niedziela, 25 stycznia 2015

DZIEŃ 4 - Świat zwierzątek

Dzisiaj rano wybrałyśmy się z Jenn i z chłopcami do Farmers' Market - tak po angielsku nazywa się targ. Jeff w tym czasie spał, ponieważ pracował na nocną zmianę. Ulubionym śniadaniem Jenn są śniadaniowe taco z Tacodeli, sprzedawane również na tym targu, więc bardzo często wybieramy się tam w weekendy. (Zdjęcie mojego taco możecie zobaczyć na samym dole posta.) Obeszłyśmy targ dookoła, obejrzałyśmy wszystko, kupiłyśmy parę rzeczy. Sprzedawane są tam najróżniejsze domowe wyroby i rękodzieła: ręcznie malowane koszulki, biżuteria, świeże owoce i warzywa, mnóstwo jedzenia. Od jednego gościa kupiłyśmy jabłka z Teksasu, od innego drożdżówkę z czekoladą dla Colta. Odwiedziłyśmy stoisko z indyjskim jedzeniem, sprzedawca zachęcił nas do zdegustowania wszystkiego, a że nam posmakowało, to kupiłyśmy sos bakłażanowy, chlebki i chleb dyniowy. Niech was nie zmyli nazwa "chleb", wyglądało to bardziej jak naleśniki, zdjęcie możecie zobaczyć na dole posta :)

Następnie podjechałyśmy do galerii handlowej, która znajdowała się jakieś 300 metrów od targu, który odbywał się właśnie na parkingu owej galerii, ale Amerykanie w życiu by nie pomyśleli, żeby przebyć ten dystans pieszo. Trzeba zaparkować pod samymi drzwiami! Udałyśmy się do sklepu dziecięcego, ponieważ Jenn dostała maila z informacją, że tego dnia mieli promocję na artykuły szkolne, a akurat planowała kupić plecak dla Colta, który w tym roku rozpocznie zerówkę, czyli tzw. Kindergarten. To jeden z droższych sklepów, "ekskluzywnych", więc rzadko miewają przeceny. Pachnie tam jak w Ikei.






Następnie pojechałyśmy do sklepu zoologicznego po karmę dla psów. Kiedy weszłam do środka, oniemiałam pod wrażeniem wielkości pomieszczenia. Amerykanie mają świra (tak, to nie jest normalne) na punkcie zwierzątek, traktują je jak dzieci. Psa ma 99% moich znajomych, a 100% tych psów mieszka w domu. Uważają, że trzymanie psa na podwórku jest okrutne, wypuszczają je do ogrodu kilka razy dziennie na 2-3 minuty, aby załatwiły swoje potrzeby. Niektórzy zabierają psy ze sobą do restauracji (jeśli jest to dozwolone w danym lokalu, zazwyczaj nie jest) i zamawiają dla nich osobny posiłek, np. burgery i stek. Moim zdaniem to jest chore, ale co kraj to obyczaj, niech sobie robią co chcą. W sklepie zoologicznym można było dostać milion smyczy z różnymi wzorkami, ubranka w różnych kolorach, wzorach, rozmiarach i na różne okazje, bombonierki, torty i ciasteczka dla psów, suszone mięso kangura oraz miliony dziwactw. Wybór karmy był gigantyczny, część jedzenia trzymano w specjalnych lodówkach takich jak nabiał w sklepie spożywczym. W oddzielonej bramkami części sklepu odbywało się tresowanie psów oraz psie porady, za ścianą znajdowało się psie spa. Na jednej z półek wypatrzyłam takie oto dziwactwa:
wózek oraz schody dla psa

schody do wchodzenia na łóżko oraz deska do schodzenia z bagażnika
A oto reszta psich dziwactw i pozostałe zdjęcia ze sklepu zoologicznego:
Colt i Liam wybierają przekąski dla psów, w tle widać ubranka.

przykłady przekąsek

wyżej wspomniane lodówki
zakochałam się w tym chomiku, cały czas do mnie podchodził i prosił "weź mnie do domu"

Papuga Nimfa za 169.99$

Papużki faliste


Przy wejściu do sklepu zuchenka z tatą sprzedawali ciasteczka (nie obyło się bez zdjęcia, w końcu jest to coś typowo amerykańskiego). W ten sposób zuchy zarabiają na wyjazdy i biwaki, paczka kosztuje 4$. Chętnie bym ich wsparła, jednak wczoraj w szkole już kupiłam paczkę czekoladowych miętusów oraz "tagalongs" - ciastek karmelowych z masłem orzechowym od jednej z moich koleżanek, która jest harcerką, więc wystarczy mi słodyczy :)

kupiłam czwarte i szóste od lewej
Po powrocie do domu zabraliśmy się za odgracanie garażu, sporo rzeczy, których nie potrzebujemy, zawiozłyśmy wieczorem do Goodwill, czyli miejsca, gdzie przywozi się różne graty, a oni to później rozdają lub tanio sprzedają. Myślałam, że będzie się to prezentowało bardziej okazale, jednak zastaliśmy ciężarówkę i mały barak:

Podsumowanie dnia:

Sport: 
sobotnie lenistwo

Jedzenie:
śniadanie: bezglutenowe śniadaniowe taco kupione na targu, nie pamiętam za bardzo, co w nim było, ale na pewno, cebula, jajko, jakaś fasola i coś zielonego, może szpinak
lunch: Cranberry Salad z Culver's i mała waniliowa CocaCola z Sonic. Od zawsze chciałam spróbować tej Coli, była całkiem niezła, ale mnie nie zaskoczyła.
przekąska: 1/3 sałatki wyżej wspomnianej, ponieważ jej nie dokończyłam, orzechy hawajskie, kawałek bekonu, 1/3 jabłka
kolacja: indyjskie jedzenie: sos bakłażanowy, chleb z nadzieniem dyniowym, zwykły chleb (czy coś w tym stylu, kupiłyśmy to wszystko rano na targu). Wszystko to było piekielnie ostre, taka już jest kuchnia indyjska, ale i tak bardzo mi smakowało.

Ocena:
4

Zdjęcia jedzenia z wczoraj oraz z dzisiaj:







porcja dwuosobowa: dla mnie i dla Jenn

sobota, 24 stycznia 2015

DZIEŃ 3 - Zabawa na tenisie

Witajcie w trzecim dniu Amerykańskiego Odchudzania! 

Pisze z komputera rodziny, dla ktorej opiekuje sie dziecmi, wiec nie mam mozliwosci wstawiania polskich znakow. Mam nadzieje, ze sklejone przeze mnie zdania beda zdatne do czytania. Powodzenia!
Poranny trening tenisa odbyl sie na sali gimnastycznej, poniewaz korty byly zatopione przez wciaz padajacy deszcz. Po kilku minutach biegania zostalismy poinformowani, ze ten trening przeznaczymy na cwiczenia wspomagajace prace druzynowa. Trenerka dobrala nas w piec grup, stanelismy na koncu sali gimnastycznej, kazda osoba dostala balon, naszym zadaniem bylo po kolei napompowanie i zawiazanie balona, przebiegniecie na drugi koniec sali, przebicie balona poprzez usiadniecie na nim i powrot do druzyny.

Nastepnie kazda druzyna zasiadla w innej czesci sali i kazdy dostal od trenerki kartke papieru z tabelka, w ktorej wymienione byly rozne rzeczy przydatne do przetrwania, kiedy jest sie zagubionym na srodku oceanu. Mielismy samodzielnie ponumerowac je od 1 do 15 w kolejnosci od najporzebniejszych do najmniej potrzebnych, po czym wspolnie z reszta grupy ustalic prawidlowa kolejnosc. Kiedy bylismy gotowi, trenerka podala nam wlasciwa numeracje, a naszym zadaniem bylo wyliczenie roznicy w kazdym z numerow i dodanie tak powstalych liczb. Naszej grupie wyszli 68 = marne szanse na przetrwanie. Okazalo sie, ze pudelka z czekoladowymi batonami sa wazniejsze niz zestaw wedkarski.

Na koniec kazda druzyna dostala 15 slomek do picia i trzy kawalki tasmy dlugosci ok. 15 cm, a naszym zadaniem bylo zbudowanie z tego miski/dolka/pojemnika na pilke golfowa. Wpadlam na genialny pomysl, nie mam pojecia, jak to opisac (przynajmniej nie w krotkim czasie, z reszta kogo obchodzi konstrukcja dolka golfowego), w kazdym razie prawie wyglalismy. Prawie, poniewaz okazalo sie, ze nastepnie musielismy upuscic pilke do dolka z wysokosci reki wyciagnietej przed siebie. Nikomu sie to nie udalo, pilka zawsze wyskakiwala, odbijajac sie od rurek. Jednak nasza konstrukcja byla jedyna, ktora sie nie rozwalila pod ciezarem pilki.

Na psychologii ogladalismy genialny film dokumentalny o Genie, dziewczyce, ktora rodzice przetrzymywali przez 13 lat w ciemnym pokoju przywiazana do nocnika. Nikt z nia nie rozmawial, wiec nie znala zadnego jezyka. Odnaleziono ja kiedy miala 13 lat i 9 miesiecy, naukowcy bardzo sie nia interesowali i chcieli sprawdzic, czy w tym wieku mozna przyswoic pierwszy jezyk. Kogo to ciekawi, zapraszam tutaj:
https://www.youtube.com/watch?v=hmdycJQi4QA

Po szkole prosto z autobusu poszlam do pracy, najpierw 1,5 h w domu, gdzie opiekuje sie dziecmi od dawna, potem u nowej rodziny, u ktorej jestem pierwszy raz. Maja trojke dzieci: 11-letnia Madison, 9-letni Austin i 21-miesieczny Max. Jest swietnie, poniewaz dzieci sa grzeczne i dobrze wychowane, nie bija sie jak w pierwszej rodzinie, same sie sama zajmuja. Maxa trzeba pilnowac, ale nie wymaga to wiele pracy, sam sie bawi, nie placze i jest cicho. To wlasnie z ich komputera pisze bloga, potem obejrze cos w TV, poniewaz siedze tu do 23:00.

Podsumowanie dnia:

Sport: 
bieganie - 30 minut

Jedzenie:
śniadanie: owsianka z jogurtem greckim, orzechami ziemnymi i malinami
lunch: sałatka z tuńczyka, makaron z wczoraj z dinneru, salata
przekąska: jogurt bananowy z migdalami i kawalkami gorzkiej czekolady + jablko
kolacja: 6 ciastek w pracy, u tej rodziny nie bylo nic normalnego do jedzenia, pewnie pojada na zakupy jutro, wiec zjadlysmy z Madison ciastka.

Ocena:
4

Zdjecia jedzenia dodam jutro, bo nie mam jak ich pobrac na ten komputer.

Ktos sie mnie ostatnio pytal o koszt wymiany i o kieszonkowe, po czym wybaluszyl oczy na widok "Suma kosztow to ok. 30 tys zl, kieszonkowe 250$ miesiecznie (wliczone w to 30 tys)". Otoz nie martwcie sie, jesli chcecie wyjechac na wymiane i zacznijcie oszczedzac. Po pierwsze, koszt rozklada sie na ok 1,5 roku, wiec nie zabulicie 30 tys jednego dnia. Po drugie, jesli znajdziecie sobie prace w USA, to mozecie wytrwac bez kieszonkowego. Sami widzicie, jak czesto opiekuje sie dziecmi, jednego dnia mozna zarobic nawet 100$. A to wam na bank wystarczy na przetrwanie. Moze nie bedziecie w stanie pojsc do sklepu i kupic wszystkiego na raz, ale nie bedzie wam brakowalo niczego niezbednego, zalozmy telefonu albo pasty do zebow. Poza tym, na pewno bedziecie mogli pracowac czesciej niz raz w miesiacu. Wszystko zalezy od was :)

piątek, 23 stycznia 2015

DZIEŃ 2 - Wdepnęłam w rzekę

Witajcie w drugim dniu Amerykańskiego Odchudzania! 

"W Teksasie nie pada" - pomyślała Marysia jesienią ubiegłego roku. Bardziej pomylić się nie mogła. Otóż dziś szalała taka zlewa, że z okna ledwo widziałam dom naprzeciwko. Wyzwaniem numer jeden stało się dojście/dobiegnięcie do autobusu szkolnego w odpowiednim czasie; nie spóźnić się, ale moknąć pół godziny. Mission accomplished, niestety wdepnęłam trzy razy w rzekę chodnikową. Nie wyolbrzymiam, chodnikami płynęło kilka centymetrów wody. Dobrze, że zdecydowałam się założyć Vansy, ponieważ wysoka guma uchroniła mnie przed utonięciem podczas przechodzenia między budynkami w szkole. Mimo wszystko w drodze do autobusu buty stały się nie tyle wodoodporne, co wodooporne - tyle w nich było wody, że więcej nabrać nie mogły. Zaraz po wejściu do szkoły udałam się do ubikacji i wysuszyłam buty oraz skarpety pod suszarką do rąk. Nie byłam jedyna, niektórzy pytali nauczycieli podczas lekcji, czy mogą iść wysuszyć buty i otrzymywali pozwolenie. Podczas ostatniej lekcji dyrektor ogłosił komunikat, że wszystkie zajęcia pozalekcyjne zostają odwołane, a późny autobus nie będzie kursował. Tenisa oczywiście nie było.

Podsumowanie dnia:

Sport: 
taniec - 1 godzina

Jedzenie:
śniadanie: to co wczoraj - sałatka z awokado, papryką, pomidorem, migdałami i serem żółtym
lunch: sałatka z tuńczyka, sałata, pomidorki koktajlowe + jabłko
przekąska: jogurt grecki + banan
przekąska nr 2: hawajskie orzechy, które przysłała mi siostra host mamy
kolacja: sałata, makaron japoński z warzywami, paluszki rybne + widelec tuńczyka

Ocena:
-5

Zdjęcia jedzenia:





czwartek, 22 stycznia 2015

DZIEŃ 1 - Amerykańskie Odchudzanie czas zacząć

Witajcie w pierwszym dniu Amerykańskiego Odchudzania! 

Zrobiło się masakrycznie późno i jestem padnięta. Mimo że trening tenisa został odwołany z powodu deszczu, to do siódmej wieczorem opiekowałam się dziećmi. Ledwo żyję, więc się nie rozpiszę.

Zanim zabrałam się za pisanie posta, przeczytałam notkę z czerwca 2014, kiedy to zaczęłam wyzwanie z Ewą Chodakowską, aby sprawdzić, jak ją formatowałam. Przy okazji mnie ona zmotywowała, ponieważ przypomniałam sobie, że kiedyś też było ciężko, ale się udało :) W miesiąc schudłam ponad 2 kg! Zachęcam do powrotu do zeszłego lata: http://amerykanska-przygoda.blogspot.com/2014/06/dzien-1-30-aktywnych-dni-z-ewa.html

Zważyłam się dziś po południu, cyferki pokazały 139 lb, czyli 63 kg. Krótko mówiąc, jest ŹLE. Seriously. Tym razem mam do zrzucenia 5-6 kg, a nie 2 kg, więc wyzwanie potrwa dwa razy dłużej niż poprzednio. Zaplanowałam koniec na 16 marca, wtedy rozpoczynamy Spring Break i wybieram się na Florydę (jeśli Leah się ogarnie). Koniec gadania o planach, zabieram się za sprawozdanie.

Sport: 
taniec - 45 minut

Jedzenie:
śniadanie: sałatka z awokado, papryką, pomidorem, migdałami, szczypiorkiem i serem żółtym
lunch: ryż z serem i przyprawami (nie mam pojęcia, co to było, host mama powiedziała, że kupiła gotowy pakiet w stylu "Pomysł na"), buraki, zapiekanka z warzyw, sera i tortilli kukurydzianych + pomarańcza
przekąska: jogurt z miodem + marchewka
kolacja: podziubałam różnych rzeczy po trochu, kiedy przygotowywałam obiad maluchom podczas babysittingu: kawałek kurczaka, widelec sałatki tuńczykowej, 3 migdały, kilka ziaren groszku i zielonych fasolek, oblizanie łyżki z jogurtu. Niby nic, ale uzbierała się odrobina.

Ocena:
5+

Jestem z siebie dumna, mam nadzieję, że uda mi się wytrwać dłużej niż dobę. Jutro rozdam wszystkie słodycze koleżankom ze szkoły i uprzedzę, że jeśli na urodziny dostanę od nich coś do jedzenia, to także rozdam. 

Zapraszam was wszystkich do udziału w odchudzaniu i do zobaczenia jutro! Trzymajcie kciuki!!!

Zdjęcia jedzenia:
Sałatki rządzą!
Nie, nie jem tego widelcem, chcę tylko pokazać proporcje :)
W pojemniku na lunch posiłek nie wygląda powalająco, ale był przepyszny!

środa, 21 stycznia 2015

Lato!

Dziś podarowałam sobie klub szachowy, ponieważ pogoda stała się tak cudowna, że spędzenie godziny w późnym autobusie byłoby grzechem. 27 stopni Celsjusza, lekki wiaterek i ani jednej chmurki na niebie. Jednak jutro znów ma wrócić chłodek, na domiar złego z deszczem. Ech, ten Teksas!

Wstałam o 6:20, o 6:35 koleżanki zgarnęły mnie spod domu i pojechałyśmy na trening tenisa. Jeżdżę z nimi 3-4 razy w tygodniu, ponieważ Jenn nie może mnie wozić. To znaczy może, ale nie chce, co doskonale rozumiem. Wytłumaczyła mi, że treningi kończą się o 18:00, czyli dokładnie wtedy, kiedy jemy obiad, jest to "family time", a tego nie ma w USA za wiele, zwłaszcza w porównaniu do Polski, więc nie mam do niej pretensji. Jeśli chodzi o ranki, dom opuszczają zazwyczaj o 6:45, a na trening trzeba wyjechać o 6:20, więc stałaby pod szkołą z dziećmi i czekała w samochodzie. Z koleżankami spóźniamy się 15 minut, ponieważ one są mormonkami i każdego ranka mają spotkania religijne w domu kogoś z naszej dzielnicy, trwają one od 5:45 do 6:30, co mi nie przeszkadza, mogę dłużej spać. Śniadania przygotowuję wieczorami, ładuję do plecaka i jem dopiero w szkole po treningu, kiedy mam 70 minut wolnego czasu.

Z okazji ocieplenia zaproponowałam naszemu międzynarodowemu gronu, abyśmy zjadły lunch na zewnątrz. Pierwszą lekcję mam z Susi, wtedy jej o tym powiedziałam, pomysł jej się spodobał, więc wysłała SMSy do pozostałych dziewczyn, oszczędzając mi klepania wiadomości na moim przedwojennym pancernym telefonie. Po trzeciej lekcji popędziłam ku drzwiom jak szalona, ponieważ gdy pogoda dopisuje, każdy chce zająć stolik na dworze, a nie ma ich tak wielu, żeby wystarczyło dla tysiąca osób. Udało mi się zgarnąć dobrą miejscówkę i zaklepać miejsca koleżankom. Dołączyła do nas Micaela, którą interesuje podróżowanie i różne kultury, więc miałyśmy milion tematów do rozmowy. Konwersację przerwał dopiero dzwonek na lekcję.

Na teatrze bawiliśmy się fantastycznie, graliśmy w teatralny głuchy telefon. Mr. Snyder poprosił czterech ochotników, trzy osoby wyszły na korytarz i zamknęły za sobą drzwi, a jedna została na scenie. Miała ona za zadanie wybrać sobie miejsce zbrodni, broń i profesję zabójcy, widownia wykrzykiwała różne pomysły, a ta osoba wybierała co jej pasowało. W pierwszej rundzie stanęło na tym, że zbrodnia została popełniona laską przez striptizerkę z Mordorze. Kiedy te trzy rzeczy zostały ustalone, jedna osoba z korytarza wchodziła na scenę, a osoba, która już była na scenie, miała przedstawić jej te trzy rzeczy bez używania słów, podobnie jak w kalamburach. Zaczynaliśmy od broni. Kiedy zgadujący wiedział, o co chodzi pokazującemu, klaskał w dłonie i przechodziliśmy do kolejnej rzeczy, czyli profesji. Gdy zgadujący wiedział już wszystko, pokazujący wracał na widownię, zgadujący stawał się pokazującym, a z korytarza wchodził kolejny zgadujący i tak aż do czwartej osoby. Na koniec Mr. Snyder pytał ochotników od czwartego do pierwszego, co pokazywali. Wyszło naprawdę śmiesznie, ponieważ czwarta osoba stwierdziła, że chodziło o menadżera nad jeziorem, jedynie laska pozostała laską.

Po powrocie do domu poszłam pobiegać, szkoda byłoby zmarnować tak piękny dzień na siedzenie w domu. Poza tym muszę schudnąć, nadchodzi konkurs tańca, wycieczka na Florydę i sezon krótkich spodenek. We wtorek pokażę nauczycielce układ, może mi podpowie, co powinnam poprawić/zmienić, w każdym razie na konkurs pojadę na 100%, ponieważ mogę się zapisać na niego sama, nie potrzebuję nauczyciela ani trenera. Jak na razie odchudzanie idzie mi marnie, w tygodniu jest bardzo dobrze, ale w weekend wracam do stanu balonowego. Nawet iPhone 6 mnie nie motywuje, ponieważ wiem, że prędzej czy później i tak go kupię, nie mogę żyć wiecznie z przedwojenną cegłą. W tamtym roku miałam podobny problem po Bożym Narodzeniu, jednak w końcu znalazłam odpowiednią motywację: pisanie bloga. Zdjęcia wszystkiego, co jadłam oraz "spowiedź" ze słodyczowych grzechów, podjadania i ze sportu. Być może część z was pamięta. Chciałabym wrócić do pisania takich postów, jednak chcę wiedzieć, co wy o tym myślicie, bo jeśli 100% osób będzie na "nie", to oczywiście tego nie zrobię. Jednak jeśli to wypali, to znów będę pisać codziennie! Krótko, bardzo krótko, czasami minimalnie, ale codziennie.

niedziela, 18 stycznia 2015

W oczekiwaniu na koordynatorkę

Wczoraj rano pojechaliśmy na śniadanie do Cracker Barrel, jednego z moich ulubionych śniadaniowych miejsc. Pisałam o nim około miesiąc przed świętami, opisałam je bardzo dokładnie, więc zapominaczy zachęcam do przegrzebania starych notek. Chodzi o tą restaurację ze świetnym sklepem z niepotrzebnymi ale bardzo fajnymi rzeczami i pysznym jedzeniem. Tak wyglądało moje wczorajsze jadło:


Jenn planowała wybrać się na zakupy, ale przypomniałam jej, że Leah miała do nas przyjechać o 12:00. W tym dniu objeżdżała domy wszystkich wymieńców, ponieważ według zasad musi nas widywać przynajmniej raz na dwa miesiące. W oczekiwaniu wysprzątałyśmy dom na błysk, uporządkowałyśmy kawałek strychu, zjadłyśmy lunch, porozmawiałam z mamą na skype i zrobiłam milion innych rzeczy. O 13:00 host mama zaczęła się niecierpliwić, więc zadzwoniłam do Leah, odebrała skrytka odbiorcza. Wysłałam SMS o treści "Where are you?", dostałam odpowiedź, że była u nas o 11:00 i nikogo nie było w domu. No nie, przecież byłyśmy umówione w południe, sama zaproponowała tą godzinę kilka dni wcześniej, kiedy rozmawiałyśmy przez telefon. Przecież byliśmy wtedy na śniadaniu w Cracker Barrel.

Byłam strasznie zła, bo miałyśmy rozmawiać o wycieczce na Florydę oraz o wycieczce do Nowego Jorku. Mój dziadek tam teraz jest i zaproponował, żebym przyleciała do niego w któryś weekend, a on mi pokaże całe miasto. Strasznie się ucieszyłam, hości też, jednak następnego dnia odkryli zasady ISE, które przyszły im w mailu dawno temu, ale ich nie zauważyli. Teoretycznie powinni je podpisać przed przyjęciem mnie do swojego domu, ale jak już pewnie nie raz zauważyliście, fundacja ISE jest nieogarnięta i nie mają zielonego pojęcia, co się dzieje u ich exchange studentów. Najpierw umieścili mnie w okropnej rodzinie, potem nawet nie wiedzieli, że się przeniosłam, kiedy kontaktowali się z moją mamą, a teraz nie mają pojęcia, że brakuje im różnych dokumentów. A koordynatorka sama nie wie, co się wokół niej dzieje (ale i tak ją lubię, choć mam dość, że wiecznie się spóźnia). Jeśli macie wybór, nie wyjeżdżajcie z ISE. Jeśli nie macie wyboru, wyjeżdżajcie, bo wymiana jest tego warta.

Colt źle się czuł, wzrosła mu temperatura i miał odruch wymiotny, więc podczas dżemki Liama Jenn zabrała go do lekarza. Jeff spędził cały dzień w San Antonio, więc zostałam w domu ze śpiącym maluchem i pisałam bloga. Test na grypę wyszedł Coltowi pozytywnie, teraz leży przed telewizorem i bierze leki. Najlepsze jest to, że był szczepiony, całe szczęście, że nie posłuchałam kiedyś Lynne i się nie szczepiłam, bo niepotrzebnie wstrzyknęłabym sobie jakieś podejrzane substancje i metale ciężkie, które siedziałyby mi w mózgu do końca życia. Mam nadzieję, że się nie zarażę. Zero słodyczy, czosnek, warzywa, pestki grejpfruta i powinno być okej. Liam także złapał wirusa, dzisiaj obudził się z gorączką.

Kiedy Jeff wrócił z San Antonio, zawiózł mnie do szkoły, gdzie o 19:00 odbywał się szkolny musical pt. "Godspell". Bardzo mi się podobał, jednak znacznie odbiegał od High School Musical, nie wyobrażajcie sobie nie wiadomo jakich cudów. Aktorów było prawie dwudziestu, wszyscy przez cały czas znajdowali się na scenie. Kostiumami były normalne ubrania dla nastolatków, tyle że bardziej kolorowe i urozmaicone niż na co dzień widzi się w szkole. Jedynie dwóch chłopaków było szczególnie ubranych, jeden z nich grał Jezusa, nosił zwykłe brązowe buty, spodnie khaki i niebieski T-shirt z logiem Supermana, a drugi Judasza/szatana wyglądającego jak rockman - skórzana kurtka i spodnie, łańcuchy, mocny makijaż. Pozostałe osoby były apostołami. Jezus opowiadał im różne przypowieści, które wszyscy odgrywali i nauczał, jak powinni się zachowywać, wykonując przy tym proste magiczne sztuczki. Judasz/szatan podpowiadał, aby czynili zło, a Jezus ich kierował ku dobru. Większa część składała się z piosenek, bardzo dużo tańczyli. Opowieść mi się podobała, zwłaszcza motyw Jezusa jako supermana-magika i Judasza jako zbuntowanego rockmana. Przedstawienie nie było bardzo religijne, historia była opowiedziana w nietypowy nowoczesny sposób i to mi się w niej najbardziej podobało.
wiosno-jesienio-zima w Teksasie


lunch domowej roboty, mniam!

Improwizacja

Ten tydzień była tak wyczerpujący, że po pełnym pracy piątku położyłam się spać o 21:00, a wstałam dziś (w sobotę) o 8:30. Normalnie gdy idę spać o tak wczesnej godzinie, to wstaję o 6:00 rano albo nawet wcześniej, więc musiałam być nieźle styrana. Nie miałam ani jednego dnia, kiedy mogłabym po prostu siąść przed telewizorem lub napisać bloga. Odpowiem tym, którzy się martwili, że przestanę pisać: nie przestanę. Po prostu będę pisać rzadziej.

W poniedziałek po południu miałam trening tenisa, więc wróciłam do domu o 18:30, a jeszcze trzeba było odrobić lekcje. Poszłam spać bardzo wcześnie, ponieważ we wtorek rano także miałam trening. Pobudka o 5:45! A do domu wróciłam o 18:10, ponieważ zostałam na klub szachowy. Zmienił nam się kierowca późnego autobusu w tym semestrze, obecna pani jeździ inną trasą, więc zamiast odwozić mnie jako pierwszą, odwozi mnie jako ostatnią. Chyba zacznę grać w szachy w domu, bo nie uśmiecha mi się siedzenie ponad godzinę w autobusie. Potem obejrzałam Dance Moms i zrobiła się noc. W środę po szkole miałam trening tenisa, a po nim babysitting do nocy. W czwartek rano trening, popołudnie wolne, jednak następnego dnia mój plan lekcji zawalony był sprawdzianami, więc uczyłam się kilka godzin i wolny czas skurczył się do zera. W piątek rano znów trening, a po szkole babysitting, nawet do domu nie weszłam, bo poszłam do pracy prosto ze szkolnego autobusu. Teraz już rozumiecie, co miałam na myśli, kiedy napisałam, że nie będę mieć czasu na bloga.

Na historii omawiamy Drugą Wojnę Światową, dużo się uczymy o Polsce. Nauczyciel często pyta mnie o różne rzeczy. Któregoś dnia czytaliśmy opowiadanie (prawdziwą historię) o żydowskiej rodzinie, która ukrywała się w domu pani Cichej. Uczyłam wszystkich wymawiać jej nazwisko oraz wyjaśniłam, co ono oznacza. Innego dnia, kiedy omawialiśmy holokaust, nauczyciel zapytał mnie, czy w Polsce są żydzi, więc powiedziałam, że nigdy żadnego nie spotkałam, co było dowodem na to, że Niemcy wymordowali 92,3%, czyli 3.000.000 polskich żydów, reszta po wojnie wróciła do Izraela.

Na algebrze stare nudy, dalej omawiamy funkcje, jednak przeszliśmy z kwadratowych do pierwiastkowych. Wszystko rozumiem, więc nie słucham nauczyciela, tylko szybko robię zadania na ocenę, które musimy oddać do końca lekcji, po czym gram na aparacie w Trivia Crack. Jeśli ktoś chce ze mną grać, zapraszam, mój nick to @mariakrasowska14. Do tego czytam książki, jem i śpię.

Po porannych treningach tenisa mam 70 minut wolnego czasu, więc spędzam go w bibliotece. Postanowiłam przestać czytać książki, które miałam na liście do przeczytania, ponieważ zaczęłam nudzić się tymi wszystkimi seriami. Teraz szukam czegoś z ładną okładką, co nie ma kontynuacji i czytam opis. Jeśli mi się podoba, czytam fragment książki, a jeśli przypadnie mi do gustu, wypożyczam ją. W ten sposób mogę odkryć coś nowego. W zeszłym tygodniu przeczytałam "Sweet Sixteen" Kate Brian, polecam, a wczoraj zabrałam się za "Teen INC.", jestem na 10 stronie, ale już mi się podoba.

Nauczycielka psychologii w zeszły czwartek urodziła dziecko, chłopczyka o imieniu Isaac. Mamy zastępstwo z gościem, który jeszcze nie do końca ogarnia, co ma z nami robić. Nie opowiada nam historii ze swojego życia, tak jak stara nauczycielka, nie podaje tak wielu przykładów, nie potrafi dobrze wyjaśnić. Dlatego pierwszy quiz, który z nim mieliśmy, oblałam. Dostałam 67%, a żeby zdać, trzeba mieć 70%. Tylko jedna osoba w klasie zdała, dlatego wina spadła na nauczyciela (w sumie słusznie), więc cała klasa według przepisów szkolnych musiała powtórzyć quiz. Kiedy tamtego dnia weszliśmy do klasy, okazało się, że nie wystarczy kopii dla każdego, więc nauczyciel powiedział, żebyśmy dobrali się w pary. Quiz składa się z kilku kartek, więc kserowanie nie jest takie proste. Skończyło się na tym, że pisałam w sześcioosobowej grupie, a cała klasa rozmawiała. Mam nadzieję, że dostanę 100%. Uczymy się o pamięci i o mowie, wszystko jest interesujące. Całe szczęście, że mamy genialny podręcznik, który rozwija wszystkie tematy bardzo dokładnie i podaje mnóstwo przykładów, dzięki temu rozumiem dokładnie, o co chodzi. Problem polega na tym, że przeczytanie jednego rozdziału zajmuje mi 5 godzin, więc nauka jest czasochłonna.

Teatr stał się moją ulubioną lekcją, ponieważ przerabiamy improwizację. Lekcje polegają na tym, że idziemy do teatru, gramy na scenie w jakąś grę, najczęściej w "Theatre Dodgeball". Dodgeball to po angielsku dwa ognie, ale w wersji teatralnej wygląda to inaczej. Klasa ustawia się w okręgu, dwie osoby wychodzą na środek. Jedna z nich jest blokerem, jej zadaniem jest obrona drugiej osoby, czyli celu, przed piłką. Reszta osób stara się trafić w cel, trzeba do tego używać współpracy i być szybkim. Używamy piłki plażowej, żeby nikt nie został poszkodowany. Następnie siadamy na widowni, nauczyciel przedstawia nam zadanie, po czym na scenę wychodzą ochotnicy i zaczyna się zabawa.

Na początku tygodnia na scenę wyszło 4 ochotników. Jedna osoba zasiadała w wielkim czerwonym fotelu w roli prowadzącego talk show, pozostali siadali na zwykłych krzesłach obok siebie i mieli za zadanie być jedną osobą, gościem talk show. Prowadzący musiał nazwać swój program, zadawać pytania i zachowywać się jak np. Ellen DeGeneres, pozostali odpowiadali każdy po jednym słowie, tworząc w ten sposób przezabawne zdania.

Mr. Snyder i Sydni

Innego dnia robiliśmy inną wersję tego zadania. Dalej było to talk show, prowadzący wciąż był prowadzącym, jednak to publiczność zadawała pytania, a goście, tym razem trzech, udzielali rad. Pierwsza osoba miała dać dobrą radę, druga złą, a trzecia porażająco fatalną. W praktyce wyglądało to tak, że ktoś zadał pytanie "Nie mam przyjaciół, co mam robić?", a odpowiedzi prezentowały się następująco: "Wyjdź do ludzi i zagadaj.", "Oglądaj telewizję.", "Moi przyjaciele są martwi." Uśmiałam się jak w kabarecie, z lekcji na lekcję jest coraz śmieszniej.

Do kolejnego zadania zgłosiłam się na ochotnika. Uwielbiam improwizację, ponieważ nie da się popełnić błędu, można zrobić co tylko się chce. Zadanie nazywało się "Przystanek autobusowy". Na scenie stały trzy krzesła, które były ławką. Kto chciał, ten wychodził na scenę, siadał na ławce i robił co mu na myśl przyszło. W dowolnym momencie można było wstać i odejść, ponieważ "przyjechał nasz autobus". Wyszłam na scenę kilka razy, było genialnie, na początku byłam z dziewczyną i chłopakiem, udawałyśmy, że chłopak strasznie śmierdział. Grał hipisa i mówił, że nie używa nic chemicznego, lubi naturę i jej zapachy. W pewnym momencie zemdlałam od smrodu, oni próbowali mnie ocucić, nagle się ocknęłam i powiedziałam "my bus" lunatycznym głosem, po czym odeszłam. Ktoś inny usiadł na kleju i nie mógł wstać, więc inni pchnęli jego krzesło, co było wbrew zasadom, ponieważ krzesła miały stanowić ławkę, ale oj tam oj tam. Nasz nauczyciel często dołącza do naszych zabaw i gra z nami na scenie, zawsze świetnie się bawimy.

Kolejna zabawa, do której się zgłosiłam, była najlepszą ze wszystkich do tej pory. Na scenę wyszło 8 osób, staliśmy po czworo z każdej strony. Na środku nauczyciel ustawił 2 krzesła. Jedna osoba z każdej strony wychodziła na środek i mieliśmy stworzyć historię. Znajdowaliśmy się w Candylandzie, czyli świecie słodyczy, musieliśmy rozmawiać tylko i wyłącznie za pomocą pytań. Jeśli ktoś zbyt długo się namyślał albo powiedział coś, co nie było pytaniem, nauczyciel dzwonił dzwonkiem i ta osoba schodziła na swoją stronę sceny, a kolejna wchodziła na jej miejsce. Nie musiała kontynuować danej sceny, za to musiała się znajdować w tym samym świecie i w tej samej historii. Na początku odpadłam po dwóch zdaniach, potem po jednym, za to za trzecim razem byłam na scenie bardzo długo i historia toczyła się świetnie. Ta gra jest bardzo trudna, jednak dobrze mi szło. Uwielbiam ją. Skończyło się na tym, że dwóch chłopaków z mafii Candylandu ganiało się z krzesłami po scenie.

Jeszcze inna gra nazywa się "Freeze". Dwie osoby wychodzą na scenę, pierwsza mówi drugiej, kim tamta jest, a druga mówi pierwszej, co ona od niej chce. Wygląda to tak:
- Jesteś sławną aktorką.
- A ty chcesz ode mnie autograf.
Wtedy rozpoczyna się gra aktorska, te dwie osoby mają stworzyć jakąś scenę na podstawie tych dwóch informacji. W dowolnym momencie ktoś z widowni może powiedzieć "freeze", czyli zamrozić dowolną osobę na scenie i ją zastąpić. Nie musi kontynuować danej sytuacji, ale musi popchnąć historię dalej. Np. w przykładzie, który wam podałam, kolejna osoba może zamrozić aktorkę, która wtedy wraca na widownię, a zostać policjantem i aresztować osobę, która chciała autograf, ponieważ ta zaatakowała aktorkę.

Na anatomii przerabiamy układ kostny, ścięgna, wszystkie rodzaje stawów, tkanki mięśniowe, kurczenie się mięśni, itp. Chłonę wiedzę jak gąbka, wszystko jest interesujące, nauczycielka świetnie tłumaczy i każdy rozumie o co chodzi. Robimy dużo ćwiczeń na komputerach, na przykład mieliśmy przeprowadzić wirtualną operację wymiany stawu biodrowego i kolanowego, po czym oglądaliśmy zdjęcia z prawdziwych operacji.

Taniec nie jest tak fajny jak poprzednio, ponieważ wróciliśmy do hip-hopu. Nienawidzę hip-hopu. Kocham balet i jazz, które są tak od niego odmienne, że nie ma porównania. Uczymy się układu z filmiku poniżej, idzie mi okropnie (przynajmniej moim zdaniem). Ja i jeszcze jedna dziewczyna jesteśmy jedynymi tancerkami w klasie, więc reszcie ten taniec idzie jeszcze gorzej, ale i tak czuję, że tańczę go okropnie. Hip-hop to nie moja działka, nie trzeba mieć tu obciągniętych palców, prostych kolan, wykręconych stóp, więc go nie lubię.


Na angielskim uczymy się o perswazji i przemawianiu, oglądamy filmiki na youtube i je omawiamy. Przykład, mój ulubiony:

To tyle, jeśli chodzi o nowości szkolne. Pozostałą część mojego życia, która obecnie ogranicza się do weekendów, opiszę w kolejnym poście. Na koniec linki do nowych filmików z moich kanałów.
https://www.youtube.com/watch?v=6uq0QPxN5-c
https://www.youtube.com/watch?v=_yEUWZG0lfc

Przypominam mój nick na Trivia Crack: @mariakrasowska14
RATUJCIE MNIE PRZED NUDĄ NA MATMIE!!!

poniedziałek, 12 stycznia 2015

Dzień z Susi i Sophie

Przeciętna, szara i nudna sobota stała się ciekawym i pełnym wrażeń dniem, gdy podczas śniadania Jenn oznajmiła, że zamierza pojechać na zakupy, co prawda jeszcze nie wie gdzie, ale na pewno do kilku sklepów. Zaproponowała, żebyśmy zabrały kogoś ze sobą; jedną lub dwie z moich koleżanek. Natychmiast napisałam w naszej grupowej konwersacji na facebooku, że mamy dwa wolne miejsca w samochodzie, kto się pierwszy zgłosi, tego zabieramy. Dostałam odpowiedź od Sophie i od Susi. Napisałam im, że muszą się szybko zebrać, bo przyjedziemy po nie około 10:30, czyli za pół godziny. Strzelałam z tą godziną, nie miałam zielonego pojęcia, kiedy wyjedziemy z domu, Jenn powiedziała, że "soon". Amerykanie posiadają wnerwiającą mnie cechę: na pytanie "kiedy?" odpowiadają "soon"/"after lunch"/"after I change my clotches". Nigdy nie określą konkretnej godziny czy czasu i z doświadczenia wiem, że w rzeczywistości nigdy nie jest to "soon"/"after lunch"/"after I change my clotches". Lista wydłuża się do kilkunastu zadań.

Skończyło się na tym, że wyjechałyśmy do domu o 11:30 (oj tam oj tam, godzinka wte czy wewte), męską część rodziny zostawiłyśmy na straży domostwa. Po drodze zatankowałyśmy i wstąpiłyśmy do Starbucksa (caramel frappucino of course), utknęłyśmy w korku przy kościele katolickim, ponieważ po mszach policja steruje ruchem i blokuje ulicę, aby ludzie z kościoła mogli wyjechać z parkingu, czego większość osób nie popiera, ale nic na to nie poradzimy. Koleżanki odebrałyśmy lekko po 12:00. Baaaardzo "soon". Tak po amerykańsku.

Na początku pojechałyśmy do Pier 1, czyli sklepu z dekoracjami i wyposażeniem do domu. Jenn polowała na bombki choinkowe w przecenie, niestety wszystko się już sprzedało. Sklep był mały, jednak znalazłam kilka interesujących rzeczy, między innymi wiszący na stojaku fotel ogrodowy, który pokazała mi Jenn i powiedziała, że planuje kupić coś w tym stylu  i postawić na werandzie. Kiedy wypróbowałam ten fotel, natychmiast poparłam jej pomysł. Cudownie czytałoby się książki siedząc w czymś takim:


Lunch postanowiłyśmy zjeść w Chipotle, czyli zdrowej fastfoodowni, do której jeździmy dość często, gdzie serwują meksykańskie jedzenie. Hości wytłumaczyli mi różnicę pomiędzy kuchnią meksykańską w różnych regionach USA. W Teksasie popularna jest odmiana "Tex-Mex", czyli żarcie zawalone serem, tłuszczem, które jest smaczne, ale za to ciężkie i potwornie kaloryczne. Za to w Kalifornii króluje "Mexi-Cali" - te same potrawy, za to bez faszerowania wszystkiego tłuszczem, z mniejszą ilością sera, a głównym składnikiem są warzywa. Takie jedzenie jest lżejsze i oczywiście mniej kaloryczne. Sieć "Chipotle" pochodzi właśnie z Kalifornii i bardzo lubię tam jeść. Host mama powiedziała, że koniecznie musimy tam zabrać Susi i Sophie po tym, co jej naopowiadałam o ich rodzinach; u Susi jedzą bardzo mało warzyw, a wszystkie są z mrożonek, więc kiedy zamawia gdzieś jedzenie, je prawie same warzywa, za to Sophie jest wegetarianką a w jej rodzinie także nie odżywiają się zbyt zdrowo. Do tego obie dziewczyny rzadko jedzą poza domem. Jenn uznała, że Chipotle będzie dla nich fantastycznym miejscem i miała rację, jedzenie bardzo im posmakowało.






Z Jenn gadało nam się jak z koleżanką z klasy. Rozmawiałyśmy na wszystkie możliwe tematy, od torebek Louis Vuitton do różnych rodzajów traktowania psów. Tym sposobem spędziłyśmy na jedzeniu ponad godzinę. Następnie udałyśmy się do Hobby Lobby, już od kilku tygodni miałyśmy zamiar odwiedzić ten sklep, jednak za każdym razem, kiedy sobie o tym przypominałyśmy, była niedziela, a właściciele Hobby Lobby są katolikami i nie otwierają swoich sklepów w tym dniu. Przed wyjazdem z domu pobrałam na aparat kupon ze zniżką 40% na dowolny produkt w normalnej cenie, co tydzień dostaję taki na maila. Na Boże Narodzenie host dziadkowie dali mi kartę podarunkową do Hobby Lobby za 20$, więc musiałam w końcu zrobić z niej użytek. Kupiłam sobie myszkę do komputera udekorowaną niebieskimi kryształkami oraz podkładkę pod nią, która jest jednocześnie notesem.

Później wróciłyśmy do mnie do domu. Pograłyśmy z Susi i Sophie w Piratów i mimo że gra była po polsku, to bardzo im się spodobała. Nie miałyśmy szansy dokończyć rozgrywki, ponieważ Liam obudził się z popołudniowej drzemki i nadszedł czas na kolejne zakupy. Z całą host rodziną załadowaliśmy się do samochodu i pojechaliśmy do galerii handlowej. Hości umówili się na wizytę w sklepie Apple na 17:00, aby naprawić iPad, za to my po prostu chodziłyśmy po sklepach. Trochę się wynudziłam, ponieważ moje koleżanki mają zupełnie inny styl niż ja i chciały iść do sklepów, za którymi nie przepadam, ale że nie potrzebowałam niczego konkretnego, to równie dobrze mogłam im towarzyszyć i rozbrajać komentarzami ubrań w Forever 21, który moim zdaniem jest najgorszym sklepem w USA. Przypomina mi sklepy w Polsce, gdzie wszystko było szare, czarne, białe lub/i brzydkie, czuję się tam jak w szmateksie, tyle że muszę wdychać charakterystycznego dla używanej odzieży smrodu. Podoba mi się tam tylko jeden dział, a mianowicie piżamy, jedną nawet sobie kupiłam: czarne legginsy z wzorkiem Hello Kitty i milutka ciepła bluza z twarzą kotka. (Przechodzę na stronę Szatana!)

Na koniec wstąpiłyśmy do Popcornopolis i zdegustowałyśmy wszystkie smaki popcornu. Kupiłyśmy na spółkę festynowe jabłko, które jest odpowiednikiem polskiego chleba ze smalcem na tutejszych miejskich imprezach - zawsze jest ktoś, kto je sprzedaje, a biznes dobrze mu idzie. Nasze jabłko było oblane karmelem i czekoladą oraz posypane migdałami i płatkami kokosowymi. Wyglądało tak:

po pokrojeniu

przed pokrojeniem 
inne jabłko

jeszcze inne jabłko
Następnie wróciliśmy do mnie do domu i chciałyśmy dokończyć grę w Piratów, ale plan nie wypalił, ponieważ się rozgadałyśmy. Zaczęło się od tego...


... kontynuowało tak...

... a skończyło na kręceniu filmiku na YouTube o naszych językach. Wyszedł genialnie, uśmiałyśmy się po pachy, jestem pewna, że wam się spodoba. Nie będę zdradzać szczegółów, za kilka dni przekonacie się na własne oczy, cóż takiego stworzyłyśmy. Chwilę przed 22:00 przyjechał host tato Susi i zabrał dziewczyny do domu. Kolejny fantastyczny dzień za mną!