poniedziałek, 12 stycznia 2015

Dzień z Susi i Sophie

Przeciętna, szara i nudna sobota stała się ciekawym i pełnym wrażeń dniem, gdy podczas śniadania Jenn oznajmiła, że zamierza pojechać na zakupy, co prawda jeszcze nie wie gdzie, ale na pewno do kilku sklepów. Zaproponowała, żebyśmy zabrały kogoś ze sobą; jedną lub dwie z moich koleżanek. Natychmiast napisałam w naszej grupowej konwersacji na facebooku, że mamy dwa wolne miejsca w samochodzie, kto się pierwszy zgłosi, tego zabieramy. Dostałam odpowiedź od Sophie i od Susi. Napisałam im, że muszą się szybko zebrać, bo przyjedziemy po nie około 10:30, czyli za pół godziny. Strzelałam z tą godziną, nie miałam zielonego pojęcia, kiedy wyjedziemy z domu, Jenn powiedziała, że "soon". Amerykanie posiadają wnerwiającą mnie cechę: na pytanie "kiedy?" odpowiadają "soon"/"after lunch"/"after I change my clotches". Nigdy nie określą konkretnej godziny czy czasu i z doświadczenia wiem, że w rzeczywistości nigdy nie jest to "soon"/"after lunch"/"after I change my clotches". Lista wydłuża się do kilkunastu zadań.

Skończyło się na tym, że wyjechałyśmy do domu o 11:30 (oj tam oj tam, godzinka wte czy wewte), męską część rodziny zostawiłyśmy na straży domostwa. Po drodze zatankowałyśmy i wstąpiłyśmy do Starbucksa (caramel frappucino of course), utknęłyśmy w korku przy kościele katolickim, ponieważ po mszach policja steruje ruchem i blokuje ulicę, aby ludzie z kościoła mogli wyjechać z parkingu, czego większość osób nie popiera, ale nic na to nie poradzimy. Koleżanki odebrałyśmy lekko po 12:00. Baaaardzo "soon". Tak po amerykańsku.

Na początku pojechałyśmy do Pier 1, czyli sklepu z dekoracjami i wyposażeniem do domu. Jenn polowała na bombki choinkowe w przecenie, niestety wszystko się już sprzedało. Sklep był mały, jednak znalazłam kilka interesujących rzeczy, między innymi wiszący na stojaku fotel ogrodowy, który pokazała mi Jenn i powiedziała, że planuje kupić coś w tym stylu  i postawić na werandzie. Kiedy wypróbowałam ten fotel, natychmiast poparłam jej pomysł. Cudownie czytałoby się książki siedząc w czymś takim:


Lunch postanowiłyśmy zjeść w Chipotle, czyli zdrowej fastfoodowni, do której jeździmy dość często, gdzie serwują meksykańskie jedzenie. Hości wytłumaczyli mi różnicę pomiędzy kuchnią meksykańską w różnych regionach USA. W Teksasie popularna jest odmiana "Tex-Mex", czyli żarcie zawalone serem, tłuszczem, które jest smaczne, ale za to ciężkie i potwornie kaloryczne. Za to w Kalifornii króluje "Mexi-Cali" - te same potrawy, za to bez faszerowania wszystkiego tłuszczem, z mniejszą ilością sera, a głównym składnikiem są warzywa. Takie jedzenie jest lżejsze i oczywiście mniej kaloryczne. Sieć "Chipotle" pochodzi właśnie z Kalifornii i bardzo lubię tam jeść. Host mama powiedziała, że koniecznie musimy tam zabrać Susi i Sophie po tym, co jej naopowiadałam o ich rodzinach; u Susi jedzą bardzo mało warzyw, a wszystkie są z mrożonek, więc kiedy zamawia gdzieś jedzenie, je prawie same warzywa, za to Sophie jest wegetarianką a w jej rodzinie także nie odżywiają się zbyt zdrowo. Do tego obie dziewczyny rzadko jedzą poza domem. Jenn uznała, że Chipotle będzie dla nich fantastycznym miejscem i miała rację, jedzenie bardzo im posmakowało.






Z Jenn gadało nam się jak z koleżanką z klasy. Rozmawiałyśmy na wszystkie możliwe tematy, od torebek Louis Vuitton do różnych rodzajów traktowania psów. Tym sposobem spędziłyśmy na jedzeniu ponad godzinę. Następnie udałyśmy się do Hobby Lobby, już od kilku tygodni miałyśmy zamiar odwiedzić ten sklep, jednak za każdym razem, kiedy sobie o tym przypominałyśmy, była niedziela, a właściciele Hobby Lobby są katolikami i nie otwierają swoich sklepów w tym dniu. Przed wyjazdem z domu pobrałam na aparat kupon ze zniżką 40% na dowolny produkt w normalnej cenie, co tydzień dostaję taki na maila. Na Boże Narodzenie host dziadkowie dali mi kartę podarunkową do Hobby Lobby za 20$, więc musiałam w końcu zrobić z niej użytek. Kupiłam sobie myszkę do komputera udekorowaną niebieskimi kryształkami oraz podkładkę pod nią, która jest jednocześnie notesem.

Później wróciłyśmy do mnie do domu. Pograłyśmy z Susi i Sophie w Piratów i mimo że gra była po polsku, to bardzo im się spodobała. Nie miałyśmy szansy dokończyć rozgrywki, ponieważ Liam obudził się z popołudniowej drzemki i nadszedł czas na kolejne zakupy. Z całą host rodziną załadowaliśmy się do samochodu i pojechaliśmy do galerii handlowej. Hości umówili się na wizytę w sklepie Apple na 17:00, aby naprawić iPad, za to my po prostu chodziłyśmy po sklepach. Trochę się wynudziłam, ponieważ moje koleżanki mają zupełnie inny styl niż ja i chciały iść do sklepów, za którymi nie przepadam, ale że nie potrzebowałam niczego konkretnego, to równie dobrze mogłam im towarzyszyć i rozbrajać komentarzami ubrań w Forever 21, który moim zdaniem jest najgorszym sklepem w USA. Przypomina mi sklepy w Polsce, gdzie wszystko było szare, czarne, białe lub/i brzydkie, czuję się tam jak w szmateksie, tyle że muszę wdychać charakterystycznego dla używanej odzieży smrodu. Podoba mi się tam tylko jeden dział, a mianowicie piżamy, jedną nawet sobie kupiłam: czarne legginsy z wzorkiem Hello Kitty i milutka ciepła bluza z twarzą kotka. (Przechodzę na stronę Szatana!)

Na koniec wstąpiłyśmy do Popcornopolis i zdegustowałyśmy wszystkie smaki popcornu. Kupiłyśmy na spółkę festynowe jabłko, które jest odpowiednikiem polskiego chleba ze smalcem na tutejszych miejskich imprezach - zawsze jest ktoś, kto je sprzedaje, a biznes dobrze mu idzie. Nasze jabłko było oblane karmelem i czekoladą oraz posypane migdałami i płatkami kokosowymi. Wyglądało tak:

po pokrojeniu

przed pokrojeniem 
inne jabłko

jeszcze inne jabłko
Następnie wróciliśmy do mnie do domu i chciałyśmy dokończyć grę w Piratów, ale plan nie wypalił, ponieważ się rozgadałyśmy. Zaczęło się od tego...


... kontynuowało tak...

... a skończyło na kręceniu filmiku na YouTube o naszych językach. Wyszedł genialnie, uśmiałyśmy się po pachy, jestem pewna, że wam się spodoba. Nie będę zdradzać szczegółów, za kilka dni przekonacie się na własne oczy, cóż takiego stworzyłyśmy. Chwilę przed 22:00 przyjechał host tato Susi i zabrał dziewczyny do domu. Kolejny fantastyczny dzień za mną!

sobota, 10 stycznia 2015

Komentarzowe dyskusje

Dziś rano dostałam SMS z prośbą o babysitting po szkole, więc do 19:00 zajmowałam się dziećmi. Właśnie wróciłam do domu, więc dziś wiele nie napiszę. Jednak mam dla was dwa nowe filmiki:



Pod ostatnim postem rozpętała się kolejna komentarzowa wichura, zapraszam do dyskusji!

piątek, 9 stycznia 2015

Wyjaśnienia

Pod ostatnim postem pojawiły się ciekawe komentarze, więc chętnie je skomentuję i sprostuję nieporozumienia.

"Gdybyś mogła jeszcze na kilka pytań odpowiedzieć:
1. Czy wszystkie dodatkowe zajęcia (w tym tenis, taniec) są bezpłatne?
2. Ile godzin w tyg masz obowiązkowych i czy każdy w danym roczniku ma ich tyle samo?
3. Dlaczego chcesz zrezygnować akurat z angielskiego? Nic nie daje? Nie rozwijasz się językowo? Wydawało mi się, że jadąc tam, doskonalenie angielskiego będzie jednym z priorytetów."

1. Tak, jeśli są w szkole. Ale czasami trzeba płacić za sprzęt, stroje itp.
2. 7 lekcji po 50 minut, każdy rocznik ma tak samo.
3. Angielski w USA jest jak u nas polski, więc polega na omawianiu przestarzałych wierszy, opowiadań itp. Nienawidzę tego. Nuda.

A potem rozpętała się dyskusja na taki oto temat:
Odnośnie tematów: jest mnóstwo, których jeszcze nie poruszyłaś lub poświęciłaś im mało miejsca. I tak jak brak czasu doskonale rozumiem, tak narzekanie, że pomysły na posty wyczerpały się, w ustach przyszłej pisarki brzmią dziwnie :)
OdpowiedzUsuń
Odpowiedzi
  1. W zupełności się z Tobą zgadzam! Regularność w pisaniu jest mega ważna, jeżeli chce się utrzymać popularność bloga. Jeżeli czytelnicy widzą, że wpisy pojawiają się rzadko, to zaczynają tracić zainteresowanie blogiem i większość z nich po pewnym czasie przestaje sprawdzać, czy pojawił się jakiś nowy post.
    Zgadzam się również z tym, że jeżeli chcesz być pisarką, to raczej nie powinnaś mówić, że po pół roku prowadzenia bloga tracisz już pomysły na następne posty. To tak, jakbyś po napisaniu 1-2 książek nie miała pomysłu na kolejne.
Źle się wyraziłam, przepraszam, mój błąd. Nie chodzi o to, że nie mam pomysłów, bo mam ich miliony i żeby to wszystko spisać, musiałabym wydać książkę (tak też planuję zrobić). Chodzi o to, że poznaliście już amerykańską rzeczywistość, a przynajmniej jej ogół, więc nic nie stracicie, kiedy przestanę pisać. Nie chciałam, żeby ktoś pomyślał "O nie, tyle się dowiedziałem z tego bloga, chcę się dowiedzieć więcej, a ona już nie pisze!". Poza tym będę pisać, tyle że nie codziennie :) Jeśli będziemy robić z hostami coś ciekawego, na 100% o tym napiszę.

P. S. Jeśli ktoś stwierdza, że nie mam pomysłów, to znaczy, że nie zna mnie osobiście. Kto mnie zna, ten wie, co mam na myśli ;) Pozdrawiam znajomych!

Jeśli chodzi o popularność bloga, to szczerze mówiąc kompletnie mi na tym NIE zależy. Ani odrobinę. Serio. Tylko nie pomyślcie teraz, że mam was w nosie! Wręcz przeciwnie, kocham moich czytelników i staram się odpowiadać na każdy komentarz, jak pewnie zauważyliście. Chodzi o to, że założyłam bloga nie dla popularności i wyświetleń, których mam pod dostatkiem na YouTube, ale dla siebie. Po to, aby mieć pamiątkę z USA, aby nie zapomnieć wspaniałych rzeczy, które mi się przydarzyły, aby rodzina i znajomi wiedzieli, co się u mnie dzieje oraz w ramach ciągłego szkolenia pisarskiego. Nie zależy mi na wyświetleniach ani krztynę, jednak ich liczba mówi mi, że doskonale spełniłam ostatni z wyżej wymienionych powodów założenia bloga. Moje życie na pewno nie jest ciekawsze niż całej reszty blogujących wymieńców, ale lepiej ubieram je w słowa.

Do zobaczenia w następnym poście, być może jutro, ponieważ odwołali nam trening tenisa. Nadeszły znienawidzone przeze mnie zimne dni i rano ma być oblodzenie dróg. W Teksasie nie ma czegoś takiego jak zimowe opony, solenie jezdni czy odśnieżanie. Lód na drodze? Zostań w domu.

czwartek, 8 stycznia 2015

Nowy sezon Dance Moms

Nareszcie! Czekałam na to od kilku miesięcy, aż w końcu nadszedł upragniony pierwszy wtorek nowego roku. Co to znaczy? Premiera nowego sezonu Dance Moms oczywiście! Kiedy wczoraj wróciłam ze szkoły, natychmiast zasiadłam przed telewizorem i obejrzałam dwa nowe odcinki. DWA! AAAAAAAA!!!!!!!

Nie będę opowiadać, o czym były, kto chce, ten sobie obejrzy. Szkoda, że Chloe już nie jest w drużynie, ale cieszę się, że Kalani wróciła. Widziałam nowe filmiki Chloe na youtube i wydaje mi się, że w nowym studio stała się jeszcze lepsza i nareszcie nie jest w cieniu Maddie i nie musi znosić Abby. Często mnie pytacie, kogo z Dance Moms lubię najbardziej, więc odpowiadam, że Maddie i Chloe. A z mam to chyba Jill, bo jest najbardziej szalona. Choć lubię też Christi, która często przypomina mi moją mamę :)

Jak już wspominałam, treningi tenisa mam teraz codziennie, co daje 10 godzin dodatkowych zajęć tygodniowo. Do tego Chess Club i Dance Moms we wtorki oraz taniec w czwartki i robi się 13 godzin. Z tego powodu musiałam podjąć decyzję, która wam się nie spodoba, ale inaczej po prostu się nie da. 

Od dzisiaj będę blogować 1-3 razy w tygodniu. Nie wiem, w które dni, na pewno nie regularnie, po prostu sprawdzajcie codziennie, czy coś napisałam, czasem znajdziecie nowego posta, czasem nie. Za tydzień mija dokładnie połowa mojego pobytu w USA, więc na pewno dowiedzieliście się o amerykańskim stylu życia masę rzeczy, nie mam zbyt wiele do dodania. Na pewno będę kontynuować filmiki na YouTube na obu kanałach, więc jeśli macie pomysły na nowe odcinki, chętnie się z nimi zapoznam.

wtorek, 6 stycznia 2015

Deficyt sera

Dzisiaj po raz ostatni kisnę w domu, jutro czas wracać do szkoły. Cieszę się, że przerwa świąteczna się skończyła, bo kiedy jestem w szkole, dni lecą szybciej i nie ma czasu na nudę. Według zgodnej opinii byłych wymieńców po Bożym Narodzeniu czas leci niewiarygodnie szybko i nie wiadomo kiedy jest się w domu. Pożyjemy, zobaczymy. Do tego cieszę się, że znów będę widywać koleżanki codziennie, treningi tenisa także będą codziennie, więc może w końcu schudnę. Nie mogę się doczekać lekcji, szczególnie anatomii, ponieważ zawsze dowiaduję się tam mocy ciekawych faktów, ale także psychologii, teatru i tańca. Na pewno nie będę narzekać na historię, choć z algebry i angielskiego chętnie bym zrezygnowała. Planuję zamienić algebrę na geometrię, zobaczymy, co z tego wyjdzie, ponieważ z mojego doświadczenia wynika, że pracownicy szkoły (z wyjątkiem nauczycieli) mają mnie daleko gdzieś. Pora zaleźć im za skórę codziennymi wizytami i wypytywaniem w kółko o to samo.

Z samego rana utworzyłam listę rzeczy do zrobienia, która prezentowała się następująco:
- zrobić pranie
- odkurzyć dom
- rozpakować i zapakować zmywarkę
- posprzątać w pokoju
- posykpować z mamą
- wyprać plecak (mama błagała mnie o to co najmniej od roku)
- zrobić listę urodzinową (zaplanować jedzenie, listę gości, gry i takie tam)
- godzina sportu
- obejrzeć film
- zrobić pierogi
- obrobić filmik na youtube
- napisać zaległego posta

Udało mi się wykonać wszystkie te zadania, jestem z siebie dumna! Pierogi wyszły najlepsze w całym wszechświecie, poczułam się jak w domu. Kiedy wzięłam pierwszy kęs, to aż westchnęłam z zachwytu. Pierogi rozpływały się w ustach, biały ser był perfekcyjny, bułka tarta smacznie przyrumieniona, ciasto idealne, żyć, nie umierać. Przez chwilę byłam w niebie. Serio. Dwie sztuki nadziałam truskawkami z powodu deficytu sera, one także smakowały bosko.


Pranie plecaka pochłonęło sporo czasu z uwagi na to, że prałam go pierwszy raz w życiu, a mam go od dwóch lat. Spod szarej warstwy (to nie brud, to wspomnienia, mamo!) wyjawił się piękny soczysty pomarańcz, nawet zapomniałam, że mój plecak kiedykolwiek był w takim kolorze. Mydło czyni cuda, polecam. Wysuszyłam go w suszarce, żeby było szybciej, bo nie byłam pewna, czy bez tego wysechłby do jutra.

Wieczorem hości dostali telefon z sekretariatu, że jutro mam wrócić do szkoły. Całe szczęście, bo przecież nikt nie pamięta, że przerwa świąteczna kończy się w poniedziałek! Ech, Amerykanie... Czasami mają śmieszne pomysły, ale niektóre bywają pomocne. Dobrze, że troszczą się o ucznia, ale jednak wolałabym, żeby troszczyli się o mnie, kiedy chcę zmienić plan lekcji albo rozwiązać problem, a nie przypominać mi, że skończyła się przerwa świąteczna.

poniedziałek, 5 stycznia 2015

Najbardziej epicki filmik wszech czasów

Wczoraj rano pojechaliśmy do Austin, aby odwieźć ciężarówkę, którą hości wypożyczyli poprzedniego dnia i przewieźli nią meble z domu taty Jeffa do nas do garażu. Na szczęście złodzieje nie ukradli wszystkiego i było co zabrać. Potem skoczyliśmy coś zjeść do Waterloo Ice House, dobrze, że zjadłam śniadanie wcześniej w domu, bo do tej pory zdążyłabym poważnie zgłodnieć. W weekendy jemy śniadania poza domem, niestety jemy je bardzo późno, bo około jedenastej. Tym razem do restauracji przyjechaliśmy prawie o dwunastej. Już raz odwiedziłam ten lokal, zamówiłam wtedy sałatkę taco, a tym razem zdecydowałam się na naleśniki z syropem klonowym, ponieważ próbowałam ich wcześniej, kiedy jadł je Colt i były przepyszne. Jednak nie chciałam się zapychać samymi naleśnikami, więc wzięłam zestaw dla dzieci: naleśnik, bekon, jajecznica i sok pomarańczowy. Chyba zacznę zamawiać dziecięce zestawy w każdej restauracji, ponieważ porcje nie są tak olbrzymie i podają kilka różnych rzeczy.

Kiedy wróciliśmy do domu, Jenn pojechała do swojej szkoły, aby przygotować klasę na przyjście dzieci we wtorek i ozdobić ją tym, co kupiła w sklepie nauczycielskim. Ja postanowiłam wybrać się z Coltem do parku. Mówią na to park, ale tak naprawdę to mały plac zabaw 100 metrów od naszego domu, zrobię dla was zdjęcie i wstawię jutro w poście. Robiliśmy mnóstwo fajnych rzeczy, nazwaliśmy wszystkie wielkie kamienie, które położono tam jako dekoracje, huśtaliśmy się na huśtawce i się ścigaliśmy. Colt poznał kolegę, mnie przedstawił jako "big sister" i od tamtej pory cały czas tak na mnie mówił, więc ja zwracałam się do niego "little brother". Wróciliśmy do domu w butach zabłoconych do tego stopnia, że miałam ślady błota na skarpetkach.

Później nakręciłam filmik na YouTube - haul z tego, co kupiłam w outletach. Jeszcze nigdy nie zrobiłam tak epickiego filmiku. Oto zdjęcia z planu:


Wieczorem obejrzałam drugą i trzecią część zmierzchu. W ten weekend na ABC Family jest "weekend ze Zmierzchem" i puszczają pierwsze trzy części od piątku do niedzieli. Zjadłam 900 kcal popcornu karmelowego, obżerając się przed telewizorem i napawając cudownym smakiem tej niebiańskiej przekąski. Nienawidzę normalnego popcornu, jest niedobry i usta po nim pieką, a w USA mają tylko taki. Z wyjątkiem "Popcornopolis", czyli sklepu sprzedającego tylko i wyłącznie popcorn. Stamtąd właśnie go miałam, dostałam go od Mikołaja w skarpecie. Mniam!

niedziela, 4 stycznia 2015

Zakupoholizm

Zacznę od kontynuacji posta opisującego piątek, bo nie miałam szansy skończyć opowiadania o moim dniu. Po odwiedzeniu sklepu nauczycielskiego Jenn podrzuciła mnie do domu, w którym opiekuję się dziećmi. Tym razem zajmowałam się tymi dużymi, czyli Benem i Ety'em. Tego dnia naprawdę się nie przemęczyłam: najpierw obejrzeliśmy film "Matylda", po niej leciał "Kevin sam w Nowym Jorku", nie mogliśmy go przegapić, a następnie poszliśmy do kina. Ich mama podwiozła nas na miejsce, dała pieniądze i powiedziała, że możemy kupić co tylko chcemy, po czym pojechała odebrać maluchy z przedszkola i na zakupy. Wybraliśmy film "Noc w Muzeum", czy coś w tym stylu, nie pamiętam dokładnie, kupiliśmy popcorn i zasiedliśmy w sali kinowej. Moja praca stała się jeszcze łatwiejsza, kiedy Ety usnął w trakcie filmu. Ogólnie film nie podobał mi się za bardzo, nie był zły, ale nie był specjalnie dobry. Nie polecam.

Kiedy wróciłam do domu, zaczęłam się zastanawiać, co będę robić w sobotę. Nie mieliśmy żadnych planów, musiałam coś wymyślić. Weszłam na facebooka i nagle dwie koleżanki na raz zaczęły do mnie pisać. Cindy pytała, czy chcę iść na urodziny do exchange studenta z Brazylii, a Sophie chciała jechać na zakupy do San Marcos Outlet Mall. Nie wiedziałam, co mam wybrać, ale okazało się, że nie musiałam, ponieważ impreza zaczynała się o ósmej wieczorem i czasu starczało na wszystko.

Wczoraj rano mama Cindy podwiozła ją do mnie do domu. Zjadłyśmy śniadanie, pogadałyśmy, pograłyśmy w grę Trivia Crack, która jest tu teraz najpopularniejszą grą na telefon. Moi hości wybrali się do San Antonio na cały dzień, aby zabrać rzeczy z domu taty Jeffa, który zmarł jakieś trzy miesiące temu. W południe przyjechała po nas host mama Sophie i zabrała nas do outletów.

I tu zaczął się mój poważny problem. Bardzo poważny problem. Prawie w każdym sklepie coś kupowałam, kiedy tylko wchodziłam do środka, to coś odlotowego rzucało mi się w oczy. Po czym lądowało w mojej torbie z zakupami. Całe szczęście, że w Victoria's Secret dali mi przeogromną papierową torbę, ponieważ wkładałam do niej wszystko i nie musiałam nosić dwudziestu reklamówek i toreb na raz.

Opuszczając dom wydawało mi się, że potrzebuję tylko długich czarnych legginsów, ponieważ w moich obecnych w ostatnim miesiącu porobiły się dziury. Nic dziwnego, skoro chodziłam w nich co najmniej cztery lata! Jednak przy odwiedzaniu każdego kolejnego sklepu zdawałam sobie sprawę z następnych luk w mojej garderobie. "Moje okulary przeciwsłoneczne są rowerowe i nie wyglądają dobrze z normalnym ubraniem". "Moje adidasy są już stare, czas je wyrzucić. W sumie mam już jedne nowe, ale są pomarańczowe, więc nie pasują do wszystkiego". "Moja czapka jest złachana, muszę kupić nową. A skoro mają szalik do kompletu, to też go wezmę, jest ładny." "Te spodenki koniecznie przydadzą mi się do nowych odcinków "Zwariowanych"." "Zawsze chciałam mieć taki plecak!" "To idealny strój do biegania!". I tak dalej...

Skończyło się na tym:
mała torba oraz noga należą do Cindy
Wpadłam na genialny pomysł na filmik na YouTube. Zrobię haul ze wszystkim, co kupiłam, ale nie będzie to typowy haul, jakie widzieliście. Mam zamiar zrobić coś ciekawszego i śmieszniejszego, jeśli dobrze pójdzie, to zobaczycie go w poniedziałek lub we wtorek :)

Z galerii odebrali nas moi hości. Przyjechali bardzo późno, bo o ósmej trzydzieści. (Nie żebyśmy jakoś ubolewały, miałyśmy mnóstwo sklepów do odwiedzenia, w ciągu całego dnia nie weszłyśmy nawet do jednej trzeciej z nich.) Wszystko przez to, że ktoś się włamał do domu taty Jeffa i ukradł mnóstwo cennych rzeczy, niektóre z nich były w rodzinie od pokoleń. Musieli wezwać policję, więc zajęło im to cały dzień. Potem Jenn odwiozła Susi i Sophie do domu, a mnie i Cindy prosto na urodziny.

Które okazały się całkowitą porażką. Mega głośna muzyka, jedyne światło dawała lampa UV, która sprawiała, że wszystko, co białe, świeciło w ciemności. Brak czegokolwiek do roboty, wszyscy tylko rozmawiali. W takim razie po co puszczono tak głośno muzykę?! Nie rozumiem ludzi. Do picia było tylko piwo i woda z kranu, całe szczęście, że miałam ze sobą butelkę wody, którą wzięłam na zakupy. Jedzenie nie było lepsze: batony zbożowe oraz jakaś meksykańska zupa fasolowa, czy cokolwiek to było. Przyszło z 30 osób, kilkoro wymieńców i ich rodzin, przyjaciół ze szkoły oraz jakichś innych ludzi. Rozmawiałam w większością wymieńców, co wcale nie było takie proste z uwagi na bełkot rozwalający uszy. Cindy powiedziała mi, że wszystkie imprezy w Ameryce Południowej tak wyglądają. Napisałam do host mamy, żeby przyjechała po mnie wcześniej, o jedenastej była na miejscu. Opowiedziałam jej o wszystkim i powiedziałam, że moje przyjęcie urodzinowe będzie wyglądać ZUPEŁNIE inaczej.

Znalazłam biały ser!

Wczoraj rano pojechaliśmy z host mamą i z host braćmi to sklepu nauczycielskiego. Byłam bardzo ciekawa, jak taki sklep wygląda, nigdy o czymś takim nie słyszałam. Kiedy tam weszłam, byłam pod wrażeniem. Wyglądało to tak:

Mieli tam tysiące gier edukacyjnych, tablic z informacjami, plakatów, kolorowych papierów, flamastrów i innych rzeczy do plastyki, dosłownie wszystko, co można sobie wymarzyć. Nauczyciele w USA muszą być jak najbardziej kreatywni i pobudzać kreatywność uczniów, a jeśli tego nie robią, to się ich zwalnia.

Na śniadanie pojechaliśmy do Central Market. To jest sklep z organiczną żywnością, podobny do Whole Foods, w którym byłyśmy parę dni temu. Mają tam także restaurację oraz bufet, który znaduje się wewnątrz sklepu. Nakłada się, co się chce, a przy kasie się to waży. Jednak zanim zapłaciłyśmy, host mama zaproponowała, abyśmy podeszły do stoiska z serami i poszukały białego sera. Powiedziała, że jeśli tam go nie będzie, to nigdzie go nie będzie. Podeszłam do półki pełna sceptyzmu, przyglądając się najróżniejszym serom. I nagle zobaczyłam "farmers cheese" (tak się nazywa biały ser po angielsku). Prawie zemdlałam z radości! Aaaaa!!!!!
restauracja

biały ser schował się za mlekiem, jest w takim samym opakowaniu jak te truskawki


moje pyszne jedzonko

piątek, 2 stycznia 2015

2015

Sylwestra spędziłam w domu, nie robiłam nic nadzwyczajnego. Do południa trwało nasze spotkanie z koleżankami. Postanowiłyśmy, że w nowym roku zapiszemy się do różnych klubów i zajęć pozalekcyjnych, coś mi się wydaje, że codziennie będę wracać późnym autobusem. Ale na pewno będzie ciekawie, do tego spędzimy czas razem. Rozmawiałyśmy o szkole i ogólnie o Ameryce, okazuje się, że mamy identyczne odczucia na prawie każdy temat. Na przykład wszystkim z nas przed wyjazdem na wymianę wydawało się, że Ameryka jest lepsza od naszych krajów pod każdym względem, że żyje się tu jak w bajce, że jest tu wszystko, że wszystko jest tanie i lepsze. A po przyjeździe okazało się, że Europa jednak jest o wiele lepsza.

Po lunchu (bezglutenowa pizza) Jenn przyjechała po mnie i wróciłyśmy do domu. Odkąd się rano obudziłam, miałam straszną chrypę, ledwo mówiłam. W domu byłam tak zmęczona, że postanowiłam się zdrzemnąć. Obudziłam się dopiero o szóstej, było prawie całkiem ciemno, chrypa jeszcze mi się pogorszyła, traciłam głos w połowie słów. W takim stanie nadawałam się tylko do oglądania telewizji. Do północy oglądałam sylwestra w Nowym Jorku, na Times Square występowało mnóstwo celebrytów. Jako ostatnia w 2014 roku wystąpiła Taylor Swift, która jest chyba najsłynniejszą piosenkarką w USA. Przyznaję, że wypadła świetnie.

Nie ma to jak robić zdjęcia telewizorowi:





Wczoraj rano dalej miałam chrypę, ale przynajmniej mogłam jakkolwiek mówić i głos mi nie znikał w połowie słowa. Zadzwoniłam do mamy na Skype, akurat była u babci na spotkaniu z całą rodziną. Ciocia poleciła mi zaparzony majeranek, podobno jest świetny na chrypę, więc poszłam do kuchni i zapytałam host mamę, czy mamy go w domu. Spodziewałam się, że nie, ale odpowiedź i tak mnie zaskoczyła. Rozmowa wyglądała tak:
- Mamy może w domu majeranek? (czyta się "mardżoren")
- Mamy. Kupiłyśmy go kiedyś, kiedy potrzebowałaś go do upieczenia muffinek, czy ciasteczek.
- Nie pamiętam...
- Do czegoś była ci potrzebna margaryna. (czyta się "mardżoryn")
- Aha! Nie, nie, chodzi mi o przyprawę.
- Przyprawę? Nigdy nie słyszałam o czymś takim.

Jeszcze podczas rozmowy z mamą wątpiłam, żebyśmy mieli majeranek, ale ona stwierdziła, że przecież mają go wszędzie. Odparłam, że wydawałoby się, że biały ser też jest wszędzie. I miałam rację.

Nowy rok w japońskiej kulturze jest bardzo ważnym wydarzeniem, więc host mama wyprawiła wielką ucztę. Na obiad przyszli do nas Virginia i jej chłopak, mieliśmy mnóstwo japońskiego jedzenia. Pierwszy raz wszystko było ugotowane przez host mamę, nic z mrożonki, nic z proszku, tylko sushi kupiłyśmy w koreańskim sklepie. Wszystko było przepyszne, odkąd tu przyjechałam, pokochałam kuchnię japońską!




Wieczorem podłożyłam napisy do filmiku o wadach i zaletach życia w USA, zajęło mi to parę godzin, ale było warto. Zobaczycie go już za kilka dni. Wyszedł mega długi i byłby jeszcze dłuższy, gdyby nie skończyła mi się pamięć w aparacie.

Część dnia spędziłam na wykonywaniu przypominajek, które mnie zmotywują do wypełnienia noworocznego postanowienia, czyli SCHUDNĄĆ. Tak z 4-5 kg. Postanowiłam sobie, że kiedy będę ważyć 129 lbs, teraz ważę chyba 137, to kupię sobie iPhone 6. Oczywiście samo to nie wystarczy, aby się zmotywować, przecież od razu pomyślę "oj tam, oj tam, dzisiaj zjem ciastka, ale jutro będę się odchudzać". Dlatego porozwieszałam w pokoju motywujące karteczki, jedną włożyłam do portfela, inną do szkolnego ID, kolejną zawiesiłam w szafie. Na komputerze i aparacie ustawiłam motywujące tapety, do tego razem z koleżankami planujemy biegać po szkole. iPhone 6 czeka.

A jakie są wasze noworoczne postanowienia?

czwartek, 1 stycznia 2015

Kino i piżama party

Wczoraj wieczorem spotkałyśmy się z koleżankami w kinie o 18:00. Nie wiedziałyśmy jeszcze, co będziemy oglądać, zdecydowałyśmy dopiero na miejscu. Głównym celem było spędzenie razem czasu i walka z amerykańskim brakiem socjalizacji. Po krótkim namyśle kupiłyśmy bilety na Annie na 19:00, po czym udałyśmy się do restauracji, aby coś zjeść.

Susi, Cindy i ja zamówiłyśmy takie same sałatki, Sophie wybrała quesadillas, czyli dwie tortille z toną sera pomiędzy nimi. Czekałyśmy na jedzenie masakrycznie długo, podali nam je o 18:57. Miłego seansu za trzy minuty. Sałatka była porażką, stos sałaty, na której dostrzegłam śladowe ilości orzechów, odłamek sera i awokado, kawałeczek bekonu i trzy małe kostki pomidora na krzyż. Zjadłyśmy jak najszybciej, zapłaciłyśmy i pobiegłyśmy na film, licząc na długie reklamy.

Do sali kinowej weszłyśmy kwadrans po rozpoczęciu filmu. Dokładnie w tej sekundzie zaczął się seans! Spodziewałam się dłuższych reklam, wspominając półgodzinne męki w Mulitikinie, a tu taka niespodzianka! Wejście do sali znajdowało się w połowie jej wysokości, więc można było iść w dół albo w górę, za to na środku był pas oddzielający dwie części widowni. Pewnie widzieliście to kiedyś na filmach. Nie było wyznaczonych siedzeń, każdy siadał, gdzie mu się podobało, więc jedne miejsce, gdzie mogłyśmy usiąść obok siebie, znalazło się w trzecim rzędzie. Oglądając film czułam się, jakby ktoś spłaszczył ekran, ponieważ byłyśmy tak nisko. Ale szybko się przyzwyczaiłam, więc nie było tak źle. Film bardzo mi się podobał, chętnie obejrzę go kiedyś jeszcze nie raz.

Jeśli chodzi o kino, to mam dla was jeszcze kilka ciekawostek. Podobnie jak w Heliosie, tu też mają tanie wtorki - film za 5$. Po drugie, siedzenia się huśtają, można się odchylić w tył o kilka cm. Po trzecie, miejsce na picie ma wielką dziurę w dnie, więc pasują tam napoje kupione jedynie na miejscu. Po czwarte, ekran jest "wygięty", jest jakby łukiem. Po piąte, mają tylko normalny słony popcorn, nie ma karmelowego (w sumie to dobrze, bo go nie zjem). Po szóste, kiedy wychodzi się z sali kinowej, popcorn, picie i śmieci zostawia się na podłodze, nikt nie stoi z koszem przy wyjściu.

Po filmie kupiłyśmy sobie lody, były przepyszne, po raz pierwszy jadłam gałkowe lody w USA. Wcześniej tylko takie z H-E-B, które są obrzydliwe. Kiedyś hości wyrzucili lody waniliowe, bo nikt ich nie jadł. Zostawili je na blacie, aż się roztopiły w wielkim opakowaniu. Z ciekawości otworzyłam to opakowanie, kiedy lody były już ciepłe. Ujrzałam obrzydliwą pieniącą się breję, klejącą się i wyglądającą jak stara farba do ścian. Fuj! Od tamtej pory nie tykam lodów w domu.

Mama Cindy zabrała nas do nich do domu. Było super, poszłyśmy spać o czwartej rano. Nakręciłyśmy dla was filmik, w którym rozmawiamy o wadach i zaletach życia w USA. Wyszło nam to bardziej jak debata polityczna, bo w ogóle nie patrzymy w kamerę i rozmawiamy między sobą, ale myślę, że i tak wam się spodoba. Mam w planach podłożenie napisów, ale nie wiem, co z tego wyjdzie, więc być może wstawię po prostu po angielsku.