wtorek, 17 marca 2015

Zoo i Madagaskar

Jedną z rzeczy, które uwielbiam w mojej host rodzinie, są niespodziewane wycieczki. Jenn nie planuje dni wolnych, po prostu budzi się rano i wymyśla coś ciekawego do roboty. Wtedy wysyła do mnie SMS czy śpię i czy chciałabym jechać w dane miejsce. Dzisiaj było to zoo. Odpisałam, że bardzo chętnie, po czym wyszłam z pokoju do salonu, żeby resztę rozmowy przeprowadzić w cywilizowany sposób. Jenn powiedziała, że możemy zabrać jedną koleżankę, oczywiście wybrałam Susi. Napisałam do niej, czy chce z nami jechać, ale mi nie odpisała. Następnie zapytałam Mirabelle, od której także nie doczekałam się odpowiedzi. Zdecydowałam utworzyć wiadomość grupową, ale wciąż ani widu ani słychu po moich koleżankach. Nagle mnie olśniło, że nie każdy wstaje tak rano jak ja i mimo dziewiątej godziny towarzystwo smacznie drzemie. Godzinę później dostałam wiadomość od Susi, więc to ją zabraliśmy.

Zoo było bardzo naturalne, podobnie jak poprzednie zoo, które odwiedziliśmy. Wszystkie zwierzęta zostały skądś uratowane - z cyrku, z tarapatów w naturze, od złych lub martwych właścicieli. Mimo że w innym zoo byłoby więcej zwierząt, ludziom zachciało się przyjechać akurat w to miejsce, więc staliśmy w ogromnym korku na ciasnej wiejskiej drodze. Ze wzgórza roztaczał się piękny widok, czułam się jak we Włoszech otoczona kaktusami i karłowatymi drzewami, które nie mogą urosnąć z powodu susz i gorąca. Strasznie się śmiałyśmy razem z Susi, kiedy za każdym zakrętem było więcej i więcej samochodów, i Jenn narzekała, jak daleko będziemy musieli iść. Kiedy nareszcie udało nam się zaparkować na poboczu, wysiadłam z samochodu i znalazłam monetę jednocentową. Nie mam pojęcia, jak się tam znalazła, ale zapewniła mi szczęście na kolejny dzień.

dziwna kura "w spodniach"

W drodze powrotnej wstąpiliśmy do P.Terry's na veggieburgery. Obsługa zapomniała o shake'u dla Colta, a kiedy Jenn się o niego upomniała, dostała gratis dwa gigantyczne ciastka owsiane z czekoladą. Podzieliłyśmy się jednym z Susi, było pyszne! Potem wróciliśmy do domu, Liam poszedł spać, Colt oglądał TV, ja pilnowałam, żeby nikt nie zginął i dom nie spłonął. Jenn odwiozła Susi i pojechała na zakupy spożywcze. Zaczęłam przeglądać kanały w TV w poszukiwaniu czegoś wartego obejrzenia, zbieg okoliczności sprawił, że na Nickelodeonie leciał "Madagaskar 2" - myślałam o tym filmie, kiedy byliśmy w zoo i przechodziliśmy obok lemurów. Obejrzeliśmy go razem z Coltem, szczerze mówiąc lekko mnie znudził, pierwsza część jest zdecydowanie lepsza.




poniedziałek, 16 marca 2015

Koreański piknik w parku po zakupach w outletach

Dzisiejszy dzień znów obfitował w zakupy, mam już ciuchy na kilka dobrych lat, zarówno na zimę jak i na lato, na zwykłe dni i na ważne okazje, na rower, na urodziny, na tańce. Wydałam tyle kasy, że aż szkoda gadać, jednak zaoszczędzę za rok, kiedy nie będę musiała kupować butów zimowych, bo już je mam. Pozostaje tylko pytanie, czy dwie walizki wystarczą, aby zabrać się z wszystkimi tymi dobrami do samolotu?

Rano przyjechała do nas Virginia - przyjaciółka Jenn - wsiadłyśmy w samochód, zostawiając Jeffa z dziećmi w domu i wyruszyłyśmy do outletów w San Marcos. Po drodze zabrałyśmy Larę, Sophie i Mirabelle, wstąpiłyśmy na śniadanie do FreeBirds, bardzo podobnego do Chipotle. Nieważne, że było południe. Pewnie zauważyliście, że w dni wolne śniadania jemy późno. Zjadłam bardzo dobre nachosy ze wszystkim:



W outletach nie miałyśmy aż tyle czasu, ile byśmy chciały, ponieważ rodzice żadnej z dziewczyn nie chcieli nas odebrać wieczorem, więc musiałyśmy wrócić z Jenn, która zna doskonale wszystkie sklepy, więc wie gdzie ma iść i co ma kupić, i na pewno nie spędzi tam całego dnia. Dlatego też rozdzieliłyśmy się, aby nie marnować czasu w sklepach, do których nie wszystkie chciałyśmy iść. Jedynym sklepem, do którego poszłyśmy razem, był Tommy Hilfiger, ponieważ to do niego podwiozła nas Jenn. Kupiłam sobie sweter do sukienki (nareszcie!), T-shirt oraz sukienkę dla siostry. Potem pobiegłam wzdłuż kolejnych sklepów, weszłam prawie wszędzie, przeszłam parę kilometrów, tak wielkie są te outlety. Natrafiłam na sklep ze skórzanymi rzeczami, który ma zostać zlikwidowany, więc wszystko było przecenione minimum 75%. Kupiłam sobie beżową skórzaną kurtkę za 150$, przecenioną z 650$, opaskę na głowę (która akurat nie jest skórzana) oraz torbę do sukienki za 20$ przecenioną z 100$. Tą, którą kupiłam wczoraj, oddam, bo nowa bardziej mi się podoba. Następnie kupiłam buty zimowe w sklepie obuwniczym i ruszyłam na dalszy podbój sklepów, jednak nie znalazłam już nic wartego zakupu. Chyba kupiłam wszystko, czego potrzebowałam, może kupię sobie jeszcze jedną sukienkę przed wyjazdem. Pora przestać odchudzać konto, a skupić się na brzuchu.



Po długich zakupach (Jenn się nad nami zlitowała i dała nam więcej czasu) nadszedł czas na powrót do domu. W samochodzie zdecydowaliśmy, że na dinner pojedziemy do koreańsko-meksykańskiej restauracji. Jenn powiedziała dziewczynom, że mogą z nami pojechać, jeśli chcą. Mirabelle nie mogła, ponieważ jej host mama była na nią zła, że nie wypełniła tego dnia obowiązków domowych, więc musiała wrócić do miotły. Lara także nie mogła, nie wiem dlaczego. Za to Sophie była zachwycona, że ją zabierzemy. Odwiozłyśmy Mirabelle i Larę, zabrałyśmy męską część rodziny z domu i wyruszyliśmy do Austin pełnym samochodem.

Restauracja znajdowała się w "lepszej" części miasta, Sophie stwierdziła, że jest luksusowa, ale mi wydawała się normalna. Magda Gessler przyczepiłaby się do jej rozmiaru, była maciupeńka, do tego nie pozwolili nam zostać w środku i musieliśmy wziąć jedzenie na wynos, ponieważ piętnaście minut później gościli tam prywatną imprezę. Na początku mieliśmy zamiar jeść na chodniku, ale Virginia zaproponowała, żebyśmy pojechali do parku w centrum Austin. Tak też zrobiliśmy i to był świetny wybór.

Strona internetowa restauracji: http://www.chilantrobbq.com/

moje Kimchi Fries - NIEBO W GĘBIE!!!

Tofu Burger Sophie
W parku było o wiele mniej drzew, niż się spodziewałam. Wyglądało to bardziej jak boisko do futbolu z kilkoma starymi stołami na krzyż. Za to widok był piękny, zaraz za rzeką znajdowało się centrum Austin z oświetlonymi wieżowcami, które wyglądały lepiej z minuty na minutę, ponieważ słońce zaszło i robiło się coraz ciemniej. Sophie koniecznie chciała zrobić zdjęcie tego widoku, więc wstałyśmy od stołu i poszłyśmy w stronę rzeki, żeby drzewa nie zasłaniały widoku. Jednak im bliżej byłyśmy, tym bardziej go zasłaniały, więc zapuszczałyśmy się dalej i dalej, aż doszłyśmy do skarpy. Ostrożnie zeszłyśmy na dół po kamieniach, okazało się, że wylądowałyśmy na ścieżce rowerowej. Znalazłyśmy także punkt widokowy i zaczęłyśmy robić zdjęcia. Selfie nie wychodziły najlepiej z powodu kiepskiego światła, więc chciałyśmy odwrócić telefon i spróbować zrobić zdjęcie z lampą. Wtedy jakiś wędkarz powiedział, że może zrobić nam zdjęcie. Udało mu się nawet rozkminić jak włączyć lampę w telefonie z językiem polskim :)



na jednym z niewielu drzew

niedziela, 15 marca 2015

Ekologiczny sklep z sukienkami i miłą obsługą

Zmiana czasu jest zarówno koszmarem jak i błogosławieństwem. Pierwszy aspekt odczuwam budząc się rano, na przykład dziś o 6:57 i widząc ciemność, kiedy patrzę za okno. Zawsze przez snem podnoszę żaluzje, lubię wpatrywać się w niebo, kiedy usypiam. Próbuję zasnąć, bo rozsądek podpowiada mi, że ciemno = śpij. No ale się nie da, bo mózg wypoczął i odmawia powrotu do snu. Musiałam więc wstać. Poszłam do łazienki, wróciłam do pokoju, zasłoniłam żaluzje, zaświeciłam światło, ubrałam się. I wtedy usłyszałam, że Liam płacze w pokoju obok.

Podniosłam go z łóżeczka, poszliśmy do salonu i zmieniłam mu pieluchę. Nie chciałam budzić hostów, więc zabrałam go do siebie do pokoju i dałam mu pudełko po butach do zabawy. Kiedy się znudził, zrobiliśmy samolot z papieru i wspólnie go pokolorowaliśmy, po czym puszczałam go z jednego kąta pokoju do drugiego, a Liam biegał i przynosił go z powrotem jak aportujący piesek. Kiedy zrobiło się jasno, otworzyliśmy okno i cieszyliśmy się początkiem nowego pięknego dnia. Na błękitnym niebie widniał księżyc, Liam z bananem na twarzy wskazywał palcem w jego stronę i krzyczał z zachwytem "moon!". Potem obejrzeliśmy wschód słońca i wróciliśmy do salonu, kiedy hości się obudzili.

Niewiele później pojechaliśmy na zakupy do galerii handlowej, po drodze wstąpiliśmy na Farmers Market i kupiliśmy śniadaniowe taco, które zjedliśmy w sekcji z jedzeniem już w galerii. Potem rozdzieliliśmy się i prawie biegiem ruszyłam w losową stronę, moim celem było przejrzenie jak największej ilości sklepów. Potrzebowałam bluzek z krótkim rękawkiem oraz czegoś, co mogę ubrać do sukienek, których mi ostatnio przybyło, żeby mi nie było zimno. Tradycyjnie nic nie znalazłam, za to przybyło mi jeszcze więcej sukienek.

Odkryłam bardzo fajny sklep o nazwie Altar'd State. Sprzedawane tam ubrania to w 90% sukienki, do tego torebki i biżuteria, kilka par butów, szortów i bluzek. Ich styl jest nietypowy, jest to coś innego. Ubrania są kolorowe, ale kolory są pastelowe i naturalne, nie ma ekstremalnych neonów. Przeciętna sukienka to wydatek rzędu 70-80$, jakość prezentuje się bardzo wysoko. Sklep jest ekologiczny, nie używają prawdziwej skóry, jedynie "wegańskiej" (nie wiem jak to się nazywa po polsku), część zarobków przeznaczają na edukację, jedzenie, ubrania, itp. dla biednych dzieci w Peru. Obsługa pozytywnie mnie zaskoczyła - tylko raz się mnie zapytali, czy wszystko w porządku, nikt się nie narzucał, nie wciskał mi do ręki koszyka, nie stał obok i nie gapił się na mnie. Kiedy zdjęłam z wieszaka dwie sukienki, które zamierzałam przymierzyć, podeszła do mnie ekspedientka i zapytała, czy chciałabym, aby przygotowała dla mnie przymierzalnię. Po uzyskaniu twierdzącej odpowiedzi uwolniła mnie od ciężaru sukienek i zapytała jak mam na imię.

Znalazłam kolejne dwie sukienki i udałam się do przymierzalni. Wnętrze wyglądało jak ładnie udekorowany pokój, bardzo mi się podobało. Przy każdej kabinie wisiała tabliczka, wyszukałam tą z imieniem "Maria" i weszłam do środka. Tam czekały na mnie moje sukienki. Przymierzyłam je wszystkie, zdecydowałam się na zakup dwóch, do tego nabyłam naszyjnik (pierwszy naszyjnik w życiu, który mi się spodobał) oraz torbę pasującą do sukienek. Wydałam prawie 250$, trochę bolało mnie serce, kiedy podałam kasjerce kartę kredytową, ale jestem zadowolona z zakupu. Mam co na siebie założyć na specjalne okazje i nie tylko. Muszę dokupić jedynie buty, życzę sobie powodzenia. Nie ma nic gorszego, niż wybieranie butów, jeśli jest się mną.

Zdjęcia sklepu (z Google):






Popołudnie spędziliśmy na dworze całą rodziną; Jeff i Jenn pozbierali kupy psów z trawnika, aby chłopcy mogli się tam bawić, zmiotłam na werandzie, Jenn posadziła krzak pomidora i przycięła miętę oraz limonkę. Kiedy Liam się obudził z drzemki, obaj chłopcy wyszli na dwór i ślicznie się bawili. Jeff ściągnął z dachu lampki choinkowe (w porę), dowiedziałam się, że w kontrakcie na zakup domu w tej dzielnicy jest zawarte, że nie wolno mieć wywieszonych ozdób świątecznych w czasie nieświątecznym. Ja i Jenn siedziałyśmy na leżakach i przeglądałyśmy facebooki i inne strony, poczytałam książkę "Biznes XXI wieku" i poesemesowałam z koleżankami.

Sophie znów zaczęła gadać o sobie, mam dość tego, że nie daje nikomu dojść do słowa i w co drugim zdaniu napomina, że w Niemczech wszystko jest lepsze. "In GERMANY bla, blabla, blabla..." Nie da się z nią dyskutować, jest pesymistyczna i wiecznie narzeka na życie, na Amerykę, na to i pstro. I tak ją lubię, ale nie zaprosiłabym jej na sleepover tylko we dwie. Razem z Jenn lubimy żartować z jej uwielbienia do Niemiec, na przykład któregoś dnia Jenn kupiła w H-E-B ścierkę, która ścierała wszystkie ślady długopisów itp. z mebli i zastanawiałyśmy się, z czego jest zrobiona i jak działa. Jenn powiedziała "maybe it's just German" i obie wybuchłyśmy śmiechem. Mamy podobne poczucie humoru, żartujemy z Sophie prawie każdego dnia. Nie jest to wyśmiewanie ani nic negatywnego, obie ją lubimy, jedynie żartujemy z cech charakteru i osobowości, a nie z osoby, mamy przy tym kupę śmiechu. Oczywiście w Niemczech na pewno mają lepsze poczucie humoru.

Podam wam kilka zabawnych konwersacji z Sophie:

1. W Tagercie, nudzi nam się, czekamy na rodziców:
Ja: Maybe we could do makeup. Do they have free samples here?
Sophie: No. But in Germany we do.

2. O morzu bałtyckim:
Ja: I go to the Baltic Sea every year with my family for vacation.
Sophie: Oh, cool! German Baltic Sea? (powiedziała to tak, jakby to było oczywiste)
Ja: No! Polish!
Sophie: Why you don't go to Germany?
Ja: Why would I?
Sophie: Because Germany is awesome!

Poza tym masa zdań z i spoza kontekstu zaczynających się od:
- In Germany...
- But In Germany...
- This is better in Germany...
- I think I Germany we do it better...

Jenn zażartowała, że to niemieckie geny i że już wie, co motywowało Hitlerową ideę "rasy panów". Za to dzięki Larze widzę, że Sophie to wyjątek, ponieważ ona o tym nie wspomina, chyba że rozmawiamy o naszych krajach, nie przerywa nikomu i nie stara się narzucać swoich idei. W Polsce i w USA na bank znalazłoby się mnóstwo osób zakochanych w sobie i swoim kraju podobnie jak Sophie. Do tego Sophie wiecznie ma najgorszy dzień w życiu, często dokładnie wtedy, kiedy ja mam najlepszy dzień w życiu. Mimo wszystkich wad jest fajna i lubimy się, za to obie mamy bardzo mocne charaktery, które często aż iskrzą od tarcia i wymiany opinii. Dobrze, że nie jestem wybuchową osobą, ale światowej klasy dyplomatką.

W SMSie napisałam, że rozważam niepójście na prom, z wielu powodów, muszę to jeszcze obgadać z rodzicami i z Jenn. Sophie od razu na mnie się rzuca, że jak mogę, potem mówi, że ją to nie obchodzi, następnie że nie mogę przegapić tak amerykańskiego wydarzenia. Kiedy powiedziałam, że chcę to skonsultować z dorosłymi, którzy mają doświadczenie życiowe i na pewno wiedzą lepiej od Sophie, to powiedziała, że wcale nie wiedzą i że oni nie mają wspomnień i że to ja powinnam podejmować decyzje a nie oni. No i weź tu z nią rozmawiaj! Po prostu rozważam opcje i nie chcę wyrzucić 1000zł w błoto, aby kupić obrzydliwą sukienkę i ożreć się pizzy.

Wcześniej Sophie napisała ni z gruszki ni z pietruszki, że właśnie przebiegła 7,3 km. Wywróciłam oczami, podzieliłam się tym z siedzącą obok Jenn, która podała mi salwę odpowiedzi, które mogłabym napisać, od "Do you want a medal for that?" do "Pin a rose on your nose", co oznacza, że nikogo to nie obchodzi. Zdecydowałam się na "I should do that too because I just ate such a delicious sandwich! But I already walked today so much when we were shopping in the mall". Buahahaha! Potem rozmawiałyśmy na miłe tematy i było fajnie.

sobota, 14 marca 2015

Moja szkoła jest wesoła

Dzisiaj moja szkoła organizowała projekt pt. "Lip-dub". Polega to na tym, że wszyscy - uczniowie i nauczyciele - ustawiają się wzdłuż korytarzy szkolnych, a pomiędzy nimi przechodzi gość z kamerą oraz gość z głośnikiem i kamerują nas. To tak w skrócie. Dokłada się to tego mnóstwo szczegółów, do których przejdę zaraz.

Od rana wszyscy chodzili podekscytowani i rozmawiali o projekcie. Mnóstwo osób przebrało się, widziałam chłopaka w kostiumie banana oraz dziewczynę-dalmatyńczyka. Pierwsza lekcja przebiegła normalnie, tyle że została skrócona o 5 minut, podobnie jak pozostałe, następnie udaliśmy się na drugą lekcję, sprawdziliśmy obecność i wysłuchaliśmy ogłoszeń dyrektora. Osoby, które nie chciały być na filmie, miały się udać do sali gimnastycznej i tam tkwić przez drugą oraz dodatkową lekcję (która się uzbierała poprzez odjęcie 5 minut z wszystkich innych). Ci, którzy zapisali się do występu z klubami, do których należą, mieli się udać w konkretne miejsca na korytarzach. Do tej kategorii zaliczałam się ja - zapisałam się do grupy nauczycielki anatomii. Trzecia grupa, czyli osoby, które chciały wziąć udział, ale nie należały do klubów, miały się udać na stołówkę, gdzie stworzyli wielką grupę "niezrzeszonych".

Nauczycielka anatomii przyniosła dla nas fartuchy, okulary, stetoskopy i szkielety, ktoś zrobił plakat z napisem "Anatomy", do tego mieliśmy martwego kota i kości. Wyposarzyliśmy się w ten sprzęt i ustawiliśmy w dwa rzędy przy ścianach na korytarzu. Dalej stały dziesiątki innych klubów, wszyscy rzucali balonami i konfetti. Dwie osoby z każdego klubu zgłaszały się jako główni piosenkarze, więc kiedy nadszedł gość z kamerą, szli tyłem i śpiewali przed nim (bezdźwięcznie, musieli jedynie ruszać ustami) piosenkę lecącą z głośnika. W zeszłym tygodniu odbyło się głosowanie na piosenkę, którą będziemy śpiewać, wygrały "We're all in this together" z High School Musical oraz "Uptown Funk" Bruno Marsa. Reszta osób miała wiwatować i skakać do granic możliwości. Wywijałam kością miednicy oraz stopą zaraz obok kolegi z kotem i koleżanki z czaszką.

Kiedy kamera nas minęła, w mgnieniu oka zrzuciliśmy z siebie anatomiczne gadżety, zabraliśmy plecaki i pobiegliśmy do teatru. Niepotrzebnie się spieszyliśmy, zanim kamera tam dotarła minęło pół godziny. Aktorzy z musicalu zatańczyli krótki układ na scenie, a widownia skakała i rzucała balonami. Nauczyciel teatru podczas próby żonglował trzema maczugami i jeździł na monocyklu (rowerze na jednym kole, mam nadzieję, że to właściwy termin, sama nie wiem, wcześniej miałam takie zaćmienie mózgu, że przez 10 minut szukałam słowa "żaluzje" w Google). Nie wiem, co zrobił podczas występu, ponieważ tak się skupiłam na wiwatowaniu, że nie patrzyłam na scenę.

Sekundę po tym, kiedy kamera opuściła teatr, zerwaliśmy się z miejsc i wybiegliśmy na boisko futbolowe, gdzie zebrali się wszyscy biorący udział w "lip-dubie". Kamerzysta wyjechał w górę na takiej maszynie, której się używa do wieszania ozdób bożonarodzeniowych na latarniach, zatańczyliśmy szkolny taniec i zakończyliśmy projekt. Bardzo mi się podobało, będąc na boisku zatęskniłam za sezonem futbolowym. Nigdy bym się nie spodziewała, że do tego dojdzie, ale naprawdę chciałabym tam wrócić. Nie wiem co mnie ostatnio naszło, ale tęsknię za różnymi rzeczami, zwykłymi i dziwnymi.

Nie wiem, kiedy wideo będzie gotowe, ale jeśli dobrze się orientuję, to zostanie opublikowane na YouTube i będziecie mogli je obejrzeć.Na pewno dam wam link.




To jaką mamy w końcu porę roku?

Pogoda znów jest piękna, wczoraj mieliśmy 22 stopnie, słońce nareszcie wyszło zza chmur. Chyba bym oszalała, gdybym miała siedzieć w domu w tak piękny dzień. Po powrocie ze szkoły porozmawiałam z mamą na skype, dzięki 6 godzinom różnicy aż do 28 marca możemy się kontaktować także w dni robocze, po czym zapakowałam podręcznik do GEDu do plecaka i wybrałam się do parku.

Uwielbiam spacerować, 15 minut w każdą stronę poprawiło mi samopoczucie - brzydka pogoda ostatnio mnie przybiła i stęskniłam się za domem. W parku było cudownie (0 dzieci, słownie: zero), co akurat wspomagało naukę. Pogoda późno wiosenna, za to zagubiony wędrowiec nieposiadający kalendarza mógłby się pogubić w porach roku, widząc to:



Wróciłam na dinner zaraz po osiemnastej, po jedzeniu wyszłam na werandę, zasiadłam na leżaku, wzięłam laptopa na kolana i tak przeegzystowałam aż do dwudziestej trzydzieści. Mogłabym żyć na zewnątrz, tak dobrze się tam czuję! Szkoda mi było Colta i Liama, którzy całe popołudnie spędzili jak typowe amerykańskie dzieci - przed telewizorem. Nawet żaluzje w salonie były zasłonięte. Jenn w tym czasie odpisywała na maile od rodziców jej uczniów - praca nie kończy się praktycznie nigdy. Chętnie wzięłabym któregoś z chłopców do parku, ale nie wiem, jak sobie poradzą z 15 minutami chodzenia, skoro nigdzie nie chodzą poza sklepami i parkingami, jeszcze mi gdzieś pobiegną, rozbiją głowę i będzie katastrofa. A potem będą chcieli ze mną wychodzić non stop, a ja nie zawsze mam czas. No cóż, zostało mi 89 dni, myślmy pozytywnie!


piątek, 13 marca 2015

Obijająca obijaczka obija się obijając się przy obijaniu

Ostatnio obijam się w pisaniu bloga jak niegdyś na akrobatyce, kiedy mieliśmy robić brzuszki i pompki. Początek tygodnia spędziłam przed telewizorem, chodziłam także wcześnie spać, aby uzupełnić niedobór snu wynikający z położenia się spać o czwartej nad ranem w sobotnią noc. Obejrzałam Dance Moms, poćwiczyłam z Ewą Chodakowską ("Turbo Spalanie" - prawie umarłam, czterdziestominutowy trening zajął mi ponad godzinę, taka harówa), pouczyłam się do GEDu. Miło było pomarnować czas, odpoczęłam, zdążyłam się rozchorować z niewiadomego powodu (ech, przeklęte zatoki), ale już się wyleczyłam, odespałam nieprzespane, wracam do blogowania.

Dzisiaj opiszę wczoraj, a jutro opiszę dzisiaj i jutro. Wstałam niespodziewanie o 5:40, ostatnio odkryłam dziwną prawidłowość, jeśli chodzi o budzenie się. Otóż jeśli kładę się spać o 22:00, to wstaję bez budzika wypoczęta i pełna energii, ale kiedy próbuję położyć się spać dwie, jedną, czy pół godziny wcześniej, rano jestem jednym wielkim rozgotowanym makaronem, zirytowanym instytucją szkoły, wkurzonym przez budzik i któremu zimno, jeśli nie opatuli się kołdrą po uszy. Nie sądziłam, że kiedyś to powiem, ale muszę kłaść się później spać.

W dniu turnieju tenisa na szczęście obudziłam się sama. Miałam mnóstwo czasu, skorzystałam z okazji i posłuchałam radia Zet. Robię to jedynie przed szkołą, ponieważ w Teksasie po południu w Polsce jest środek nocy i lecą same odgrzewane kotlety przeplatane audycjami sprzed dekady. Jenn zawiozła mnie do szkoły, tym razem turniej gościliśmy my, więc nie musieliśmy nigdzie jechać. Mimo to mieliśmy się stawić na kortach o 7:00, ponieważ trzeba było przygotować je na przyjazd przeciwników.

Moja pierwsza partnerka w doubles - Sarah - nie gra już ze mną, ponieważ jej pierwsza partnerka wróciła do gry po długiej przerwie spowodowanej kontuzją nogi. Musiałam grać z Kristen, za którą nie przepadam. Wygrałyśmy dwa mecze, tyle samo przegrałyśmy, zdobyłyśmy czwarte miejsce, czyli najgorsze (nie według Abby Lee), ponieważ nie dostałyśmy medali. Nie jestem zdołowana, bo mam już medal z akrobatyki, teraz liczą się piękne kolorowe TROFEA! Oj tam, oj tam, będą jeszcze okazje, żeby coś wygrać. Następnym razem mam grać singles, czyli będę sama na korcie, nie muszę się martwić, że jakiś baleron, który uważa się za specjalistę od tenisa, bo gra od pięciu lat (po umiejętnościach nie widać), będzie mnie krytykował i paradował z pogardą na twarzy, a przy następnym punkcie popełniał dokładnie ten sam błąd, tracił trzy punkty z kolei na serwach (serio, ludzie, na serwach!!!) i mówił mi, że piłka była moja, kiedy tak naprawdę była niczyja, bo przeciwnik uderzył akurat tam, gdzie żadna z nas by nie dobiegła. Co prawda nigdy nie grałam sama i przyzwyczaiłam się do dużego kortu, więc sporo piłek pójdzie w out, ale jestem nastawiona pozytywnie.

Podczas turnieju trenerka uruchomiła budkę z jedzeniem, a kilka mam zawodników, które nie pracują, zgłosiło się do pomocy. Przygotowały gorące breakfast tacos, sztuka za dolara, nabyłam jedno i pochłonęłam natychmiast. Było około 15 stopni, a kiedy jest mi zimno, wciąż chce mi się jeść. Nie oszczędzałam kalorii, mój organizm potrzebował energii zarówno na mecze jak i na walczenie z zapaleniem zatok. A raczej prawie zapaleniem, nie było tak źle, przez lata jazdy rowerem zdążyłam się na tyle zaznajomić z tym upiorstwem, że zdołałam zwalczyć je na czas, a dziś, kiedy piszę bloga, czuję się wyśmienicie.

Wracając do jedzenia - podczas drugiego meczu rozpoczęła się produkcja hamburgerów. Jedna z mam rozłożyła grilla i smażyła kotlety, zapach był cudowny! Co prawda nie lubię hamburgerów, ale woń grillowania kojarzy mi się z rodzinnymi imprezami u babci w ogrodzie i wywołuje uśmiech na twarzy. Tęsknię ostatnio za domem, ale za 90 dni znów zobaczę Polskę, zjem schabowego, wsiądę na rower, kupię książkę i obejrzę film z rodzicami, opychając się jakimś dobrym deserem. Został tylko jeden dzień szkoły do Spring Break, moc atrakcji czeka!

leczymy zatoki!

poniedziałek, 9 marca 2015

Jazda po schodach w śpiworze

W sobotę z samego ranka zabrałam się za pieczenie tortu dla Mirabelle. Przepis tutaj. Przygody zaczęły się już przy robieniu masy, kiedy wszystko mi się zwarzyło po połączeniu ciepłej czekolady z mascarpone oraz zimnej śmietany ubitej z cukrem. No trudno, nic nie mogłam na to poradzić, katastrofy nie było, masa dalej smakowała pysznie, tak kremowo i czekoladowo! Oczywiście prawidłowo wykonana byłaby o niebo lepsza, ale kto nie próbował prawdziwych polskich ciast, ten się nie zorientuje.

I właśnie w ten sposób zabiłam masę.

Następnie zrobiłam dekoracje - rozpuszczoną czekoladę włożyłam do papierowego stożka i narysowałam na papierze do pieczenia imię Mirabelle, liczbę 17 oraz motyla i serduszka. Motyla włożyłam do otwartej książki, aby skrzydła były podniesione, wstawiłam wszystko do lodówki, aby zastygło.
motyl z czekolady
Następnie zabrałam się za biszkopt. I tu znów zaczęły się kłopoty, badziewne amerykańskie jajka doprowadzały mnie do furii, kiedy żółtka nie chciały się oddzielać od mętnych białek, a gdy jakimś cudem dopięłam swego, pękały w misce i kaput. Rewelacja, już czułam, jak dobry będzie ten biszkopt. Ale to nie koniec - głupia amerykańska waga była niedokładna do tego stopnia, że kiedy połączyłam masę z żółtek i białek (o dziwo ubiły się przyzwoicie) z mąką i kakao, tego drugiego najwyraźniej było "odrobinę" za wiele, ponieważ otrzymałam twardy gniot, lekko sypki, który za nic nie chciał się rozprowadzić na tortownicy. Po paru minutach udręki załadowałam tę kosmiczną skałę do piekarnika, a kiedy się upiekła, spełniły się moje przewidywania = stworzyłam twardy latający talerz.

I właśnie w ten sposób zabiłam biszkopt.

Jeśli ktoś zajrzał do przepisu, to widział, jak wysoki powinien wyjść tort. No więc nie wyszedł taki. To, co upiekłam, było cieńsze niż 1/3 tortu na zdjęciu i nie mogło być mowy o przekrojeniu tego. Zdecydowałam, że tak być nie może i postanowiłam upiec ten durny biszkopt ponownie! Tym razem nie popełniłam tych błędów, co poprzednio, miałam tylko o jedno jajko za mało, więc użyłam proporcjonalnie mniej pozostałych składników. Hurra, udało się! Upiekłam prawdziwy biszkopt. Stwierdzam, że przepis kłamie, ponieważ wyszedł może milimetr wyższy niż poprzedni zakalec (a i tak wyrósł), nie było mowy o jakimkolwiek przekrajaniu. Postanowiłam użyć obu placków i zrobić z nich jeden tort.

I właśnie w ten sposób zabiłam przepis.
pierwszy biszkopt - zadźgałam go widelcem w akcie desperacji, jak widać nie pomogło

drugi biszkopt przed pieczeniem

moje ulubione zdjęcie wszech czasów - wyżeracze masy
Kiedy rozsmarowałam masę i zaczęłam kłaść na niej truskawki, do domu wróciła Jenn z chłopcami. Rano pojechali na imprezę urodzinową kolegi Colta, całe szczęście! Lubię piec bez świadków, sami widzicie dlaczego. Jenn powiedziała, że kiedy weszła do domu, była przekonana, że gotuję jajka, bo cały dom pachniał jajkami. Wyjaśniłam jej, że to biszkopt, a nie jajecznica. Ale mi się śmiać chciało, kiedy dziwiła się, że placek pachnie jajkami, nie mogła uwierzyć, że jest słodki, w ogóle była bardzo zdziwiona i zainteresowana procesem dekoracji ciasta. Ja nie wiem, z czego ci Amerykanie pieką swoje tak zwane ciasta, skoro nawet nie znają biszkoptu.

I właśnie w ten sposób zabiłam wiarę w pieczenie w USA.

Na szczęście choć jedna rzecz poszła dobrze: dekorowanie. Rezultat:


Generalnie byłam z siebie dumna, jak na amerykańskie warunki dobrze mi poszło. Pozostało tylko włożyć tort do, nie wiem jak to nazwać, "nosidełka" do tortów i wyruszyć na imprezę. Hości zawieźli mnie do restauracji Chilli's, opóźnił nas pociąg liczący ponad 100 wagonów i wleczący się wolniej niż w Polsce, koleżanki już na mnie czekały. Zostawiłam tort w samochodzie host siostry Lary i wróciłam do restauracji. Byłam trochę zdziwiona, że nie zjemy tortu w środku, ale to nie moje urodziny, nie obchodziło mnie to zbytnio. Zamówiłam makaron z krewetkami, bardzo mi smakował:


Następnie udałyśmy się do samochodu i wyruszyłyśmy do domu Lary na sleepover. Przeniosłam tort z siedzenia w drugim rzędzie do rzędu trzeciego, przecisnęłam się, żeby usiąść obok, po czym chciałam wziąć tort na kolana. Nie udało mi się, ponieważ przy podnoszeniu tort wyleciał z nosidełka, które okazało się wadliwe, i spadł na siedzenie do góry nogami.

I właśnie w ten sposób zabiłam tort.

Szybko podniosłam go i położyłam z powrotem na tacce, chwała zakalcowi, dzięki któremu tort się nie połamał. O dziwo masa nie przykleiła się do skórzanego siedzenia, za to okruszki ciastek były wszędzie. Pojechałyśmy na stację benzynową koło H-E-B, gdzie mieli odkurzacz i odkurzyłyśmy samochód, zostawiając go w lepszym stanie niż przed śmiercią tortu. Odkurzacz za 1$ działał tak długo, że zdążyłybyśmy 10 razy wszystko odkurzyć, dlatego zaczęłyśmy odkurzać siebie (w końcu czemu nie?): http://youtu.be/Z7_nAnyQooo



W domu zjadłyśmy tort, wszyscy zachwycali się, jaki jest dobry, niektórym nawet smakowała zakalcowa warstwa. Kiedy zjadłyśmy ponad połowę, nikt nie miał miejsca na dodatkowy kawałek, ale każdy miał chrapkę na masę i truskawki ze środka. Stwierdziłam, że to tort jest dla nas, a nie my dla tortu, więc "otworzyłam" obie warstwy odsłaniając wnętrze i wypędzlowałyśmy wszystko, co się tam znajdowało. Tort mimo wszystko oficjalnie już nie żył, więc zabiłyśmy go ponownie, czemu nie. Pozostały biszkopt spuściłyśmy w zlewie, ponieważ zlewy w USA mają wbudowany "mikser" do przemulania resztek jedzenia, nazywa się to "garbage disposal". Użyteczne narzędzie. Nagrałam wszystko telefonem, Susi w tym czasie puściła muzykę z pogrzebu. Tak wyglądała ostateczna śmierć tortu: http://youtu.be/FXYQNTj4dKk
tort wewnątrz

w trakcie destrukcji

Susi kryminalista

jak widać w środku nie ma już ani jednej truskawki


Poszłyśmy do pokoju Lary, jednak po jakimś czasie zachciało nam się pić, więc chciałyśmy zejść do kuchni. Wyszłam pierwsza, a kiedy doszłam do schodów, stwierdziłam, że chodzenie jest nudne i zjechałam w dół na tyłku. Reszta dziewczyn zrobiła to samo, dostałyśmy takiego napadu śmiechu, że gdybym się w porę nie powstrzymała, to bym zwymiotowała cały tort. Nie miałam takiej głupawki od dobrych paru lat. Morgan, siostra Lary, wytrzasnęła dla nas śpiwory i przez godzinę jeździłyśmy w nich po schodach. Powiem wam, że rozpędzało się w nich do takiego stopnia, że jazda w ogóle nie bolała. Co prawda tyłek boli mnie teraz jak po pierwszym dniu wiosennej jazdy na rowerze a pod prawym kolanem mam zdartą skórę, ale jak najbardziej było warto. To także uwieczniłyśmy na filmiku:
1) Marysia: http://youtu.be/vfJ3dNHij7c
2) Susi: http://youtu.be/4tszQbQCjBQ
3) Sophie: http://youtu.be/lrtVHY4JPf8

Tej nocy przypadła zmiana czasu, więc kiedy poszłyśmy spać, zamiast trzeciej nad ranem była czwarta. Ja i Susi zasnęłyśmy ostatnie, dostałyśmy ataku głupawki, jak tak dalej pójdzie, to wyrobię sobie sześciopak śmiechem. Zrobiłyśmy sporo selfie, co wcale nie było takie łatwe, bo lampa oślepiała nas do tego stopnia, że przez kilkadziesiąt sekund nie widziałyśmy zdjęcia na ekranie, bo nam się odbiły białe punkty na siatkówce.



piątek, 6 marca 2015

Snow Day

W środę wieczorem Jenn dostała telefon z sekretariatu z informacją, że w czwartek szkoła będzie zamknięta z uwagi na warunki pogodowe. Prognoza zapowiadała deszcz i mróz, nie ma mowy, żeby ktokolwiek gdziekolwiek jechał po oblodzonych drogach. Na początku niezbyt nas to zachwyciło, ponieważ stracony dzień trzeba nadrobić i rok szkolny przedłuża się o jeden dzień (dla mnie to dużo!), ale okazało się, że nadrobimy to w Memorial Day, który wypada w poniedziałek 25 maja, niecałe dwa tygodnie przed zakończeniem roku szkolnego. Wtedy nikt nie potrzebuje wolnego. Pozostaje tylko się cieszyć, że miałam okazję doświadczyć prawdziwego teksasowego Snow Day!

Skoro nie musieliśmy wstawać o świcie następnego ranka, postanowiliśmy obejrzeć film. Zaproponowałam komedię "Blended" z Adamem Sandlerem, pokazałam hostom zwiastun, razem z Jenn zaśmiewałyśmy się do łez. Za to Jeffowi nie przypadł do gustu, więc pozwoliłyśmy mu wybrać film, a ten obejrzeć kiedy będzie pracował na nocną zmianę i będziemy same w domu. Zaczęliśmy oglądać "The other woman",  jednak film był tak nudny, że szybko czmychnęłam do swojego pokoju i obejrzałam "Blended", a raczej dokończyłam oglądać, bo zaczęłam po południu.

W czwartek udało mi się porozmawiać z mamą oraz z jedną koleżanką z Polski, pouczyłam się do GEDu, zapisałam się na ACT, przerobiłam filmik na YouTube, potańczyłam i zrobiłam masę rzeczy, na które normalnie nie mam czasu. Na lunch pojechaliśmy do japońskiej restauracji "Yanasi" (czy coś w tym stylu) i wszyscy zamówiliśmy rożne wariacje tego samego dania, które prezentowało się tak:


Jenn powiedziała, że na Hawajach i w wielu krajach azjatyckich każdy je coś takiego na śniadanie lub lunch. Jest to talerz, na którym jest po trochu wszystkiego, zestaw sprzedawany jedynie w dni robocze, także jeśli tylko pojawia się okazja, aby go zjeść, to hości wybierają się w to miejsce. Bardzo mi smakowało i mam nadzieję, że jeszcze tam wrócimy.

Na zdjęciu: tempura, czyli cebula, cukinia, słodki ziemniak i dwie krewetki obtaczane w bułce tartej, wasabi i imbir, surowa ryba z ryżem pod spodem, sałata z pomidorkami i ogórkiem posypana sezamem i polana jakimś dobrym sosem, sushi, ryż z sezamem. Mniam!

Pojechaliśmy także do Costco, jednak zanim dołączyłam do hostów, udałam się do Whole Foods, czyli organicznego sklepu spożywczego znajdującego się nieopodal, w poszukiwaniu serka mascarpone. Amerykańskie sklepy cierpią na poważny niedobór dóbr jadalnych dostępnych w Polsce, mimo to znalezienie mascarpone było mniejszym wyzwaniem niż graniczące z cudem poszukiwanie białego sera. Podeszłam do pracownicy i zapytałam o mascarpone, z uśmiechem zaprowadziła mnie do półki i... klapa. Wyprzedane. Cudownie! Grrr... W drodze powrotnej do domu natknęliśmy się na inny organiczny sklep- Randall's - pobiegłam szybko do środka i znalazłam mascarpone! Juhu! 226g kosztowało aż 6$, ale trudno, dla tortu wszystko, w końcu to mój prezent dla obu koleżanek. Musi być pierwsza klasa!

wtorek, 3 marca 2015

Cabela's

Dzisiaj mam dla was nowy filmik z amerykańskiego sklepu oraz anegdotę ze szkoły. Na historii jeden z uczniów zadał nauczycielowi pytanie, dialog wyglądał tak:

- Mr. Holcomb, so how can the word "discrimination" be used in a positive way?
- When you say: "Jonathan has a very discriminative taste if it comes to apples," it means he knows a good apple.
- Oh, I get it.
- Thank you for asking.
- Thank you for clarifying.
- My pleasure.

A teraz filmik: https://www.youtube.com/watch?v=07epf4JbAKU&feature=youtu.be