wtorek, 23 grudnia 2014

Praca

Dzisiaj rano Jenn zabrała dzieci do centrum handlowego na spotkanie z Mikołajem. Stali w kolejce godzinę i 15 minut, aby zrobić najbardziej epickie zdjęcie wszech czasów. Colt ma na nim najsztuczniejszy uśmiech świata - złączył siekacze i wyszczerzył je na maksa. To chyba cecha wszystkich czterolatków, że nie potrafią normalnie się uśmiechnąć, moja siostra też tak robiła :) Za to Liam przestraszył się siedzenia na cudzych kolanach i ryczał głośniej niż karetka. Jak zobaczyłam to zdjęcie to padłam.

Rano Jeff spał, ponieważ pracował całą noc, w tym czasie ja zajęłam się fotomontażem i wykreowałam tło dla mojego nowego kanału na YouTube. Możecie zobaczyć je tutaj: https://www.youtube.com/channel/UC9QW7iBUc5KgyTo7NcehURg. Uwaga: kolory miały być: nasycony pastelowy niebieski, lekko przygranatowiony, oraz śliczny ciepły beżowy, na takie wyglądały na komputerze hostów. Za to na moim laptopie wyglądają na przyciemnione, poszarzałe, jakby wymieszane z błotem. Jak to wygląda na waszych komputerach?

W południe poszłam do pracy, dzisiaj zajmowałam się starszymi dziećmi w tej samej rodzinie, ponieważ dwójka młodszych była w przedszkolu. Chłopcy nazywają się Ben, 8 lat, oraz Ity (itaj), 7 lat. Na początku grali na Xboxie, a ja czytałam książkę, potem się pobili, następnie graliśmy przez pięć godzin w Monopoly, znowu się pobili, mama wróciła do domu z maluchami, wykąpałyśmy dzieci, znowu się pobili, a na samym końcu posprzątałyśmy trochę w domu. Chłopcy dużo się biją, ale są bardzo fajni i inteligentni. Ben negocjował w Monopoly jak zawodowiec, przeciągając grę o dwie godziny, jednak domyślacie się, kto i tak wygrał ;)

Zarobiłam 73$ głównie poprzez grę w Monopoly. Jestem w niebie.

niedziela, 21 grudnia 2014

Odwiedziny u starej host rodziny, pierniczki, impreza, Świąteczny Szlak Świateł

Rozleniwiłam się. Ostatnio nie chce mi się pisać, w ogóle nic mi się nie chce. Do tego nienawidzę, gdy mi się nudzi, więc nawet nie chce mi się nudzić. Chyba osiągnęłam szczyt lenistwa, wspinaczka trochę trwała, zwłaszcza w trakcie finals (nie żebym jakoś specjalnie zmęczyła się nauką), ale chyba pora zejść z powrotem na dół i pisać codziennie.

W czwartek wieczorem pojechaliśmy na imprezę przedszkolową host braci do "The Jumpy Place", gdzie było około sześć dmuchanych domków do skakania dla dzieci. Przyjechały wszystkie przedszkolanki oraz kilka rodzin z dziećmi. Teoretycznie skakać mogły tylko i wyłącznie dzieci poniżej 12 lat, ale wymyśliłyśmy z Jenn, że mogę pójść z Liamem i mu "pomagać", przecież to malutkie dziecko potrzebuje pomocy. Czasami naprawdę jej potrzebował, ale i tak udało mi się sporo poskakać. Szybko mi się to znudziło, dmuchane domki to nie to samo co trampolina i nie da się skakać salt, więc poszłam coś zjeść. Do wyboru były same fast foody, więc za wiele nie zjadłam, bo wszystko było niedobre za wyjątkiem czekoladowych ciastek. 

Poznałam Lily, opiekunkę najmłodszej przedszkolnej grupy, czyli dzieci od 6 tygodni do 1,5 roku. Studiuje teraz na uniwersytecie gdzieś niedaleko, chce zostać nauczycielką dzieci z problemami i dorabia sobie jako przedszkolanka. Była bardzo miła, dużo porozmawiałam z nią i z paroma innymi osobami, okazało się, że pochodzi z Californii. Spotkałam już trzy osoby z Californii, wszystkie zgodnie twierdzą, że "Texas sucks" - mówią, że jest tu nudno, nie ma gdzie pójść, pogodna jest okropna (z naciskiem na NUDNO). Podobno w Californii jest zupełnie inaczej. Muszę kiedyś tam wpaść i się przekonać.
w samochodzie

The Jumpy Place

najgrubsza osoba, jaką w życiu widziałam ubierała skarpety 1 ręką, bo nie dosięgała drugą

W piątek w sumie nic nie robiliśmy, upiekłam pierniczki i zapakowałam prezenty dla hostów:





Wczoraj rano Jenn zabrała dzieci i pojechali na zakupy, kiedy ja jeszcze spałam. A spałam długo, bo poprzedniej nocy czytałam do późna "Miasto Niebiańskiego Ognia". Nudziło mi się, więc poszłam na spacer. Przez półtorej godziny wędrowałam po osiedlu, odkrywając nowe drogi i ciekawe miejsca. Jednym z takich miejsc był "las wampirów". Doszłam na skraj osiedla, gdzie wąska betonowa ścieżka okrążała ogrody. Po lewej stronie miałam domy, po prawej dzicz, najprawdziwszą w świecie dzicz. Mnóstwo małych drzew (w Teksasie nie ma dużych drzew), część połamanych, część już bezlistnych, część zielonych, miejscami wysoka sucha trawa, gdzie indziej krótka trawa w kolorze soczystej zieleni. Strasznie mi się tam podobało. Pierwszy raz widziałam tutaj tak zieloną trawę. Na posesjach domów trawa jest wyblakła i wydaje się sztuczna. Jest przywożona w kwadratowych kawałkach i układana na posesji zanim dom zostanie oddany do zamieszkania, sama nigdy by nie urosła, klimat na to nie pozwala.

Wróciłam do domu równo z host mamą, zjadłyśmy lunch, który przywiozła ze sklepu, czyli zapiekane kanapki z serem i z kurczakiem. Potem nadszedł moment prawdy. Musiałam się spotkać z moją starą host rodziną. Historia jest krótka: dostałam w czwartek sms od Lynne, że przyszedł do mnie rachunek od lekarza, prawdopodobnie za szczepionkę na polio na początku roku szkolnego. Prosiła, żebym podała jej mój adres, a ona wyśle mi ten list. Tyle że jakoś nie pali mi się do podawania adresu tej szczególnej osobie, nawet Leah stwierdziła, że nie powinnam. Jenn zasugerowała, żebyśmy podjechali w weekend do ich domu, żebym mogła odebrać list. Nie byłam fanką tego rozwiązania, ale lepszego nie widziałam, więc stwierdziłam, że jakoś przecierpię to spotkanie. Odpisałam jej, czy moglibyśmy przyjechać w weekend. Ku mojemu zaskoczeniu nic mi nie odpisała! Skontaktowałam się w tym celu z Johnem przez facebooka. I wtedy pojawiło się o niebo lepsze rozwiązanie! John powiedział, że będzie w sobotę w domu Erin, jego starszej córki, aby udekorować dom na jej 30 urodziny. Wysłał mi adres i tam właśnie pojechaliśmy.

W domu był tylko John i Kaeleigh, spotkanie było wspaniałe, porozmawialiśmy dość długo i było bardzo miło. Dostałam list, dałam im prezent dla Erin, żeby jej przekazali - małą czekoladę Milkę. Każdy zasługuje na urodzinowy prezent :) Dom udekorowali cudownie, pod sufitem porozwieszali balony z brokatem, ściany ozdobili światełkami. Do tego owinęli samochód Erin papierem pakunkowym, zdradzili mi, że to w ramach zemsty za jakiś inny kawał, który ona wykręciła im na urodziny. Cieszę się, że mogłam się z nimi spotkać, było super.

Wieczorem pojechaliśmy wszyscy, z wyjątkiem Jeffa, który pracował w nocy, na świąteczny szlak świateł w naszym małym miasteczku. Nie będę się rozpisywać, ponieważ nakręciłam filmik. Dodam go już wkrótce. A w międzyczasie opublikowałam coś innego:






czwartek, 18 grudnia 2014

Odloty, odjazdy i końce

Wczoraj miałam testy z psychologii i z teatru. Testy zdajemy w kolejności od siódmego do pierwszego przedmiotu, więc w poniedziałek był sprawdzian z 7th period - tak się mówi na siódmą lekcję, we wtorek 6th & 5th period, w środę 4th & 3rd. Jak wspomniałam w poprzednim poście, powtórkę z teatru przejrzałam i przerobiłam kilka pytań, o kilka zapytałam się ludzi rano przed testem, jednak okazało się, że i oni nie byli w nastroju na naukę poprzedniego dnia. W jednym z komentarzy pod ostatnimi postami ktoś z was zostawił link do filmiku a propos finals, pozwolę sobie go udostępnić, bo doskonale oddaje moje odczucia odnośnie testów końcowych:


Na psychologię nie uczyłam się w ogóle, nawet nie przeczytałam powtórki do końca, bo mi się nie chciało. I całe szczęście, zmarnowałabym tylko czas! Pytania były trudne, jak zwykle zresztą, ale książka by mi za wiele nie pomogła. Na szczęście nie trzeba było znać definicji wszystkiego, liczyło się wykorzystanie wiedzy w praktyce. Duża część pytań opisywała jakąś sytuację i trzeba było samodzielnie wywnioskować odpowiedź. Pytań było sto, a jedno z nich brzmiało: Mrs. Wensmann is: a) the best, b) the most awesome, c) absolutely stupendous, d) all of the above. Podsumowując: każdy zdobył co najmniej jeden punkt na teście :)

Sprawdzian z teatru był w większości ABCD, tylko jedno pytanie było otwarte: trzeba było narysować scenę, podzielić ją na dziewięć części i je podpisać odpowiednio z kierunkami na scenie. Różnica między trudnymi lekcjami, np. psychologią, a łatwymi, np. teatrem, jest taka, że na teście z tego pierwszego wszystkie cztery odpowiedzi wydają się prawdopodobne, natomiast na łatwej lekcji nawet bez nauki można wywnioskować prawidłową odpowiedź. Przykład:

Na trudnym teście:
Numer na policję to:
a) 999
b) 998
c) 997
d) 911

Na łatwym teście:
Numer na policję to:
a) 98789752982795
b) JD88KC
c) 997
d) jabłko

I właśnie dlatego nieuczenie się na sprawdzian z teatru było dobrym wyborem - odpowiedzi były w większości przypadków oczywiste.

Po zakończeniu testów zostałam w szkole jeszcze na dwie godziny. Nauczycielka tańca pozwoliła mi skorzystać z naszej wielkiej sali z lustrami, więc mogłam poćwiczyć moje układy i zobaczyć się na żywo, a nie na ekranie aparatu, co pomogło mi niesamowicie. Piosenki miałam zgrane na aparat, więc podłączyłam go do wieży i miałam dźwięk jak na dyskotece. Po przećwiczeniu wszystkiego kilka razy zdecydowałam się nagrać mój świąteczny układ, wymyślony poprzedniego dnia. (Czuję się jak w Dance Moms: dwa dni próby i na konkurs YouTube.) Spotkała mnie przykra niespodzianka, otóż kiedy rozpoczynałam nagrywanie, aparat wyciszał muzykę i nie dało się tego zmienić w ustawieniach. Grrr... Myślałam, że wybuchnę, tak bardzo chciałam nagrać ten układ przed świętami! Ale nie mogłam się poddać. Poszłam do nauczycielki i zapytałam się, czy nie ma na telefonie piosenki "Let it go", niestety nie miała. Ale udało jej się wejść na YouTube! Podłączyła swój telefon do wieży i puściła mi muzykę, a ja mogłam się nagrać. Filmik opublikuję jutro na kanale "Zwariowani", punktualnie o 17:00 waszego czasu. Oglądałam go już chyba z 10 razy, tak mi się podoba, a piosenka siedzi mi w głowie i nie daje spokoju. Hostom się podobało, mam nadzieję, że wam też przypadnie do gustu.

W tym tygodniu po raz ostatni widziałam się z Ashley, moją szaloną koleżanką z tańców, oraz z Jimin z Korei. Ashley jeszcze przed świętami przeprowadza się z powrotem do Californii, za to Jimin kończy wymianę, ponieważ jej program jest inny niż wszystkich pozostałych wymieńców - przyleciała tu zeszłej zimy. Jej rok już minął, mój jest prawie w połowie, ale ten czas szybko leci! Z jednej strony chciałabym być w domu, zobaczyć wszystkich, zjeść pyszne polskie jedzenie: schabowego, kajzerkę, surówkę, biały ser, pączka, po czym wsiąść na rower i pojechać do kina. Za to z drugiej strony jak sobie pomyślę, że musiałabym znosić okropną pogodę i szkołę z piekła, to jestem na sto procent, absolutnie i definitywnie przekonana, że czerwiec to najlepsza pora na powrót do domu. Jeszcze tyle mam tu do odkrycia! A jak wrócę do domu i odwiedzę babcię, to natychmiast pobiegnę do jej ogrodu i zjem truskawki prosto z krzaka. W USA nie ma czegoś takiego, jak owoc sezonowy; w sklepie zawsze jest wszystko, niestety nie ma to smaku i czuć, że ta gigantyczna ledwo czerwona truskawka z olbrzymimi liśćmi z plastikowego opakowania o każdej porze roku smakuje tak samo nijako. Polska idzie w tym kierunku, ale mam nadzieję, że ludzie się opamiętają, zanim dojdzie do tego, że w sklepie będzie jedynie pseudochleb tostowy w plastikowych worach. Dostałam dziś komentarz na YouTube pod filmikiem z H-E-B: "A takie zwykłe bułki, np. kajzerki, to są?" Odpisałam, że nie ma. Szybko otrzymałam kolejny komentarz: "To co oni jedzą?!" Dobre pytanie. ZDROWY MIĘCIUTKI PSZENNY CHLEBUŚ, KTÓREGO SKŁAD JEST DŁUŻSZY NIŻ PŁYNU DO KIBLA. Smacznego.

mój nowy sweterek z niedzielnych zakupów

ja i Ashley - pożegnalne zdjęcia z taneczną choinką (nawet jest na niej jazzówka)


lustro nie jest brudne, tylko spryskane sztucznym śniegiem :)


nie ma to jak robić zdjęcie w skoku samej sobie

Jimin i Ashley


skok szpagatowy bez uprzedniego rozciągania = zostanę memem

z nauczycielką tańca
Dziś miałam testy z algebry i historii, poszły mi dobrze, nic ciekawego się nie działo. Wręczyłam nauczycielowi od historii prezent świąteczny (i nie były to czekoladki wypchane czosnkiem i chilli z octem, jak to planowałam kiedyś z przyjaciółką, kiedy nienawidziłyśmy nauczyciela historii w gimnazjum), ale płyta CD Rafała Blechacza z koncertem Chopinowskim. Mój nauczyciel był wniebowzięty, uwielbia Chopina, pewnie będzie słuchał tej płyty całe święta :)

A na koniec: HURRA, KONIEC SZKOŁY!

Po co się uczyć, lepiej tańczyć!

We wtorek plan lekcji prezentował się następująco: 8:50-10:30 - egzamin z tańca, 10:35-12:15 - egzamin z Anatomii. Ktoś bardzo inteligentny wymyślił, że autobusy odjadą dopiero o 12:45, żeby dać nam czas na zjedzenie lunchu. Genialny pomysł, przecież wszyscy wolimy jeść zimne jedzenie z plastikowych pojemników plastikowymi sztućcami w stołówce zapchanej 2500 uczniami niż pojechać do domu i odgrzać sobie jedzenie na cywilizowanym talerzu. Ech, no cóż, plus jest taki, że można się spotkać ze znajomymi :)

Przed rozpoczęciem egzaminów wpadłam do biblioteki, aby wypożyczyć coś, jak to określiła Hermiona: "lekkiego do czytania". Oto moje zdobycze:

Zmierzch,  Mechaniczny książę, Mechaniczna księżniczka, Miasto Niebiańskiego Ognia


Na teście z tańców poszło mi świetnie, pierwsza część była taneczna - tańczyliśmy świąteczny układ, druga teoretyczna - musieliśmy dopasować definicje do pojęć w balecie oraz rozpoznać pozycje nóg i rąk w balecie demonstrowane przez nauczycielkę. Łatwizna, zwłaszcza dla kogoś, kto nakręcił o tym odcinki na YouTube.

Na anatomii poszło mi szokująco doskonale, ale to dzięki temu, że cały poniedziałek pracowałam nad powtórką. Sprawdzian wyglądał prawie tak samo, jak powtórka, niektóre pytania były identyczne jak na poprzednich testach. Trzeba było odpowiedzieć na 100 pytań wielokrotnego wyboru zamalowując kółeczka na karcie odpowiedzi. Większość testów końcowych tak wygląda.

Po powrocie do domu porozmawiałam z przyjaciółką z polski, w weekendy ostatnio nie mam czasu, więc postanowiłam do niej zaskypować z okazji kończenia szkoły o cywilizowanej godzinie. Potem zrobiłam cudowne polskie pierniczki świąteczne, a raczej ciasto na pierniczki, ponieważ musiałam je odstawić do lodówki na trzy dni. Czuję się zintegrowana z Polską, ponieważ moja mama, ciocia i babcia pewnie też, upiekły te same pierniczki :)

Nie miałam nic do roboty, więc poszłam na strych, aby potańczyć. Wpadłam na pomysł, aby wymyślić specjalny układ z okazji świąt i tak też zrobiłam, dalej o tym w następnym poście. Im więcej tańczę, tym bardziej kocham taniec, żałuję, że w Polsce nie ma takich szkół tanecznych jak tutaj. Fajnie by było, gdyby Abby Lee otworzyła filię w Rzeszowie :) Strasznie się cieszę, że mamy duży strych, który tak naprawdę wygląda jak zwykły pokój i może być pokojem, tyle że stoją tam pudła. Pod wykładziną jest specjalna pianka, dzięki temu jest bardzo miękko i nie mam siniaków na kolanach.

We wtorek nic się nie uczyłam, ponieważ stwierdziłam, że lepiej potańczyć. Czekał mnie egzamin z psychologii oraz z teatru, nauczyciele obu tych przedmiotów wręczyli nam powtórki. Z teatru dostałam listę pytań na jedną stronę A4, przeglądnęłam je i co nieco sobie przypomniałam, ale nie odpowiadałam na te trudniejsze, stwierdziłam, że rano zapytam się kogoś w szkole. Powtórka z psychologii była porażająco ogólną dziesięciostronową listą zagadnień, które powinniśmy znać, więc uznałam, że nie opłaca mi się uczyć, bo musiałabym przeczytać cały podręcznik kilkakrotnie, co by mi zajęło tydzień, gdybym poświęciła na to cały wolny czas, a i tak wątpiłam, żeby mi to wiele pomogło. Wpadłam na genialne rozwiązanie: iść spać.

wtorek, 16 grudnia 2014

Finals

W tym tygodniu zdajemy testy końcowe, czyli tak zwane finals. Dziś mieliśmy test z angielskiego, który był łatwy i nie trzeba się było na niego uczyć, ponieważ mieliśmy jedynie przeczytać nowy tekst, odpowiedzieć na pytania odnośnie tego co przeczytaliśmy, oraz napisać wypracowanie na dany temat. Wszystkie teksty, które omawialiśmy w tym roku, nie były ważne, liczyła się umiejętność pisania oraz czytania ze zrozumieniem. Do tego nauczyciel w piątek podyktował nam notatki (pierwszy raz od początku roku szkolnego), zdradzając trudne słowa na teście, żebyśmy sobie poradzili. Aby nas zmotywować do pisania powiedział, że jeśli oddamy dzisiaj pełne notatki, to dostaniemy dodatkowe punkty na sprawdzianie. Oczywiście skorzystałam z okazji, za każdym razem korzystam. Dodatkowych punktów nigdy za wiele!

Po powrocie ze szkoły spędziłam czas na rozmawianiu z hostami i pracowaniu nad powtórką z anatomii. (Jutro mam testy z anatomii i z tańca.) Wszyscy nauczyciele dają nam powtórki, które możemy przerobić, jest na nich wszystko to, co może się pojawić na sprawdzianie, nigdy nie ma niespodzianek. Siedziałam kilka godzin odpowiadając na pytania z kserówki, w końcu skończyłam, hurra! Jutro oddam moją powtórkę i dostanę za to dodatkowe punkty. Uwielbiam to, że można w ten sposób zarobić trochę procentów na sprawdzianie. Aby zdać jakikolwiek przedmiot, trzeba mieć średnią 70%, 70-79% to ocena C, 80-81 to B, 90-100 to A. Jak na razie mam same A, ale nie wiem jak sytuacja będzie się prezentować po finals. Anatomia pewnie pójdzie mi dobrze, bo zrobiłam powtórkę, do tego mnie to interesuje. Jednak już mnie głowa boli od tej nauki, idę wziąć prysznic i wracam do Clary i Jace'a, przeżywając ich przygody z "Miasta niebiańskiego ognia". Keep calm and be a Shadowhunter.






poniedziałek, 15 grudnia 2014

Wycieczka wymieńcowa do outletów

Dzisiaj rano pojechaliśmy na zakupy spożywcze do H-E-B, kupiliśmy zapas jedzenia na cały tydzień, jak zwykle, oraz składniki na pierniczki. Wiedząc, że lubię piec, Jenn zapytała mnie, czy nie zechciałabym upiec pierniczków na święta. Zgodziłam się natychmiast, ja już pokażę Amerykanom, czym jest prawdziwy pierniczek! Zapytałam mamę o nasz tradycyjny przepis, zrobię chyba połowę, albo i jedną trzecią, bo z przepisu wychodzi 3 kg ciastek i to ja jestem głównym pożeraczem słodyczy w tym domu, więc pierniczki zamieniłyby się w tłusz i musiałabym zainwestować w nowe ciuchy w większym rozmiarze, a tego wolałabym uniknąć. We wtorek planuję wyrobić masę, która następnie ma stać w lodówce przez trzy dni (jak ja nienawidzę przepisów, w których trzeba czekać!!!), w piątek mam wolne od szkoły, więc będę piec.

W drodze do domu kupiliśmy lunch w Panda Espress, czyli tym chińskim fast-foodzie, który uwielbiam. Zamówiłam to samo co kiedyś, czyli miskę smażonego ryżu i makaronu z orzechami włoskimi w miodzie i krewetkami w słodkim sosie. Pycha, ale porcja ogromna. Pochłonęłam całą, żeby nie zgłodnieć do wieczora, ponieważ wybierałam się na zakupy. Wstąpiliśmy także do Dunkin Donuts, fast-foodu słynącego z donutów, zamówiliśmy... tam tara dam... donuty. 6 krążków polanych cukrem, jeszcze nie próbowałam, ale podobno są przepyszne. Nie miałam już miejsca w żołądku, zjem jednego jutro na śniadanie. Wbrew pozorom w menu Dunkin Donuts oprócz pączków znalazły się także burgery i frytki.

Potem Jeff i Colt podrzucili mnie do Cindy, spotkałam się tam także z Susi i Sophie. Sophie jest wymieńcem z Niemiec, wcześniej się za bardzo nie znałyśmy, ale ostatnio zaczęła jeść z nami lunch, bo odkryła, że mamy go w tym samym czasie. Poprzednio jadła z jakimiś dziewczynami, które tylko siedziały na telefonach, więc cieszę się, że teraz jemy razem. Jest bardzo fajna i nasze wspaniałe międzynarodowe grono powiększyło się o kolejną osobę.

Host mama Cindy zawiozła nas do outletowego centrum handlowego w San Marcos, które jest przeogromne i znajduje się na zewnątrz, podobnie jak galeria, o której pisałam w zeszły weekend. W pięć godzin obeszłyśmy siedem sklepów, obkupiłam się w Victoria's Secret, Aeropostale, American Eagle i Bath&Body Works, pozostałe trzy sklepy to Forever 21, który uwielbia tu strasznie dużo osób, ale mi nie podobają się ich ciuchy, Icing, oraz jakiś mały sklep ze świeczkami. Pozostałe kilkadziesiąt sklepów odkryjemy kiedy indziej, jest tego cała masa. Gdziekolwiek się nie wejdzie, tam są super ciuchy i gadżety. Razem z Susi kupiłyśmy takie same czarne jeansy w Aeropostale, mamy także podobne swetry, więc któregoś dnia ubierzemy się do szkoły jak bliźniaczki. Kiedy był sezon futbolu i mieliśmy Spirit Days w każdy piątek, jednym z tych dni był dzień bliźniaków, niestety nie znałam wtedy nikogo zbyt dobrze, więc się nie przebrałam.

Poza spodniami kupiłam kolejną bluzę i sweter, mimo że mam ich już pokaźną kolekcję, ale wiem, że jak wrócę do Polski i będę próbowała coś kupić, to nic w naszych szmateksach nie znajdę. Wszystko czarne, białe, szare, brązowe i ciemne, nic na mnie nie leży, jakość nie powala, nigdy nic nie mogę znaleźć i generalnie doprowadzam współzakupowiczów do szału. Tutaj jest inaczej, wszystko mi się podoba, więc kupuję masę ciuchów, mam już zapas na parę ładnych lat! No, może bez przesady, ale na pewno będę wracać na zakupy do USA raz na jakiś czas, może w Black Friday :)

Outlety ciągną się we wszystkie strony świata, ciężko to sobie wyobrazić.
Ja i Susi mierzymy kapelusze w Icing.
Obkupione i zadowolone :) (tak, noszę szorty w grudniu i dalej mi gorąco!)


niedziela, 14 grudnia 2014

PACZKA!!! Najlepszy dzień w życiu!!!

Ostatnio nic nie napisałam, nie miałam czasu. W czwartek na treningu tenisa przez całe dwie godziny grałam z trenerką. Uczyła mnie wszystkiego od podstaw, ponieważ nigdy nie chodziłam na zajęcia z tenisa i nie znam się na technice. Odbijać potrafię, ale przecież w grze nie chodzi tylko o trafianie w piłkę. Trenerka powiedziała mi, że bardzo szybko robię postępy, świetna robota i że pod koniec sezonu będę profesjonalistką. Czasami sobie myślę, że niepotrzebnie zapisałam się na tenisa, bo muszę zostawać po szkole, a w domu jestem o wpół do siódmej i nie mam na nic czasu, ale jak zaczynam grać, to czuję, że dobrze wybrałam. Bardzo lubię tenisa, poznałam fajne koleżanki, a w domu tylko zmarnowałabym czas przed komputerem.


W piątek po szkole pojechaliśmy do restauracji meksykańskiej - sieciówki"Chipotle", która trochę przypominała te restauracje, gdzie bierze się talerz, nakłada się co się chce i płaci się za wagę jedzenia. Tutaj wybierało się jedno z kilku dań, które składały się z tych samych składników, tyle że w innych proporcjach lub postaciach. Wybrałam sałatkę, nałożyli mi sałaty do talerza, a następnie mogłam wybrać dowolne dodatki, cena ta sama. Do wyboru było kilka rodzajów mięsa, wybrałam kurczaka, bo dobrze wyglądał, różne warzywa: pomidory, kukurydza, papryka, kilka sosów, guacamoli, różne rodzaje ryżu, fasoli i ser. Innym daniem było bowl, gdzie bazą był ryż, ale także wybierało się dodatki, trzecią opcją były tacos, czyli tortille do których tradycyjnie wybierało się dodatki, oraz burrito - jedna wielka tortilla, zasady te same. Byłam tam już drugi raz, mają nawet dobre jedzenie, oto moja porcja (zjadłam pół, taka była wielka, drugie pół zostawiłam na śniadanie):


Piątek zostanie zapisany w historii wymiany jako najlepszy dzień do tej pory ze wszystkich 294. Doszła do mnie paczka z Polski! A w niej mnóstwo przepysznych słodyczy, powinni je dodać do listy cudów świata, amerykańskie plastikowo-syropoglukozowe przetworzone słodkie pseudojedzenie nie umywa się z polskimi specjałami. Kinder czekolada, ptasie mleczko, kasztanki, MILKA!!! Ludzie, jeśli jedziecie na wymianę, zabierzcie spory zapas słodyczy, bo tu nic dobrego nie znajdziecie. Do tego przyszły prezenty dla hostów i kilka niespodzianek dla mnie: kisiel i budyń (uwierzcie, że tu tego nie ma), szprotki i opłatek do zademonstrowania tradycji łamania się opłatkiem w Wigilię, a także płyta CD Rafała Blechacza dla nauczyciela historii, który uwielbia Chopina. Podzieliłam się z hostami Michałkami, tłumacząc im, że taki rodzaj słodyczy (tu nie ma czegoś takiego jak cukierek, a przynajmniej nie ma to nazwy i się z niczym takim nie spotkałam) wiesza się u nas na choince. Byli zachwyceni cukierkami, zarówno smakiem jak i postacią, nie spodziewali się, że to będzie czekoladka, myśleli że to jakaś landrynka. Zostawiliśmy dwa, żeby powiesić je na choince, host mamie spodobała się polska tradycja.



Moja paczka doszła w czwartek do Polski, Maja już przymierzyła sukienkę i tradycyjną amerykańską piżamę ze stopami, niestety piżama jest za mała, mimo że kupiłam ją w rozmiarze "7 lat", grrr... za to sukienka idealna, mimo że jest na "10 lat". Rada dla wszystkich, którzy planują kupować ubrania dziecięce: kupujcie trzy rozmiary za duże.

Jednym z prezentów był domek z piernika do dekoracji, podobny do tego, który wam kiedyś pokazywałam. Już został udekorowany :) Za to rodzice są trochę zawiedzeni słodyczami, popierają moją opinię, że wszystko jest plastikowe i słodkie, ale nie jest dobre, równie dobrze można by jeść cukier. Nie dotyczy to wszystkiego, ale dużej części słodyczy.

Dzisiaj rano pojechaliśmy do galerii handlowej i do sklepu z książkami, aby kupić prezenty dla rodziny na święta. Hości kupili dużo rzeczy, ja nic nie kupiłam, nawet kasy nie zabrałam, bo jutro jadę z koleżankami na zakupy do outletów, gdzie mają super przeceny i świetny asortyment, przynajmniej według opinii, które słyszałam, sama nigdy tam nie byłam. Pewnie i tak nie kupię zbyt wielu rzeczy, bo mam już prezenty, część kupiłam tu, a większość przyszła w paczce z Polski.

Kiedy wróciliśmy, porozmawiałam z rodziną na skype, mama dała mi przepis na pierniczki, mamy w planach ich upieczenie w przyszłym tygodniu. Potem pograliśmy w karty w wojnę z Coltem i z Jeffem, Colt przegrał prawie od razu, za to z Jeffem graliśmy chyba z godzinę. Potem hości musieli jechać na imprezę w szkole Jenn, więc nie dokończyliśmy gry, za to policzyliśmy ile mamy kart i wyszło na to, że zremisowaliśmy!

Zostałam w domu z Coltem i Liamem, Liam szybko poszedł spać, po czym pobawiłam się z Coltem klockami, a teraz pozwoliłam mu obejrzeć bajkę na dobranoc i piszę bloga. Pora położyć go spać, więc muszę już iść. Postaram się jutro coś napisać, jeśli znajdę choć trochę czasu.

czwartek, 11 grudnia 2014

Odpowiedzi na Wasze pytania

Wczoraj znowu zajmowałam się dziećmi, wróciłam do domu po ósmej i jeszcze musiałam się nauczyć na sprawdzian z psychologii. Poza tym nic nie robiłam, więc nie mam o czym pisać, za to odpowiem na wasze pytania, które są interesujące i moim zdaniem zaciekawią wiele osób:

W jakim wieku są te dzieci i jak sie nazywają ?
Rodzina, której dziećmi się opiekuję, ma czworo dzieci, ale zostaję tylko z dwójką najmłodszych, Sophie 1,5 roku i Ozzie 3 latka. W tym czasie mama zabiera dwójkę starszych chłopców na jakieś zajęcia, np. karate. Kiedy wczoraj wrócili do domu, odrobiłam zadanie z Benem (9 lat), drugi brat ma 7 lat i nazywa się Ithai, ale nie wiem, czy dobrze napisałam jego imię.
  1. Jak dostałaś tą pracę?

    Weszłam na grupę mojego osiedla na Facebooku i napisałam ogłoszenie, że chciałabym się zajmować dziećmi. Chętni sami się znaleźli.
  2. Nigdy nie marzylo ci sie byc chilliderka ? Twoje akrobacje by sie ideanie udaly i duzo dziweczyn zawsze chce byc . Nie chcesz dolaczyc do szkolnej druzyny?


    Po pierwsze, ludzie, weźcie przeczytajcie swoje pytanie trzy razy na głos, zanim je wyślecie. Sami oceńcie poziom ortograficzno-stylistyczno-interpunkcyjny tego zdania. Brak polskich znaków jeszcze mogę wybaczyć, jeśli ktoś ich nie posiada na swoim urządzeniu, ale budowa tego zdania mnie załamuje. Ale do rzeczy: Cheerleaderki są przereklamowane, wcale nie robią akrobacji, wymachują rękami i rytmicznie wykrzykują litery, po czym trzy podnoszą jedną, która macha pomponami. Nic ciekawego. I wcale nie są popularne, jak się wielu wydaje.
  3. Cześć Marysiu! mam taką wielką prośbę: czy mogłabyś opisać twoją ,,przygodę" z językiem angielskim, bo ja bardzo chciałabym pojechać na taką wymianę, ale jestem raczej kiepska z angielskiego i nie wiem co zrobić :-( to dla mnie bardzo ważne!
    Zrobię o tym filmik, bo dużo by tu pisać. Tak naprawdę nauczyłam się angielskiego poprzez oglądanie filmów i seriali w tym języku (bez napisów) przez parę lat.
  4. Masz już 206 subskrypcji!
    Filmik odblokowany: https://www.youtube.com/watch?v=TFPA-0y0Lrc
  5. O biedne te amerykańskie dzieci, happy meal na śniadanie... a oni się nie martwią o swoje dzieci, że będą grube?
    mają w ogóle taką świadomość, że od takiego jedzenia się tyje?

    Reklamy wyprały im mózgi. Amerykanin myśli tak: "Moje dziecko żywi się zdrową pełnoziarnistą bułeczką, między którą włożono zdrowe i pełne witamin warzywka oraz mięsko zawierające bezcenne dla rozwoju białko. Frytki to przecież ziemniaki, czyli zdrowe, a jabłko ma mnóstwo wartości odżywczych!"
  6. A jeśli chodzi o tycie, to powiem z doświadczenia, że w Polsce tyłam od słodyczy. Tutaj tyję od normalnego jedzenia, prawie nie jem nic słodkiego, bo wszystko jest niedobre. Lody, wypieki, cukierki... fuuu!!! Za to jedzenie zalane jest serem, smażone, przetworzone, porcje jak dla dinozaura. Nie każdy tak je, jest całe mnóstwo chudych ludzi, niestety pokaźna część zalewa świat tłuszczem.

środa, 10 grudnia 2014

Trening tenisa i babysitting

Po szkole odbył się kolejny trening tenisa. Tym razem szło mi o wiele lepiej, głównie dlatego, że nie miałam zamarzniętych rąk i czułam rakietę w dłoni. Pogoda znów jest cudowna, grałam w krótkim rękawku i było mi gorąco. Dopiero pod koniec, kiedy zbliżał się zachód słońca, założyłam bluzę. Kiedy o szóstej skończył się trening, na horyzoncie była jeszcze pomarańczowa łuna, choć po przeciwnej stronie niebo było granatowe. Obecnie słońce wschodzi o 7:15 a zachodzi o 17:30, od dzisiaj popołudnia będą dłuższe, za to poranki będą się skracać jeszcze do 10 stycznia.

Trening wygląda następująco: trenerka dzieli drużynę (ok. 20 osób) na kilka grup. Mamy do dyspozycji 8 kortów, każda grupa idzie na swój kort i ma tam jakieś zadanie. Na początku byłam w dwuosobowej grupie, poszłam z koleżanką na kort, gdzie znajdowała się maszyna wyrzucająca piłki. Jedna z nas wrzucała piłki do maszyny, druga odbijała wyrzucone piłki, potem się zmieniłyśmy. Uwielbiam tą maszynę, kiedyś sobie taką kupię!

Potem poszłam na drugi kort razem z trzema koleżankami. Dwie z nas stały po jednej stronie i serwowały, pozostałe odbijały serwy i tak aż skończyły nam się piłki, potem się pozbierałyśmy piłki i zmieniłyśmy strony.

Następnie jedna z dwóch trenerek wzięła sześć osób na kort, w tym mnie, stałyśmy w czymś w rodzaju sześciokątu: dwie osoby po każdej stronie boiska i dwie po bokach siatki. Stałyśmy bardzo blisko siatki, aby ćwiczyć volley. Piłka nie powinna spadać na ziemię, przypominało to nieudolnego badmintona. Po czterech podanych przez trenerkę piłkach zmieniałyśmy się o jedno miejsce w prawo.

W kolejnym ćwiczeniu używałyśmy "frytek", czyli gumowych pasków w żółtym kolorze, które kładło się na boisku. Trenerka wzięła mnie i sześć innych dziewczyn na kort, cztery z nas stały za swoją frytką, trzy poza boiskiem. Trenerka wybijała piłkę do jednej z nas, po czym miałyśmy nią grać aż do zdobycia punktu. Przegrana strona schodziła z boiska, a na zwolnione miejsca wchodziły dwie inne osoby.

Na koniec graliśmy w obiegusa na dwóch kortach, po pół drużyny na każdym. Odbijaliśmy jedną piłkę i musieliśmy szybko biec na drugą stronę boiska, aby stanąć w kolejce i odbić kolejną piłkę. Kto "zepsuł" dwa uderzenia, ten schodził z boiska. Zeszłam jako czwarta, więc całkiem nieźle! Trening bardzo mi się podobał, dużo się nauczyłam, moja gra na pewno się poprawi podczas pobytu w USA przy tak fantastycznych treningach.

Wieczorem krótko pogadałam z mamą na skype, podała mi numer paczki, którą do mnie wysłała, jest już w USA, dziś zarejestrowali ją w Nowym Jorku! Już nie mogę się doczekać, cierpliwość wyżera moje wnętrzności... Odrobiłam zadanie z angielskiego, gdzie miałam poszukać informacji na wybrany temat z listy (wybrałam globalne ocieplenie) i wypowiedzieć się, którą stronę popieram i dlaczego. Wszystkie tematy były kontrowersyjne, to znaczy oficjalna wersja niekoniecznie musi być prawdziwa. Na liście pojawiło się między innymi lądowanie na księżycu, podobno niektórzy sądzą, że to ściema, oraz 11 września (WTC), niektórzy sądzą, że to Amerykanie to zaplanowali. Jeśli was to ciekawi, wpiszcie w Google te wydarzenia i poczytajcie. Jeśli chodzi o globalne ocieplenie, to mój pogląd zgadza się w 100% z filmikiem poniżej:


Po odrobieniu zadania poszłam szybko spać, bo byłam padnięta, nie chciało mi się już pisać posta. Mimo tego dziś byłam zmęczona, więc zaraz po napisaniu bloga idę wziąć prysznic i spać. Po lekcjach zostałam w klubie szachowym, tym razem wygrałam obie gry. Mój przeciwnik nie zawsze podejmował przemyślane decyzje, dużo ruchów wykonywał bez sensu. Do tej pory nauczyłam się, nie nie można robić nic bez sensu, nawet jeśli nie ma się pomysłu na atak, oraz że nigdy nie można bić czyichś figur na zasadzie "nudzi mi się, więc zbiję ci gońca, wystawiając się na atak twojego piona, w sumie każdy z nas straci po jednej figurze, więc wyjdziemy na zero". Każdy pion może się kiedyś przydać!

Po powrocie do domu szybko zjadłam obiad, a następnie poszłam do pracy - babysitting - opiekować się dzieciakami. Obecna opiekunka przedstawiła mi dzieci, pokazała dom, opowiedziała co mam robić, gdzie co jest, itp. Jest w 8 klasie i także jest tancerką! Potem do domu przyjechała mama, przywożąc paszę z McDonalda, w USA Happy Meal jest chyba najpopularniejszym posiłkiem dla dzieci wśród ogółu społeczeństwa, tak wynika z moich obserwacji. Mama jest przemiłą osobą, jej dzieci są cudowne, jutro idę tam na trzy godziny. Nareszcie mam pracę, ale się cieszę! Aż mi się przypomniał cytat Wujka Sknerusa: "Dolary, talary! Dolary, funty! Dolary, korony! Dolary, talary..."

Tak zimowo i świątecznie :)

Przypominam o subskrybcji mojego nowego kanału na YouTube: https://www.youtube.com/channel/UC9QW7iBUc5KgyTo7NcehURg, brakuje jeszcze 27 osób do odblokowania nowego filmiku! Tematyka świąteczna ;)