Zmiana czasu jest zarówno koszmarem jak i błogosławieństwem. Pierwszy aspekt odczuwam budząc się rano, na przykład dziś o 6:57 i widząc ciemność, kiedy patrzę za okno. Zawsze przez snem podnoszę żaluzje, lubię wpatrywać się w niebo, kiedy usypiam. Próbuję zasnąć, bo rozsądek podpowiada mi, że ciemno = śpij. No ale się nie da, bo mózg wypoczął i odmawia powrotu do snu. Musiałam więc wstać. Poszłam do łazienki, wróciłam do pokoju, zasłoniłam żaluzje, zaświeciłam światło, ubrałam się. I wtedy usłyszałam, że Liam płacze w pokoju obok.
Podniosłam go z łóżeczka, poszliśmy do salonu i zmieniłam mu pieluchę. Nie chciałam budzić hostów, więc zabrałam go do siebie do pokoju i dałam mu pudełko po butach do zabawy. Kiedy się znudził, zrobiliśmy samolot z papieru i wspólnie go pokolorowaliśmy, po czym puszczałam go z jednego kąta pokoju do drugiego, a Liam biegał i przynosił go z powrotem jak aportujący piesek. Kiedy zrobiło się jasno, otworzyliśmy okno i cieszyliśmy się początkiem nowego pięknego dnia. Na błękitnym niebie widniał księżyc, Liam z bananem na twarzy wskazywał palcem w jego stronę i krzyczał z zachwytem "moon!". Potem obejrzeliśmy wschód słońca i wróciliśmy do salonu, kiedy hości się obudzili.
Niewiele później pojechaliśmy na zakupy do galerii handlowej, po drodze wstąpiliśmy na Farmers Market i kupiliśmy śniadaniowe taco, które zjedliśmy w sekcji z jedzeniem już w galerii. Potem rozdzieliliśmy się i prawie biegiem ruszyłam w losową stronę, moim celem było przejrzenie jak największej ilości sklepów. Potrzebowałam bluzek z krótkim rękawkiem oraz czegoś, co mogę ubrać do sukienek, których mi ostatnio przybyło, żeby mi nie było zimno. Tradycyjnie nic nie znalazłam, za to przybyło mi jeszcze więcej sukienek.
Odkryłam bardzo fajny sklep o nazwie Altar'd State. Sprzedawane tam ubrania to w 90% sukienki, do tego torebki i biżuteria, kilka par butów, szortów i bluzek. Ich styl jest nietypowy, jest to coś innego. Ubrania są kolorowe, ale kolory są pastelowe i naturalne, nie ma ekstremalnych neonów. Przeciętna sukienka to wydatek rzędu 70-80$, jakość prezentuje się bardzo wysoko. Sklep jest ekologiczny, nie używają prawdziwej skóry, jedynie "wegańskiej" (nie wiem jak to się nazywa po polsku), część zarobków przeznaczają na edukację, jedzenie, ubrania, itp. dla biednych dzieci w Peru. Obsługa pozytywnie mnie zaskoczyła - tylko raz się mnie zapytali, czy wszystko w porządku, nikt się nie narzucał, nie wciskał mi do ręki koszyka, nie stał obok i nie gapił się na mnie. Kiedy zdjęłam z wieszaka dwie sukienki, które zamierzałam przymierzyć, podeszła do mnie ekspedientka i zapytała, czy chciałabym, aby przygotowała dla mnie przymierzalnię. Po uzyskaniu twierdzącej odpowiedzi uwolniła mnie od ciężaru sukienek i zapytała jak mam na imię.
Znalazłam kolejne dwie sukienki i udałam się do przymierzalni. Wnętrze wyglądało jak ładnie udekorowany pokój, bardzo mi się podobało. Przy każdej kabinie wisiała tabliczka, wyszukałam tą z imieniem "Maria" i weszłam do środka. Tam czekały na mnie moje sukienki. Przymierzyłam je wszystkie, zdecydowałam się na zakup dwóch, do tego nabyłam naszyjnik (pierwszy naszyjnik w życiu, który mi się spodobał) oraz torbę pasującą do sukienek. Wydałam prawie 250$, trochę bolało mnie serce, kiedy podałam kasjerce kartę kredytową, ale jestem zadowolona z zakupu. Mam co na siebie założyć na specjalne okazje i nie tylko. Muszę dokupić jedynie buty, życzę sobie powodzenia. Nie ma nic gorszego, niż wybieranie butów, jeśli jest się mną.
Zdjęcia sklepu (z Google):
Popołudnie spędziliśmy na dworze całą rodziną; Jeff i Jenn pozbierali kupy psów z trawnika, aby chłopcy mogli się tam bawić, zmiotłam na werandzie, Jenn posadziła krzak pomidora i przycięła miętę oraz limonkę. Kiedy Liam się obudził z drzemki, obaj chłopcy wyszli na dwór i ślicznie się bawili. Jeff ściągnął z dachu lampki choinkowe (w porę), dowiedziałam się, że w kontrakcie na zakup domu w tej dzielnicy jest zawarte, że nie wolno mieć wywieszonych ozdób świątecznych w czasie nieświątecznym. Ja i Jenn siedziałyśmy na leżakach i przeglądałyśmy facebooki i inne strony, poczytałam książkę "Biznes XXI wieku" i poesemesowałam z koleżankami.
Sophie znów zaczęła gadać o sobie, mam dość tego, że nie daje nikomu dojść do słowa i w co drugim zdaniu napomina, że w Niemczech wszystko jest lepsze. "In GERMANY bla, blabla, blabla..." Nie da się z nią dyskutować, jest pesymistyczna i wiecznie narzeka na życie, na Amerykę, na to i pstro. I tak ją lubię, ale nie zaprosiłabym jej na sleepover tylko we dwie. Razem z Jenn lubimy żartować z jej uwielbienia do Niemiec, na przykład któregoś dnia Jenn kupiła w H-E-B ścierkę, która ścierała wszystkie ślady długopisów itp. z mebli i zastanawiałyśmy się, z czego jest zrobiona i jak działa. Jenn powiedziała "maybe it's just German" i obie wybuchłyśmy śmiechem. Mamy podobne poczucie humoru, żartujemy z Sophie prawie każdego dnia. Nie jest to wyśmiewanie ani nic negatywnego, obie ją lubimy, jedynie żartujemy z cech charakteru i osobowości, a nie z osoby, mamy przy tym kupę śmiechu. Oczywiście w Niemczech na pewno mają lepsze poczucie humoru.
Podam wam kilka zabawnych konwersacji z Sophie:
1. W Tagercie, nudzi nam się, czekamy na rodziców:
Ja: Maybe we could do makeup. Do they have free samples here?
Sophie: No. But in Germany we do.
2. O morzu bałtyckim:
Ja: I go to the Baltic Sea every year with my family for vacation.
Sophie: Oh, cool! German Baltic Sea? (powiedziała to tak, jakby to było oczywiste)
Ja: No! Polish!
Sophie: Why you don't go to Germany?
Ja: Why would I?
Sophie: Because Germany is awesome!
Poza tym masa zdań z i spoza kontekstu zaczynających się od:
- In Germany...
- But In Germany...
- This is better in Germany...
- I think I Germany we do it better...
Jenn zażartowała, że to niemieckie geny i że już wie, co motywowało Hitlerową ideę "rasy panów". Za to dzięki Larze widzę, że Sophie to wyjątek, ponieważ ona o tym nie wspomina, chyba że rozmawiamy o naszych krajach, nie przerywa nikomu i nie stara się narzucać swoich idei. W Polsce i w USA na bank znalazłoby się mnóstwo osób zakochanych w sobie i swoim kraju podobnie jak Sophie. Do tego Sophie wiecznie ma najgorszy dzień w życiu, często dokładnie wtedy, kiedy ja mam najlepszy dzień w życiu. Mimo wszystkich wad jest fajna i lubimy się, za to obie mamy bardzo mocne charaktery, które często aż iskrzą od tarcia i wymiany opinii. Dobrze, że nie jestem wybuchową osobą, ale światowej klasy dyplomatką.
W SMSie napisałam, że rozważam niepójście na prom, z wielu powodów, muszę to jeszcze obgadać z rodzicami i z Jenn. Sophie od razu na mnie się rzuca, że jak mogę, potem mówi, że ją to nie obchodzi, następnie że nie mogę przegapić tak amerykańskiego wydarzenia. Kiedy powiedziałam, że chcę to skonsultować z dorosłymi, którzy mają doświadczenie życiowe i na pewno wiedzą lepiej od Sophie, to powiedziała, że wcale nie wiedzą i że oni nie mają wspomnień i że to ja powinnam podejmować decyzje a nie oni. No i weź tu z nią rozmawiaj! Po prostu rozważam opcje i nie chcę wyrzucić 1000zł w błoto, aby kupić obrzydliwą sukienkę i ożreć się pizzy.
Wcześniej Sophie napisała ni z gruszki ni z pietruszki, że właśnie przebiegła 7,3 km. Wywróciłam oczami, podzieliłam się tym z siedzącą obok Jenn, która podała mi salwę odpowiedzi, które mogłabym napisać, od "Do you want a medal for that?" do "Pin a rose on your nose", co oznacza, że nikogo to nie obchodzi. Zdecydowałam się na "I should do that too because I just ate such a delicious sandwich! But I already walked today so much when we were shopping in the mall". Buahahaha! Potem rozmawiałyśmy na miłe tematy i było fajnie.
niedziela, 15 marca 2015
sobota, 14 marca 2015
Moja szkoła jest wesoła
Dzisiaj moja szkoła organizowała projekt pt. "Lip-dub". Polega to na tym, że wszyscy - uczniowie i nauczyciele - ustawiają się wzdłuż korytarzy szkolnych, a pomiędzy nimi przechodzi gość z kamerą oraz gość z głośnikiem i kamerują nas. To tak w skrócie. Dokłada się to tego mnóstwo szczegółów, do których przejdę zaraz.
Od rana wszyscy chodzili podekscytowani i rozmawiali o projekcie. Mnóstwo osób przebrało się, widziałam chłopaka w kostiumie banana oraz dziewczynę-dalmatyńczyka. Pierwsza lekcja przebiegła normalnie, tyle że została skrócona o 5 minut, podobnie jak pozostałe, następnie udaliśmy się na drugą lekcję, sprawdziliśmy obecność i wysłuchaliśmy ogłoszeń dyrektora. Osoby, które nie chciały być na filmie, miały się udać do sali gimnastycznej i tam tkwić przez drugą oraz dodatkową lekcję (która się uzbierała poprzez odjęcie 5 minut z wszystkich innych). Ci, którzy zapisali się do występu z klubami, do których należą, mieli się udać w konkretne miejsca na korytarzach. Do tej kategorii zaliczałam się ja - zapisałam się do grupy nauczycielki anatomii. Trzecia grupa, czyli osoby, które chciały wziąć udział, ale nie należały do klubów, miały się udać na stołówkę, gdzie stworzyli wielką grupę "niezrzeszonych".
Nauczycielka anatomii przyniosła dla nas fartuchy, okulary, stetoskopy i szkielety, ktoś zrobił plakat z napisem "Anatomy", do tego mieliśmy martwego kota i kości. Wyposarzyliśmy się w ten sprzęt i ustawiliśmy w dwa rzędy przy ścianach na korytarzu. Dalej stały dziesiątki innych klubów, wszyscy rzucali balonami i konfetti. Dwie osoby z każdego klubu zgłaszały się jako główni piosenkarze, więc kiedy nadszedł gość z kamerą, szli tyłem i śpiewali przed nim (bezdźwięcznie, musieli jedynie ruszać ustami) piosenkę lecącą z głośnika. W zeszłym tygodniu odbyło się głosowanie na piosenkę, którą będziemy śpiewać, wygrały "We're all in this together" z High School Musical oraz "Uptown Funk" Bruno Marsa. Reszta osób miała wiwatować i skakać do granic możliwości. Wywijałam kością miednicy oraz stopą zaraz obok kolegi z kotem i koleżanki z czaszką.
Kiedy kamera nas minęła, w mgnieniu oka zrzuciliśmy z siebie anatomiczne gadżety, zabraliśmy plecaki i pobiegliśmy do teatru. Niepotrzebnie się spieszyliśmy, zanim kamera tam dotarła minęło pół godziny. Aktorzy z musicalu zatańczyli krótki układ na scenie, a widownia skakała i rzucała balonami. Nauczyciel teatru podczas próby żonglował trzema maczugami i jeździł na monocyklu (rowerze na jednym kole, mam nadzieję, że to właściwy termin, sama nie wiem, wcześniej miałam takie zaćmienie mózgu, że przez 10 minut szukałam słowa "żaluzje" w Google). Nie wiem, co zrobił podczas występu, ponieważ tak się skupiłam na wiwatowaniu, że nie patrzyłam na scenę.
Sekundę po tym, kiedy kamera opuściła teatr, zerwaliśmy się z miejsc i wybiegliśmy na boisko futbolowe, gdzie zebrali się wszyscy biorący udział w "lip-dubie". Kamerzysta wyjechał w górę na takiej maszynie, której się używa do wieszania ozdób bożonarodzeniowych na latarniach, zatańczyliśmy szkolny taniec i zakończyliśmy projekt. Bardzo mi się podobało, będąc na boisku zatęskniłam za sezonem futbolowym. Nigdy bym się nie spodziewała, że do tego dojdzie, ale naprawdę chciałabym tam wrócić. Nie wiem co mnie ostatnio naszło, ale tęsknię za różnymi rzeczami, zwykłymi i dziwnymi.
Nie wiem, kiedy wideo będzie gotowe, ale jeśli dobrze się orientuję, to zostanie opublikowane na YouTube i będziecie mogli je obejrzeć.Na pewno dam wam link.
To jaką mamy w końcu porę roku?
Pogoda znów jest piękna, wczoraj mieliśmy 22 stopnie, słońce nareszcie wyszło zza chmur. Chyba bym oszalała, gdybym miała siedzieć w domu w tak piękny dzień. Po powrocie ze szkoły porozmawiałam z mamą na skype, dzięki 6 godzinom różnicy aż do 28 marca możemy się kontaktować także w dni robocze, po czym zapakowałam podręcznik do GEDu do plecaka i wybrałam się do parku.
Uwielbiam spacerować, 15 minut w każdą stronę poprawiło mi samopoczucie - brzydka pogoda ostatnio mnie przybiła i stęskniłam się za domem. W parku było cudownie (0 dzieci, słownie: zero), co akurat wspomagało naukę. Pogoda późno wiosenna, za to zagubiony wędrowiec nieposiadający kalendarza mógłby się pogubić w porach roku, widząc to:
Wróciłam na dinner zaraz po osiemnastej, po jedzeniu wyszłam na werandę, zasiadłam na leżaku, wzięłam laptopa na kolana i tak przeegzystowałam aż do dwudziestej trzydzieści. Mogłabym żyć na zewnątrz, tak dobrze się tam czuję! Szkoda mi było Colta i Liama, którzy całe popołudnie spędzili jak typowe amerykańskie dzieci - przed telewizorem. Nawet żaluzje w salonie były zasłonięte. Jenn w tym czasie odpisywała na maile od rodziców jej uczniów - praca nie kończy się praktycznie nigdy. Chętnie wzięłabym któregoś z chłopców do parku, ale nie wiem, jak sobie poradzą z 15 minutami chodzenia, skoro nigdzie nie chodzą poza sklepami i parkingami, jeszcze mi gdzieś pobiegną, rozbiją głowę i będzie katastrofa. A potem będą chcieli ze mną wychodzić non stop, a ja nie zawsze mam czas. No cóż, zostało mi 89 dni, myślmy pozytywnie!
piątek, 13 marca 2015
Obijająca obijaczka obija się obijając się przy obijaniu
Ostatnio obijam się w pisaniu bloga jak niegdyś na akrobatyce, kiedy mieliśmy robić brzuszki i pompki. Początek tygodnia spędziłam przed telewizorem, chodziłam także wcześnie spać, aby uzupełnić niedobór snu wynikający z położenia się spać o czwartej nad ranem w sobotnią noc. Obejrzałam Dance Moms, poćwiczyłam z Ewą Chodakowską ("Turbo Spalanie" - prawie umarłam, czterdziestominutowy trening zajął mi ponad godzinę, taka harówa), pouczyłam się do GEDu. Miło było pomarnować czas, odpoczęłam, zdążyłam się rozchorować z niewiadomego powodu (ech, przeklęte zatoki), ale już się wyleczyłam, odespałam nieprzespane, wracam do blogowania.
Dzisiaj opiszę wczoraj, a jutro opiszę dzisiaj i jutro. Wstałam niespodziewanie o 5:40, ostatnio odkryłam dziwną prawidłowość, jeśli chodzi o budzenie się. Otóż jeśli kładę się spać o 22:00, to wstaję bez budzika wypoczęta i pełna energii, ale kiedy próbuję położyć się spać dwie, jedną, czy pół godziny wcześniej, rano jestem jednym wielkim rozgotowanym makaronem, zirytowanym instytucją szkoły, wkurzonym przez budzik i któremu zimno, jeśli nie opatuli się kołdrą po uszy. Nie sądziłam, że kiedyś to powiem, ale muszę kłaść się później spać.
W dniu turnieju tenisa na szczęście obudziłam się sama. Miałam mnóstwo czasu, skorzystałam z okazji i posłuchałam radia Zet. Robię to jedynie przed szkołą, ponieważ w Teksasie po południu w Polsce jest środek nocy i lecą same odgrzewane kotlety przeplatane audycjami sprzed dekady. Jenn zawiozła mnie do szkoły, tym razem turniej gościliśmy my, więc nie musieliśmy nigdzie jechać. Mimo to mieliśmy się stawić na kortach o 7:00, ponieważ trzeba było przygotować je na przyjazd przeciwników.
Moja pierwsza partnerka w doubles - Sarah - nie gra już ze mną, ponieważ jej pierwsza partnerka wróciła do gry po długiej przerwie spowodowanej kontuzją nogi. Musiałam grać z Kristen, za którą nie przepadam. Wygrałyśmy dwa mecze, tyle samo przegrałyśmy, zdobyłyśmy czwarte miejsce, czyli najgorsze (nie według Abby Lee), ponieważ nie dostałyśmy medali. Nie jestem zdołowana, bo mam już medal z akrobatyki, teraz liczą się piękne kolorowe TROFEA! Oj tam, oj tam, będą jeszcze okazje, żeby coś wygrać. Następnym razem mam grać singles, czyli będę sama na korcie, nie muszę się martwić, że jakiś baleron, który uważa się za specjalistę od tenisa, bo gra od pięciu lat (po umiejętnościach nie widać), będzie mnie krytykował i paradował z pogardą na twarzy, a przy następnym punkcie popełniał dokładnie ten sam błąd, tracił trzy punkty z kolei na serwach (serio, ludzie, na serwach!!!) i mówił mi, że piłka była moja, kiedy tak naprawdę była niczyja, bo przeciwnik uderzył akurat tam, gdzie żadna z nas by nie dobiegła. Co prawda nigdy nie grałam sama i przyzwyczaiłam się do dużego kortu, więc sporo piłek pójdzie w out, ale jestem nastawiona pozytywnie.
Podczas turnieju trenerka uruchomiła budkę z jedzeniem, a kilka mam zawodników, które nie pracują, zgłosiło się do pomocy. Przygotowały gorące breakfast tacos, sztuka za dolara, nabyłam jedno i pochłonęłam natychmiast. Było około 15 stopni, a kiedy jest mi zimno, wciąż chce mi się jeść. Nie oszczędzałam kalorii, mój organizm potrzebował energii zarówno na mecze jak i na walczenie z zapaleniem zatok. A raczej prawie zapaleniem, nie było tak źle, przez lata jazdy rowerem zdążyłam się na tyle zaznajomić z tym upiorstwem, że zdołałam zwalczyć je na czas, a dziś, kiedy piszę bloga, czuję się wyśmienicie.
Wracając do jedzenia - podczas drugiego meczu rozpoczęła się produkcja hamburgerów. Jedna z mam rozłożyła grilla i smażyła kotlety, zapach był cudowny! Co prawda nie lubię hamburgerów, ale woń grillowania kojarzy mi się z rodzinnymi imprezami u babci w ogrodzie i wywołuje uśmiech na twarzy. Tęsknię ostatnio za domem, ale za 90 dni znów zobaczę Polskę, zjem schabowego, wsiądę na rower, kupię książkę i obejrzę film z rodzicami, opychając się jakimś dobrym deserem. Został tylko jeden dzień szkoły do Spring Break, moc atrakcji czeka!
Dzisiaj opiszę wczoraj, a jutro opiszę dzisiaj i jutro. Wstałam niespodziewanie o 5:40, ostatnio odkryłam dziwną prawidłowość, jeśli chodzi o budzenie się. Otóż jeśli kładę się spać o 22:00, to wstaję bez budzika wypoczęta i pełna energii, ale kiedy próbuję położyć się spać dwie, jedną, czy pół godziny wcześniej, rano jestem jednym wielkim rozgotowanym makaronem, zirytowanym instytucją szkoły, wkurzonym przez budzik i któremu zimno, jeśli nie opatuli się kołdrą po uszy. Nie sądziłam, że kiedyś to powiem, ale muszę kłaść się później spać.
W dniu turnieju tenisa na szczęście obudziłam się sama. Miałam mnóstwo czasu, skorzystałam z okazji i posłuchałam radia Zet. Robię to jedynie przed szkołą, ponieważ w Teksasie po południu w Polsce jest środek nocy i lecą same odgrzewane kotlety przeplatane audycjami sprzed dekady. Jenn zawiozła mnie do szkoły, tym razem turniej gościliśmy my, więc nie musieliśmy nigdzie jechać. Mimo to mieliśmy się stawić na kortach o 7:00, ponieważ trzeba było przygotować je na przyjazd przeciwników.
Moja pierwsza partnerka w doubles - Sarah - nie gra już ze mną, ponieważ jej pierwsza partnerka wróciła do gry po długiej przerwie spowodowanej kontuzją nogi. Musiałam grać z Kristen, za którą nie przepadam. Wygrałyśmy dwa mecze, tyle samo przegrałyśmy, zdobyłyśmy czwarte miejsce, czyli najgorsze (nie według Abby Lee), ponieważ nie dostałyśmy medali. Nie jestem zdołowana, bo mam już medal z akrobatyki, teraz liczą się piękne kolorowe TROFEA! Oj tam, oj tam, będą jeszcze okazje, żeby coś wygrać. Następnym razem mam grać singles, czyli będę sama na korcie, nie muszę się martwić, że jakiś baleron, który uważa się za specjalistę od tenisa, bo gra od pięciu lat (po umiejętnościach nie widać), będzie mnie krytykował i paradował z pogardą na twarzy, a przy następnym punkcie popełniał dokładnie ten sam błąd, tracił trzy punkty z kolei na serwach (serio, ludzie, na serwach!!!) i mówił mi, że piłka była moja, kiedy tak naprawdę była niczyja, bo przeciwnik uderzył akurat tam, gdzie żadna z nas by nie dobiegła. Co prawda nigdy nie grałam sama i przyzwyczaiłam się do dużego kortu, więc sporo piłek pójdzie w out, ale jestem nastawiona pozytywnie.
Podczas turnieju trenerka uruchomiła budkę z jedzeniem, a kilka mam zawodników, które nie pracują, zgłosiło się do pomocy. Przygotowały gorące breakfast tacos, sztuka za dolara, nabyłam jedno i pochłonęłam natychmiast. Było około 15 stopni, a kiedy jest mi zimno, wciąż chce mi się jeść. Nie oszczędzałam kalorii, mój organizm potrzebował energii zarówno na mecze jak i na walczenie z zapaleniem zatok. A raczej prawie zapaleniem, nie było tak źle, przez lata jazdy rowerem zdążyłam się na tyle zaznajomić z tym upiorstwem, że zdołałam zwalczyć je na czas, a dziś, kiedy piszę bloga, czuję się wyśmienicie.
Wracając do jedzenia - podczas drugiego meczu rozpoczęła się produkcja hamburgerów. Jedna z mam rozłożyła grilla i smażyła kotlety, zapach był cudowny! Co prawda nie lubię hamburgerów, ale woń grillowania kojarzy mi się z rodzinnymi imprezami u babci w ogrodzie i wywołuje uśmiech na twarzy. Tęsknię ostatnio za domem, ale za 90 dni znów zobaczę Polskę, zjem schabowego, wsiądę na rower, kupię książkę i obejrzę film z rodzicami, opychając się jakimś dobrym deserem. Został tylko jeden dzień szkoły do Spring Break, moc atrakcji czeka!
![]() |
| leczymy zatoki! |
poniedziałek, 9 marca 2015
Jazda po schodach w śpiworze
W sobotę z samego ranka zabrałam się za pieczenie tortu dla Mirabelle. Przepis tutaj. Przygody zaczęły się już przy robieniu masy, kiedy wszystko mi się zwarzyło po połączeniu ciepłej czekolady z mascarpone oraz zimnej śmietany ubitej z cukrem. No trudno, nic nie mogłam na to poradzić, katastrofy nie było, masa dalej smakowała pysznie, tak kremowo i czekoladowo! Oczywiście prawidłowo wykonana byłaby o niebo lepsza, ale kto nie próbował prawdziwych polskich ciast, ten się nie zorientuje.
I właśnie w ten sposób zabiłam masę.
Następnie zrobiłam dekoracje - rozpuszczoną czekoladę włożyłam do papierowego stożka i narysowałam na papierze do pieczenia imię Mirabelle, liczbę 17 oraz motyla i serduszka. Motyla włożyłam do otwartej książki, aby skrzydła były podniesione, wstawiłam wszystko do lodówki, aby zastygło.
Następnie zabrałam się za biszkopt. I tu znów zaczęły się kłopoty, badziewne amerykańskie jajka doprowadzały mnie do furii, kiedy żółtka nie chciały się oddzielać od mętnych białek, a gdy jakimś cudem dopięłam swego, pękały w misce i kaput. Rewelacja, już czułam, jak dobry będzie ten biszkopt. Ale to nie koniec - głupia amerykańska waga była niedokładna do tego stopnia, że kiedy połączyłam masę z żółtek i białek (o dziwo ubiły się przyzwoicie) z mąką i kakao, tego drugiego najwyraźniej było "odrobinę" za wiele, ponieważ otrzymałam twardy gniot, lekko sypki, który za nic nie chciał się rozprowadzić na tortownicy. Po paru minutach udręki załadowałam tę kosmiczną skałę do piekarnika, a kiedy się upiekła, spełniły się moje przewidywania = stworzyłam twardy latający talerz.
I właśnie w ten sposób zabiłam biszkopt.
Jeśli ktoś zajrzał do przepisu, to widział, jak wysoki powinien wyjść tort. No więc nie wyszedł taki. To, co upiekłam, było cieńsze niż 1/3 tortu na zdjęciu i nie mogło być mowy o przekrojeniu tego. Zdecydowałam, że tak być nie może i postanowiłam upiec ten durny biszkopt ponownie! Tym razem nie popełniłam tych błędów, co poprzednio, miałam tylko o jedno jajko za mało, więc użyłam proporcjonalnie mniej pozostałych składników. Hurra, udało się! Upiekłam prawdziwy biszkopt. Stwierdzam, że przepis kłamie, ponieważ wyszedł może milimetr wyższy niż poprzedni zakalec (a i tak wyrósł), nie było mowy o jakimkolwiek przekrajaniu. Postanowiłam użyć obu placków i zrobić z nich jeden tort.
I właśnie w ten sposób zabiłam przepis.
Kiedy rozsmarowałam masę i zaczęłam kłaść na niej truskawki, do domu wróciła Jenn z chłopcami. Rano pojechali na imprezę urodzinową kolegi Colta, całe szczęście! Lubię piec bez świadków, sami widzicie dlaczego. Jenn powiedziała, że kiedy weszła do domu, była przekonana, że gotuję jajka, bo cały dom pachniał jajkami. Wyjaśniłam jej, że to biszkopt, a nie jajecznica. Ale mi się śmiać chciało, kiedy dziwiła się, że placek pachnie jajkami, nie mogła uwierzyć, że jest słodki, w ogóle była bardzo zdziwiona i zainteresowana procesem dekoracji ciasta. Ja nie wiem, z czego ci Amerykanie pieką swoje tak zwane ciasta, skoro nawet nie znają biszkoptu.
I właśnie w ten sposób zabiłam wiarę w pieczenie w USA.
Na szczęście choć jedna rzecz poszła dobrze: dekorowanie. Rezultat:
Generalnie byłam z siebie dumna, jak na amerykańskie warunki dobrze mi poszło. Pozostało tylko włożyć tort do, nie wiem jak to nazwać, "nosidełka" do tortów i wyruszyć na imprezę. Hości zawieźli mnie do restauracji Chilli's, opóźnił nas pociąg liczący ponad 100 wagonów i wleczący się wolniej niż w Polsce, koleżanki już na mnie czekały. Zostawiłam tort w samochodzie host siostry Lary i wróciłam do restauracji. Byłam trochę zdziwiona, że nie zjemy tortu w środku, ale to nie moje urodziny, nie obchodziło mnie to zbytnio. Zamówiłam makaron z krewetkami, bardzo mi smakował:
Następnie udałyśmy się do samochodu i wyruszyłyśmy do domu Lary na sleepover. Przeniosłam tort z siedzenia w drugim rzędzie do rzędu trzeciego, przecisnęłam się, żeby usiąść obok, po czym chciałam wziąć tort na kolana. Nie udało mi się, ponieważ przy podnoszeniu tort wyleciał z nosidełka, które okazało się wadliwe, i spadł na siedzenie do góry nogami.
I właśnie w ten sposób zabiłam tort.
Szybko podniosłam go i położyłam z powrotem na tacce, chwała zakalcowi, dzięki któremu tort się nie połamał. O dziwo masa nie przykleiła się do skórzanego siedzenia, za to okruszki ciastek były wszędzie. Pojechałyśmy na stację benzynową koło H-E-B, gdzie mieli odkurzacz i odkurzyłyśmy samochód, zostawiając go w lepszym stanie niż przed śmiercią tortu. Odkurzacz za 1$ działał tak długo, że zdążyłybyśmy 10 razy wszystko odkurzyć, dlatego zaczęłyśmy odkurzać siebie (w końcu czemu nie?): http://youtu.be/Z7_nAnyQooo
W domu zjadłyśmy tort, wszyscy zachwycali się, jaki jest dobry, niektórym nawet smakowała zakalcowa warstwa. Kiedy zjadłyśmy ponad połowę, nikt nie miał miejsca na dodatkowy kawałek, ale każdy miał chrapkę na masę i truskawki ze środka. Stwierdziłam, że to tort jest dla nas, a nie my dla tortu, więc "otworzyłam" obie warstwy odsłaniając wnętrze i wypędzlowałyśmy wszystko, co się tam znajdowało. Tort mimo wszystko oficjalnie już nie żył, więc zabiłyśmy go ponownie, czemu nie. Pozostały biszkopt spuściłyśmy w zlewie, ponieważ zlewy w USA mają wbudowany "mikser" do przemulania resztek jedzenia, nazywa się to "garbage disposal". Użyteczne narzędzie. Nagrałam wszystko telefonem, Susi w tym czasie puściła muzykę z pogrzebu. Tak wyglądała ostateczna śmierć tortu: http://youtu.be/FXYQNTj4dKk
Poszłyśmy do pokoju Lary, jednak po jakimś czasie zachciało nam się pić, więc chciałyśmy zejść do kuchni. Wyszłam pierwsza, a kiedy doszłam do schodów, stwierdziłam, że chodzenie jest nudne i zjechałam w dół na tyłku. Reszta dziewczyn zrobiła to samo, dostałyśmy takiego napadu śmiechu, że gdybym się w porę nie powstrzymała, to bym zwymiotowała cały tort. Nie miałam takiej głupawki od dobrych paru lat. Morgan, siostra Lary, wytrzasnęła dla nas śpiwory i przez godzinę jeździłyśmy w nich po schodach. Powiem wam, że rozpędzało się w nich do takiego stopnia, że jazda w ogóle nie bolała. Co prawda tyłek boli mnie teraz jak po pierwszym dniu wiosennej jazdy na rowerze a pod prawym kolanem mam zdartą skórę, ale jak najbardziej było warto. To także uwieczniłyśmy na filmiku:
1) Marysia: http://youtu.be/vfJ3dNHij7c
2) Susi: http://youtu.be/4tszQbQCjBQ
3) Sophie: http://youtu.be/lrtVHY4JPf8
Tej nocy przypadła zmiana czasu, więc kiedy poszłyśmy spać, zamiast trzeciej nad ranem była czwarta. Ja i Susi zasnęłyśmy ostatnie, dostałyśmy ataku głupawki, jak tak dalej pójdzie, to wyrobię sobie sześciopak śmiechem. Zrobiłyśmy sporo selfie, co wcale nie było takie łatwe, bo lampa oślepiała nas do tego stopnia, że przez kilkadziesiąt sekund nie widziałyśmy zdjęcia na ekranie, bo nam się odbiły białe punkty na siatkówce.
I właśnie w ten sposób zabiłam masę.
Następnie zrobiłam dekoracje - rozpuszczoną czekoladę włożyłam do papierowego stożka i narysowałam na papierze do pieczenia imię Mirabelle, liczbę 17 oraz motyla i serduszka. Motyla włożyłam do otwartej książki, aby skrzydła były podniesione, wstawiłam wszystko do lodówki, aby zastygło.
![]() |
| motyl z czekolady |
I właśnie w ten sposób zabiłam biszkopt.
Jeśli ktoś zajrzał do przepisu, to widział, jak wysoki powinien wyjść tort. No więc nie wyszedł taki. To, co upiekłam, było cieńsze niż 1/3 tortu na zdjęciu i nie mogło być mowy o przekrojeniu tego. Zdecydowałam, że tak być nie może i postanowiłam upiec ten durny biszkopt ponownie! Tym razem nie popełniłam tych błędów, co poprzednio, miałam tylko o jedno jajko za mało, więc użyłam proporcjonalnie mniej pozostałych składników. Hurra, udało się! Upiekłam prawdziwy biszkopt. Stwierdzam, że przepis kłamie, ponieważ wyszedł może milimetr wyższy niż poprzedni zakalec (a i tak wyrósł), nie było mowy o jakimkolwiek przekrajaniu. Postanowiłam użyć obu placków i zrobić z nich jeden tort.
I właśnie w ten sposób zabiłam przepis.
![]() |
| pierwszy biszkopt - zadźgałam go widelcem w akcie desperacji, jak widać nie pomogło |
![]() |
| drugi biszkopt przed pieczeniem |
![]() |
| moje ulubione zdjęcie wszech czasów - wyżeracze masy |
I właśnie w ten sposób zabiłam wiarę w pieczenie w USA.
Na szczęście choć jedna rzecz poszła dobrze: dekorowanie. Rezultat:
Następnie udałyśmy się do samochodu i wyruszyłyśmy do domu Lary na sleepover. Przeniosłam tort z siedzenia w drugim rzędzie do rzędu trzeciego, przecisnęłam się, żeby usiąść obok, po czym chciałam wziąć tort na kolana. Nie udało mi się, ponieważ przy podnoszeniu tort wyleciał z nosidełka, które okazało się wadliwe, i spadł na siedzenie do góry nogami.
I właśnie w ten sposób zabiłam tort.
Szybko podniosłam go i położyłam z powrotem na tacce, chwała zakalcowi, dzięki któremu tort się nie połamał. O dziwo masa nie przykleiła się do skórzanego siedzenia, za to okruszki ciastek były wszędzie. Pojechałyśmy na stację benzynową koło H-E-B, gdzie mieli odkurzacz i odkurzyłyśmy samochód, zostawiając go w lepszym stanie niż przed śmiercią tortu. Odkurzacz za 1$ działał tak długo, że zdążyłybyśmy 10 razy wszystko odkurzyć, dlatego zaczęłyśmy odkurzać siebie (w końcu czemu nie?): http://youtu.be/Z7_nAnyQooo
W domu zjadłyśmy tort, wszyscy zachwycali się, jaki jest dobry, niektórym nawet smakowała zakalcowa warstwa. Kiedy zjadłyśmy ponad połowę, nikt nie miał miejsca na dodatkowy kawałek, ale każdy miał chrapkę na masę i truskawki ze środka. Stwierdziłam, że to tort jest dla nas, a nie my dla tortu, więc "otworzyłam" obie warstwy odsłaniając wnętrze i wypędzlowałyśmy wszystko, co się tam znajdowało. Tort mimo wszystko oficjalnie już nie żył, więc zabiłyśmy go ponownie, czemu nie. Pozostały biszkopt spuściłyśmy w zlewie, ponieważ zlewy w USA mają wbudowany "mikser" do przemulania resztek jedzenia, nazywa się to "garbage disposal". Użyteczne narzędzie. Nagrałam wszystko telefonem, Susi w tym czasie puściła muzykę z pogrzebu. Tak wyglądała ostateczna śmierć tortu: http://youtu.be/FXYQNTj4dKk
![]() |
| tort wewnątrz |
![]() |
| w trakcie destrukcji |
![]() |
| Susi kryminalista |
![]() |
| jak widać w środku nie ma już ani jednej truskawki |
Poszłyśmy do pokoju Lary, jednak po jakimś czasie zachciało nam się pić, więc chciałyśmy zejść do kuchni. Wyszłam pierwsza, a kiedy doszłam do schodów, stwierdziłam, że chodzenie jest nudne i zjechałam w dół na tyłku. Reszta dziewczyn zrobiła to samo, dostałyśmy takiego napadu śmiechu, że gdybym się w porę nie powstrzymała, to bym zwymiotowała cały tort. Nie miałam takiej głupawki od dobrych paru lat. Morgan, siostra Lary, wytrzasnęła dla nas śpiwory i przez godzinę jeździłyśmy w nich po schodach. Powiem wam, że rozpędzało się w nich do takiego stopnia, że jazda w ogóle nie bolała. Co prawda tyłek boli mnie teraz jak po pierwszym dniu wiosennej jazdy na rowerze a pod prawym kolanem mam zdartą skórę, ale jak najbardziej było warto. To także uwieczniłyśmy na filmiku:
1) Marysia: http://youtu.be/vfJ3dNHij7c
2) Susi: http://youtu.be/4tszQbQCjBQ
3) Sophie: http://youtu.be/lrtVHY4JPf8
Tej nocy przypadła zmiana czasu, więc kiedy poszłyśmy spać, zamiast trzeciej nad ranem była czwarta. Ja i Susi zasnęłyśmy ostatnie, dostałyśmy ataku głupawki, jak tak dalej pójdzie, to wyrobię sobie sześciopak śmiechem. Zrobiłyśmy sporo selfie, co wcale nie było takie łatwe, bo lampa oślepiała nas do tego stopnia, że przez kilkadziesiąt sekund nie widziałyśmy zdjęcia na ekranie, bo nam się odbiły białe punkty na siatkówce.
sobota, 7 marca 2015
Międzynarodowa poranna pogadanka - Q&A z USA
Zapraszam na czat na żywo:
https://www.youtube.com/watch?v=aNMoxGEXS7I
https://www.youtube.com/watch?v=aNMoxGEXS7I
piątek, 6 marca 2015
Snow Day
W środę wieczorem Jenn dostała telefon z sekretariatu z informacją, że w czwartek szkoła będzie zamknięta z uwagi na warunki pogodowe. Prognoza zapowiadała deszcz i mróz, nie ma mowy, żeby ktokolwiek gdziekolwiek jechał po oblodzonych drogach. Na początku niezbyt nas to zachwyciło, ponieważ stracony dzień trzeba nadrobić i rok szkolny przedłuża się o jeden dzień (dla mnie to dużo!), ale okazało się, że nadrobimy to w Memorial Day, który wypada w poniedziałek 25 maja, niecałe dwa tygodnie przed zakończeniem roku szkolnego. Wtedy nikt nie potrzebuje wolnego. Pozostaje tylko się cieszyć, że miałam okazję doświadczyć prawdziwego teksasowego Snow Day!
Skoro nie musieliśmy wstawać o świcie następnego ranka, postanowiliśmy obejrzeć film. Zaproponowałam komedię "Blended" z Adamem Sandlerem, pokazałam hostom zwiastun, razem z Jenn zaśmiewałyśmy się do łez. Za to Jeffowi nie przypadł do gustu, więc pozwoliłyśmy mu wybrać film, a ten obejrzeć kiedy będzie pracował na nocną zmianę i będziemy same w domu. Zaczęliśmy oglądać "The other woman", jednak film był tak nudny, że szybko czmychnęłam do swojego pokoju i obejrzałam "Blended", a raczej dokończyłam oglądać, bo zaczęłam po południu.
W czwartek udało mi się porozmawiać z mamą oraz z jedną koleżanką z Polski, pouczyłam się do GEDu, zapisałam się na ACT, przerobiłam filmik na YouTube, potańczyłam i zrobiłam masę rzeczy, na które normalnie nie mam czasu. Na lunch pojechaliśmy do japońskiej restauracji "Yanasi" (czy coś w tym stylu) i wszyscy zamówiliśmy rożne wariacje tego samego dania, które prezentowało się tak:
Jenn powiedziała, że na Hawajach i w wielu krajach azjatyckich każdy je coś takiego na śniadanie lub lunch. Jest to talerz, na którym jest po trochu wszystkiego, zestaw sprzedawany jedynie w dni robocze, także jeśli tylko pojawia się okazja, aby go zjeść, to hości wybierają się w to miejsce. Bardzo mi smakowało i mam nadzieję, że jeszcze tam wrócimy.
Na zdjęciu: tempura, czyli cebula, cukinia, słodki ziemniak i dwie krewetki obtaczane w bułce tartej, wasabi i imbir, surowa ryba z ryżem pod spodem, sałata z pomidorkami i ogórkiem posypana sezamem i polana jakimś dobrym sosem, sushi, ryż z sezamem. Mniam!
Pojechaliśmy także do Costco, jednak zanim dołączyłam do hostów, udałam się do Whole Foods, czyli organicznego sklepu spożywczego znajdującego się nieopodal, w poszukiwaniu serka mascarpone. Amerykańskie sklepy cierpią na poważny niedobór dóbr jadalnych dostępnych w Polsce, mimo to znalezienie mascarpone było mniejszym wyzwaniem niż graniczące z cudem poszukiwanie białego sera. Podeszłam do pracownicy i zapytałam o mascarpone, z uśmiechem zaprowadziła mnie do półki i... klapa. Wyprzedane. Cudownie! Grrr... W drodze powrotnej do domu natknęliśmy się na inny organiczny sklep- Randall's - pobiegłam szybko do środka i znalazłam mascarpone! Juhu! 226g kosztowało aż 6$, ale trudno, dla tortu wszystko, w końcu to mój prezent dla obu koleżanek. Musi być pierwsza klasa!
wtorek, 3 marca 2015
Cabela's
Dzisiaj mam dla was nowy filmik z amerykańskiego sklepu oraz anegdotę ze szkoły. Na historii jeden z uczniów zadał nauczycielowi pytanie, dialog wyglądał tak:
- Mr. Holcomb, so how can the word "discrimination" be used in a positive way?
- When you say: "Jonathan has a very discriminative taste if it comes to apples," it means he knows a good apple.
- Oh, I get it.
- Thank you for asking.
- Thank you for clarifying.
- My pleasure.
A teraz filmik: https://www.youtube.com/watch?v=07epf4JbAKU&feature=youtu.be
- Mr. Holcomb, so how can the word "discrimination" be used in a positive way?
- When you say: "Jonathan has a very discriminative taste if it comes to apples," it means he knows a good apple.
- Oh, I get it.
- Thank you for asking.
- Thank you for clarifying.
- My pleasure.
A teraz filmik: https://www.youtube.com/watch?v=07epf4JbAKU&feature=youtu.be
poniedziałek, 2 marca 2015
100 dni - Za czym tęskni wymieniec
Zostało mi dokładnie 100 dni w USA. STO DNI! Nie wiem czy to mało czy dużo, zależy jak na to patrzeć. Z jednej strony niewiele czasu mi pozostało na zrobienie wszystkich rzeczy, które sobie zaplanowałam, z maturą na czele, z drugiej strony w porównaniu do 194 dni, które spędziłam za wielką wodą, setka to całkiem pokaźna liczba. Sama nie wiem, co o tym myśleć, jestem rozerwana pomiędzy obiema stronami.
Pamietam post napisany przeze mnie około rok temu, zatytułowany 100 dni. Wtedy narzekałam, że moja aplikacja leży gdzieś w biurze w USA od stu dni, a ja wciąż nie mam zielonego pojęcia, dokąd jadę, jaką mi dadzą rodzinę, gdzie pójdę do szkoły. Ale sami popatrzcie, jak szybko czas zleciał...
Uznałam dzisiejszy dzień za znakomitą okazję na napisanie posta: "za czym tęskni wymieniec". Pamiętam, że w zeszłym roku sporo blogowiczów stworzyło identyczne notki, postanowiłam to kontynuować. Jeśli ktoś z obecnych wymieńców ma ochotę napisać coś podobnego, zapraszam do zostawienia komentarza z linkiem.
Najbardziej tęsknię za polskim stylem życia. Tęsknię za wolnością wynikającą z posiadania roweru, za ścieżką rowerową nad wisłokiem, za rodzinnymi wycieczkami rowerowymi, za możliwością wybrania się wszędzie w dowolnej chwili. Oczywiście pod warunkiem, że dopisuje pogoda, za którą akurat nie tęsknię. Tęsknię za dniami, kiedy wpadałam na pomysł, abyśmy z przyjaciółką poszły do kina, a kwadrans później wsiadałam na rower i jechałam do Heliosa. Lub gdy miałam ochotę pojechać na zakupy, brałam rower i mogłam objechać wszystkie rzeszowskie galerie handlowe, nigdzie mi się nie spieszyło, nie musiałam się obawiać, że rozjedzie mnie rozpędzony kar na hajłeju, bo wszędzie miałam ścieżkę dla rowerów lub chodnik. Tęsknię za rowerem, tęsknię za komunikacją miejscą, nawet za tymi autobusami, które zostawiały za sobą czarną chmurę dymu.
Tęsknię za jedzeniem! Nie ma nic lepszego, niż polskie żarełko. Kotlety, surówki, ciasta, ciasteczka, placki, torty i milion innych rzeczy z pierogami i naleśnikami na czele. Najgorsze jest to, że w USA nie zawsze da się cokolwiek z tego ugotować czy upiec. Na przykład moje ulubione rodzaje pierogów to te z białym serem, drugie z jagodami. Tu nie ma ani białego sera (widziałam go tylko raz w baaardzo odległym sklepie) ani jagód. Nie ma też chleba, aby zrobić normalną kanapkę. Boję się nawet wspomnieć o chlebie żytnim, który kupowałam w Polsce, nie sądzę, abym znalazła go gdziekolwiek poza Chicago czy Nowym Jorkiem, gdzie jest szansa na dostanie się do polskiej piekarni. Tęsknię za lodziarnią 300 metrów od domu, amerykańskie lody się z naszymi nie umywają, może za wyjątkiem Ben&Jerry's, które niestety są drogie, więc ich nie kupujemy. Może to i dobrze, byłabym jeszcze grubsza.
Amerykańskie jedzenie może być dobre, na przykład to, co gotuje Jenn, lub to, co jemy w restauracjach, ale nie ma porównania z kuchnią polską. Mam wrażenie, że tutaj wszystko jest przetworzone i nie ma tak głębokiego smaku jak w Polsce. Truskawki są czerwone na dole i biało-zielone na górze, bo dojrzewały w dojrzewalniach traktowane gazami, a nie w słonecznym babcinym ogródku. Trzeba odcinać ich końce, aby nadawały się do jedzenia, nie wystarczy oderwać ogonka. Do tego ich liście, mam na myśli całe kółko, mają średnicę nawet 7-8 cm, co zdecydowanie nie jest normalne. I mowię tu o organicznych truskawkach! Nie wspominając całej reszty warzyw, owoców i nie tylko. Większość jedzenia spożywanego przez dużą grupę ludzi jest tak przetworzona, że przybysz sprzed stu lat umarłby po napełnieniu tym żołądka. Rzeczywistość jest tu smutna. Wszystko można dostać w mrożonce lub w kartonie, brak smaku, nawalony glutaminian. A wszystko po to, aby było szybko, tanio i by można było spędzić więcej czasu w pracy. I co z tego, że się więcej zarobi, skoro ma się tak marne życie. Nie mówię, że wszyscy tak "egzystują", ale jest to porażająco szeroka grupa społeczeństwa. Nie mają na nic czasu, bo pracują. Tylko po co? Żeby pojechać na zakupy i coś zjeść (czasami mam wrażenie, że dla wielu ludzi jedzenie na mieście i zakupy to jedyna rozrywka). Oraz żeby opłacić dzieciom college, żeby były wykształcone i żeby też mogły przepracować swoje życie. Co kraj to obyczaj, niech żyją jak im się podoba, ale ja wracam do Polski.
Tęsknię za życiem towarzyskim. Choć częściowo mi przeszło, ponieważ moje koleżanki z innych krajów także za tym tęskniły i teraz robimy mnóstwo rzeczy razem. Ale tęsknię za wychodzeniem na podwórko po szkole, za zawsze taką samą rozmową przez domofon: "Wyjdziesz?", "Okej". Tęsknię za odwiedzaniem koleżanek na rowerze. Tęsknię za odwiedzaniem rodziny parę razy w miesiącu, za graniem w gry planszowe z mamą, tatą i siostrą, za oglądaniem razem telewizji i jedzeniem domowych słodyczy, za robieniem różnych fajnych rzeczy, które nie są zakupami. Chociaż nie ukrywam, że zakupy też lubię. W USA kupię wszystko, czego mi potrzeba, a w Polsce będę robić inne rzeczy.
Pewnie uzbierałoby się tego więcej, ale to pomniejsze sprawy. Kiedy wrócę do Polski, napiszę kolejnego posta "100 dni" i opiszę, za czym tęsknię w Polsce, co miałam w USA.
Moim koleżankom też się tęskni za domem. Im jest o wiele trudniej, bo nie mają tak fajnych host rodzin jak ja, może za wyjątkiem Lary, więc muszą czuć się naprawdę samotnie. Zgadnijcie, które odliczanie jest czyje:
niedziela, 1 marca 2015
Jazda w koszyku i jedzenie palcami
Dziś rano wybrałyśmy się z Jenn i z dziećmi na zakupy do centrum handlowego, aby kupić sukienkę na urodziny dla koleżanki Colta. Nie miałam okazji pochodzić po sklepach, ponieważ musiałam chodzić za Jenn i pomagać jej z Coltem i z Liamem. Przez większość czasu pchałam wózek Liama, ale w sumie było fajnie. Chciałam wstąpić do Abercrombie, więc poszliśmy tam na samym końcu. Kupiłam sobie bardzo fajną granatową sukienkę, całe szczęście, że miałam kartę podarunkową, dzięki temu z 73 $ zrobiło się 52!
Po zakupach poszliśmy do sekcji zjedzeniem na lunch. Postawiliśmy na japoński fast food, jedzenie było nawet dobre, oczywiście domowe, które robi Jenn, jest nie do porównania lepsze. Kiedy Jenn i Colt poszli do toalety, zostałam z Liamem, zrobiliśmy sobie selfie:
Po zakupach wróciłyśmy do domu, rozpakowałyśmy bagażnik, zostawiłyśmy dzieci w domu z Jeffem, po czym pojechałyśmy po moją koleżankę Cindy. Chciałyśmy z koleżankami zrobić coś razem w ten weekend, postanowiłyśmy wybrać się do Targetu. Jest to sklep, w którym można dostać wszystko: ciuchy, jedzenie, artykuły papiernicze, różne rzeczy do gotowania, wyposażenie domu, kosmetyki. Dla Amerykanów jest to zwykły sklep, ale my nie jesteśmy stąd, więc wszystko nas interesuje. Normalnie kiedy jedziemy do jakiegokolwiek sklepu z hostami, to wchodzimy tam na krótką chwilę i szybko załatwiamy sprawunki, oni nigdy nie zostają nigdzie długo, ponieważ mają te sklepy na co dzień. Ale ja jestem jak wymieniec z Burkina Faso, który przyjechał do Polski: taki ktoś pewnie mógłby spędzić cały dzień w zwykłym Tesco i nie mieć dość. Jenn zawiozła mnie i Cindy do Targetu, Larę przywiozła jej host rodzina, a Susi, Sophie i Mirabelle podwiózł host tato Mirabelle.
Ja i Cindy byłyśmy tam godzinę przed wszystkimi, więc poszłyśmy do Starbucksa. Kupiłam sobie karmelowe macchiato, było pyszne! Rzadko chodzę do Starbucksa, ale dzisiaj tak się złożyło, że byłam tam dwa razy: rano w drodze na zakupy wstąpiłyśmy z Jenn do Starbucksa, wybrałam wtedy Frappucino o smaku orzechów laskowych. Ostatnio mnie naszło na orzechy laskowe, strasznie mi smakują.
Ja i Cindy byłyśmy tam godzinę przed wszystkimi, więc poszłyśmy do Starbucksa. Kupiłam sobie karmelowe macchiato, było pyszne! Rzadko chodzę do Starbucksa, ale dzisiaj tak się złożyło, że byłam tam dwa razy: rano w drodze na zakupy wstąpiłyśmy z Jenn do Starbucksa, wybrałam wtedy Frappucino o smaku orzechów laskowych. Ostatnio mnie naszło na orzechy laskowe, strasznie mi smakują.
Na pewno nie zapomnę tego dnia i przygód z Targetu, było genialnie! Na początku obejrzalysmy ubrania i poszłyśmy razem do przymierzalni. Kupiłam kolejną fajną sukienkę, szorty tenisowe i bluzkę na ramiączkach. Potem przeglądałyśmy kolejne stoiska, miałyśmy jeden koszyk, siadłam na samym dole, a Cindy weszła do środka. Podobno dziewczyny robiły to samo ostatnim razem, kiedy mnie z nimi nie było. Quinlin – host siostra Mirabelle – powiedziała im, że w Ameryce to nikogo nie obchodzi, można robić co się chce.
Kiedy doszłyśmy na stoisko zjedzeniem, dziewczyny zaczęły przeglądać jedzenie za dzidziuśów. Sophie i Susi, Mirabelle też, nie przepadają za jedzeniem w swoich host rodzinach, jedzą mnóstwo fastfoodów i mało warzyw. Bardzo tego nie lubią, więc zawsze na zakupach kupują coś zdrowego, a że w Ameryce to nie jest takie łatwe, to kupują jedzenie dla niemowląt, które prawie na pewno jest zdrowe. Niestety to jedzenie jest drogie, więc kiedy wyszłyśmy z Targetu, Susi stwierdziła, że wydała za dużo pieniędzy. Poprosiła mnie o pomoc, żebym ją zmotywowała, żeby przestała wydawać, ponieważ wie, że ja zbyt wiele nie wydaję interesuję się biznesem. Powiedziałam jej o aktywach i pasywach, wyjaśniłam, że powinna kupować tylko te pierwsze. Potem poszłam z nią do punktu obsługi klienta i powiedziałam, że powinna oddać to jedzenie. Na poczatku stwierdziła, że to świetny pomysł, ale kiedy podeszłyśmy do pracowniczki, rozmyśliła się. Chyba się wstydziła z nią rozmawiać. Ale pani była bardzo miła, od razu zapytała się, czy może nam pomóc, a wtedy Susi powiedziała, że już wszystko w porządku. Jednak widziałam na jej twarzy, że chciałaby zwrócić parę produktów, więc podeszłam do tej babki i powiedziałam, że chcemy oddać kilka rzeczy. Podałam jej reklamówkę, a ona na to z uśmiechem: "To jest jedzenie dla niemowląt!". Zawstydzona Susi przytaknęła, pani była bardzo miła i bez żadnych pytań przyjęła nasz zwrot. Jedynym problemem było to, że Susi nie miała amerykańskiego dowodu osobistego, na szczęście wzięła ze sobą paszport, ponieważ często o niego proszą, kiedy płaci kartą w sklepach. W Ameryce można zwrócić wszystko bez problemu, czasami nawet nie trzeba mieć paragonu.
Następnie poszłyśmy do restauracji Applebee's, aby zjeść dinner. Dołączyła do nas host siostra Lary, Morgan. Jako przystawkę zamówiłyśmy frytki ze słodkich ziemniaków z trzema sosami. Były pyszne, zakochałam się w Ameryce w słodkich ziemniakach! Wymiotłyśmy wszystko z talerza, po czym dostałyśmy jedzenie. Zamówiłam sobie Sampler, czyli danie złożone z dwóch dań w pomniejszonych porcjach. Wybrałam nachosy z jakimiś mięsem oraz coś w stylu pierogów z krewetkami z sosem z orzechów ziemnych. Wszystko było pyszne! Na deser wzięłyśmy razem z dziewczynami słonego precla polanego karmelem, który maczało się w sosie z białego sera z cukrem. Kiedy zjadłyśmy wszystkie kawałki precla, na talerzu dalej było mnóstwo karmelu, zostało nam też sporo sosu. Oddałyśmy już nasze sztućce, więc stwierdziłyśmy, że zjemy to palcami i tak też zrobiłyśmy, zaśmiewając się do łez. Całe szczęście, że w Ameryce to nikogo nie obchodzi. Ten dzień na pewno zostanie w naszej pamięci na zawsze, nawet razem dyskutowałyśmy, kiedy to za dziesięć lat spotkamy się na wyspach Galapagos i będziemy wspominać, jak jadłyśmy sos z białego sera i polewę karmelową palcami.
Do domu wróciłam około 21:00, podwiozła mnie mama Cindy. Reszta dziewczyn musiała czekać bardzo długo, ponieważ mieli je odebrać rodzice Sophie, którzy jednak stwierdzili, że wolą pojechać do San Marcos na kolację, i po prostu nie przyjechali. Masakra, co za ludzie! Susi musiała zadzwonić po swoich host rodziców, aby je odebrali. Poszłam do salonu i zaczęłam rozmawiać z Jenn, tak się rozgadałyśmy, że spać poszłam 11:30. Bardzo się cieszę, że mam taką fajną host mamę, możemy rozmawiać o czymkolwiek godzinami. Szkoda, że wszystkie host rodziny takie nie są.
Subskrybuj:
Posty (Atom)







































