niedziela, 28 września 2014

Pizza plazmowa

Dzisiaj miałam jechać z Leah na wycieczkę, ale niestety coś jej wypadło i nie mogła po nas przyjechać. Mam nadzieję spotkać się z nią jak najszybciej, naprawdę musimy porozmawiać. W sumie mogłabym zadzwonić przez telefon, ale to nie to samo. Nie lubię rozmawiać przez telefon, a po angielsku to już naprawdę nienawidzę. Nie wiem dlaczego, przecież rozumiem większość słów, ale tak już mam. Muszę widzieć twarz rozmówcy, inaczej chodzę po całym domu, kręcę się i kończę szybko rozmowę. Niestety za tydzień jedziemy do Dallas (lub stety, w końcu to będzie naprawdę odlotowe!) więc nie zobaczę się z Leah, ale może spotkamy się za dwa tygodnie lub gdzieś na tygodniu. Trzymam kciuki.

Po południu pojechaliśmy na pizzę całą "rodziną" (o ile monża to tak nzawać, bo nie zażuawam zybt czętso zahcowań chakarterystycznych dla rozdiny) oraz z sąsiadami, którzy są hostami Jimin i Marty.  Naszym celem był lokal Big Lou's Pizza, oddalony o półtorej godziny jazdy od Kyle. Taaaaak... Amerykanie potrafią przejechać ponad 100 km aby zjeść coś w restauracji... chyba nigdy tego nie zrozumiem. Big Lou's Pizza szczyci się tym:


Nie, to nie jest fotomontaż! Tutaj wyrabia się pizzę większą od telewizora! Wiem że 42 cale kosztowała ponad 50$, więc ta jest pewnie ze dwa razy droższa. W cenę wliczony transport karetką do szpitala lub miejsce na cmentarzu, nie sądzę aby ktokolwiek przeżył taki szok. Nie no, żartuję xD Na taką pizzę przyjeżdża całe wesele! 42 cale kupuje zazwyczaj kilkanaście osób na spółkę, nasi sąsiedzi kupili 37, po ćwiartce na osobę. I tak ponad połowę wzięli do domu, bo nie dali rady tego zjeść.

Taka tam... średnia pizza w USA

Ciekawostka o amerykańskich restauracjach: jeśli nie zjecie czegoś na miejscu, zapakują wam to w karton lub piankowe opakowanie na wynos. Jeśli czegoś nie wypijecie, przeleją wam to do kubka na wynos. Zasada jest taka, że za co klient zapłacił, to mu się należy, więc można zabrać do domu wszystko, czego się nie zjadło. Ciekawe doświadczenie :) Mimo to wolałabym, aby po prostu dawali mniejsze porcje. Takie restauracyjne żarcie odgrzewane potem w domu nie smakuje już dobrze.

Ja i Mirabelle kupiłyśmy na spółkę najmniejszą pizzę, czyli 10 cali. Dla porównania: krótszy brzeg kartki papieru ma 8,5 cala. Wybrałyśmy opcję ze wszystkimi dodatkami, ponieważ nie mogłyśmy się zdecydować, co wybrać. Najadłam się tą połówką tak, że ledwo się wyczołgałam z pizzerii, a w samochodzie natychmiast zasnęłam, ledwo żywa. Myślę, że to uczucie półtrupa to także wina pochłonięcia ciężkostrawnego mega glutenowego posiłku o godzinie dwudziestej, mam już dość pizzy na cały rok. Mimo to warto było pojechać do Big Lou's Pizza dla samego widoku placka wielkości telewizora plazmowego.

Pizza moja i Mirabelle. Zdjęcie dalekie do doskonałości, mój aparat odmówił współpracy przy neonowym oświetleniu.

Lokal był ogromny, mieścił kilkaset osób w kilku salach, w kolejce staliśmy chyba z pół godziny, następnie przez godzinę czekaliśmy na pizzę. Nie była jakoś specjalnie wspaniała, zwykła pizza, ot co, jednak jej wielkość przyciąga tłumy. Ludzie z miast oddalonych o kilkaset mil przyjeżdżają tu na kolację oraz organizują urodziny, nie tylko dla dzieci. Podczas naszego pobytu w Big Lou's Pizza urodziny miało pięć osób. Kelner podchodził do jubilata z megafonem i śpiewał "sto lat", a z nim cała sala klientów, po czym goście zajadali się gigantyczną pizzą. Nie wiem jak wy, ale ja wolę urodziny w domu :) 

Ktoś tam w tle ma urodziny!

Odwiedzenie Big Lou's Pizza było niezwykle ciekawym doświadczeniem. Od dziś każda pizza będzie wydawała mi się mała. Nie mam zamiaru także jeść pizzy przez najbliższe kilka tygodni, może miesięcy xD Czuję się jak trup i nie mogę spać. Ale oj tam, oj tam, ważne, że mam zdjęcia! Ktoś mnie prosił w komentarzu o "zdjęcia wszystkiego amerykańskiego", także spełniam prośbę :) Zaleję was taką masą zdjęć, ile sera było na mojej pizzy!!!




Jedna z sal restauracyjnych :)

kawałek kolejki

przy kasie

Tak wyglądały dekoracje na ścianach.

Ja z Martą i Jimin.

z Mirabelle

kolejne z Mirabelle

Ci ludzie w tle zamówili jedną pizzę. Zgadnijcie, którą xD







nasza pizza

tak się nosi pizzę plazmową


Mmm... pycha! Szkoda, że zaraz umrę!




Ja, Mirabelle, Jimin, Marta i Kaeleigh

sobota, 27 września 2014

Projekt: "siedem dni szkoły"

Pewnie część z was się zastanawia, o co chodzi w tytule mojego posta. Nie martwcie się, nikt nie chodził do szkoły przez siedem dni, nie przewiduję takich tortur! To po prostu mój nowy pomysł na filmiki youtubowe: mam w szkole siedem przedmiotów, więc nakręcę filmik o każdym z nich z osobna, aby podać wam jak najwięcej informacji, a następnie będę dodawać po jednym filmiku na YouTube (pewnie co dwa dni, zważając na brak czasu i wracanie do domu o 16:30). Co wy na to?

Dziś w szkole mieliśmy Advisory Schedule, czyli lekko zmieniony plan lekcji. Każda lekcja trwała "tylko" 45 minut zamiast 50, aby uskładać dodatkowe 45 minut na jeszcze jedną lekcję. Taki podział godzin wprowadzają zazwyczaj w piątki, kiedy chcą wyświetlić całej szkole jakiś filmik (np. instrukcje bezpieczeństwa w razie alarmu), przeprowadzić szkolenie dotyczące właśnie tych alarmów lub gdy ma się odbyć Pep Rally. Dziś było właśnie to ostatnie. Cała szkoła wylała się na stadion, wypełniając szczelnie trybuny po lewej stronie boiska. Przy wejściu rozdawali czerwone koszulki z napisem "Rebels" - tak nazywa się społeczność uczniów mojej szkoły, kto przyszedł w miarę szybko, ten się załapał. Ja dostałam koszulkę w rozmiarze L, spokojnie mogę jej użyć jako piżamy, taka jest wielka. No, może trochę przesadzam ;) Kupiłam sobie także szkolną czerwoną bandanę.

Gracze futbolu, do których była skierowana uroczystość, wbiegli jak szaleni na boisko w swoich czerwonych koszulkach z numerami, niektórzy nieśli na barana innych, w sumie było ich kilkadziesiąt (może 70?). Szkoła dopingowała im i zagrzewała do walki w wieczornym meczu przeciwko innej szkole z naszego miasta - Lehman High School, do której zresztą miałam chodzić, gdyby Leah była moją host mamą. Najpierw kilka osób wygłosiło mowę, wbrew pozorom nie było nudno, każda z nich powiedziała coś śmiesznego :) Potem uczniowie grali z nauczycielami w różne gry, na przykład czworo nauczycieli (po jednym na każdy rocznik) zostało owiniętych strasznie długą czerwoną wstążką, każdego nauczyciela owijało dwóch uczniów z danego rocznika. Która drużyna pierwsza uporała się z zadaniem, ten rocznik wygrywał. Zwyciężyli seniorzy. Następnie wystąpiły Highsteppers i Cheerleaderki, zagrała szkolna orkiestra i zaśpiewaliśmy hymn szkoły, którego jeszcze nie znam, wykonując przy tym specjalny taniec, który znam (Micaela mnie nauczyła). Na koniec wszyscy mieli za zadanie krzyczeć, w której są klasie (freshmen, sophmore, junior, senior) tak głośno, jak tylko się da. Myślałam, że ogłuchnę, taki był huk! W USA często widzę rywalizację między rocznikami, tak samo jak w Polsce jest rywalizacja między klasami. Po zakończonym Pep Rally wróciliśmy do szkoły.

Po powrocie do domu miałam absolutnie zero czasu dla siebie, ponieważ musiałam posprzątać w kuchni. Całe szczęście, że Mirabelle mi pomogła, inaczej dalej bym tam siedziała! Potem pojechaliśmy na mecz futbolu, ja i Mirabelle znów pomagałyśmy w budce z jedzeniem. Tłum był ogromny, emocje sięgały zenitu. Wszyscy uczniowie z naszej szkoły ubrali się na czerwono, niektórzy kupili koszulki dziś podczas lunchu, inni mieli koszulki z poprzednich lat, jeszcze inni po prostu włożyli czerwone ubranie. Tłum krzyczał, gwizdał, skakał, śpiewał, tańczył. Szaleństwo! W budce z jedzeniem było mnóstwo roboty, kolejka głodomorów ciągnęła się hen daleko. Chilli nachos! Hot-dog! Popcorn! Wrapped sausage! Diet Coke! Blue Powerade! Snickers! Two more nachos! Tak wyglądało moje życie przez trzy i pół godziny. Ale i tak było fajnie, ludzie byli fantastyczni i zabawni, jeden koleś non stop wszystkich rozśmieszał. W kółko słyszałam "Good job!", "You're doing fantastic!", "Great work girls!". Miło być docenionym za swoją pracę :)

Po zakończonej harówce wyszłyśmy z Mirabelle na parking i czekałyśmy na hostów. W ramach zabijania nudy komentowałyśmy i oceniałyśmy każdy przejeżdżający obok nas samochód, było bardzo zabawnie. Mirabelle nauczyła mnie trochę chińskiego (na razie umiem tylko ni-hau - cześć), ale mam zamiar nauczyć się więcej. Ja ją nauczyłam "cześć", moje imię po polsku (Marysia, tutaj mówią na mnie "Marija") oraz "czarownica". Chbya się dośmylacie, kogo doczytyło to otsatnie :D

Potem dostałam SMS od Johna, że czekają na nas z Lynne, Kaeleigh i Samem przy South Gate. Zapytałam się jakiegoś człowieka, gdzie to jest, odpowiedział mi, że to parking na drugim końcu szkoły. No więc tam też się skierowałyśmy. Po przejściu pół kilometra (nasza szkoła to moloch) i przewędrowaniu między niezliczonymi rzędami samochodów okazało się, że to jednak nie ten parking. Zadzwoniłam do Johna i zapytałam go, gdzie dokładnie są, wyszło na to, że niepotrzebnie gdziekolwiek szłyśmy. Ale za to podczas wędrówki rozmawiałyśmy z Mirabelle i tak się uśmiałyśmy, że naewt wiodk oproknej twazry hsot mamy nie był w satnie pospuć mi hmuoru. Padał deszcz, był środek nocy, padałam ze zmęczenia, ale z niewiadomych powodów miałam wielkiego banana na twarzy i byłam wesoła na maksa. Miałam po prostu szczęśliwy dzień :)

My w barwach szkoły (czerwony, niebieski, biały). Zignorujcie moją różową bluzę, to taki tam... prawie czerwony ;)

Wyjazd na mecz w naszych nowych koszulkach Leo Club i szkolnych bandanach :)
Nie zapomnijcie odpowiedzieć, co sądzicie o projekcie "siedem dni szkoły"!

piątek, 26 września 2014

Szkolne spotkanie nie-tubylców

W szkole na pierwszej lekcji (US History) udaliśmy się do jednej z czterech sal gimnastycznych, ponieważ dziś był "picture day". Na sali rozstawiono mnóstwo parasoli, świateł i teł do fotografowania. Robili nam zdjęcia do Yearbooka, czyli książki wydawanej przez szkołę, w której utrwalone są wszystkie wspomnienia z danego roku szkolnego. Są to między innymi portrety wszystkich uczniów, reportaże z meczów, opisy szkolnych wydarzeń itp. Nie wiem, jak Yearbook prezentuje się w rzeczywistości, gdyż nigdy żadnego nie widziałam, ale z pewnością kupię sobie egzemplarz na pamiątkę. Już teraz na korytarzach wiszą plakaty z linkiem do strony internetowej, gdzie należy składać zamówienia, oraz z informacją o promocji (niecałe 70$ + nasze imię i nazwisko na okładce gratis, o ile dobrze zrozumiałam). Ceny rosną proporcjonalnie do upływu czasu.

Można było wykupić sobie dodatkowe opcje, wtedy fotograf robił uczniowi dodatkowe zdjęcia, które były wywoływane w różnych technikach i formatach. Amerykanie lubią wieszać na ścianach zdjęcia całych rodzin, często udają się w tym celu do fotografa. Moi hości nie mają czegoś takiego, natomiast nasza sąsiadka tak - na jej ścianie i na lodówce wiszą fotografie każdego członka rodziny, nawet tej dalszej, oraz zdjęcia znajomych. Aby zrobić sobie dodatkowe zdjęcia, trzeba było wypełnić formularz. Widziałam go u jednej osoby z mojej klasy, dziewczyna kupowała kilka dużych i małych zdjęć, cena: 39$. Tak troszkę drogo... Widziałam kilka przykładowych zdjęć, wcale nie były specjalnie piękne, tło było okropne, fotografie sztuczne i blade. Moim zdaniem lepiej zrobić zdjęcie własnym aparatem, efekt będzie o niebo lepszy, a do tego możemy wybrać tło i wykadrować jak nam się żywnie podoba. Nie wiem jak wy, ale ja na zdjęciach u fotografa (legitymacja, wiza, paszport itp.) wyglądam tragicznie. Problem polega na tym, że jeszcze nie widziałam Amerykanina z aparatem. Nigdy. Wszyscy pstrykają foty smartfonami. A jak przyniosłam aparat do szkoły, to zaczęli się nim tak zachwycać, jakbym przyniosła iPhone'a 6 przed premierą.
Cudowna poranna pogoda w Teksasie 25 września + jeden z kilku szkolnych parkingów.

Lunch wyglądał dziś inaczej niż zwykle. Wszyscy exchange studenci oraz osoby przybywające do naszej szkoły z innych miast i stanów (które nie są Freshmenami - pierwszoroczniakami) zostały zaproszone na salę gimnastyczną na lunch fundowany przez szkołę. Jedzenie było zaskakująco smaczne :) Użyto przypraw. Kilku. Wow! Menu prezentowało się następująco: sałatka (kocham wszystkie sałatki <3) oraz coś, czego nigdy nie jadłam, a co było bardzo dobre, mimo że nie wyglądało specjalnie apetycznie. Nie wiem dokładnie, co to było, w każdym razie przypominało cienkie ciasto pizzy zwinięte w rulon jak naleśnik, wypełnione sosem pomidorowym z dodatkiem sera i pepperoni. Przypomniało mi smakiem polską bułkę drożdżową! Na deser dali nam ciasteczka z czekoladowymi groszkami.

Na spotkanie przyszło około 20 osób. Poznałam dziewczynę z wymiany, która przyjechała z Niemiec. Mieszka w tym samym mieście co ja, mamy w planach odwiedzenie się nawzajem. Może pojadę do niej rowerem w któryś weekend, jednak na razie mam plany na najbliższe dwa weekendy (w ten wyjazd z Leah, a za tydzień wycieczka do Dallas na jakiś festiwal na trzy dni). Ta Niemka powiedziała mi, że chce iść na próby do drużyny koszykarskiej w listopadzie, więc powiedziałam, że chętnie pójdę z nią. Granie w typowo amerykańskiej drużynie - to by było coś! Nigdy tak na prawdę nie grałam w koszykówkę, ale lubię ten sport i zastanawiałam się nad dołączeniem do drużyny już od jakiegoś czasu. Myślałam, że sezon właśnie trwa, a próby odbyły się na wiosnę, jednak na szczęście nie miałam racji. Zobaczymy, co z tego wyjdzie, na razie mam tyle spraw na głowie, że nie jestem w stanie nic przewidzieć.

Po szkole poszłam z Mirabelle na spotkanie Leo Club, czyli szkolnego klubu wolontariuszy, które odbyło się w stołówce, a nie w klasie, ze względu na dużą ilość uczestników. Kupiłyśmy nasze klubowe koszulki za 10$ i dostałyśmy plan akcji charytatywnych, które odbędą się w najbliższym czasie. Nie trzeba brać w nich udziału, jeśli się nie chce, każdy sam sobie wybiera akcje, w których będzie uczestniczyć. Ja i Mirabelle idziemy jutro w ramach klubu na kolejny mecz futbolu, znów będziemy sprzedawać jedzenie. Ser i sos chilli sprzed dwóch tygodni czekają na odgrzanie! Nie brzmi apetycznie, ale nie będę tego jeść :) Za to lubię pomagać przy sprzedaży jedzenia, ostatnio poznałam wiele fajnych osób.

Po odrobieniu masy zadania domowego poszłam pobiegać z Damonem, Mirabelle zrobiła nam zdjęcie:



Przy odrabianiu zadania z anatomii natrafiłam na stronę internetową z różnymi ciekawostkami, zachęcam do obczajenia: http://www.wisegeek.org

czwartek, 25 września 2014

YMCA

Dzisiaj w szkole Mirabelle zgubiła telefon. Zgubiła, a raczej jej go ukradli. Zostawiła go na ławce podczas lekcji, kiedy robili plakaty w kilkuosobowych grupach, po czym podeszła do nauczyciela z jakimś pytaniem, a gdy wróciła do swojej ławki, telefon zniknął. Strasznie mi jej szkoda, ona wszystko robiła na telefonie, więc dziś po szkole pytała mnie, jak się używa facebooka na komputerze! Mam nadzieję, że jej telefon się znajdzie. W tutejszych szkołach kradzieże zdarzają się o wiele częściej niż w Polsce, moim zdaniem dlatego, że każdą lekcję ma się z innymi ludźmi, więc praktycznie każdy uczeń jest nam obcy. A obcemu łatwiej przychodzi coś ukraść. Jednak osoba, która ukradła telefon Mirabelle, będzie musiała najpierw złamać szyfr, a jeśli jej się to uda, czeka ją kolejna niespodzianka. Telefon jest po chińsku.

Po szkole pojechałam z Lynne i Mirabelle do YMCA - tak się nazywa gigantyczne centrum rekreacyjne w sąsiednim mieście o zacnej nazwie Buda (czyt. Bjuda). Drugim samochodem przyjechali Sam i jego fizjoterapeutka Dustin. Lynne zarejestrowała nas w tym centrum i od tej pory możemy tu przychodzić kiedy chcemy (o ile ktoś zechce nas zawieźć) i możemy korzystać ze wszystkich udogodnień: siłowni, bieżni, rowerków, mnóstwa dziwnych urządzeń, których nazw nie kojarzę, basenu, zumby i jeszcze kilku innych. Dziś spędziłam pół godziny na rowerku, ćwiczyłam na dużych pompowanych piłkach (robiąc salta i przewroty, dzień bez akrobacji to dzień stracony!) i skakałam na skakance. Nie byłam przygotowana na nic innego, bo Lynne powiedziała nam, że nie będziemy tam nic robić oprócz rejestracji, po czym spędziłyśmy w tym miejscu ponad godzinę, kiedy ona oprowadzała Dustin i Sama po budynku - oni także byli tam pierwszy raz. Sandały nie są odpowiednim obuwiem do ćwiczeń.

Wieczorem obejrzałam Dance Moms, odcinek bardzo mi się podobał, jak z resztą każdy inny :D Za tydzień dziewczyny jadą na zawody krajowe, już nie mogę się doczekać! Potem zrobiłam sobie sałatkę, miałam ochotę na coś zrobionego przeze mnie, a nie przez innych, do tego mogłam przyrządzić danie, które tak często pochłaniałam w Polsce. Ale i tak sałatka smakowała inaczej, tutaj wszystko smakuje inaczej, zazwyczaj gorzej, choć słodycze i niektóre fast foody mają bardzo dobre, co motywuje mnie do biegania każdego dnia, aby nie wrócić do Polski dwukrotnie szersza, niż gdy ją opuściłam. Do tego nie miałam paru składników, ale i tak sałatka mi smakowała! Nawet zrobiłam zdjęcie:


środa, 24 września 2014

Aszli i Mikejla utcho shie polskyego

Dzisiaj podczas lunchu uczyłam moje koleżanki - Ashley i Micaelę - polskiego alfabetu i kilku prostych słów w naszym języku. Było przy tym mnóstwo śmiechu i zabawy! Wypowiedzenie słowa "cześć" stanowiło dla nich nie lada wyzwanie, łatwiejsze okazało się pożegnanie "pa pa". Napisałam im cały polski alfabet, Ashley nauczyła się wymawiać wszystkie litery bardzo szybko, jednak Micaela miała lepszą dykcję. Ashley nie potrafiła wypowiedzieć głoski "r", co jest normalne wśród amerykanów, ponieważ taka głoska nie występuje w ich języku. Napisałam im także słowo "żółć" - najdłuższy wyraz złożony jedynie z polskich liter, oraz ich imiona po polsku, jak w tytule posta xD Strasznie im się to podobało. Jutro nauczę je jakichś trudnych wyrazów, może "rzodkiewka", "różdżka" i "brzęczyk" się nadadzą :D

Na anatomii mieliśmy pracować w laboratorium i przeprowadzać jakieś reakcje chemiczne, ale odczynniki zamówione przez nauczycielkę nie doszły jeszcze do szkoły, więc włączyła nam na DVD Dr. House'a. W odcinku, który oglądaliśmy, tytułowy doktor leciał samolotem z jakąś kobietą, która nie wiem, kim jest, ponieważ nigdy wcześniej nie oglądałam tego serialu. W samolocie jeden pasażer zaczął wymiotować, Dr. House przeprowadzał diagnozę na różne komiczne sposoby, na przykład pytając o opinię dwunastolatka oraz Japończyka nie mówiącego po angielsku. Uśmiałam się, historia była ciekawa, jednak dalej nie mam pojęcia, co dolegało temu pacjentowi, moja znajomość języka angielskiego nie obejmuje medycznego słownictwa. Co nie przeszkadza mi w oglądaniu :) Wczoraj też oglądaliśmy ten serial, ponieważ mieliśmy zastępstwo, ale dzisiejszy odcinek był fajniejszy. Pewnie będziemy oglądać Dr. House'a jeszcze nie raz, wydaje mi się, że nasza nauczycielka go uwielbia.

Wieczorem poszłam pobiegać, tym razem wzięłam dwa psy -  Damona na początku, Dextera po nim. Moja kondycja się poprawia i dżoginguję codziennie 40 minut, psy nie wytrzymują tyle. Z tego co wiem, to ostatnio były wyprowadzane na spacer gdzieś w marcu, więc się nie dziwię. Dlatego przebiegam kawałek osiedla, wracam, zmieniam psa i biegnę dalej. I tak codziennie. Pod koniec spotkałam moją sąsiadkę Annę, która chodzi ze mną do szkoły, ona także wyprowadzała psa. Mój wielki Dexter prawie połknął jej małego czworonoga, na szczęście w porę go odciągnęłam. Planowałyśmy kiedyś w autobusie szkolnym, że będziemy razem wyprowadzać psy wieczorami, jednak po dzisiejszym incydencie plany legły w gruzach.

Podczas biegania znalazłam odpowiedź na pytanie nurtujące mnie od lat: co się dzieje z balonami wypełnionymi helem, kiedy wypuści się je w siną dal. Biegłam sobie, biegłam, biegłam... aż tu nagle coś spada z nieba. Wyglądało jak mini spadochron, na początku pomyślałam, że jakieś dzieci go wypuściły podczas zabawy i wiatr im go porwał. Później stwierdziłam, że to lampion, który zgasł, jednak gdy tajemniczy obiekt zbliżył się wystarczająco, okazał się balonem z helem. Był lekko sflaczały, pomięta głowa Królika Bugsa wylądowała w ogrodzie sąsiadów i tam też spoczywa na wieki (a raczej do czasu, kiedy zgarnie ją śmieciarka). [*]

wtorek, 23 września 2014

Jesień w Teksasie

Dziś pierwszy dzień jesieni, choć w Kyle na razie na ochłodzenie się nie zanosi. Miejscowi twierdzą, że już się ochłodziło, bo zamiast czterdziestu stopni mamy "tylko" trzydzieści. Bardzo mi to odpowiada, kocham Teksas za cudowną pogodę! Wiecznie jest słonecznie, jak na razie deszcz padał tylko trzy razy w ciągu pięciu tygodni. Pochmurne dni bez deszczu zdarzają się rzadko. Jestem ciekawa, kiedy liście zaczną spadać z drzew, o ile w ogóle. Niektórzy mają w ogrodach palmy, nie mam pojęcia, co się z nimi dzieje, kiedy robi się chłodniej, ale będę miała szansę przekonać się na własne oczy.

Dzisiaj po szkole wsiadłam na rower, który John dla mnie naprawił. Jeździło się fantastycznie, co prawda nie był odpowiednio dopasowany (mój tato wyuczył mnie miliona sposobów na sprawdzenie czy wszystkie części roweru są dobrze ustawione, więc jestem ekspertem i wytykaczem błędów w tej dziedzinie :D) ale nie będę wybrzydzać, cieszę się, że w ogóle mam rower! Tutaj niewiele osób posiada owe dobro, wszyscy jeżdżą samochodami. Najpierw nakręciłam dla was filmik jadąc ulicą i pokazując amerykańskie domy, potem pojechałam do innej dzielnicy i ją zwiedziłam. Przejechałam moją ulubioną ulicę, która nazywa się Primrose, tak jak siostra Katniss z Igrzysk Śmierci (kocham tą serię, jestem team Gale, kto jest ze mną?). Rośnie tam bardzo dużo drzew i strasznie mi się to podoba, ale nie będę tego opisywać, jeszcze mi tu ktoś zahibernuje z nudów. Poza tym tam też nakręciłam filmik, który zaprezentuje wam osiedle o wiele lepiej niż moje wypociny. Dodam go w tym tygodniu.

Po godzinnej przejażdżce wróciłam do domu i pojechałam z Lynne na lotnisko do Austin, aby odebrać Johna i Sama, którzy wrócili z Ohio. Porozmawiałyśmy z host mamą na przeróżne tematy, dzisiaj było nawet miło. Oby tak dalej! Mirabelle nie pojechała z nami, perspektywa spędzenia czasu z host mamą przeraziła ją, jednak ja zgłosiłam się na ochotnika, aby podjąć próbę komunikacji i lepszego porozumienia. Mam nadzieję, że odniosłam choć minimalny sukcesik.

W samochodzie hości powiedzieli mi o przesłuchaniu do przedstawienia świątecznego, organizowanego przez coś w stylu "domu kultury". Takie przedstawienie odbywa się co roku, jest tam mnóstwo tańca i Kaeleigh zazwyczaj dostaje kilka solówek. Tematem jest Boże Narodzenie i Mikołaj. Całość trwa ponad dwie godziny, wygląda bardzo profesjonalnie, jak prawdziwy teatr z wielkimi dekoracjami i rekwizytami. Wszyscy tańczą i śpiewają świąteczne piosenki. Oglądnęliśmy kiedyś kawałek jednego ze starych przedstawień na DVD i spodobało mi się ono, więc mam zamiar wziąć udział w przesłuchaniach 15 października, zobaczymy co z tego wyniknie :)

poniedziałek, 22 września 2014

Zazsfyrowane widaomśoci

Witajcie :)

Dziękuję za te wszystkie pozytywne komentarze pod poprzednim postem i za to, że je zazsyrfowaliście (uwaga - hmama może cztyać konemtazre! xD). Jesteście wspaniali, poprawiacie mi humor każdego dnia! Wiem, że macie mnóstwo pytań, staram się odpowiadać na nie wszystkie z nich. Wpadłam na pomysł, który, mam nadzieję, wam się spodoba. Planuję zrobić chat na żywo na Youtube w któryś weekend, chciałabym w najbliższy, ale nic nie obiecuję, bo może pojadę gdzieś z hostami i nie będę mieć czasu. Już wiem, że w sobotę jadę z Leah odwiedzić kolejnego exchange studenta, nie mogę się doczekać! W każdym razie na pewno prędzej czy później zrobię ten chat, ogłoszę go odpowiednio wcześniej, żeby każdy zdążył zasiąść przed komputerem i odpalić stronę, także możecie zacząć już zapisywać sobie pytania.

Rano pogadałam na Skype z rodzicami i z przyjaciółką, która kocha czytać tak samo jak ja, i pokazała mi swoją nową książkę "Zniszcz ten dziennik". Muszę ją mieć!!! Ogólnie chodzi o to, że tą książkę należy zniszczyć. Ale nie byle jak, tylko kreatywnie! Na każdej stronie jest inne polecenie, które trzeba wykonać, jednym z nich jest "wejdź z dziennikiem pod prysznic" lub "wylej tu kawę". Jak tylko przyjadę do Polski, kupuję tą książkę! Więcej szczegółów znajdziecie tutaj: http://lubimyczytac.pl/ksiazka/232347/zniszcz-ten-dziennik

Później zostałam sama w domu, ponieważ Lynne, Kaeleigh i Mirabelle pojechały na zakupy do H-E-B. Jestem wdzięczna mojej host mamie, że mi pozwoliła zostać, dzięki temu miałam na wszystko czas. Odrobiłam zadanie domowe, przepisując informacje z prezentacji online z anatomii i fizjologii na moje kserówki, jeśli chcecie zobaczyć, czego się uczymy, wejdźcie tutaj: https://docs.google.com/file/d/0B3XQH5cU0DHtUVp5S05hLWI1dWs/edit . Potem nakręciłam kolejny filmik na YouTube o amerykańskiej szkole, dodam go we wtorek. Pobawiłam się z iMovie, odkryłam kilka nowych funkcji, ale wiele jeszcze przede mną. W Movie Makerze doszłam do perfekcji, przerabianie pojedynczego odcinka Zwariowanych zajmowało mi mniej niż dziesięć minut,  teraz znów muszę się męczyć z nowym oprogramowaniem, ale wydaje mi się, że warto, ponieważ jest tu więcej funkcji.

Teraz mam trochę wolnego czasu, pewnie poczytam "Sekrety nieśmiertelnego Nicolasa Flamela", potem pójdę pobiegać, a następnie pogram z Mirabelle w jakąś grę, i z Kaeleigh, jeśli będzie chciała. Pewnie nie w Monopoly, muszę dać im odetchnąć. Coś czuję, że złożyły zbyt wiele wizyt w moich luksusowych czerwonych hotelach :)

niedziela, 21 września 2014

Degustacja mydła

Dzisiaj wstałam bardzo rano, obudziła mnie własna głupota. Jeszcze się nie przyzwyczaiłam do nowego telefonu, który dostałam od taty przed wyjazdem (jest jeszcze starszy od mojej masakrycznej Nokii, ale działa, i to się liczy!) i zapomniałam, że nastawienie budzika powoduje, że będzie dzwonił o tej godzinie codziennie, dopóki go nie wyłączę. Tak więc w szczęśliwy sobotni poranek zerwałam się z łóżka z chęcią przywalenia młotkiem w tę czarną dzwoniącą cegłę. Jednak nie złościłam się długo, nawet się ucieszyłam, ponieważ miałam więcej czasu dla siebie i całą listę rzeczy do zrobienia.

Zaczęłam przerabiać filmik w iMovie, pierwszy raz używałam tego programu. Nie było łatwo, pomoc wujka Google okazała się niezastąpiona. Pół godziny zajęła mi próba wprowadzenia napisów i przesunięcia je w odpowiednie miejsce! Efekty mojego użerania się z nowym nieznanym oprogramowaniem możecie zobaczyć poniżej, filmik poświęcony jest szkole w USA:


Po południu pojechałyśmy do Erin z Lynne, Kaeleigh i Mirabelle. Erin jest najstarszym dzieckiem Lynne i Johna. Zabrałyśmy ją z domu i pojechałyśmy wszystkie do Bath&Body Works. Wiem, że ten sklep jest gdzieś w Polsce, ale dla mnie jest on nowością. Mają tam milion rodzajów mydła, perfum, żelów, świeczek, itp., wszystko ma śliczny zapach. Chciałam kupić jakieś mydło, ponieważ mają tam taki rodzaj, że przy wyciskaniu mydła otrzymujemy mydło w piance, które kooooocham!!! W sklepie jest umywalka, można wziąć każde mydło je wypróbować. Umyłam ręce chyba kilkanaście razy, najładniej pachniało mydło gruszkowe, ale kosztowało 6,5$. Dajcie spokój, kto płaci 20 złotych za mydło?! W końcu kupiłam Pumpkin Spice Latte z jesiennej kolekcji, było w promocji 3$. Me gusta promocje :) Pachnie cudownie, jak muffinka kawowa!

moje mydło xD

Po powrocie do domu Erin pomogłyśmy jej w pracach domowych, zarabiając kilka dolarów, potem pojechałyśmy do H-E-B, aby zrobić zakupy na "obiad". Ciężko to nazwać obiadem, ponieważ Amerykanie nie jedzą obiadu. Oni jedzą "dinner" czyli obiad na kolację. Widziałam na stole w kuchni wydrukowaną tabelę "menu na cały tydzień", którą host mama zaczęła wypełniać. Nazwy posiłków wyglądały tak: breakfast, lunch, snack, dinner. Nie pasuje mi to amerykańskie rozplanowanie pór jedzenia, dalej jem tak, jak jadłam w Polsce. Nie konsumuję dinneru zaraz przed położeniem się do łóżka, jem najpóźniej o 18:00-19:00. Oni ten dinner jedzą bardzo późno (zazwyczaj, nie zawsze), to tak jak zjedzenie schabowego, góry ziemniaków i jakiejś surówki zaraz przed pójściem spać. Już sobie wyobrażam, jakie koszmary by mi się śniły!
Dzisiejszy dinner u Erin: nuggetsy wegetariańskie, makaron z serem żółtym, brokuły + nachosy maczane w serze. Na zdjęciu pół porcji xD

Po obiedzie obejrzałyśmy film "Gwiazd naszych wina" razem z koleżanką Erin. Widziałam ten film w kinie, bardzo mi się podobał, oglądanie go po raz drugi również było ciekawe. Niektóre momenty wywoływały ból brzucha ze śmiechu, inne były smutne i Erin oraz jej koleżanka płakały :D


Ta cęzść potsa będize zaszyrfwoana, poniweaż mjoa hsot mama cztya tgeo blgoa i nie chcę, żbey trasnlator to przełtumaczył. Jeczsze pzred ogdąlaniem fimlu wyzsłam do orgodu i zadzowniałm do koodrynarokti, poniweaż dała mi sówj nr tefelonu na fejsie po tym jak opsiałam jej sytuajcę w domu. Powiedizała mi, że pozormawia z hmamą na ten teamt, i że w tym tgyodniu mamy zaipsywać wszytskie parce dowome, jakie wynokujemy i ile czsau nam to zjamuje. Nie wonlo nam spzrątać po ómsej wiezcorem, mamy zaipsywać wszytskie konemtarze, które hmama do nas mwói. Dizsiaj na przyłkad powedizała mi ni stąd ni z owąd, że nie bybałym szczęliśwa miezskając z korodynaratką, bo ona nie uime nic utogowtać poza hambrugerami. Mylśałam, że jej przyfasolę paletnią. Tak raz a dobzre.

Na koniec kilka zdjęć:
przeciętna ulica wewnątrz osiedla w USA

przeciętny dom w USA

psy Erin :)

papuga Erin :)

sobota, 20 września 2014

Noc filmowa u Jimin i Marty

Witajcie :)

Wczoraj nie napisałam bloga, gdyż wróciłam do domu o 23:00 i jeszcze musiałam posprzątać kuchnię (nawet nie pytajcie). Padłam na łóżko ledwo żywa, więc nadrabiam zaległości dziś rano :)

W szkole w każdy piątek mamy dzień tematyczny. Wczoraj był dzień turysty, setki osób w klapkach i skarpetach, hawajskich koszulach, naszyjnikach z kwiatów, kapeluszach i aparatach na szyi przemierzało szkolne korytarze. Niektórzy smarowali sobie kremem nosy na biało. Ja się nie przebieram, choć może kiedyś zacznę, z prostego powodu: limit wagi walizki. Przylatując do USA zabrałam jedynie najpotrzebniejsze rzeczy, więc nie mam nic, w co mogłabym się przebrać. Jednak sam widok tych wszystkich przebierańców jest rozweselający, tydzień temu był dzień kujona, wtedy to dopiero niektórzy mieli pomysły! Przebierają się nawet nauczyciele, zrobiłam sobie zdjęcie z panem od teatru :) Powiedziałam mu, że podoba mi się jego przebranie i zapytałam, czy mogę sobie zrobić z nim zdjęcie, a on na to "No jasne!". Tutejsi nauczyciele są bardzo wyluzowani, potrafią przegadać z nami sporą część lekcji (o ile mamy czas, nie zaniedbują nauki) na wszelkie tematy.
Z nauczycielem teatru :) Po lewej siedzi jeszcze jedna turystka.
Ja kompletnie zapomniałam o dniu turysty, dopiero w szkolnym autobusie koleżanki mi przypomniały. Bardzo dobrze się złożyło, ponieważ wzięłam do szkoły aparat i gdyby ktoś mnie zapytał, dlaczego strzelam fotki co sekundę, zawsze miałam gotową odpowiedź: "It's tourist day!". Porobiłam zdjęcia szkoły wewnątrz i na zewnątrz, tak się prezentuje Jack C. Hays High School:
szkolna stołówka (cafeteria)

Tak wyglądają korytarze. Jak w centrum handlowym!

Miejsce, gdzie jemy lunch na zewnątrz.

Panorama szkoły z lunchowego punktu widzenia.

Z Micaelą (w czerwonej koszulce) i Ashley.

Parking: część 1/3

W drodze z budynku A (na zdjęciu) do budynku D.

Budynek C.

Korytarz w budynku D, mniejsze nie istnieją.

Szkolny teatr, tutaj zazwyczaj odbywają się nasze lekcje.

Jedna z tablic w klasie do Anatomii.


Tak wygląda biurko nauczycielki anatomii. W innych klasach jest podobnie :)



To zdjęcie wisi na tablicy ogłoszeń w sali od anatomii.

Ławki w tejże oto klasie.

Nasze prace wykonywane na lekcjach przez 3 dni.

Lunch na zewnątrz po raz kolejny.

Sala gimnastyczna, zdjęcie kiepskie, ale robione przez szybę w drzwiach. Niestety nie mam tam lekcji, więc nie mogę wejść.

Klasa do tańca.



Instrukcja bezpieczeństwa, identyczna wisi w każdej klasie.




Na tańcach :) 

Kolejny przeciętny korytarz...

... i widok z owego korytarza... 
... oraz zejście na parter...

...który wygląda tak.

Szkolne autobusy.



Wnętrze school busa.

Możecie też zobaczyć drugą część parkingu :)
Po szkole nakręciłam dla was filmik właśnie na temat amerykańskiej szkoły, po skończeniu tego posta i zabieram się za montaż. O 18:00 poszłyśmy z Mirabelle do Jimin i Marty. Host mama pojechała na mecz futbolu, który odbywał się w jakiejś dalekiej szkole. Kaeleigh już tam była razem ze swoją drużyną taneczną, Sam i John są w Ohio. My nie chciałyśmy iść na mecz, to jest najnudniejsza rzecz na świecie, więc musiałyśmy iść do Jimin i Marty, ponieważ Lynne nie pozwoliła nam zostać samym w domu (czy ja naprawdę wyglądam na terrorystę?!). Zapytałam się jej, czy możemy zostać w domu trochę dłużej, ona na to nienawistnym tonem, co chcemy robić, odpowiadam, że chciałabym nakręcić nowy filmik, skoro mam aparat, a Lynne odparła gorzko: "No to nakręć go teraz!" i tak też zakończyła się nasza dyskusja. No cóż, nie każdy ma równo pod sufitem.

U Jimin i Marty było nawet fajnie :) Najpierw pojechałyśmy z ich host mamą w stronę centrum Kyle (nawet nie wiedziałam, że mamy jakieś centrum, hości nigdy nas tam nie zabrali, a jeśli już to przejazdem, i nawet nie wiedziałam, gdzie jestem). Zatrzymałyśmy się przy sklepie, w którym kupiłyśmy przekąski (= wszyscy kupili chipsy, oprócz mnie xD), oraz wypożyczyłyśmy filmy w maszynie wyglądającej jak bankomat. Potem wstąpiłyśmy do Sonic, amerykańskiej restauracji fast-food, która popularnością przebija McDonalda i resztę, i wróciłyśmy do domu.

Pierwszy film, który obejrzałyśmy, to "Transcendencja" z Johnnym Deppem, który sama wybrałam :) Bardzo mi się podobał, choć miałam lekki mętlik w głowie, narastający wraz z rozwojem akcji. Mimo to polecam film wszystkim. Później zaczęłyśmy oglądać "Captain America", ale nie mam pojęcia, o co tam chodziło, byłam strasznie zmęczona i chciałam iść do domu. Niestety Lynne wciąż tkwiła na meczu i nic nie wskazywało na jej powrót. W końcu Mary Jo - sąsiadka - dostała od niej telefon i dała mi słuchawkę. Lynne chciała nas wyciągnąć do Whataburger, jakiejś kolejnej fastfoodowni. W środku nocy!!! Zapytałam, czy nie możemy po prostu iść do domu, po chwili zgodziła się przysłać nam SMS z kodem do drzwi garażowych. Czekałyśmy na wiadomość chyba z 15 minut, po czym wyruszyłyśmy do domu, ledwo żywe. Przyszedł jeszcze jeden SMS, o treści "Macie jeszcze kuchnię do posprzątania". Normalnie zaczęłam się śmiać, jak to zobaczyłam. Sprzątanie kuchni (cały zlew zaschniętych naczyń!) o 11 w nocy!!! Stwierdziłam, że pójdę spać, wzięłam prysznic i poszłam jeszcze raz na dół, napić się wody. Mirabelle stała przy zlewie i zmywała ze łzami w oczach. Nie mogłam jej tak zostawić, musiałam jej pomóc. Wspólnie umyłyśmy naczynia, po czym wróciłam do pokoju i napisałam wiadomość do koordynatorki, ponieważ dalej tak być nie może.