czwartek, 18 grudnia 2014

Po co się uczyć, lepiej tańczyć!

We wtorek plan lekcji prezentował się następująco: 8:50-10:30 - egzamin z tańca, 10:35-12:15 - egzamin z Anatomii. Ktoś bardzo inteligentny wymyślił, że autobusy odjadą dopiero o 12:45, żeby dać nam czas na zjedzenie lunchu. Genialny pomysł, przecież wszyscy wolimy jeść zimne jedzenie z plastikowych pojemników plastikowymi sztućcami w stołówce zapchanej 2500 uczniami niż pojechać do domu i odgrzać sobie jedzenie na cywilizowanym talerzu. Ech, no cóż, plus jest taki, że można się spotkać ze znajomymi :)

Przed rozpoczęciem egzaminów wpadłam do biblioteki, aby wypożyczyć coś, jak to określiła Hermiona: "lekkiego do czytania". Oto moje zdobycze:

Zmierzch,  Mechaniczny książę, Mechaniczna księżniczka, Miasto Niebiańskiego Ognia


Na teście z tańców poszło mi świetnie, pierwsza część była taneczna - tańczyliśmy świąteczny układ, druga teoretyczna - musieliśmy dopasować definicje do pojęć w balecie oraz rozpoznać pozycje nóg i rąk w balecie demonstrowane przez nauczycielkę. Łatwizna, zwłaszcza dla kogoś, kto nakręcił o tym odcinki na YouTube.

Na anatomii poszło mi szokująco doskonale, ale to dzięki temu, że cały poniedziałek pracowałam nad powtórką. Sprawdzian wyglądał prawie tak samo, jak powtórka, niektóre pytania były identyczne jak na poprzednich testach. Trzeba było odpowiedzieć na 100 pytań wielokrotnego wyboru zamalowując kółeczka na karcie odpowiedzi. Większość testów końcowych tak wygląda.

Po powrocie do domu porozmawiałam z przyjaciółką z polski, w weekendy ostatnio nie mam czasu, więc postanowiłam do niej zaskypować z okazji kończenia szkoły o cywilizowanej godzinie. Potem zrobiłam cudowne polskie pierniczki świąteczne, a raczej ciasto na pierniczki, ponieważ musiałam je odstawić do lodówki na trzy dni. Czuję się zintegrowana z Polską, ponieważ moja mama, ciocia i babcia pewnie też, upiekły te same pierniczki :)

Nie miałam nic do roboty, więc poszłam na strych, aby potańczyć. Wpadłam na pomysł, aby wymyślić specjalny układ z okazji świąt i tak też zrobiłam, dalej o tym w następnym poście. Im więcej tańczę, tym bardziej kocham taniec, żałuję, że w Polsce nie ma takich szkół tanecznych jak tutaj. Fajnie by było, gdyby Abby Lee otworzyła filię w Rzeszowie :) Strasznie się cieszę, że mamy duży strych, który tak naprawdę wygląda jak zwykły pokój i może być pokojem, tyle że stoją tam pudła. Pod wykładziną jest specjalna pianka, dzięki temu jest bardzo miękko i nie mam siniaków na kolanach.

We wtorek nic się nie uczyłam, ponieważ stwierdziłam, że lepiej potańczyć. Czekał mnie egzamin z psychologii oraz z teatru, nauczyciele obu tych przedmiotów wręczyli nam powtórki. Z teatru dostałam listę pytań na jedną stronę A4, przeglądnęłam je i co nieco sobie przypomniałam, ale nie odpowiadałam na te trudniejsze, stwierdziłam, że rano zapytam się kogoś w szkole. Powtórka z psychologii była porażająco ogólną dziesięciostronową listą zagadnień, które powinniśmy znać, więc uznałam, że nie opłaca mi się uczyć, bo musiałabym przeczytać cały podręcznik kilkakrotnie, co by mi zajęło tydzień, gdybym poświęciła na to cały wolny czas, a i tak wątpiłam, żeby mi to wiele pomogło. Wpadłam na genialne rozwiązanie: iść spać.

wtorek, 16 grudnia 2014

Finals

W tym tygodniu zdajemy testy końcowe, czyli tak zwane finals. Dziś mieliśmy test z angielskiego, który był łatwy i nie trzeba się było na niego uczyć, ponieważ mieliśmy jedynie przeczytać nowy tekst, odpowiedzieć na pytania odnośnie tego co przeczytaliśmy, oraz napisać wypracowanie na dany temat. Wszystkie teksty, które omawialiśmy w tym roku, nie były ważne, liczyła się umiejętność pisania oraz czytania ze zrozumieniem. Do tego nauczyciel w piątek podyktował nam notatki (pierwszy raz od początku roku szkolnego), zdradzając trudne słowa na teście, żebyśmy sobie poradzili. Aby nas zmotywować do pisania powiedział, że jeśli oddamy dzisiaj pełne notatki, to dostaniemy dodatkowe punkty na sprawdzianie. Oczywiście skorzystałam z okazji, za każdym razem korzystam. Dodatkowych punktów nigdy za wiele!

Po powrocie ze szkoły spędziłam czas na rozmawianiu z hostami i pracowaniu nad powtórką z anatomii. (Jutro mam testy z anatomii i z tańca.) Wszyscy nauczyciele dają nam powtórki, które możemy przerobić, jest na nich wszystko to, co może się pojawić na sprawdzianie, nigdy nie ma niespodzianek. Siedziałam kilka godzin odpowiadając na pytania z kserówki, w końcu skończyłam, hurra! Jutro oddam moją powtórkę i dostanę za to dodatkowe punkty. Uwielbiam to, że można w ten sposób zarobić trochę procentów na sprawdzianie. Aby zdać jakikolwiek przedmiot, trzeba mieć średnią 70%, 70-79% to ocena C, 80-81 to B, 90-100 to A. Jak na razie mam same A, ale nie wiem jak sytuacja będzie się prezentować po finals. Anatomia pewnie pójdzie mi dobrze, bo zrobiłam powtórkę, do tego mnie to interesuje. Jednak już mnie głowa boli od tej nauki, idę wziąć prysznic i wracam do Clary i Jace'a, przeżywając ich przygody z "Miasta niebiańskiego ognia". Keep calm and be a Shadowhunter.






poniedziałek, 15 grudnia 2014

Wycieczka wymieńcowa do outletów

Dzisiaj rano pojechaliśmy na zakupy spożywcze do H-E-B, kupiliśmy zapas jedzenia na cały tydzień, jak zwykle, oraz składniki na pierniczki. Wiedząc, że lubię piec, Jenn zapytała mnie, czy nie zechciałabym upiec pierniczków na święta. Zgodziłam się natychmiast, ja już pokażę Amerykanom, czym jest prawdziwy pierniczek! Zapytałam mamę o nasz tradycyjny przepis, zrobię chyba połowę, albo i jedną trzecią, bo z przepisu wychodzi 3 kg ciastek i to ja jestem głównym pożeraczem słodyczy w tym domu, więc pierniczki zamieniłyby się w tłusz i musiałabym zainwestować w nowe ciuchy w większym rozmiarze, a tego wolałabym uniknąć. We wtorek planuję wyrobić masę, która następnie ma stać w lodówce przez trzy dni (jak ja nienawidzę przepisów, w których trzeba czekać!!!), w piątek mam wolne od szkoły, więc będę piec.

W drodze do domu kupiliśmy lunch w Panda Espress, czyli tym chińskim fast-foodzie, który uwielbiam. Zamówiłam to samo co kiedyś, czyli miskę smażonego ryżu i makaronu z orzechami włoskimi w miodzie i krewetkami w słodkim sosie. Pycha, ale porcja ogromna. Pochłonęłam całą, żeby nie zgłodnieć do wieczora, ponieważ wybierałam się na zakupy. Wstąpiliśmy także do Dunkin Donuts, fast-foodu słynącego z donutów, zamówiliśmy... tam tara dam... donuty. 6 krążków polanych cukrem, jeszcze nie próbowałam, ale podobno są przepyszne. Nie miałam już miejsca w żołądku, zjem jednego jutro na śniadanie. Wbrew pozorom w menu Dunkin Donuts oprócz pączków znalazły się także burgery i frytki.

Potem Jeff i Colt podrzucili mnie do Cindy, spotkałam się tam także z Susi i Sophie. Sophie jest wymieńcem z Niemiec, wcześniej się za bardzo nie znałyśmy, ale ostatnio zaczęła jeść z nami lunch, bo odkryła, że mamy go w tym samym czasie. Poprzednio jadła z jakimiś dziewczynami, które tylko siedziały na telefonach, więc cieszę się, że teraz jemy razem. Jest bardzo fajna i nasze wspaniałe międzynarodowe grono powiększyło się o kolejną osobę.

Host mama Cindy zawiozła nas do outletowego centrum handlowego w San Marcos, które jest przeogromne i znajduje się na zewnątrz, podobnie jak galeria, o której pisałam w zeszły weekend. W pięć godzin obeszłyśmy siedem sklepów, obkupiłam się w Victoria's Secret, Aeropostale, American Eagle i Bath&Body Works, pozostałe trzy sklepy to Forever 21, który uwielbia tu strasznie dużo osób, ale mi nie podobają się ich ciuchy, Icing, oraz jakiś mały sklep ze świeczkami. Pozostałe kilkadziesiąt sklepów odkryjemy kiedy indziej, jest tego cała masa. Gdziekolwiek się nie wejdzie, tam są super ciuchy i gadżety. Razem z Susi kupiłyśmy takie same czarne jeansy w Aeropostale, mamy także podobne swetry, więc któregoś dnia ubierzemy się do szkoły jak bliźniaczki. Kiedy był sezon futbolu i mieliśmy Spirit Days w każdy piątek, jednym z tych dni był dzień bliźniaków, niestety nie znałam wtedy nikogo zbyt dobrze, więc się nie przebrałam.

Poza spodniami kupiłam kolejną bluzę i sweter, mimo że mam ich już pokaźną kolekcję, ale wiem, że jak wrócę do Polski i będę próbowała coś kupić, to nic w naszych szmateksach nie znajdę. Wszystko czarne, białe, szare, brązowe i ciemne, nic na mnie nie leży, jakość nie powala, nigdy nic nie mogę znaleźć i generalnie doprowadzam współzakupowiczów do szału. Tutaj jest inaczej, wszystko mi się podoba, więc kupuję masę ciuchów, mam już zapas na parę ładnych lat! No, może bez przesady, ale na pewno będę wracać na zakupy do USA raz na jakiś czas, może w Black Friday :)

Outlety ciągną się we wszystkie strony świata, ciężko to sobie wyobrazić.
Ja i Susi mierzymy kapelusze w Icing.
Obkupione i zadowolone :) (tak, noszę szorty w grudniu i dalej mi gorąco!)


niedziela, 14 grudnia 2014

PACZKA!!! Najlepszy dzień w życiu!!!

Ostatnio nic nie napisałam, nie miałam czasu. W czwartek na treningu tenisa przez całe dwie godziny grałam z trenerką. Uczyła mnie wszystkiego od podstaw, ponieważ nigdy nie chodziłam na zajęcia z tenisa i nie znam się na technice. Odbijać potrafię, ale przecież w grze nie chodzi tylko o trafianie w piłkę. Trenerka powiedziała mi, że bardzo szybko robię postępy, świetna robota i że pod koniec sezonu będę profesjonalistką. Czasami sobie myślę, że niepotrzebnie zapisałam się na tenisa, bo muszę zostawać po szkole, a w domu jestem o wpół do siódmej i nie mam na nic czasu, ale jak zaczynam grać, to czuję, że dobrze wybrałam. Bardzo lubię tenisa, poznałam fajne koleżanki, a w domu tylko zmarnowałabym czas przed komputerem.


W piątek po szkole pojechaliśmy do restauracji meksykańskiej - sieciówki"Chipotle", która trochę przypominała te restauracje, gdzie bierze się talerz, nakłada się co się chce i płaci się za wagę jedzenia. Tutaj wybierało się jedno z kilku dań, które składały się z tych samych składników, tyle że w innych proporcjach lub postaciach. Wybrałam sałatkę, nałożyli mi sałaty do talerza, a następnie mogłam wybrać dowolne dodatki, cena ta sama. Do wyboru było kilka rodzajów mięsa, wybrałam kurczaka, bo dobrze wyglądał, różne warzywa: pomidory, kukurydza, papryka, kilka sosów, guacamoli, różne rodzaje ryżu, fasoli i ser. Innym daniem było bowl, gdzie bazą był ryż, ale także wybierało się dodatki, trzecią opcją były tacos, czyli tortille do których tradycyjnie wybierało się dodatki, oraz burrito - jedna wielka tortilla, zasady te same. Byłam tam już drugi raz, mają nawet dobre jedzenie, oto moja porcja (zjadłam pół, taka była wielka, drugie pół zostawiłam na śniadanie):


Piątek zostanie zapisany w historii wymiany jako najlepszy dzień do tej pory ze wszystkich 294. Doszła do mnie paczka z Polski! A w niej mnóstwo przepysznych słodyczy, powinni je dodać do listy cudów świata, amerykańskie plastikowo-syropoglukozowe przetworzone słodkie pseudojedzenie nie umywa się z polskimi specjałami. Kinder czekolada, ptasie mleczko, kasztanki, MILKA!!! Ludzie, jeśli jedziecie na wymianę, zabierzcie spory zapas słodyczy, bo tu nic dobrego nie znajdziecie. Do tego przyszły prezenty dla hostów i kilka niespodzianek dla mnie: kisiel i budyń (uwierzcie, że tu tego nie ma), szprotki i opłatek do zademonstrowania tradycji łamania się opłatkiem w Wigilię, a także płyta CD Rafała Blechacza dla nauczyciela historii, który uwielbia Chopina. Podzieliłam się z hostami Michałkami, tłumacząc im, że taki rodzaj słodyczy (tu nie ma czegoś takiego jak cukierek, a przynajmniej nie ma to nazwy i się z niczym takim nie spotkałam) wiesza się u nas na choince. Byli zachwyceni cukierkami, zarówno smakiem jak i postacią, nie spodziewali się, że to będzie czekoladka, myśleli że to jakaś landrynka. Zostawiliśmy dwa, żeby powiesić je na choince, host mamie spodobała się polska tradycja.



Moja paczka doszła w czwartek do Polski, Maja już przymierzyła sukienkę i tradycyjną amerykańską piżamę ze stopami, niestety piżama jest za mała, mimo że kupiłam ją w rozmiarze "7 lat", grrr... za to sukienka idealna, mimo że jest na "10 lat". Rada dla wszystkich, którzy planują kupować ubrania dziecięce: kupujcie trzy rozmiary za duże.

Jednym z prezentów był domek z piernika do dekoracji, podobny do tego, który wam kiedyś pokazywałam. Już został udekorowany :) Za to rodzice są trochę zawiedzeni słodyczami, popierają moją opinię, że wszystko jest plastikowe i słodkie, ale nie jest dobre, równie dobrze można by jeść cukier. Nie dotyczy to wszystkiego, ale dużej części słodyczy.

Dzisiaj rano pojechaliśmy do galerii handlowej i do sklepu z książkami, aby kupić prezenty dla rodziny na święta. Hości kupili dużo rzeczy, ja nic nie kupiłam, nawet kasy nie zabrałam, bo jutro jadę z koleżankami na zakupy do outletów, gdzie mają super przeceny i świetny asortyment, przynajmniej według opinii, które słyszałam, sama nigdy tam nie byłam. Pewnie i tak nie kupię zbyt wielu rzeczy, bo mam już prezenty, część kupiłam tu, a większość przyszła w paczce z Polski.

Kiedy wróciliśmy, porozmawiałam z rodziną na skype, mama dała mi przepis na pierniczki, mamy w planach ich upieczenie w przyszłym tygodniu. Potem pograliśmy w karty w wojnę z Coltem i z Jeffem, Colt przegrał prawie od razu, za to z Jeffem graliśmy chyba z godzinę. Potem hości musieli jechać na imprezę w szkole Jenn, więc nie dokończyliśmy gry, za to policzyliśmy ile mamy kart i wyszło na to, że zremisowaliśmy!

Zostałam w domu z Coltem i Liamem, Liam szybko poszedł spać, po czym pobawiłam się z Coltem klockami, a teraz pozwoliłam mu obejrzeć bajkę na dobranoc i piszę bloga. Pora położyć go spać, więc muszę już iść. Postaram się jutro coś napisać, jeśli znajdę choć trochę czasu.

czwartek, 11 grudnia 2014

Odpowiedzi na Wasze pytania

Wczoraj znowu zajmowałam się dziećmi, wróciłam do domu po ósmej i jeszcze musiałam się nauczyć na sprawdzian z psychologii. Poza tym nic nie robiłam, więc nie mam o czym pisać, za to odpowiem na wasze pytania, które są interesujące i moim zdaniem zaciekawią wiele osób:

W jakim wieku są te dzieci i jak sie nazywają ?
Rodzina, której dziećmi się opiekuję, ma czworo dzieci, ale zostaję tylko z dwójką najmłodszych, Sophie 1,5 roku i Ozzie 3 latka. W tym czasie mama zabiera dwójkę starszych chłopców na jakieś zajęcia, np. karate. Kiedy wczoraj wrócili do domu, odrobiłam zadanie z Benem (9 lat), drugi brat ma 7 lat i nazywa się Ithai, ale nie wiem, czy dobrze napisałam jego imię.
  1. Jak dostałaś tą pracę?

    Weszłam na grupę mojego osiedla na Facebooku i napisałam ogłoszenie, że chciałabym się zajmować dziećmi. Chętni sami się znaleźli.
  2. Nigdy nie marzylo ci sie byc chilliderka ? Twoje akrobacje by sie ideanie udaly i duzo dziweczyn zawsze chce byc . Nie chcesz dolaczyc do szkolnej druzyny?


    Po pierwsze, ludzie, weźcie przeczytajcie swoje pytanie trzy razy na głos, zanim je wyślecie. Sami oceńcie poziom ortograficzno-stylistyczno-interpunkcyjny tego zdania. Brak polskich znaków jeszcze mogę wybaczyć, jeśli ktoś ich nie posiada na swoim urządzeniu, ale budowa tego zdania mnie załamuje. Ale do rzeczy: Cheerleaderki są przereklamowane, wcale nie robią akrobacji, wymachują rękami i rytmicznie wykrzykują litery, po czym trzy podnoszą jedną, która macha pomponami. Nic ciekawego. I wcale nie są popularne, jak się wielu wydaje.
  3. Cześć Marysiu! mam taką wielką prośbę: czy mogłabyś opisać twoją ,,przygodę" z językiem angielskim, bo ja bardzo chciałabym pojechać na taką wymianę, ale jestem raczej kiepska z angielskiego i nie wiem co zrobić :-( to dla mnie bardzo ważne!
    Zrobię o tym filmik, bo dużo by tu pisać. Tak naprawdę nauczyłam się angielskiego poprzez oglądanie filmów i seriali w tym języku (bez napisów) przez parę lat.
  4. Masz już 206 subskrypcji!
    Filmik odblokowany: https://www.youtube.com/watch?v=TFPA-0y0Lrc
  5. O biedne te amerykańskie dzieci, happy meal na śniadanie... a oni się nie martwią o swoje dzieci, że będą grube?
    mają w ogóle taką świadomość, że od takiego jedzenia się tyje?

    Reklamy wyprały im mózgi. Amerykanin myśli tak: "Moje dziecko żywi się zdrową pełnoziarnistą bułeczką, między którą włożono zdrowe i pełne witamin warzywka oraz mięsko zawierające bezcenne dla rozwoju białko. Frytki to przecież ziemniaki, czyli zdrowe, a jabłko ma mnóstwo wartości odżywczych!"
  6. A jeśli chodzi o tycie, to powiem z doświadczenia, że w Polsce tyłam od słodyczy. Tutaj tyję od normalnego jedzenia, prawie nie jem nic słodkiego, bo wszystko jest niedobre. Lody, wypieki, cukierki... fuuu!!! Za to jedzenie zalane jest serem, smażone, przetworzone, porcje jak dla dinozaura. Nie każdy tak je, jest całe mnóstwo chudych ludzi, niestety pokaźna część zalewa świat tłuszczem.

środa, 10 grudnia 2014

Trening tenisa i babysitting

Po szkole odbył się kolejny trening tenisa. Tym razem szło mi o wiele lepiej, głównie dlatego, że nie miałam zamarzniętych rąk i czułam rakietę w dłoni. Pogoda znów jest cudowna, grałam w krótkim rękawku i było mi gorąco. Dopiero pod koniec, kiedy zbliżał się zachód słońca, założyłam bluzę. Kiedy o szóstej skończył się trening, na horyzoncie była jeszcze pomarańczowa łuna, choć po przeciwnej stronie niebo było granatowe. Obecnie słońce wschodzi o 7:15 a zachodzi o 17:30, od dzisiaj popołudnia będą dłuższe, za to poranki będą się skracać jeszcze do 10 stycznia.

Trening wygląda następująco: trenerka dzieli drużynę (ok. 20 osób) na kilka grup. Mamy do dyspozycji 8 kortów, każda grupa idzie na swój kort i ma tam jakieś zadanie. Na początku byłam w dwuosobowej grupie, poszłam z koleżanką na kort, gdzie znajdowała się maszyna wyrzucająca piłki. Jedna z nas wrzucała piłki do maszyny, druga odbijała wyrzucone piłki, potem się zmieniłyśmy. Uwielbiam tą maszynę, kiedyś sobie taką kupię!

Potem poszłam na drugi kort razem z trzema koleżankami. Dwie z nas stały po jednej stronie i serwowały, pozostałe odbijały serwy i tak aż skończyły nam się piłki, potem się pozbierałyśmy piłki i zmieniłyśmy strony.

Następnie jedna z dwóch trenerek wzięła sześć osób na kort, w tym mnie, stałyśmy w czymś w rodzaju sześciokątu: dwie osoby po każdej stronie boiska i dwie po bokach siatki. Stałyśmy bardzo blisko siatki, aby ćwiczyć volley. Piłka nie powinna spadać na ziemię, przypominało to nieudolnego badmintona. Po czterech podanych przez trenerkę piłkach zmieniałyśmy się o jedno miejsce w prawo.

W kolejnym ćwiczeniu używałyśmy "frytek", czyli gumowych pasków w żółtym kolorze, które kładło się na boisku. Trenerka wzięła mnie i sześć innych dziewczyn na kort, cztery z nas stały za swoją frytką, trzy poza boiskiem. Trenerka wybijała piłkę do jednej z nas, po czym miałyśmy nią grać aż do zdobycia punktu. Przegrana strona schodziła z boiska, a na zwolnione miejsca wchodziły dwie inne osoby.

Na koniec graliśmy w obiegusa na dwóch kortach, po pół drużyny na każdym. Odbijaliśmy jedną piłkę i musieliśmy szybko biec na drugą stronę boiska, aby stanąć w kolejce i odbić kolejną piłkę. Kto "zepsuł" dwa uderzenia, ten schodził z boiska. Zeszłam jako czwarta, więc całkiem nieźle! Trening bardzo mi się podobał, dużo się nauczyłam, moja gra na pewno się poprawi podczas pobytu w USA przy tak fantastycznych treningach.

Wieczorem krótko pogadałam z mamą na skype, podała mi numer paczki, którą do mnie wysłała, jest już w USA, dziś zarejestrowali ją w Nowym Jorku! Już nie mogę się doczekać, cierpliwość wyżera moje wnętrzności... Odrobiłam zadanie z angielskiego, gdzie miałam poszukać informacji na wybrany temat z listy (wybrałam globalne ocieplenie) i wypowiedzieć się, którą stronę popieram i dlaczego. Wszystkie tematy były kontrowersyjne, to znaczy oficjalna wersja niekoniecznie musi być prawdziwa. Na liście pojawiło się między innymi lądowanie na księżycu, podobno niektórzy sądzą, że to ściema, oraz 11 września (WTC), niektórzy sądzą, że to Amerykanie to zaplanowali. Jeśli was to ciekawi, wpiszcie w Google te wydarzenia i poczytajcie. Jeśli chodzi o globalne ocieplenie, to mój pogląd zgadza się w 100% z filmikiem poniżej:


Po odrobieniu zadania poszłam szybko spać, bo byłam padnięta, nie chciało mi się już pisać posta. Mimo tego dziś byłam zmęczona, więc zaraz po napisaniu bloga idę wziąć prysznic i spać. Po lekcjach zostałam w klubie szachowym, tym razem wygrałam obie gry. Mój przeciwnik nie zawsze podejmował przemyślane decyzje, dużo ruchów wykonywał bez sensu. Do tej pory nauczyłam się, nie nie można robić nic bez sensu, nawet jeśli nie ma się pomysłu na atak, oraz że nigdy nie można bić czyichś figur na zasadzie "nudzi mi się, więc zbiję ci gońca, wystawiając się na atak twojego piona, w sumie każdy z nas straci po jednej figurze, więc wyjdziemy na zero". Każdy pion może się kiedyś przydać!

Po powrocie do domu szybko zjadłam obiad, a następnie poszłam do pracy - babysitting - opiekować się dzieciakami. Obecna opiekunka przedstawiła mi dzieci, pokazała dom, opowiedziała co mam robić, gdzie co jest, itp. Jest w 8 klasie i także jest tancerką! Potem do domu przyjechała mama, przywożąc paszę z McDonalda, w USA Happy Meal jest chyba najpopularniejszym posiłkiem dla dzieci wśród ogółu społeczeństwa, tak wynika z moich obserwacji. Mama jest przemiłą osobą, jej dzieci są cudowne, jutro idę tam na trzy godziny. Nareszcie mam pracę, ale się cieszę! Aż mi się przypomniał cytat Wujka Sknerusa: "Dolary, talary! Dolary, funty! Dolary, korony! Dolary, talary..."

Tak zimowo i świątecznie :)

Przypominam o subskrybcji mojego nowego kanału na YouTube: https://www.youtube.com/channel/UC9QW7iBUc5KgyTo7NcehURg, brakuje jeszcze 27 osób do odblokowania nowego filmiku! Tematyka świąteczna ;)

poniedziałek, 8 grudnia 2014

Międzynarodowa impreza wymieńców

Host tato ocalił dzień. Pojechał rano na stację benzynową, aby kupić mleko do naleśników. (Dokładnie tak, na stację, wyprawa do sklepu trwałaby co najmniej pół godziny.) Usmażyłam naleśniki, nadziałam je i wstawiłam do piekarnika. Wyszły cudowne, niebo w gębie, palce lizać, najlepsze jedzenie świata!!!

Host mama się rozchorowała i cały dzień miała gorączkę. Przez to hości nie poszli ze mną na imprezę u Cindy, musiałam iść sama, ale i tak było super. Było ośmiu wymieńców: z Korei Południowej, Chin, Hiszpanii, Brazylii, Niemiec i Ekwadoru. Każdy zrobił jedzenie ze swojego kraju, po imprezie kucharz zabierał swoją potrawę ze sobą do domu, a przynajmniej to, co z niej zostało, to taki zwyczaj w USA: co przygotujesz, to zabierasz. Większość osób zabrała ponad połowę tego, co ugotowali/upiekli, jedynym wyjątkiem była pewna Marysia z Polski, może kojarzycie... Otóż moje naleśniki ze szpinakiem zniknęły doszczętnie, a każdy, kto ich próbował, chciał ode mnie przepis i mówił, że mam je zrobić także następnym razem i że są boskie. Kuchnia polska rządzi!

za nic w świecie nie chciało mi zrobić ostrego zdjęcia!

moje najlepsze na świecie naleśniki :)

kiełbaski z Ekwadoru (polskie lepsze, o wiele, chociaż i tak za nimi nie przepadam) oraz skrzydełka nieznanego pochodzenia i sklepowe nachosy 
niemiecki placek czekoladowy, czyli coś jak dwa biszkopty, jeden na drugim

całkiem niezły chiński makaron! 
pianki w polewie czekoladowej z brazylii

muffinki z nie wiem skąd, typowo amerykańskie, bo z proszku z pudełka, zero smaku

naleśniki z Ekwadoru, przypominają nieudane placki ziemniaczane, ale były dobre :)

wyżej wspomniane kiełbaso-parówki

muffinki ze sklepu, przeciętnie niedobre, ale i tak je zjadłam (cała ja)

ciastka ze sklepu, przyjechały z muffinkami

sklepowy zestaw warzywowy

wołowina z Korei

omlet ziemniaczany z Hiszpanii, jak dla mnie niedobry

Cindy z Ekwadoru, Hanna z Korei, Ja, Kim z Korei i Susi z Hiszpanii

W wymianie kocham to, że poznaję ludzi z całego świata. Rozmawiałam z wszystkimi wymieńcami, byli bardzo mili i ciekawi świata, wspaniali ludzie. Dowiedziałam się wiele i och krajach i wspólnie ponarzekaliśmy na wady Ameryki, a dokładniej wielkie odległości i brak życia towarzyskiego. Dzień typowego Amerykanina wygląda tak: dojazd do pracy, praca, powrót do domu, dinner, pościelówa. Doceniłam także moją najlepszą na świecie host rodzinę, po raz kolejny przekonałam się, że lepiej trafić nie mogłam. Wszyscy oprócz mnie przyszli z host rodzinami, które były bardzo, ale to bardzo miłe, niestety część wyglądała jak stare ciotki ze wsi, część miała trochę wad, np. Susi po godzinie musiała iść, bo nie mogli zostawić kur samych na długo. Do tego dom Cindy był, jakby to delikatnie ująć... stary i brzydki. Mam naprawdę ogromne szczęście, mój dom jest jak z filmu a hości nowocześni, młodzi, zabawni, z host mamą mamy mnóstwo wspólnego. I choć dom nie ma wielkiego znaczenia, wygląd i styl hostów także, liczy się miłość i atmosfera, to i tak jestem wniebowzięta, kiedy myślę, jak cudownie mi się trafiło (pomijając dwumiesięczny okres życia w oborze). Ktoś z wymieńców kiedyś powiedział, że wymiana to loteria: popieram w 10000%.

Pytaliście mnie, co Colt i Liam dostali od Mikołaja. Otóż w USA nie obchodzi się Mikołajków. Prezenty dostaje się dopiero na Boże Narodzenie, nie pisze się także listów do Mikołaja, wystarczy "pomyśleć" o tym, co chce się dostać. Większość dzieci jedzie do jakiegoś centrum handlowego i po wystaniu się w dwugodzinnej kolejce siada Mikołajowi na kolanach i mówi mu, co by chciało dostać. Obok stoi rodzin i bacznie nasłuchuje, zresztą na bank widzieliście to nie raz na filmach. To kolejna rzecz, która w Polsce jest lepsza: to cudowne uczucie, kiedy budzisz się rano 6 grudnia i pierwsze, co robisz, to zaglądasz pod łóżko i wyciągasz prezent. Z ekscytację rozrywasz papier pakunkowy i widzisz upragnioną zabawkę czy niespodziankę, po czym nie chcesz iść do szkoły, ponieważ prezent jest za fajny. Bezcenne uczucie. Amerykanie wyrównują to sobie przeogromną górą prezentów pod choinką, w sumie to też fajnie, ale trochę tracą.

Subskrybujcie mój nowy kanał na YouTube, jak będzie 200 subskrybentów, to dodam NOWY FILMIK Z USA!!!
https://www.youtube.com/channel/UC9QW7iBUc5KgyTo7NcehURg

niedziela, 7 grudnia 2014

Świąteczna parada i śnieg w Teksasie

Dziś rano wybraliśmy się na świąteczną paradę w naszym małym miasteczku. Amerykanie kochają parady i organizują je z każdej możliwej okazji w małych miastach, dużych miastach i gigantycznych miastach. Te najpopularniejsze emitowane są w telewizji na żywo, np. parada Macy's z okazji święta Dziękczynienia, o której pisałam tydzień temu. Przed pół godziny ulicą przechodziły różne grupy: harcerze i zuchy, szkolne drużyny, miejscowe organizacje i kościoły, straż pożarna, święty mikołaj, posiadacze starych samochodów w swoich zabytkowych wozach i inni. Nakręciłam filmik, dodam na YouTube :) Zrobiłam także kilka zdjęć, głównie samochodów (i głównie dla taty), ponieważ jechały tak wolno, że nie opłacało się nagrywać:
























Moje dzisiejsze znalezisko :)
Potem pojechaliśmy do galerii handlowej, która znajdowała się na zewnątrz. Wyglądało to jak mnóstwo deptaków, przy których stały sklepy, porównałabym to do "Nowego Świata", choć to miejsce było tylko i wyłącznie galerią, nie było tam nic dodatkowego. Udaliśmy się tam z jednego powodu: wyprodukowali tam śnieg ze specjalnej maszyny, dzieci z Teksasu oszalały na widok białego puchu. Co prawda było go nie więcej niż 30 metrów kwadratowych, a na każdym metrze stało co najmniej dwie osoby, ale zabawa była przednia. Colt wbiegł na tą masę śniegu z bananowym uśmiechem, po czym chciał ulepić śnieżkę, tak jak to robiły inne dzieci. Niestety poszło nie po jego myśli. Sekundę po dotknięciu śniegu zaczął krzyczeć "on jest zimny!" i się rozpłakał.

znalazłam sklep z książkami! 



śnieg
Po południu oglądnęliśmy film "Maleficent", który był fantastyczny, już go kiedyś widziałam, ale lubię oglądać te same filmy dużo razy. Wieczorem hości położyli dzieci spać i poszli do restauracji, a ja zabrałam się za przygotowywanie naleśników ze szpinakiem na jutrzejsze "exchange student party" u Cindy z Ekwadoru. Zrobiłam nadzienie i już chciałam przygotować ciasto na naleśniki, a tu patrzę: mleka nie ma. Byłam rano w sklepie po wszystko co wchodziło w skład nadzienia, nawet mi nie przyszło do głowy, że może zabraknąć mleka, w końcu hości zawsze mają go ze dwa kartony. No trudno, następnym razem nie popełnię tego błędu, a naleśniki usmażę jutro. I tak zrobiło się wpół do jedenastej.