receptura (czyt. z puszki aluminiowej), żadnej żurawiny w niej nie wypatrzyłam, ale z indykiem smakowała bardzo dobrze. Po prawej stoi moje ulubione danie z wczoraj: słodkie ziemniaki z masłem i cukrem trzcinowym, zapieczone z piankami Marshmallows. Pycha! Dobre bo słodkie, uwielbiam słodycze, a w USA stałam się fanką słodkich ziemniaków! Produkcja mamy host taty.
A oto słynne bułki z zamrażarki z H-E-B, wszyscy się nimi zachwycali, otrzymały tytuł najlepszych bułek świata. Moim zdaniem były obrzydliwe. Amerykanie powinni wpaść do Polski i spróbować prawdziwego pieczywa.
Ostatnie danie to Watergate Salad. Już nic mnie po tym nie zdziwi. Nie mam pojęcia, skąd Amerykanie biorą tak dziwne pomysły, otóż owe danie składało się z: budyniu pistacjowego, którego za Chiny nie było czuć budyniem, taka chemia, kawałków ananasa, pianek Marshmallows oraz bitej śmietany ze sprayu. Wszystko pięknie wymieszane, wszyscy się zachwycali, jakie to cudowne. Jako że lubię słodycze to zjadłam trochę i smakowało jadalnie i... hmmm... słodko, ale równie dobrze mogłabym jeść cukier i też by mi smakował. Wszystkie dania, które opisuję, to tradycyjne potrawy na Święto Dziękczynienia, ta również. Dziwne te amerykańskie tradycje, ale wbrew temu, co możecie wywnioskować, to strasznie się cieszę, że jestem na wymianie i mogę poznać te wszystkie dziwactwa. Jest w nich coś niezwykłego i fajnego :)
A oto wszystkie dania razem. Jedyne, czego nie opisałam, to sos stojący na kuchence, zwykły sos jak zwykle z proszku, nawet nie miał specjalnego smaku. Po prawej stoi sałatka: liście szpinaku posypane startą marchewką (tartą marchewkę kupuje się w sklepie) oraz z pomidorkami koktajlowymi. Po lewej stoją papierowe talerze, każdy brał jeden, nakładał co chciał, po czym szedł do stołu i jadł.
Po jedzeniu rozmawialiśmy, oglądaliśmy amerykański futbol w telewizji, potem zjedliśmy desery i koło się powtórzyło. Nie robiliśmy nic specjalnego z okazji Thanksgivingu, nie było niczego szczególnego jak dzielenie się opłatkiem w Boże Narodzenie, itp. Dość szybko poszłam spać, byłam padnięta po sprzątaniu i gotowaniu. Cały dzień waliły pioruny, aż domem trzęsło, i to nie jest hiperbola! Siedziałam sobie na łóżku z komputerem na kolanach, normalnie czułam wibracje z podłogi, jakby słonie skakały po ulicy. Burze w Teksasie są bardzo rzadkie, ale jeśli już są, to dają popalić. Goście pojechali do domu bardzo późno, właśnie z powodu pogody.
sobota, 22 listopada 2014
Dzień wypieków i przerwa świąteczna
Tak. Tak tak tak tak tak tak tak. O yeah! Nareszcie! Nareszcie nareszcie nareszcie nareszcie. W końcu nadeszła upragniona przez wszystkich przerwa świąteczna z okazji Święta Dziękczynienia. Jest ono w czwartek, ale ponieważ odgrywa tak wielką rolę w amerykańskiej kulturze, to mamy aż tydzień wolnego. Juhu! Do szkoły wracam dopiero w przyszłym miesiącu (ale to bosko brzmi!). Mimo że tutejsza szkoła jest fajna, i tak zawsze pozostanie szkołą, a uczniowie będą wyczekiwać wolnego, taka już kolej rzeczy.
Choć oficjalnie Thanksgiving odbywa się w tym roku w czwartek 27 listopada, my będziemy obchodzić je jutro (dla was dzisiaj), ponieważ host tato pracuje na tygodniu, jego praca wymaga pracowników o każdej porze, dostarczając prąd do dużych odbiorców. Będziemy "hostować" Thanksgiving, więc goście zjadą się do nas i będziemy się wspólnie obżerać do nieprzytomności. Z tej okazji dziś po dinnerze zabrałam się za pieczenie mojego ulubionego placka, który nazywa się Snickers. Już sam ten termin sprawia, że ślinka cieknie, jednak placek góruje nad batonem pod każdym względem.
Nie wszystko poszło po mojej myśli i zepsułam masę, jednak nie był to pierwszy raz (to chyba klątwa, tworzy ktoś z was amulety?), więc już wiedziałam, co robić, i powoli udało mi się przywrócić ją do jako tako przyzwoitego stanu. Co z tego wyniknie, przekonam się jutro. Pieczenie polskich placków w amerykańskiej kuchni jest jak gotowanie chińskich specjałów w cukierni. Nie lada wyzwanie. Obym tylko nie otruła gości :D
Host mama nie mogła się nadziwić, kiedy zaczęłam siekać ciasto na blacie, a kiedy złożyłam placka w całość, także się nim zachwycała. Tutaj nikt nie piecze nic warstwowego, wszystkie ciasta są banalnie proste, wystarczy zmieszać tajemniczy proch z tlenkiem wodoru, a jeśli ktoś chce zaszaleć, kupuje w H-E-B gotową polewę i rozsmarowuje na wierzchu jak krem. To sprawia, że jeszcze bardziej cieszę się moim plackiem i nawet jeśli nie będzie idealny, to zjem hurtową ilość. Tęsknię za polskimi wypiekami jak nie wiem co!
Choć oficjalnie Thanksgiving odbywa się w tym roku w czwartek 27 listopada, my będziemy obchodzić je jutro (dla was dzisiaj), ponieważ host tato pracuje na tygodniu, jego praca wymaga pracowników o każdej porze, dostarczając prąd do dużych odbiorców. Będziemy "hostować" Thanksgiving, więc goście zjadą się do nas i będziemy się wspólnie obżerać do nieprzytomności. Z tej okazji dziś po dinnerze zabrałam się za pieczenie mojego ulubionego placka, który nazywa się Snickers. Już sam ten termin sprawia, że ślinka cieknie, jednak placek góruje nad batonem pod każdym względem.
Nie wszystko poszło po mojej myśli i zepsułam masę, jednak nie był to pierwszy raz (to chyba klątwa, tworzy ktoś z was amulety?), więc już wiedziałam, co robić, i powoli udało mi się przywrócić ją do jako tako przyzwoitego stanu. Co z tego wyniknie, przekonam się jutro. Pieczenie polskich placków w amerykańskiej kuchni jest jak gotowanie chińskich specjałów w cukierni. Nie lada wyzwanie. Obym tylko nie otruła gości :D
Host mama nie mogła się nadziwić, kiedy zaczęłam siekać ciasto na blacie, a kiedy złożyłam placka w całość, także się nim zachwycała. Tutaj nikt nie piecze nic warstwowego, wszystkie ciasta są banalnie proste, wystarczy zmieszać tajemniczy proch z tlenkiem wodoru, a jeśli ktoś chce zaszaleć, kupuje w H-E-B gotową polewę i rozsmarowuje na wierzchu jak krem. To sprawia, że jeszcze bardziej cieszę się moim plackiem i nawet jeśli nie będzie idealny, to zjem hurtową ilość. Tęsknię za polskimi wypiekami jak nie wiem co!
![]() |
| dla zainteresowanych (mamo) podaję porównanie wielkości placka z moją kończyną górną lewą |
piątek, 21 listopada 2014
Trzy miesiące minęły
Wczoraj minęły dokładnie trzy miesiące odkąd przyleciałam do USA. Z moją nową (już nie taką nową, ale nowszą) host rodziną spędziłam miesiąc. Mam wrażenie, że minęło o wiele mniej czasu i że dopiero co wylądowałam. Pierwszy dzień szkoły pamiętam jakby był tydzień temu, do nowej host rodziny mogłam równie dobrze przenieść się wczoraj. Ale kiedy myślę o czasie spędzonym w domu w Polsce, to wydaje mi się on taaaak odległy. Dziwna rzecz, ten czas. Nie wiem, czy wiecie, ale nikomu do tej pory nie udało się zdefiniować pojęcia "czas". Potrafimy jedynie go odmierzać, ale nie wiemy, czym on tak naprawdę jest. Strasznie mnie ciekawi to zjawisko, zawsze chciałam uczyć się na fizyce o takich ciekawych rzeczach. Pewnego dnia nauczyciel w gimnazjum coś nam o tym mówił i wciągnęłam się w ten temat bardzo mocno. Dowiedziałam się między innymi, że na Ziemi czas płynie wolniej niż w przestrzeni kosmicznej, grawitacja zwalnia czas. Natomiast podróż z zawrotną prędkością ów czas przyspiesza, gdybyśmy wsiedli do pociągu pędzącego z szybkością światła, przenieślibyśmy się w przyszłość. Niestety nikt jeszcze nie wymyślił, jak stamtąd wrócić. Ech, jak ja uwielbiam zgłębiać tajemnice wszechświata...
Wracając do tematu bloga, który jest o USA, a nie o fizyce, to dziś w szkole było fantastycznie. Na historii omawiamy krach na giełdzie z 1929 roku, nauczyciel świetnie tłumaczy zasady rynku i przyczyny jego załamania. Wcieliliśmy się także w bankierów i konsumentów, aby lepiej zrozumieć, dlaczego banki zbankrutowały w tamtym czasie. No, to jest lekcja dla mnie!
Wczoraj nie napisałam bloga, bo uczyłam się na quiz z psychologii, który w rzeczywistości był jakby testem, bo obejmował cały rozdział. Do tego kończyłam pisanie raportu z dziennika snów. Dzisiejszy quiz poszedł mi kiepsko, ale jak na psychologię to i tak nieźle, bo nasze testy są tak trudne, że aż ciężko to sobie wyobrazić. Ale oj tam oj tam, jestem wymieńcem, nie muszę mieć samych piątek. (Nawiasem mówiąc, mam piątkę z psychologii :D Nauczycielka ratuje nasze oceny projektami.)
Na matmie i anatomii nauczyciele oddali sprawdziany i tu także mogę się pochwalić wzorowymi ocenami. Z algebry dostałam 110%, z anatomii 101%. Jak to się stało? Otóż nauczyciele często dają nam zadania na tzw. "extra credit", czyli jeśli zrobimy w domu dodatkowe zadania, oddamy wypełnioną powtórkę działu, czy coś w tym stylu, to dostajemy dodatkowe punkty. Na matmie była to kserówka z zadaniami za 10 punktów procentowych, na anatomii trzeba było napisać powtórkę całego działu za 5 punktów procentowych. Zawsze robię te zadania, pomaga to w nauce na sprawdzian, często jest to moja jedyna nauka. Patrzcie - minęły już trzy miesiące, a ja wciąż piszę o nowościach!
Na tańcach robiliśmy piruety i kiedy nauczycielka zobaczyła, jak zrobiłam 4 piruety w passe pod rząd, dodam, że wyszły mi ABSOLUTNIE PERFEKCYJNIE, co się zdarzyło może z pięć razy w życiu, to powiedziała, że koniecznie muszę zatańczyć solówkę na konkursie! O matko, ucieszyłam się tak, jakbym wygrała w kumulacji totolotka i nie musiała pracować do końca życia! Zawsze chciałam wziąć udział w konkursie tanecznym, odkąd zaczęłam oglądać Dance Moms, a teraz mam szansę spełnić swoje marzenie! Nie znam absolutnie żadnych dodatkowych szczegółów, jak tylko się czegoś dowiem, to napiszę natychmiast, więc proszę o niedręczenie mnie w komentarzach pytaniami typu "CO TAM Z TWOJĄ SOLÓWKĄ?!?!?!" Uprzejmie proszę także o niepytanie mnie, kiedy w końcu wydam książkę. Jest to dla mnie nie mniej ekscytujące jak i dla was, więc jeśli czegoś się dowiem, to od razu was poinformuję. Rozpoznacie to natychmiast po milionie wykrzykników w tytule posta.
Na "dinner" pojechaliśmy z hostami do bufeto-pizzeri, aby zjeść razem z dziećmi z przedszkola moich host braci i ich rodzicami. Host mama powiedziała, że spotykają się w ten sposób raz na miesiąc. Grupa przedszkolna jest w jednej z sal szkolnych w podstawówce host mamy, są tam dzieci w każdym wieku, nie ma ich zbyt wiele, więc wszyscy się znają. Myślałam, że wszyscy usiądą razem, pogadają, że spędzimy tam ładny kawał czasu, ale nieeee... Amerykanie... Toż to dziwaczny naród! Wyglądało to tak:
Każdy przyszedł do lokalu o mniej więcej tej samej godzinie. Niestety trochę mniej niż więcej, co tam pół godziny w te czy wewte... Bufet polegał na tym, że każdy brał co chciał i ile chciał, płacąc tylko 5,39$ za wstęp: najpierw był bar sałatkowy, potem bar makaronowy, a następnie kilkanaście rodzajów pizzy do wyboru, włączając w to pizzę deserową: jedną z jabłkami i kruszonką, coś a la szarlotka, drugą pseudosernikową. Nałożyłam sobie gigantyczną porcję sałaty z różnymi warzywami, nasionami słonecznika i sosem "ranch", oraz spróbowałam normalnej i słodkiej pizzy. Do picia jak zwykle Dr. Pepper, kocham ten napój, będę za nim tęsknić po powrocie do Polski. Jedzenie było całkiem niezłe.
Usiedliśmy przy jednym ze stolików, kilka rodzin siadło przy jednym wielkim stole, ale większość siedziała osobno. Rozmowy polegały na podejściu do kogoś i paplaniu o niczym konkretnym przez jedną czy dwie minuty. Każdy zjadł i poszedł do domu. No to rzeczywiście się spotkali... Mimo to było fajnie, ponieważ moi hości są świetni i dużo ze sobą rozmawiamy. Jednak dziwi mnie, że tak rzadko spotyka się tu z ludźmi. Życie kręci się wokół pracy, cały dzień się przebywa za domem, więc nawet nie ma czasu się spotkać. Nawet z dziećmi nie przebywa się zbyt długo.
A propos dzieci, to dzisiaj dowiedziałam się od host mamy, że kobiety w ciąży pracują aż do porodu. To by wyjaśniało, dlaczego nauczycielka od psychologii wciąż pracuje, choć jest w 9 miesiącu ciąży i ma przeolbrzymi brzuch. Po porodzie można wziąć wolne na max. 12 tygodni, jednak pracodawca nie wypłaca wtedy pensji, dlatego większość kobiet bierze wolne na 6-8 tygodni. Kolejne zdziwko w porównaniu z Polską. Przed wyjazdem wydawało mi się, że jadę do cudownego świata tęczy i szczęścia, jednak rzeczywistość okazała się nie aż tak piękna i kolorowa. Niech was nie zmylą moje narzekania, jest także mnóstwo pozytywnych stron i gdybym cofnęła się w czasie i miała jeszcze raz podjąć decyzję o wymianie, natychmiast zaczęłabym wypełniać aplikację. To przygoda i szkoła życia, jeśli tylko macie możliwość, jedźcie! Ale nie zdziwcie się, kiedy rzeczywistość okaże się inna, niż wam się wydawało.
Wracając do tematu bloga, który jest o USA, a nie o fizyce, to dziś w szkole było fantastycznie. Na historii omawiamy krach na giełdzie z 1929 roku, nauczyciel świetnie tłumaczy zasady rynku i przyczyny jego załamania. Wcieliliśmy się także w bankierów i konsumentów, aby lepiej zrozumieć, dlaczego banki zbankrutowały w tamtym czasie. No, to jest lekcja dla mnie!
Wczoraj nie napisałam bloga, bo uczyłam się na quiz z psychologii, który w rzeczywistości był jakby testem, bo obejmował cały rozdział. Do tego kończyłam pisanie raportu z dziennika snów. Dzisiejszy quiz poszedł mi kiepsko, ale jak na psychologię to i tak nieźle, bo nasze testy są tak trudne, że aż ciężko to sobie wyobrazić. Ale oj tam oj tam, jestem wymieńcem, nie muszę mieć samych piątek. (Nawiasem mówiąc, mam piątkę z psychologii :D Nauczycielka ratuje nasze oceny projektami.)
Na matmie i anatomii nauczyciele oddali sprawdziany i tu także mogę się pochwalić wzorowymi ocenami. Z algebry dostałam 110%, z anatomii 101%. Jak to się stało? Otóż nauczyciele często dają nam zadania na tzw. "extra credit", czyli jeśli zrobimy w domu dodatkowe zadania, oddamy wypełnioną powtórkę działu, czy coś w tym stylu, to dostajemy dodatkowe punkty. Na matmie była to kserówka z zadaniami za 10 punktów procentowych, na anatomii trzeba było napisać powtórkę całego działu za 5 punktów procentowych. Zawsze robię te zadania, pomaga to w nauce na sprawdzian, często jest to moja jedyna nauka. Patrzcie - minęły już trzy miesiące, a ja wciąż piszę o nowościach!
Na tańcach robiliśmy piruety i kiedy nauczycielka zobaczyła, jak zrobiłam 4 piruety w passe pod rząd, dodam, że wyszły mi ABSOLUTNIE PERFEKCYJNIE, co się zdarzyło może z pięć razy w życiu, to powiedziała, że koniecznie muszę zatańczyć solówkę na konkursie! O matko, ucieszyłam się tak, jakbym wygrała w kumulacji totolotka i nie musiała pracować do końca życia! Zawsze chciałam wziąć udział w konkursie tanecznym, odkąd zaczęłam oglądać Dance Moms, a teraz mam szansę spełnić swoje marzenie! Nie znam absolutnie żadnych dodatkowych szczegółów, jak tylko się czegoś dowiem, to napiszę natychmiast, więc proszę o niedręczenie mnie w komentarzach pytaniami typu "CO TAM Z TWOJĄ SOLÓWKĄ?!?!?!" Uprzejmie proszę także o niepytanie mnie, kiedy w końcu wydam książkę. Jest to dla mnie nie mniej ekscytujące jak i dla was, więc jeśli czegoś się dowiem, to od razu was poinformuję. Rozpoznacie to natychmiast po milionie wykrzykników w tytule posta.
Na "dinner" pojechaliśmy z hostami do bufeto-pizzeri, aby zjeść razem z dziećmi z przedszkola moich host braci i ich rodzicami. Host mama powiedziała, że spotykają się w ten sposób raz na miesiąc. Grupa przedszkolna jest w jednej z sal szkolnych w podstawówce host mamy, są tam dzieci w każdym wieku, nie ma ich zbyt wiele, więc wszyscy się znają. Myślałam, że wszyscy usiądą razem, pogadają, że spędzimy tam ładny kawał czasu, ale nieeee... Amerykanie... Toż to dziwaczny naród! Wyglądało to tak:
Każdy przyszedł do lokalu o mniej więcej tej samej godzinie. Niestety trochę mniej niż więcej, co tam pół godziny w te czy wewte... Bufet polegał na tym, że każdy brał co chciał i ile chciał, płacąc tylko 5,39$ za wstęp: najpierw był bar sałatkowy, potem bar makaronowy, a następnie kilkanaście rodzajów pizzy do wyboru, włączając w to pizzę deserową: jedną z jabłkami i kruszonką, coś a la szarlotka, drugą pseudosernikową. Nałożyłam sobie gigantyczną porcję sałaty z różnymi warzywami, nasionami słonecznika i sosem "ranch", oraz spróbowałam normalnej i słodkiej pizzy. Do picia jak zwykle Dr. Pepper, kocham ten napój, będę za nim tęsknić po powrocie do Polski. Jedzenie było całkiem niezłe.
Usiedliśmy przy jednym ze stolików, kilka rodzin siadło przy jednym wielkim stole, ale większość siedziała osobno. Rozmowy polegały na podejściu do kogoś i paplaniu o niczym konkretnym przez jedną czy dwie minuty. Każdy zjadł i poszedł do domu. No to rzeczywiście się spotkali... Mimo to było fajnie, ponieważ moi hości są świetni i dużo ze sobą rozmawiamy. Jednak dziwi mnie, że tak rzadko spotyka się tu z ludźmi. Życie kręci się wokół pracy, cały dzień się przebywa za domem, więc nawet nie ma czasu się spotkać. Nawet z dziećmi nie przebywa się zbyt długo.
A propos dzieci, to dzisiaj dowiedziałam się od host mamy, że kobiety w ciąży pracują aż do porodu. To by wyjaśniało, dlaczego nauczycielka od psychologii wciąż pracuje, choć jest w 9 miesiącu ciąży i ma przeolbrzymi brzuch. Po porodzie można wziąć wolne na max. 12 tygodni, jednak pracodawca nie wypłaca wtedy pensji, dlatego większość kobiet bierze wolne na 6-8 tygodni. Kolejne zdziwko w porównaniu z Polską. Przed wyjazdem wydawało mi się, że jadę do cudownego świata tęczy i szczęścia, jednak rzeczywistość okazała się nie aż tak piękna i kolorowa. Niech was nie zmylą moje narzekania, jest także mnóstwo pozytywnych stron i gdybym cofnęła się w czasie i miała jeszcze raz podjąć decyzję o wymianie, natychmiast zaczęłabym wypełniać aplikację. To przygoda i szkoła życia, jeśli tylko macie możliwość, jedźcie! Ale nie zdziwcie się, kiedy rzeczywistość okaże się inna, niż wam się wydawało.
środa, 19 listopada 2014
Kanapka z serem i z keczupem
Dziś przed rozpoczęciem lekcji poszłam do biblioteki, aby w ramach wolnego czasu poczytać książkę na wygodnym pufiastym fotelu. (Czytam teraz "Krew Olimpu".) Kiedy tak sobie siedziałam zatopiona w lekturze, podeszła do mnie jedna z bibliotekarek, która już mnie zna, ponieważ jestem częstym gościem w bibliotece. Co prawda mnóstwo uczniów spędza czas w tym miejscu, więc dziwię się, że pamięta moje imię, ale bardzo mnie to cieszy. Ku mojemu zaskoczeniu przyniosła dla mnie książkę, i to nie byle jaką, ale "Percy Jackson's Greek Gods!" (jakkolwiek to przetłumaczyli na polski). Chciałam ją przeczytać już od dawna, więc strasznie się ucieszyłam. W naszej bibliotece można zamawiać książki przez internet, jeśli jest jakaś książka, którą chcielibyśmy przeczytać, wystarczy wypełnić formularz online i zaopatrzyć się w cierpliwość. Biblioteka stara się spełniać zachcianki jak największej ilości uczniów i regularnie kupuje nowe książki. Pani bibliotekarka powiedziała, że zobaczyła w formularzu, iż chciałam przeczytać tą książkę, więc ją zamówiła, ale musi minąć sporo czasu, zanim zamówienie zostanie zrealizowane, więc pożyczyła tą książkę dla mnie z biblioteki z innej szkoły. Niesamowite, jak amerykańska szkoła troszczy się o ucznia! P.S. Zaczęłam już czytać tą książkę i stwierdzam, że Rick Riordan przerósł samego siebie w ubarwianiu historii żartami.
Po szkole zostałam na klub szachowy, jeszcze w weekend zapisałam się na późniejszy autobus przez internet, aby nie zapomnieć zrobić tego później. Zapisałam się także to na wszystkie późniejsze daty, żeby nie wyleciało mi z głowy, więc do końca 2014 roku nie muszę się tym przejmować. Ku mojemu zdziwieniu w tym roku pozostały tylko dwa spotkania klubu szachowego; w przyszły wtorek mamy przerwę z okazji Święta Dziękczynienia, a tydzień przed Bożym Narodzeniem piszemy końcowe egzaminy z całego półrocza na każdym z przedmiotów. Gra jak zwykle była fantastyczna, kocham szachy, raz przegrałam, raz wygrałam. Zauważyłam, że o wygranej decydowały pojedyncze nieprzemyślane ruchy, co bywało frustrujące, zwłaszcza kiedy zrobiłam coś naprawdę głupiego. Szachy to jedyna znana mi gra, w której nie działa szczęście, wszystko zależy ode mnie. Czasami aż czuję "przegrzanie mózgu" od myślenia.
W domu zabrałam się za odrabianie zadania domowego, nauczycielki od psychologii i anatomii jak zwykle zadały zadanie tego samego dnia. Czasami przez kilka dni z rzędu nie mamy nic zadane z żadnego przedmiotu, a jednego dnia wszyscy nauczyciele zawalą nas stosem kserówek do wypełnienia i zadaniami do napisania. Zadanie z anatomii było standardowe, czyli musiałam wypełnić kserówki z lukami na podstawie prezentacji w internecie. Jeśli mamy coś zadane w tej klasie, to w 99% przypadków właśnie to. Łatwe i nieskomplikowane, tyle że czasochłonne. Jednak nigdy bym nie podejrzewała, że zwykłe kopiowanie informacji z ekranu na kartkę może być tak efektywne. Naprawdę wiele w ten sposób zapamiętuję!
Na psychologię musiałam napisać analizę dziennika snów, opisać moje zwyczaje jeśli chodzi o długość i jakość snu, budzenie się w nocy, czynności wykonywane przed snem i masę innych rzeczy. Na szczęście nauczyciele pozwalają nam pisać na komputerze, w tym przypadku było to nawet wymagane, więc zajęło mniej czasu. Jutro muszę dokończyć analizę i do tego przygotować kolaż obrazujący moje sny. Nie chce mi się przeszukiwać aż tak wielu gazet, żeby znaleźć to, o czym śniłam, o ile w ogóle mam w domu jakieś gazety, więc pewnie wytnę byle co, żeby tylko jakoś wyglądało. Przecież nikt nie sprawdzi, co mi się śniło, mogę naklejać co mi się żywnie podoba. Na koniec muszę opisać jeden sen (tu też uruchomię wyobraźnię) i przeanalizować go z punktu różnych podejść psychologicznych.
Wczoraj wieczorem, kiedy położyłam się spać, naszła mnie taka ochota na kanapkę z żółtym serem i z keczupem, że aż zapisałam to na kartce z dziennika snów, aby nie zapomnieć. Dziś zrealizowałam moje marzenie i na kolację przyrządziłam nie jedną, a dwie kanapki z serem i keczupem! A co mi tam! (Użyłam wafli ryżowych, żeby nie opychać się glutenem.) Niebo w gębie! Dawno nic mi tak nie smakowało, po prostu palce lizać! Nie mam pojęcia, dlaczego naszła mnie ochota na absolutnie przeciętną kanapkę ze zwykłym wędzonym serem i najnormalniejszym w świecie keczupem, ale dawno nie jadłam nic tak pysznego! Normalnie miałam ochotę napisać Odę do Kanapki i Pieśń ku Czci Sera i Keczupu. Jestem tak szczęśliwa z powodu tej prostej kanapki, że aż opisuję to na blogu. Chyba powinnam skonsultować się z lekarzem lub farmaceutą.
![]() |
| format A4, cegła jakich mało |
W domu zabrałam się za odrabianie zadania domowego, nauczycielki od psychologii i anatomii jak zwykle zadały zadanie tego samego dnia. Czasami przez kilka dni z rzędu nie mamy nic zadane z żadnego przedmiotu, a jednego dnia wszyscy nauczyciele zawalą nas stosem kserówek do wypełnienia i zadaniami do napisania. Zadanie z anatomii było standardowe, czyli musiałam wypełnić kserówki z lukami na podstawie prezentacji w internecie. Jeśli mamy coś zadane w tej klasie, to w 99% przypadków właśnie to. Łatwe i nieskomplikowane, tyle że czasochłonne. Jednak nigdy bym nie podejrzewała, że zwykłe kopiowanie informacji z ekranu na kartkę może być tak efektywne. Naprawdę wiele w ten sposób zapamiętuję!
Na psychologię musiałam napisać analizę dziennika snów, opisać moje zwyczaje jeśli chodzi o długość i jakość snu, budzenie się w nocy, czynności wykonywane przed snem i masę innych rzeczy. Na szczęście nauczyciele pozwalają nam pisać na komputerze, w tym przypadku było to nawet wymagane, więc zajęło mniej czasu. Jutro muszę dokończyć analizę i do tego przygotować kolaż obrazujący moje sny. Nie chce mi się przeszukiwać aż tak wielu gazet, żeby znaleźć to, o czym śniłam, o ile w ogóle mam w domu jakieś gazety, więc pewnie wytnę byle co, żeby tylko jakoś wyglądało. Przecież nikt nie sprawdzi, co mi się śniło, mogę naklejać co mi się żywnie podoba. Na koniec muszę opisać jeden sen (tu też uruchomię wyobraźnię) i przeanalizować go z punktu różnych podejść psychologicznych.
Wczoraj wieczorem, kiedy położyłam się spać, naszła mnie taka ochota na kanapkę z żółtym serem i z keczupem, że aż zapisałam to na kartce z dziennika snów, aby nie zapomnieć. Dziś zrealizowałam moje marzenie i na kolację przyrządziłam nie jedną, a dwie kanapki z serem i keczupem! A co mi tam! (Użyłam wafli ryżowych, żeby nie opychać się glutenem.) Niebo w gębie! Dawno nic mi tak nie smakowało, po prostu palce lizać! Nie mam pojęcia, dlaczego naszła mnie ochota na absolutnie przeciętną kanapkę ze zwykłym wędzonym serem i najnormalniejszym w świecie keczupem, ale dawno nie jadłam nic tak pysznego! Normalnie miałam ochotę napisać Odę do Kanapki i Pieśń ku Czci Sera i Keczupu. Jestem tak szczęśliwa z powodu tej prostej kanapki, że aż opisuję to na blogu. Chyba powinnam skonsultować się z lekarzem lub farmaceutą.
wtorek, 18 listopada 2014
Minus dwa stopnie na zewnątrz? Założę letnią sukienkę...
Dziś rano znów było zimno, temperatura wciąż zjeżdża poniżej zera, ale nie odczuwa się tego, kiedy nie wieje wiatr. Odkąd się ochłodziło, codziennie słyszę od tubylców to samo: "Pewnie się z nas teraz śmiejesz, że narzekamy na zimno. Hahaha! W końcu jesteś z Polski. Hahaha! Dla ciebie to pewnie normalna pogoda i sądzisz, że jesteśmy dziwni. Hahaha!" Nawet sobie nie wyobrażacie, jak mnie to denerwuje! Hahaha, NIE, MOIM ZDANIEM TEŻ JEST POTWORNIE ZIMNO, NIENAWIDZĘ ZIMNA I TYLKO CZEKAM NA POWRÓT SIEDEMNASTU STOPNI W NAJBLIŻSZY CZWARTEK!!! Chodzę z czapce, kurtce narciarskiej z polarem, szyję owijam chustką. Za to niektórzy nastolatkowie, którzy jeżdżą moim autobusem, nie odczuwają zimna ani odrobinę. Widuję chłopaków w szortach i T-shirtach oraz dziewczyny w sukienkach, które narzucają na siebie jedynie cieniutki sweter. Paradoks.
Na historii pisaliśmy test z rozdziału "Lata dwudzieste", uczyłam się jedynie w autobusie, ponieważ wczoraj mi się nie chciało, mimo to poszło mi bardzo dobrze, wszystko pamiętałam z lekcji. Na algebrze wciąż wałkujemy funkcje, rzygam już tymi funkcjami, ale dobrze mi idzie i wszystko rozumiem. Do tego pod koniec lekcji zawsze mamy wolny czas, ponieważ to nasza druga lekcja, a każda druga lekcja trwa 10 minut dłużej od pozostałych, czyli pełną godzinę, ponieważ mamy wtedy ogłoszenia dyrektora i przysięgę do flagi USA oraz Teksasu, więc dodali nam na to czas, jednak wykorzystujemy go niewiele. Na psychologii dalej omawiamy sny, dowiedziałam się dzisiaj, że niektóre osoby śnią na czarno-biało. Na teatrze projektujemy kostiumy dla postaci alegorycznych ze sztuki "Everyman", którą ostatnio czytaliśmy, wybrałam Piękno, jak skończymy to wezmę pracę do domu, zrobię zdjęcie i wam pokażę. Na anatomii omawiamy warstwy skóry, dowiedziałam się, że skóra jest największym organem w ciele człowieka (a język jest najszybciej gojącym się organem), waży 12-15% masy ciała, ma 7 warstw, a jeśli przedrzemy połączenie pomiędzy stratum basale (5 warstwa od góry) a papillary dermis (6 warstwa), to pod skórą tworzy się bąbel z wodą, który boli, a po przekłuciu piecze. Skóra, którą widzimy, czyli stratum corneum (1 warstwa) jest martwa i zbudowana w 100% z keratyny, dzięki temu jesteśmy wodoodporni. Na tańcach nie robiliśmy nic, więc odrabiałam zadanie z algebry, miałam narysować komiks związany z funkcją kwadratową, jak nie zapomnę to go sfotografuję. Na angielskim poszliśmy do sali kinowej i oglądaliśmy film na podstawie sztuki "The Crucible" Arthura Millera, którą czytaliśmy i omawialiśmy przez ostatnich kilkanaście lekcji.
W domu zabrałam się za korektę książki, jestem w trakcie edycji 10 rozdziału, pozostało 18. Powoli brnę ku końcowi, zakończę prace pewnie na przełomie listopada i grudnia, a moja przyjaciółka skończy projektować okładkę. Wtedy będzie można zacząć proces wydawniczy. Poprawianie zajmuje mi dużo czasu, pisanie bloga znacznie poprawiło moje pisarskie umiejętności i teraz wszędzie widzę błędy stylistyczne. Pamiętam, jak nie mogłam znieść, kiedy nauczyciele kreślili po moich wypracowaniach i pisali na czerwono "styl" na marginiesie, a ja za Chiny nie mogłam zrozumieć, co im tam nie pasuje. Teraz już wiem i łoncze sie w bulu z nauczycielami polskiego, którzy muszą oceniać stosy wypracowań. Zastanawiałam się kiedyś, dlaczego w szkole tak mało piszemy, przecież kilka prac nie wystarczy, aby zabłysnąć na maturze czy na egzaminie gimnazjalnym. Teraz już wiem. Nauczyciele cenią swoje zdrowie psychiczne wyżej niż wyniki uczniów. Na ich miejscu zrobiłabym tak samo, dlatego nigdy nie zostanę nauczycielem.
Na historii pisaliśmy test z rozdziału "Lata dwudzieste", uczyłam się jedynie w autobusie, ponieważ wczoraj mi się nie chciało, mimo to poszło mi bardzo dobrze, wszystko pamiętałam z lekcji. Na algebrze wciąż wałkujemy funkcje, rzygam już tymi funkcjami, ale dobrze mi idzie i wszystko rozumiem. Do tego pod koniec lekcji zawsze mamy wolny czas, ponieważ to nasza druga lekcja, a każda druga lekcja trwa 10 minut dłużej od pozostałych, czyli pełną godzinę, ponieważ mamy wtedy ogłoszenia dyrektora i przysięgę do flagi USA oraz Teksasu, więc dodali nam na to czas, jednak wykorzystujemy go niewiele. Na psychologii dalej omawiamy sny, dowiedziałam się dzisiaj, że niektóre osoby śnią na czarno-biało. Na teatrze projektujemy kostiumy dla postaci alegorycznych ze sztuki "Everyman", którą ostatnio czytaliśmy, wybrałam Piękno, jak skończymy to wezmę pracę do domu, zrobię zdjęcie i wam pokażę. Na anatomii omawiamy warstwy skóry, dowiedziałam się, że skóra jest największym organem w ciele człowieka (a język jest najszybciej gojącym się organem), waży 12-15% masy ciała, ma 7 warstw, a jeśli przedrzemy połączenie pomiędzy stratum basale (5 warstwa od góry) a papillary dermis (6 warstwa), to pod skórą tworzy się bąbel z wodą, który boli, a po przekłuciu piecze. Skóra, którą widzimy, czyli stratum corneum (1 warstwa) jest martwa i zbudowana w 100% z keratyny, dzięki temu jesteśmy wodoodporni. Na tańcach nie robiliśmy nic, więc odrabiałam zadanie z algebry, miałam narysować komiks związany z funkcją kwadratową, jak nie zapomnę to go sfotografuję. Na angielskim poszliśmy do sali kinowej i oglądaliśmy film na podstawie sztuki "The Crucible" Arthura Millera, którą czytaliśmy i omawialiśmy przez ostatnich kilkanaście lekcji.
W domu zabrałam się za korektę książki, jestem w trakcie edycji 10 rozdziału, pozostało 18. Powoli brnę ku końcowi, zakończę prace pewnie na przełomie listopada i grudnia, a moja przyjaciółka skończy projektować okładkę. Wtedy będzie można zacząć proces wydawniczy. Poprawianie zajmuje mi dużo czasu, pisanie bloga znacznie poprawiło moje pisarskie umiejętności i teraz wszędzie widzę błędy stylistyczne. Pamiętam, jak nie mogłam znieść, kiedy nauczyciele kreślili po moich wypracowaniach i pisali na czerwono "styl" na marginiesie, a ja za Chiny nie mogłam zrozumieć, co im tam nie pasuje. Teraz już wiem i łoncze sie w bulu z nauczycielami polskiego, którzy muszą oceniać stosy wypracowań. Zastanawiałam się kiedyś, dlaczego w szkole tak mało piszemy, przecież kilka prac nie wystarczy, aby zabłysnąć na maturze czy na egzaminie gimnazjalnym. Teraz już wiem. Nauczyciele cenią swoje zdrowie psychiczne wyżej niż wyniki uczniów. Na ich miejscu zrobiłabym tak samo, dlatego nigdy nie zostanę nauczycielem.
niedziela, 16 listopada 2014
Wycieczka do San Antonio
Mój codzienny blog zamienił się w bloga codwudziennego, ostatnio nie mam czasu pisać nowych postów. Nie żebym wcześniej miała nadmiar wolnego, ale odkąd zmieniłam rodzinę robimy razem o wiele więcej rzeczy i doba okazuje się zbyt krótka. Jednak wczorajszego dnia nie spędziłam z hostami, ale z Leah, jej mężem i innymi wymieńcami: Jimin, Martą, Mirabelle i Mai z Wietnamu, z którą dzieliłam pokój przez kilka dni w tymczasowej rodzinie. Przyjechali po mnie po południu, czyli tzw. lunchtime, i pojechaliśmy do San Antonio do galerii handlowej.
Amerykańskie centra handlowe są przereklamowane. Polskie galerie są o wiele lepsze, przynajmniej moim zdaniem. Sklepy są fajniejsze i o wiele bardziej różnorodne, czegokolwiek by się nie szukało, można to znaleźć w galerii. W Ameryce tak nie ma. Wczoraj po raz pierwszy spotkałam sklep z książkami, niestety bardzo się zawiodłam, bo nie mieli prawie żadnych znanych książek, same starocie i badziewie. Nikt nie słyszał o sklepach w stylu Empik czy Matras, jeśli chce się kupić książkę, trzeba skorzystać z eBaya, nie ma także sklepów z fajnymi gadżetami, no może z wyjątkiem Claire's. W części z restauracjami także nie ma nic znanego, żadnego McSyfa czy KFC, czasami trafi się bardziej znana sieciówka, np. Panda Express, ale wczoraj nie rozpoznałam ani jednej marki oprócz Starbucksa. Tą popularną kawiarnię akurat znajdziemy wszędzie, jest ich chyba więcej niż McDonaldów, Amerykanie są zakochani w Starbucksie, tu się z nimi zgadzam. Nie spotkałam też sklepu z zabawkami, nie wiem, gdzie się kupuje zabawki dla dzieci, jak na razie widziałam tylko sklep Lego (wcale nie mieli lepszego wyboru niż Smyk czy ToysRus), jedyną zaletą były kontenery z klockami na wagę, jednak tylko z podstawowymi modelami. Nie ma także szans na spotkanie sklepu spożywczego w galerii.
Oczywiście są także pozytywne strony, nie wszystko jest tak beznadziejne. Niektóre galerie są całkiem przyzwoite. Ta, w której byłam wczoraj, była jedną z mniej urozmaiconych, ale znalazłam kilka interesujących sklepów. Pierwszym z nich był "Sweet Factory" czyli sklep ze słodyczami. Zamiast opisywania wstawię zdjęcia, lepiej wam pokażą, jak to wyglądało.
Kolejnym fajnym sklepem był "Disney Store". Można było tam dostać zabawki, ubrania i różne akcesoria z Myszką Miki, postaciami z Krainy Lodu i z Zaplątanych oraz z różnych innych filmów Disneya, jednak te dwa królowały. Ubrania mieli tylko w rozmiarach dziecięcych, sprzedawali także mnóstwo kostiumów: sukienek, butów i dodatków dla Elsy, Anny, Meridy, Roszpunki i księżniczki Zosi (ta bajka jest tutaj bardzo popularna). Gdybym miała nieograniczony limit pieniędzy to wykupiłabym pół sklepu i wysłała wszystko mojej siostrze. Boże Narodzenie nadeszło także w tym sklepie, świąteczne piżamy-Olafy sprzedawały się jak świeże bułeczki.
Więcej fajnych sklepów nie widziałam, większość była beznadziejna. Posłuchałam rady host mamy i nic nie kupiłam, ale zrobiłam zdjęcia wszystkiego, co mi się podobało, żebym mogła kupić to na Black Friday (dzień po Święcie Dziękczynienia, w tym roku wypada 28 listopada). Przeceny podobno są szalone, ludzie przepychają się bardziej niż w kolejce do sklepiku szkolnego w gimnazjum, sklepy internetowe także obfitują w zniżki i zazwyczaj oferują darmową wysyłkę. Większość ludzi zaopatruje się w tym dniu w prezenty pod choinkę. Chciałabym kupić coś dla swoich hostów, ale jak na razie nic mi nie przychodzi do głowy. Może macie jakieś sugestie? Nie chcę kupować nie wiadomo jak wymyślnych rzeczy, ale chciałabym, żeby to było coś przydatnego. W Polsce łatwiej kupowało mi się prezenty, wybór był o wiele większy. Ale może uda mi się znaleźć coś w internecie.
Wieczorem bolała mnie głowa i chyba miałam gorączkę, więc nie napisałam posta. Dzisiaj czuję się o wiele lepiej. Zaplanowałam, że nie będę jeść nic z glutenem ani z cukrem, żeby się wykurować, niestety nic z tego nie wyszło :D Kiedy rano poszłam do kuchni, host mama zrobiła dla mnie naleśnika z kawałkami czekolady w kształcie głowy Myszki Miki, więc po prostu nie mogłam odmówić i zjadłam go w towarzystwie host braci, którzy mieli takie same naleśniki. To był bardzo miły gest ze strony host mamy, do tego naleśnik był bardzo dobry, na szczęście niewielki. Potem zjadłam owsiankę z orzechami i do tego marchewkę.
Po śniadaniu pojechaliśmy do H-E-B (czyt. "ejdż-i-bi" - tak, ostatnio ktoś mi to przeczytał jako "heb") na zakupy spożywcze. Mam zamiar upiec mojego ulubionego placka na Thanksgiving, nazywa się Snickers i jeśli byłabym półbogiem i jadła ambrozję, to smakowałaby ona właśnie jak ten placek. Na pewno porobię zdjęcia, zobaczymy co wyjdzie z próby upieczenia polskiego ciasta w amerykańskich realiach. Mam nadzieję, że coś jadalnego. Dopisałam do listy zakupów wszystkie potrzebne produkty, więc kupiliśmy je w H-E-B, już nie mogę się doczekać Thanksgivingu!
Następnie pojechaliśmy zjeść lunch do kolejnego fast-foodu, którego nazwy już nie pamiętam, w każdym razie nie była to sieciówka. Oferowali kilka rodzajów burgerów, wybrałam taki z podwójnym serem, wszystkie składniki mieli organiczne i własnoręcznie robione, nic z mrożonek. Chwalili się uprawami w okolicy i krowami, których nie karmiono hormonami. W sumie burger był dobry, za to frytki nie powalały. Jako napój host mama kupiła nam czekoladowe milkshakes, zarazem rujnując mój plan zdrowego odżywiania na dziś. No trudno, mam tylko nadzieję, że się nie rozchoruję :)
Amerykańskie centra handlowe są przereklamowane. Polskie galerie są o wiele lepsze, przynajmniej moim zdaniem. Sklepy są fajniejsze i o wiele bardziej różnorodne, czegokolwiek by się nie szukało, można to znaleźć w galerii. W Ameryce tak nie ma. Wczoraj po raz pierwszy spotkałam sklep z książkami, niestety bardzo się zawiodłam, bo nie mieli prawie żadnych znanych książek, same starocie i badziewie. Nikt nie słyszał o sklepach w stylu Empik czy Matras, jeśli chce się kupić książkę, trzeba skorzystać z eBaya, nie ma także sklepów z fajnymi gadżetami, no może z wyjątkiem Claire's. W części z restauracjami także nie ma nic znanego, żadnego McSyfa czy KFC, czasami trafi się bardziej znana sieciówka, np. Panda Express, ale wczoraj nie rozpoznałam ani jednej marki oprócz Starbucksa. Tą popularną kawiarnię akurat znajdziemy wszędzie, jest ich chyba więcej niż McDonaldów, Amerykanie są zakochani w Starbucksie, tu się z nimi zgadzam. Nie spotkałam też sklepu z zabawkami, nie wiem, gdzie się kupuje zabawki dla dzieci, jak na razie widziałam tylko sklep Lego (wcale nie mieli lepszego wyboru niż Smyk czy ToysRus), jedyną zaletą były kontenery z klockami na wagę, jednak tylko z podstawowymi modelami. Nie ma także szans na spotkanie sklepu spożywczego w galerii.
Oczywiście są także pozytywne strony, nie wszystko jest tak beznadziejne. Niektóre galerie są całkiem przyzwoite. Ta, w której byłam wczoraj, była jedną z mniej urozmaiconych, ale znalazłam kilka interesujących sklepów. Pierwszym z nich był "Sweet Factory" czyli sklep ze słodyczami. Zamiast opisywania wstawię zdjęcia, lepiej wam pokażą, jak to wyglądało.
Więcej fajnych sklepów nie widziałam, większość była beznadziejna. Posłuchałam rady host mamy i nic nie kupiłam, ale zrobiłam zdjęcia wszystkiego, co mi się podobało, żebym mogła kupić to na Black Friday (dzień po Święcie Dziękczynienia, w tym roku wypada 28 listopada). Przeceny podobno są szalone, ludzie przepychają się bardziej niż w kolejce do sklepiku szkolnego w gimnazjum, sklepy internetowe także obfitują w zniżki i zazwyczaj oferują darmową wysyłkę. Większość ludzi zaopatruje się w tym dniu w prezenty pod choinkę. Chciałabym kupić coś dla swoich hostów, ale jak na razie nic mi nie przychodzi do głowy. Może macie jakieś sugestie? Nie chcę kupować nie wiadomo jak wymyślnych rzeczy, ale chciałabym, żeby to było coś przydatnego. W Polsce łatwiej kupowało mi się prezenty, wybór był o wiele większy. Ale może uda mi się znaleźć coś w internecie.
Wieczorem bolała mnie głowa i chyba miałam gorączkę, więc nie napisałam posta. Dzisiaj czuję się o wiele lepiej. Zaplanowałam, że nie będę jeść nic z glutenem ani z cukrem, żeby się wykurować, niestety nic z tego nie wyszło :D Kiedy rano poszłam do kuchni, host mama zrobiła dla mnie naleśnika z kawałkami czekolady w kształcie głowy Myszki Miki, więc po prostu nie mogłam odmówić i zjadłam go w towarzystwie host braci, którzy mieli takie same naleśniki. To był bardzo miły gest ze strony host mamy, do tego naleśnik był bardzo dobry, na szczęście niewielki. Potem zjadłam owsiankę z orzechami i do tego marchewkę.
Po śniadaniu pojechaliśmy do H-E-B (czyt. "ejdż-i-bi" - tak, ostatnio ktoś mi to przeczytał jako "heb") na zakupy spożywcze. Mam zamiar upiec mojego ulubionego placka na Thanksgiving, nazywa się Snickers i jeśli byłabym półbogiem i jadła ambrozję, to smakowałaby ona właśnie jak ten placek. Na pewno porobię zdjęcia, zobaczymy co wyjdzie z próby upieczenia polskiego ciasta w amerykańskich realiach. Mam nadzieję, że coś jadalnego. Dopisałam do listy zakupów wszystkie potrzebne produkty, więc kupiliśmy je w H-E-B, już nie mogę się doczekać Thanksgivingu!
Następnie pojechaliśmy zjeść lunch do kolejnego fast-foodu, którego nazwy już nie pamiętam, w każdym razie nie była to sieciówka. Oferowali kilka rodzajów burgerów, wybrałam taki z podwójnym serem, wszystkie składniki mieli organiczne i własnoręcznie robione, nic z mrożonek. Chwalili się uprawami w okolicy i krowami, których nie karmiono hormonami. W sumie burger był dobry, za to frytki nie powalały. Jako napój host mama kupiła nam czekoladowe milkshakes, zarazem rujnując mój plan zdrowego odżywiania na dziś. No trudno, mam tylko nadzieję, że się nie rozchoruję :)
![]() |
| Ja, Mirabelle, Mai, Jimin i Marta
Wracając do tematu prezentów: macie jakieś pomysły?
|
sobota, 15 listopada 2014
Biznesowe rozmyślania
Wczoraj nic nie napisałam, znowu (oj tam, oj tam), ponieważ byłam zajęta przeszukiwaniem internetu. Dostałam odpowiedź od centrum, w którym zdaje się egzamin GED. Jeśli nigdy o nim nie słyszeliście, to jest to test, który jest równoważny ukończeniu szkoły i można po jego zdaniu iść na studia bez konieczności kończenia ostatniej klasy. Wystarczy do tego zdać SAT lub/i ACT, czyli odpowiedniki polskiej matury. Napisałam do centrum z pytaniem, czy jest możliwość, abym mogła podejść do tego testu, ponieważ wszystko wskazywało na to, że jako exchange student nie mam takiego przywileju. Jednak kilku wymieńców miało ten sam problem co ja i udało im się podejść do testu w ramach wyjątku. Aby zdawać GED w Teksasie trzeba mieć 18 lat (są wyjątki), mieć dowód ze zdjęciem, może być także paszport, nie musi być amerykański, więc mój się nada, oraz dowód, że się mieszka w Teksasie. Takim dowodem może być prawo jazdy, którego nie mam, rachunek przysłany pocztą, którego nie mam, lub list z banku, którego także nie mam. W tej sprawie pisałam e-maila i doradzili mi, żebym po prostu otworzyła konto w banku. Tak zrobię, wtedy będę mogła podejść do tego testu. Jeśli go zdam (a raczej zdam), to nie będę musiała kończyć ostatniej klasy, moja edukacja będzie ukończona, do tego podejdę do SATu albo ACTu i voila - nie muszę już chodzić do żadnej szkoły! Wracam do polski i zabieram się za pisanie książek! Mam nadzieję, że plan wypali, bo inaczej nie wiem, co zrobić ze swoim życiem. Chyba poszłabym w ślady Steve'a Jobsa, Henry'ego Forda, Billa Gatesa i Michaela Della i rzuciłabym szkołę.
Potem próbowałam wykombinować, jakby tu wysłać paczkę do Polski po cywilizowanej cenie. Okazało się, że to "mission impossible", wszędzie drogo. Miałam zamiar załadować do paczki nie tylko prezenty dla rodziny, ale także rzeczy, których nie używam, żebym miała więcej miejsca w walizce w samolocie, kiedy będę wracać do Polski. Jednak gdy okazało się, że za 10 kg paczki trzeba by zapłacić 160$, taniej wychodzi dokupienie drugiej walizki na lotnisku. Nie wiem, ile to kosztuje, ale słyszałam, że ok. 100$ i mogę zabrać dodatkowe 23 kg. Tak też zrobię. Lżejsza paczka nie wychodzi już tak kosmicznie, ale mimo wszystko wysłanie prezentów na Święta jest warte każdej ceny.
Zamiast położyć się spać o cywilizowanej porze, poświęciłam swój czas na tworzenie zestawienia finansowego w Excelu. Każdy odnoszący sukcesy biznesmen prowadzi zestawienie dochodów i wydatków, aby kontrolować pieniądze w portfelu, tak też robię ja, z nadzieją że z czasem cyferki na koncie przesuną się w lewo, aby zrobić miejsce dla kolejnych zer. Do tej pory tworzyłam zestawienia w Wordzie, wypisując wydatki i przychody, a następnie męcząc się z dodawaniem i odejmowaniem na kalkulatorze, co było równie inteligentne, jak pisanie wypracowania w Paincie. W końcu użyłam odpowiedniego programu, który liczy wszystko za mnie i pokazuje mi, jak się trzymam. Jednak nauczyli mnie czegoś na tej informatyce!
Potem próbowałam wykombinować, jakby tu wysłać paczkę do Polski po cywilizowanej cenie. Okazało się, że to "mission impossible", wszędzie drogo. Miałam zamiar załadować do paczki nie tylko prezenty dla rodziny, ale także rzeczy, których nie używam, żebym miała więcej miejsca w walizce w samolocie, kiedy będę wracać do Polski. Jednak gdy okazało się, że za 10 kg paczki trzeba by zapłacić 160$, taniej wychodzi dokupienie drugiej walizki na lotnisku. Nie wiem, ile to kosztuje, ale słyszałam, że ok. 100$ i mogę zabrać dodatkowe 23 kg. Tak też zrobię. Lżejsza paczka nie wychodzi już tak kosmicznie, ale mimo wszystko wysłanie prezentów na Święta jest warte każdej ceny.
Zamiast położyć się spać o cywilizowanej porze, poświęciłam swój czas na tworzenie zestawienia finansowego w Excelu. Każdy odnoszący sukcesy biznesmen prowadzi zestawienie dochodów i wydatków, aby kontrolować pieniądze w portfelu, tak też robię ja, z nadzieją że z czasem cyferki na koncie przesuną się w lewo, aby zrobić miejsce dla kolejnych zer. Do tej pory tworzyłam zestawienia w Wordzie, wypisując wydatki i przychody, a następnie męcząc się z dodawaniem i odejmowaniem na kalkulatorze, co było równie inteligentne, jak pisanie wypracowania w Paincie. W końcu użyłam odpowiedniego programu, który liczy wszystko za mnie i pokazuje mi, jak się trzymam. Jednak nauczyli mnie czegoś na tej informatyce!
czwartek, 13 listopada 2014
Dziennik snów
Wczoraj nie napisałam posta, ponieważ uczyłam się na test z anatomii. Poszło mi bardzo dobrze, wydaje mi się, że odpowiedziałam poprawnie na każde pytanie, więc warto było się pomęczyć. Poza tym daje mi satysfakcję poczucie, że wiem, z jakich tkanek jestem "utkana". Dowiedziałam się między innymi, że blizna różni się od skóry, ponieważ uszkodzona tkanka nabłonkowa (czy jak to się tam zwie po polsku) jest zastępowana tkanką łączną. Zagadka rozwiązana!
Jeśli chcecie zobaczyć wszystko, czego się uczymy, oto nasz materiał od początku roku szkolnego:
unit 1: https://drive.google.com/file/d/0B3XQH5cU0DHtYWVBRzdPUjladlk/view
unit 2: https://drive.google.com/file/d/0B3XQH5cU0DHtUVp5S05hLWI1dWs/view
unit 3: https://drive.google.com/file/d/0B3XQH5cU0DHtQW5aYWxSU3dlSzA/view
unit 4: https://drive.google.com/file/d/0B3XQH5cU0DHtR3drbkJNR2dMU0k/view
Na psychologii rozpoczęliśmy nowy dział, omawiamy teraz sny. W poniedziałek pisaliśmy notatki z prezentacji, którą omawiała nauczycielka, we wtorek zaczęliśmy oglądać film "Incepcja" z Leonardo DiCaprio (prawie napisałam da Vinci, widać, że jestem zmęczona :D), ponieważ odnosi się on do snów i możemy się czegoś nauczyć w ciekawy sposób. Następnie mamy wybrać jeden z trzech artykułów podanych przez nauczycielkę i porównać to, co jest w nim napisane, do filmu. Nie rozumiałam tego filmu po angielsku; to znaczy, miałam pojęcie, co się dzieje i ciekawiło mnie to, ale nie rozumiałam tych wszystkich słów odnoszących się do snu, których następnie powinnam użyć w wypracowaniu, więc w domu obejrzałam cały film po polsku, dzięki czemu wyjaśniły się niektóre luki. Film jest genialny, polecam wszystkim, a jeśli macie ochotę przeczytać artykuły, z których możemy wybierać, zajrzyjcie tu:
Lucid Dreaming and Self-Realization
The Difference Between Natural and Chemically-Induced Sleep
What Psychology Says About Dreams
oraz czwarty, niezwiązany z tematem: These X's Are The Same Shade, So What Does That Say About Color?
Do tego prowadzimy dziennik snów. Każdego dnia przez dwa tygodnie zapisujemy, o której godzinie poszliśmy spać, piliśmy kawę, uprawialiśmy sport, braliśmy leki i piliśmy alkohol (nauczycielka zapewniła żartem, że nie zgłosi nikogo na policję, no chyba że ktoś zaznaczy, że pił w szkole :D). Na osobnej kartce zapisujemy, o czym myśleliśmy kiedy kładliśmy się spać oraz jak się czuliśmy po przebudzeniu. Jeśli coś nam się śniło, też mamy to zapisać. A jeśli nigdy nie pamiętamy swoich snów, to musimy kilka razy obudzić się w nocy, ok. 90 minut po zaśnięciu, wtedy jesteśmy w fazie REM i śnimy. Ta faza powtarza się co 90 minut, więc możemy ustawić budzik na dowolną godzinę, kiedy trwa ta faza. Do tej pory wydawało mi się, że nigdy nie mam snów, ale kiedy przyszło co do czego i rano otwierałam oczy, nagle się okazywało, że jednak mam sny i to całkiem szalone. Raz śniło mi się, że w czasie Bożego Narodzenia znaleźli krokodyla w Rzeszowie w Wisłoku, co sparaliżowało ruch w mieście. Jednego dnia popełniłam błąd i zamiast natychmiast zapisać sen, poszłam do łazienki. Kiedy wróciłam, nic już nie pamiętałam. Czytałam gdzieś, że po 10 minutach po przebudzeniu zapominamy 90% snów, być może jest to prawdą. Za tydzień kończymy eksperyment i będziemy go omawiać w klasie, zobaczymy, co nauczycielka ma do powiedzenia na ten temat. A teraz idę spać, ciekawa jestem, co mi się przyśni tym razem.
Jeśli chcecie zobaczyć wszystko, czego się uczymy, oto nasz materiał od początku roku szkolnego:
unit 1: https://drive.google.com/file/d/0B3XQH5cU0DHtYWVBRzdPUjladlk/view
unit 2: https://drive.google.com/file/d/0B3XQH5cU0DHtUVp5S05hLWI1dWs/view
unit 3: https://drive.google.com/file/d/0B3XQH5cU0DHtQW5aYWxSU3dlSzA/view
unit 4: https://drive.google.com/file/d/0B3XQH5cU0DHtR3drbkJNR2dMU0k/view
Na psychologii rozpoczęliśmy nowy dział, omawiamy teraz sny. W poniedziałek pisaliśmy notatki z prezentacji, którą omawiała nauczycielka, we wtorek zaczęliśmy oglądać film "Incepcja" z Leonardo DiCaprio (prawie napisałam da Vinci, widać, że jestem zmęczona :D), ponieważ odnosi się on do snów i możemy się czegoś nauczyć w ciekawy sposób. Następnie mamy wybrać jeden z trzech artykułów podanych przez nauczycielkę i porównać to, co jest w nim napisane, do filmu. Nie rozumiałam tego filmu po angielsku; to znaczy, miałam pojęcie, co się dzieje i ciekawiło mnie to, ale nie rozumiałam tych wszystkich słów odnoszących się do snu, których następnie powinnam użyć w wypracowaniu, więc w domu obejrzałam cały film po polsku, dzięki czemu wyjaśniły się niektóre luki. Film jest genialny, polecam wszystkim, a jeśli macie ochotę przeczytać artykuły, z których możemy wybierać, zajrzyjcie tu:
Lucid Dreaming and Self-Realization
The Difference Between Natural and Chemically-Induced Sleep
What Psychology Says About Dreams
oraz czwarty, niezwiązany z tematem: These X's Are The Same Shade, So What Does That Say About Color?
Do tego prowadzimy dziennik snów. Każdego dnia przez dwa tygodnie zapisujemy, o której godzinie poszliśmy spać, piliśmy kawę, uprawialiśmy sport, braliśmy leki i piliśmy alkohol (nauczycielka zapewniła żartem, że nie zgłosi nikogo na policję, no chyba że ktoś zaznaczy, że pił w szkole :D). Na osobnej kartce zapisujemy, o czym myśleliśmy kiedy kładliśmy się spać oraz jak się czuliśmy po przebudzeniu. Jeśli coś nam się śniło, też mamy to zapisać. A jeśli nigdy nie pamiętamy swoich snów, to musimy kilka razy obudzić się w nocy, ok. 90 minut po zaśnięciu, wtedy jesteśmy w fazie REM i śnimy. Ta faza powtarza się co 90 minut, więc możemy ustawić budzik na dowolną godzinę, kiedy trwa ta faza. Do tej pory wydawało mi się, że nigdy nie mam snów, ale kiedy przyszło co do czego i rano otwierałam oczy, nagle się okazywało, że jednak mam sny i to całkiem szalone. Raz śniło mi się, że w czasie Bożego Narodzenia znaleźli krokodyla w Rzeszowie w Wisłoku, co sparaliżowało ruch w mieście. Jednego dnia popełniłam błąd i zamiast natychmiast zapisać sen, poszłam do łazienki. Kiedy wróciłam, nic już nie pamiętałam. Czytałam gdzieś, że po 10 minutach po przebudzeniu zapominamy 90% snów, być może jest to prawdą. Za tydzień kończymy eksperyment i będziemy go omawiać w klasie, zobaczymy, co nauczycielka ma do powiedzenia na ten temat. A teraz idę spać, ciekawa jestem, co mi się przyśni tym razem.
wtorek, 11 listopada 2014
Nauczyłam się salta machowego!!!
Dzisiejszy dzień był wspaniały! Głównie dlatego, że nauczyłam się nareszcie gwiazdy bez rąk (!!!), ale o tym później, jednak to nie jedyny. Tak naprawdę większość dni tutaj jest wspaniałych :) Zacznę od opisania kolejnej dziedziny życia w USA, a mianowicie jedzenia. Tym razem nie od pauz/kropek, ale od akapitów, wydaje mi się, że takie rozwiązanie lepiej się sprawdzi.
Amerykanie uwielbiają jeść w restauracjach, robią to bardzo często. Rano przejeżdżają przez drive-thru, niekoniecznie w McDonaldzie, ponieważ jest tu o wiele więcej fast foodów, które są lepsze, i w ten sposób zaliczają śniadanie. Przez pierwszą lekcją w szkole na korytarzu spotykam wiele osób pijących kawę ze Starbucksa, jedzących burgery, trzymających papierowe torebki z zestawami jedzenia. Część z nich udaje się do szkolnej stołówki, gdzie można usiąść i zjeść w spokoju.
Pracujący Amerykanie lunch zazwyczaj zabierają z domu lub także wstępują do fast-foodów. Często zabierają coś, co wystarczy włożyć do mikrofalówki, aby się zrobiło, niektórzy biorą trochę obiadu. W szkole część osób kupuje lunch w stołówce, mamy pięć kuchni do wyboru, każda oferuje coś innego: pizzę, hamburgera, burrito, tosta. W cenę wliczony jest napój, można wybrać lemoniadę, ice tea w różnych smakach oraz mleko, zwykłe lub czekoladowe. Prawie wszyscy wybierają mleko, jest to bardzo amerykański zwyczaj, mleko postrzegane jest tutaj jako ósmy cud świata. Ech, no cóż, nie zmienię ich zwyczajów. Do tego mamy bar sałatkowy, w którym są różne warzywa i owoce, można nakładać bez limitów. Oczywiście prawie nikt z niego nie korzysta, pizza i mleko czekoladowe wystarczają dla zaspokojenia potrzeb nastoletniego pokolenia. Lunch kosztuje 2,50$, próbowałam go tylko raz, był bardzo dobry. Wybrałam jedyną sensowną opcję, czyli burrito. Można samemu wybrać dodatki, więc wybrałam wszystko: ser, szynkę, sałatę, oliwki, cebulę, paprykę, pomidory i sos "ranch". Tak wyglądał mój lunch:
W amerykańskich sklepach spożywczych znajdziecie z pięć alejek z zamrażarkami, ale nie takimi jak u nas, gdzie wieko odsuwa się w bok, ale takimi wielkimi przypominającymi lodówki w domu ze szklanymi drzwiami. Czegokolwiek byście sobie nie zażyczyli, dostaniecie to w mrożonce. Lazania, pizza, corn-dogi, lody, kanapki, naleśniki, burgery, warzywa, owoce, kotlety, drożdżówki, ciasta i rozmaite dania to stałe punkty na liście zakupów. W każdym domu znajdziecie masę mrożonek, tak na wszelki wypadek, gdyby trzeba było zjeść coś na szybko. Kończy się na tym, że przy napadach lenistwa ludzie wcinają odmrożone śmieciowe jedzenie, w niektórych domach je się w ten sposób każdego dnia. Moi nowi hości nie jedzą zbyt wielu mrożonek, jak na razie próbowałam mrożonych kanapek w cieście francuskim z serem i brokułami, które wsadzało się do mikrofalówki na minutę, lodów (to akurat nic nadzwyczajnego) oraz cynamonowych drożdżówek, o których wspominałam wczoraj. Jednak i nasza zamrażarka jest porządnie zaopatrzona, tyle że nie korzystamy zbyt często z zapasów.
W sklepach wszystko jest ogromne, możecie to zauważyć w filmiku z H-E-B i Walmartu. Masło orzechowe w dwukilogramowym słoju, płatki owsiane pojemniku w kształcie walca wysokim na pół metra, trzylitrowa CocaCola. A jeśli wolicie wersję w aluminiowych puszkach, możecie ją dostać jedynie w dwunastopaku lub na stacji benzynowej, to samo tyczy się innych napojów. Wiele produktów można dostać jedynie w opakowaniach jak dla dwunastoosobowej rodziny, co bywa denerwujące, kiedy chcę czegoś spróbować i nie mogę dostać pojedynczej sztuki. Trochę jak w Polsce w Makro.
Brak tu świeżych produktów, które szybko się psują. Nie ma białego sera, kefiru, maślanki i innych wyrobów mlecznych. Mleko jest, ale skąd pochodzi, tego nie wiadomo. Nie ma nawet zwykłego chleba, dostępny jest jedynie tostowy, biały jak kreda i miękki jak piana w kąpieli, oczywiście są też "zdrowsze" wersje, np. pełnoziarniste. Moim zdaniem nie powinni nazywać tego chlebem. To tak jakby zafarbować wodę na biało i nazwać ją mlekiem. Nie ma także drożdżówek, większość osób kupuje ciasta w sklepach w stylu "Tesco", a jeśli sami coś pieką, to kupują gotowy "cake mix", czyli proszek z instrukcją, dodają wody i wstawiają do piekarnika. Owoce sprowadzane są z innych krajów i dalekich stanów, truskawki i borówki w plastikowych opakowaniach nie mają smaku. Jajka są białe, masło jest utwardzone tajemniczymi substancjami, brak naturalności i świeżości. Są wyjątki, ale nieliczne. A potem ludzie się dziwią, że co trzecia osoba umiera na raka, cukrzyca jest chorobą cywilizacyjną, coraz więcej osób ma osteoporozę, prawie każdy nosi soczewki lub okulary, a skóra wygląda jak spleśniały naleśnik. Więc kupują kolejne leki, wsmarowują w siebie kremy, łykają suplementy diety i myślą, że im to pomoże. Nie pomoże.
To tyle jeśli chodzi o jedzenie. Gotowanie odbywa się podobnie jak w Polsce, o ile odbywa się w ogóle i nie jest to mrożonka. Dalej przyjmuję pomysły na kolejne dni :)
Dziś obudziłam się o 4:52 i nie mogłam zasnąć, więc napisałam zaległego posta i poczytałam książkę. Wciąż tkwię w "Mechanicznym Aniele", nie mam czasu czytać tutaj książek, mam zbyt wiele zajęć. Zrobiło się chłodno, do szkolnego autobusu doszłam w czapce, aby nie przeziębić zatok po raz kolejny, na szczęście pogoda była piękna. W szkole na lekcjach nie było nic ciekawego, za to lunch jest warty opisania. Razem z Mirabelle wyszłyśmy na zewnątrz, aby nacieszyć się ciepłem. Po południu było już 26 stopni, ale za kilka dni ma być tylko 10 i -1 w nocy. Wszystko przez zimny front, który będzie nas atakował przez parę dni, potem sobie pójdzie i wrócimy do 30 stopni.
Jednak nasz plan popsuły wszechobecne pszczoły, jedna usiadła na nodze Mirabelle, która z kolei wstała i zaczęła piszczeć i tupać nogą. Jako jedyna nie odeszłam od zmysłów, wzięłam pokrywkę od pojemnika z jedzeniem Mirabelle i strzepnęłam pszczołę z jej nogi, ponieważ sama bała się jej dotknąć :D Usiadłam przy stoliku, ale nawet nie zdążyłam wyjąć lunchu, kiedy nie wytrzymałam pszczół latających wokół mnie. Wstałam, wzięłam plecak i weszłam z powrotem do budynku. Tam znalazłam Jimin i Martę, we trójkę zjadłyśmy lunch wewnątrz.
Rozmawiałam z Martą o tenisie, Marta ma go na ostatniej lekcji oraz czasami przed i po szkole, ponieważ jest w szkolnej drużynie. Zapytałam ją, czy dalej mają zawody, a ona powiedziała mi, że sezon zaczyna się dopiero na wiosnę. Stwierdziłam, że gdybym wiedziała o drużynie przed rozpoczęciem roku szkolnego, to też bym się do niej zapisała, na co Marta odparła, że dalej mogę to zrobić. Jutro idę porozmawiać z trenerem i wszystko ustalić. Treningi odbywają się w poniedziałki po szkole i w czwartki rano, mam nadzieję, że wszystko się uda i że dołączę do drużyny. I że mnie z niej nie wyrzucą. Nie jestem wybitną tenisistką, grałam jedynie na podwórku, ale szło mi całkiem nieźle. Trzymajcie kciuki!
Po szkole poszłam pobiegać, korzystając z pięknej pogody. Kiedy wróciłam, zrobiłam kilka gwiazd przed domem, porozciągałam się i stwierdziłam, że spróbuję zrobić gwiazdę bez rąk, czyli salto machowe. Pierwsze trzy razy położyłam ręce na ziemi, ale czułam, że jestem o wiele bliżej wykonania tego ćwiczenia niż kiedykolwiek wcześniej, więc się postarałam i za czwartym razem zrobiłam najprawdziwszą na świecie gwiazdę bez rąk! Pierwszy raz w życiu mi się udało, więc pobiegłam do domu i powiedziałam o tym hostom, którzy byli pod wrażeniem. Moje ciało krzyczało "jeszcze raz, jeszcze raz!", uczucie lotu jest naprawdę fantastyczne! Nie obyło by się bez filmiku, host tato nagrał mnie przed domem:
Potem wzięłam prysznic, pokazałam hostom zawody akrobatyczne na moim kanale na YT, aby im wytłumaczyć, na czym polega akrobatyka. Tutaj "gymnastics" to ćwiczenia na drążkach, równoważniach i na planszy, zawsze pojedynczo, więc nie wiedzieli, o jakiej gimnastyce mówię. Kiedy opowiadałam im, że moja siostra została przeniesiona do wyższej grupy na akrobatyce, ponieważ zrobiła wielkie postępy, i że teraz jest górną w trójce żeńskiej, wpadłam na pomysł pokazania im filmiku. Byli pod wielkim wrażeniem.
Wieczorem upiekłyśmy z host mamą ciasto dyniowe dla jej koleżanki oraz ciasto z wzorem flagi amerykańskiej do szkoły z okazji "Veterans Day", czyli dnia tych, którzy służyli w wojsku, który jest jutro. Na razie siedzą w piekarniku, muszę wstać jutro rano i zrobić zdjęcia, zanim host mama pojedzie do pracy. Piekłyśmy według tradycyjnej amerykańskiej receptury, więcej na ten temat w pierwszych akapitach posta. A oto składniki:
Na koniec zdjęcia ubrań, które kupiłam w Abercrombie:
![]() |
| 1. Jeansy - baaaardzo wygodne! Pasek kupiony jeszcze w Polsce. |
![]() |
| 2. Spódnica - czekała na mnie ponad miesiąc, nie mogłam jej nie kupić, myślałam o niej cały czas. |
Subskrybuj:
Posty (Atom)







































































