Skończyło się na tym, że wyjechałyśmy do domu o 11:30 (oj tam oj tam, godzinka wte czy wewte), męską część rodziny zostawiłyśmy na straży domostwa. Po drodze zatankowałyśmy i wstąpiłyśmy do Starbucksa (caramel frappucino of course), utknęłyśmy w korku przy kościele katolickim, ponieważ po mszach policja steruje ruchem i blokuje ulicę, aby ludzie z kościoła mogli wyjechać z parkingu, czego większość osób nie popiera, ale nic na to nie poradzimy. Koleżanki odebrałyśmy lekko po 12:00. Baaaardzo "soon". Tak po amerykańsku.
Na początku pojechałyśmy do Pier 1, czyli sklepu z dekoracjami i wyposażeniem do domu. Jenn polowała na bombki choinkowe w przecenie, niestety wszystko się już sprzedało. Sklep był mały, jednak znalazłam kilka interesujących rzeczy, między innymi wiszący na stojaku fotel ogrodowy, który pokazała mi Jenn i powiedziała, że planuje kupić coś w tym stylu i postawić na werandzie. Kiedy wypróbowałam ten fotel, natychmiast poparłam jej pomysł. Cudownie czytałoby się książki siedząc w czymś takim:
Lunch postanowiłyśmy zjeść w Chipotle, czyli zdrowej fastfoodowni, do której jeździmy dość często, gdzie serwują meksykańskie jedzenie. Hości wytłumaczyli mi różnicę pomiędzy kuchnią meksykańską w różnych regionach USA. W Teksasie popularna jest odmiana "Tex-Mex", czyli żarcie zawalone serem, tłuszczem, które jest smaczne, ale za to ciężkie i potwornie kaloryczne. Za to w Kalifornii króluje "Mexi-Cali" - te same potrawy, za to bez faszerowania wszystkiego tłuszczem, z mniejszą ilością sera, a głównym składnikiem są warzywa. Takie jedzenie jest lżejsze i oczywiście mniej kaloryczne. Sieć "Chipotle" pochodzi właśnie z Kalifornii i bardzo lubię tam jeść. Host mama powiedziała, że koniecznie musimy tam zabrać Susi i Sophie po tym, co jej naopowiadałam o ich rodzinach; u Susi jedzą bardzo mało warzyw, a wszystkie są z mrożonek, więc kiedy zamawia gdzieś jedzenie, je prawie same warzywa, za to Sophie jest wegetarianką a w jej rodzinie także nie odżywiają się zbyt zdrowo. Do tego obie dziewczyny rzadko jedzą poza domem. Jenn uznała, że Chipotle będzie dla nich fantastycznym miejscem i miała rację, jedzenie bardzo im posmakowało.
Z Jenn gadało nam się jak z koleżanką z klasy. Rozmawiałyśmy na wszystkie możliwe tematy, od torebek Louis Vuitton do różnych rodzajów traktowania psów. Tym sposobem spędziłyśmy na jedzeniu ponad godzinę. Następnie udałyśmy się do Hobby Lobby, już od kilku tygodni miałyśmy zamiar odwiedzić ten sklep, jednak za każdym razem, kiedy sobie o tym przypominałyśmy, była niedziela, a właściciele Hobby Lobby są katolikami i nie otwierają swoich sklepów w tym dniu. Przed wyjazdem z domu pobrałam na aparat kupon ze zniżką 40% na dowolny produkt w normalnej cenie, co tydzień dostaję taki na maila. Na Boże Narodzenie host dziadkowie dali mi kartę podarunkową do Hobby Lobby za 20$, więc musiałam w końcu zrobić z niej użytek. Kupiłam sobie myszkę do komputera udekorowaną niebieskimi kryształkami oraz podkładkę pod nią, która jest jednocześnie notesem.
Później wróciłyśmy do mnie do domu. Pograłyśmy z Susi i Sophie w Piratów i mimo że gra była po polsku, to bardzo im się spodobała. Nie miałyśmy szansy dokończyć rozgrywki, ponieważ Liam obudził się z popołudniowej drzemki i nadszedł czas na kolejne zakupy. Z całą host rodziną załadowaliśmy się do samochodu i pojechaliśmy do galerii handlowej. Hości umówili się na wizytę w sklepie Apple na 17:00, aby naprawić iPad, za to my po prostu chodziłyśmy po sklepach. Trochę się wynudziłam, ponieważ moje koleżanki mają zupełnie inny styl niż ja i chciały iść do sklepów, za którymi nie przepadam, ale że nie potrzebowałam niczego konkretnego, to równie dobrze mogłam im towarzyszyć i rozbrajać komentarzami ubrań w Forever 21, który moim zdaniem jest najgorszym sklepem w USA. Przypomina mi sklepy w Polsce, gdzie wszystko było szare, czarne, białe lub/i brzydkie, czuję się tam jak w szmateksie, tyle że muszę wdychać charakterystycznego dla używanej odzieży smrodu. Podoba mi się tam tylko jeden dział, a mianowicie piżamy, jedną nawet sobie kupiłam: czarne legginsy z wzorkiem Hello Kitty i milutka ciepła bluza z twarzą kotka. (Przechodzę na stronę Szatana!)
Na koniec wstąpiłyśmy do Popcornopolis i zdegustowałyśmy wszystkie smaki popcornu. Kupiłyśmy na spółkę festynowe jabłko, które jest odpowiednikiem polskiego chleba ze smalcem na tutejszych miejskich imprezach - zawsze jest ktoś, kto je sprzedaje, a biznes dobrze mu idzie. Nasze jabłko było oblane karmelem i czekoladą oraz posypane migdałami i płatkami kokosowymi. Wyglądało tak:
![]() |
| po pokrojeniu |
![]() |
| przed pokrojeniem |
![]() |
| inne jabłko |
![]() |
| jeszcze inne jabłko |
Następnie wróciliśmy do mnie do domu i chciałyśmy dokończyć grę w Piratów, ale plan nie wypalił, ponieważ się rozgadałyśmy. Zaczęło się od tego...
... kontynuowało tak...
... a skończyło na kręceniu filmiku na YouTube o naszych językach. Wyszedł genialnie, uśmiałyśmy się po pachy, jestem pewna, że wam się spodoba. Nie będę zdradzać szczegółów, za kilka dni przekonacie się na własne oczy, cóż takiego stworzyłyśmy. Chwilę przed 22:00 przyjechał host tato Susi i zabrał dziewczyny do domu. Kolejny fantastyczny dzień za mną!



.jpeg)




























