Wstałam dzisiaj najwcześniej ze wszystkich, bo o 7:30, co było o tyle dziwne, że poprzedniego dnia mój dzień trwał 27 godzin. Rozpakowałam walizkę, wsadziłam część rzeczy do jednej komody, część powiesiłam w szafie. Potem zeszłam na dół do kuchni i Lynne pokazała mi, co mają do jedzenia, żebym sobie coś wybrała. Amerykanie (jak to Amerykanie xD) mają w kuchni tyle jedzenia, co w schronie. Lodówka jest tak wypchana, że nie ma miejsca na ani jedną dodatkową rzecz, do tegomają szafki pełne suchego jedzenia i gigantyczną szafę z jedzeniem wysoką do sufitu i szeroką na 2,5 metra. Są tam chyba wszystkie możkiwe rodzaje płatków, konserw, przekąsek (spróbowałam pomarańczowych krakersów z masłem orzechowym, które jadła Mirabelle i jakoś do mnie nie przemawiają), mają też nutellę, masła orzechowe, różne kasze i milion innych tajemniczych produktów, których nie znam. Sporo jedzenia wyrzucają, bo nie zdążają go zjeść, np. dzisiaj Lynne wyrzuciła cały stos chlebków pita, naleśników do tortilli czy cokolowiek to było. Zdecydowałam się na jakieś płatko-musli z mlekiem migdałowym, pptem jadłam ananasa i banana, potem kółko warzywno-nasienne zrobione przez host mamę, wyglądem przypominało wafel ryżowy i było bardzo dobre. Najlepsze były nasze rozkminy z Mirabelle jak uruchomić mikrofajówkę, skończyło się na tym, że Kaeleigh to za nas zrobiła xD Dziwna ta amerykańska mikrofalówka, do tego wielka jak piekarnik.
Po śniadaniu poprosiłam Lynne o ścierkę i starłam kurze w całym moim pokoju. Mam wrażenie, że amerykanom kurz zupełnie nie przeszkadza. Wytarłam też szuflady w komodzie i dopiero wtedy wsadziłam tam ciuchy. Potem gadałam z Kaeleigh i Mirabelle, dowiedziałam się, że w chinach nikt nie używa facebooka, za to mają jakiś inny portal, gdzie każdy ma konto i Mirabelle była zszokowana, kiedy ja i Kaeleigh nie wiedziałyśmy, co to jest :D Pokazałam siostrom polskie pieniądze, a potem poszłyśmy na dół na komputer i pokazałam im moje zdjęcia z Polski. Póżniej obejrzałyśmy DanceMoms, choć Mirabelle cały ten czas pisała z kimś na telefonie po chińsku, bo za wiele nie rozumiała. Następnie wysłaliśmy do szkolnej pielęgniarki dokumenty o moich szczepionkach, bo się czepiali, że nie mam szczepionek na ospę i trzeba było udowodnić, że już na to chorowałam.
Potem poczytałam przez chwilę książkę i pouczyłam się słówek, i pojechałyśmy z Kaeleigh na trening tańca do szkoły. Co prawda ja nie tańczyłam, bo próby do szkolnejdrużyny były na wiosnę, ale siedziałam z boku i patrzyłam. W zasadzie nie było nic ciekawego, dziewczyny po prostu przetańczyły układ kilka razy, potem poszliśmy na boisko szkolne i znowu próba. Po trzech razach weszliśmy z powrotem do budynku, bo był upał 40 stopni i jedna dziewczyna prawie zemdlała. Zrobiłam Kaeleigh warkocza francuskiego, potem wszystkie dziewczyny robiły makijaż na korytarzu. W ogóle Highsteppers, czyli ten zespół, mają w szkole własną salę gimnastyczną i pokój z szafkami i łazienką, do tego pomieszczenia z kostiumami itp. Rewelacja! a na korytarzu pomiędzy mi pomieszczeniami mają lustra na wyskości wzroku siedzącej osoby i tam robią makijaż.
Poznałam kilka koleżanek Kaeleigh, były bardzo zainteresowane wymianą i Polską. Pytały mnie np. jakienubrania nosimy w Polsce, czy mamy b, twittera i instagram, i jaka jest najdziwniejsza rzecz, jaką zobaczyłam w Teksasie. Powiedziałam że ta szafaz jedzeniem :D oczywiście wyjaśniłam im, że Polska to cywilizowny kraj a nie Afryka i tez mamy tu jedzenie hahahaha tylko że kupujemy wszystko na bieżąco kazdego dnia, przynajmniej moja rodzina. Jakaś dziewczyna powiedziała, że u niej teżtak robią. A inna powiedziała mi, że mieszka bardzo blisko nas, moze się kiedyś spotkamy. Usłyszałam już to słynne zdanie "I love your accent!", powiedzieli mi też że'mówię bardzo dobrze w porównaniu do innych wymieńców.
Potem John przywiózł nam jedzenia (warzywa + pieczony ziemniak) a póżniej wyszłyśmy na boisko i zaczęło się pep rally. Przyszli ludzie z całego miasta, wszystkiedrużyny sportowe siedziały na boisku. Cały stadion zapełniony był ludźmi. Nie mam zielonego pojęcia, dlaczego, bo to było mega nudne. Po prostu przedstawili wszystkich członków drużynm i zatańczyły cheerliderki, highsteppers i zagrała szkolna orkiestra. Potem wylali na dyrektowa beczkę wody z lodem (to akurat było ciekawe xD), bo dyrektor szkoły z którą rywalizują, rzucił mu wyzwanie. W ogóle dyrektor i cały personel byli w t-shirtach i szortach albo zwykłych jeansach, nie wyobrazam sobie tego w Polsce i bardzo mi się to podoba. Potem pojechaliśmy do domu, po drodze na parking spotkaliśmy jeszcze dyrekrokę studia tańca Dance Unlimited, pewnie będę chodzić tam na zajęcia z Kaeleigh i hości pogadali z milionem innych osób. Wszyscy się tu znają i zagadują do siebie.
W domu od razu poszłam się umyć i spać, byłam strsznie zmęczona. Napisałam jeszcze posta i zasnęłam. Ktoś z was mnie pytał, czy dodam jakieś zdjęcia. Nie dodam, bo nie mam czym ich zrobić, muszę sobie coś kupić. Laptopa też jeszcze niewmam, więc wybaczcie mi wszystkie błędy, ale na tablecie nie da się ich poprawiać-,-
Na konoec jeszcze jedna ciekaqostka z Usa, otóż amerykanie nie jedzą widelcem i nożem. Jak poszliśmy wczoraj do restauracji i ja i Mirabelle jadłyśmy w ten sposób to Lynne zdziwiła się, że obie jesteśmy leworęczne. Dopiero przy śniadaniu, kiedy jadłam płatko musli łyżkę i trzymałam ją z prawej ręce, Lynne zapytała czy jestem oburęczna. Wyjaśniłam jwj, że u nas to naormlne, że je się widelcem i nożem i trzyma widelec w lewej ręce, była bardzo zdziwiona. Powiedziała, ze tutaj ludzie po prostiu najpierw kroja jedzenie, potem odkładają nóż i jedzą, albo kroją widelcem. Ale była zdziwipna jak kej powoedziałam, że w Polsce to jest niekulturalne :D Poza tym dowiedziałam się, że mowy sztućców także tu nie znają.
czwartek, 21 sierpnia 2014
Pierwszy dzień
Po wyjściu z lotniska hości czekali już na mnie w kartką "welcome Maria", więc nie miałam problemu z ich idnalezieniem. Czekała na mnie Lynne, Sam i Mirabelle, Kaeleigh miała tańce, a John podjechał po nas na parking. Na początku nie gadali do mnie zbyt wiele, rozmawiałam raczej z Mirabelle o szkole. Dojechaliśmy do domu, host tato pokazał mi z grubsza dom i weszłam do mojego pokoju, który jest całkiem fajny. Jest ogromny, jak mój poprzedni pokój x2, ma trzy okna i wielkie łóżko, bardzo miękkie, które zdążyłam już polubić. Jest tu też kilka starych komód, szafa w ścianie, dwa lustra i biurko. Na razie stoi tu cała masa pudeł ze starymi ubraniami, Lynne ma je posegregować, jak będę w szkole.
Pogadałam z Lynne i powiedziałam jej, że nie jem pszenicy, a ona opowiedziała mi o swoich nawykach żywieniowych. Okazało się, że też nie piją mleka, za to mają mleko migdałowe. Odlot! Potem ppjechałyśmy z Lynne po Kaeleigh do szkoły. Mają parking tak duży, jak u nas przy centrach handlowych! Kaeleigh powiedziała mi, że mam such a cute voice :D Nie mam problemu z rozumieniem ludzi, czasem tylko proszę, żeby coś wytłumaczyli, bo nie znam jakiegoś słowa. Za to Mirabelle trochę kiepsko mówi po angielsku i do tego strasznie cicho, więc często jej nie rozumiem.
Potem pojechałyśmy do restauracji na kolację, mieli tam głównie pancakes, ale ja wzięłam jakąś jajecznicę z warzywami i plackiem ziemniaczanym (chyba xD) , którą poleciła mi Lynne. Była całkiem dobra. Kaeleigh zaczęła coś mówić o bitej śmietanie i kelnerka powiedziała jej, że może jej przynieść trochę i chwilę póżniej miska śmietany stała na stole :D Nie wyobrażam sobie tego w Polsce, zwłaszcza za darmo. Do tego kelnerka miała 16 lat i dużo z nami gadała, jak koleżanka. Potem pojechałyśmy do domu.
W Teksasie słońce zachodzi wcześniej, mimo to nawet w nocy jest gorąco i każde wyjście na zewnątrz skutkuje buchnięciem gorącego powietrza w twarz. Nawet wiatr nie pomaga, bo jest gorący! Mi akurat się to podoba, lubię gorąco, a w każdym pomieszczeniu jest klimatyzacja, co ułatwia życie :) W domu nie otwiera się okien, cały czas chodzi klima i wiatrak pod sufitem, króry jest w każdym pomieszczeniu, w moim pokoju też.
To tyle jeśli chodzi o pierwszy dzień, dzisiejszy opiszę pewnie jutro rano, bo padam ze zmęczenia. Pa!
Pogadałam z Lynne i powiedziałam jej, że nie jem pszenicy, a ona opowiedziała mi o swoich nawykach żywieniowych. Okazało się, że też nie piją mleka, za to mają mleko migdałowe. Odlot! Potem ppjechałyśmy z Lynne po Kaeleigh do szkoły. Mają parking tak duży, jak u nas przy centrach handlowych! Kaeleigh powiedziała mi, że mam such a cute voice :D Nie mam problemu z rozumieniem ludzi, czasem tylko proszę, żeby coś wytłumaczyli, bo nie znam jakiegoś słowa. Za to Mirabelle trochę kiepsko mówi po angielsku i do tego strasznie cicho, więc często jej nie rozumiem.
Potem pojechałyśmy do restauracji na kolację, mieli tam głównie pancakes, ale ja wzięłam jakąś jajecznicę z warzywami i plackiem ziemniaczanym (chyba xD) , którą poleciła mi Lynne. Była całkiem dobra. Kaeleigh zaczęła coś mówić o bitej śmietanie i kelnerka powiedziała jej, że może jej przynieść trochę i chwilę póżniej miska śmietany stała na stole :D Nie wyobrażam sobie tego w Polsce, zwłaszcza za darmo. Do tego kelnerka miała 16 lat i dużo z nami gadała, jak koleżanka. Potem pojechałyśmy do domu.
W Teksasie słońce zachodzi wcześniej, mimo to nawet w nocy jest gorąco i każde wyjście na zewnątrz skutkuje buchnięciem gorącego powietrza w twarz. Nawet wiatr nie pomaga, bo jest gorący! Mi akurat się to podoba, lubię gorąco, a w każdym pomieszczeniu jest klimatyzacja, co ułatwia życie :) W domu nie otwiera się okien, cały czas chodzi klima i wiatrak pod sufitem, króry jest w każdym pomieszczeniu, w moim pokoju też.
To tyle jeśli chodzi o pierwszy dzień, dzisiejszy opiszę pewnie jutro rano, bo padam ze zmęczenia. Pa!
środa, 20 sierpnia 2014
W samolocie 2
Od ostatniego wpisu minęło kilka godzin, teraz siedzę w ostatnim samolocie i niedługo lądujemy. Korzystając z wlnego czasu opowiem wam, co się działo od miejsca w którym skończyłam pisać.
Pospałam godzinę, a raczej "półprzytomnie przehibernowałam", bo snem to na pewno nie było. Co chwila otwierałam oczy, i gdyby nie fakt, że nie pamiętam ułamka podróży, to mogłabym się założyć, że nie zasnęłam. Jednak po ściągnięciu z oczu opaski i wyjęciu zatyczek z uszu (tak, to też dawali w samolocie!) Przede mną leżało tajemnicze niemożliwe do zidentyfikowania pudełko. Po dacie przydatności wywnoekowałam, że to kolejny posiłek, ale nie byłam głodna, więc zostawiłam niespodziankę na później. Obejrzałam kilka odcinków Powodzenia Charlie xD a potem dostaliśmy kolejne jedzenie: lody czekoladowo-śmietankowe, kanapkę na gorąco i picie do wyboru.
Przylecieliśmy pół godziny przed czasem i całe szczęście, bo odprawa wizowa to istny koszmar. 95% stania w kolejce, reszta to rozmowa z pracownikami lotniska i robienie z sibie głupka. Najpierw stoi się przez godzinę w kolejce do sprawdzacza wiz i odcisków palców, który pyta was przy okazji, czy nie wwozicie czegoś zabronionego. Trwa to minutę. Potem odbiera się walozkę, staje w drugiej kolejce, już krótszej, ok. 10 minut do kolejnego sprawdzacza, który pyta was, czy nie wwozicie alkoholu, papierosów itp. To jest ten moment, kiedy nie nie należy się chwalić swoim angielskim xD Zwłaszcza jeśli wwozi się żóbrówkę dla host taty. Na pytanie "czy wwozisz alkohol?" odpowiedziałam "wwożę czekoladki dla hostów". No co, to prawda! Hahahaha! A jak mnie zapytał, ile wwożę kasy, to się poważnie zastanowiłam, wybąkałam jakąś kwotę i dla pewności przecyfrowałam ją facetowi, żeby utwierdzić go w przekonaniu, że mój angielski to dno i 7 metrów mułu. Poszło zgodznie z planem i nie przeszukiwali mi walizki, więc od razu nadałam ją ponownie i przeszłam pół lotniska w poszuoiwaniu mojego gate'u. Po drodze zaopatrzyłam się w karmelowe frappe z McCafe, nawiasem mówiąc ceny w przeliczeniu na złotówki były takie same jak w polsce. Potem czekałam przy gate'cie i wysłałam smsy rodzinie, że mnie nie porwano a samolot się nie rozbił xD
Mój samolot, którym lecę do Austin, jest malutki. Takim małym jeszcze nie leciałam: ma 2 rzędy siedzeń, po 2 siedzienia w każdym i jest bardzo krótki. Wylecieliśmy z godzinnym opóźnieniem, przed nami było 16 innych samolotów oczekujących na start na zachód. Na początku znowu "pospałam" godzinę, obudziłam się jak rozdawali ciastka i picie, co mnie bardzo zdziwiło, ponieważ na bilecie napisali, że nie będzie darmowego jedzenia. Kto wie, może mnie jeszcze skasują przy wyjściu :D
Wzięłam ciastka i wodę, otworzyłam także pudełko z poprzedniego samolotu, w którym były krakersy, pralinka czekoladowa, oliwki i jakaś pasta mięsno-musztardowa. Sami widzicie, że w samolocie po prostu nie da się być głodnym :) Zaraz będziemy lądować, nie wiem kiedy napiszę coś nowego, bo tablet doprowadza mnie do szewskiej pasji a komputera na razie nie mam. Się zobaczy, a do tego czasu bez odbioru. Na komentarze poodpowiadam w wolnym czasie, o ile taki znajdę w najbliższych dniach. Obym tylko nie miała jet lagu :)
Uaktualnienie z dzisiaj: nie mam jet lagu, wstalam o 7:30 - przed host siostrami :D
W samolocie
Witajcie :)
Jestem juz u hostow i jest naprawde super (moze poza faktem, ze sa tu skorpiony i wchodza do domu xD), ale na razie dodam posty, ktore napisalam w samolocie. Ten jest pierwszy, bedzie jeszcze jeden. Przepraszam za brak polskich znakow, ale pisze wstep z komputera host mamy i tu ich nie ma. Teksty z tabletu beda juz je mialy.
Właśnie siedzę w samolocie do Detroit, lądowanko za 5 godzin. Muszę przyznać, że podróż jest bardzo przyjemna, a przesiadka poszła sprawnie i bez problemu. Nie taki diabeł straszny, jak go malują. Mój pierwszy lot (Warszawa-Amsterdam) zapamiętam na pewno, tyle się działo! Ale zacznijmy od początku.
Wczoraj rano odbyłam pięciogodzinną podróż do Warszawy, spotkałam się z polską koordynatorką w Fosterze, byłam z rodzicami w restauracji, a następnie w Empiku, gdzie kupili mojej siostrze takie kolorowe gumeczki, z których się robi popularne ostatnio bransoletki. Do późnego wieczoru plotłyśmy taką dla mnie, mam ją teraz na sobie na pamiątkę :) Spaliśmy w hotelu, wstaliśmy o 3 nad ranem i o 4:00 byłam już na lotnisku. Wszystko poszło sprawnie, kolejka była niespodzewanie krótka, potem przeszłam do strefy wolnocłowej i pomachałam rodzince na pożegnanie. Nie żegnałam się jakoś specjalnie, nie było płaczu, łez, uścisków pozbawiających oddechu, jak to się zdarza u wielu osób. Po treściwym "no to pa!", z uśmiechem na ustach ruszyłam w stronę mojego gate'u, po drodze kupiłam sałatkę i wodę.
Odnalazłam Olę, a raczej to ona odnalazła mnie, i wsiadłyśmy do samolotu. Okazało się, że nie jestem osamotniona w moich odczuciach i do innych wymieńców także nie dociera fakt opuszczenia kraju na 10 miesięcy. Czuję się, jakbym jechała na jakąś kolonię a kilkanaście dni.
Samolot wystartował z półgodzinnym opóźnieniem. Przy starcie nawet nie zatykało tak bardzo uszu, co mnie pozytywnie zaskoczyło, bo zazwyczaj mam tak zatkane uszy, że potrafią tkwić w tym stanie jeszcze dzień po przylocie. W samolocie dostałam sok i kanapkę, a że Ola nie chciała swojej, to oddała ją mi, więc miałam dwie kanapki. Ale zjadłam je dopiero na przesiadce, były bardzo dobre, z serem żółtym i z jajkiem. Potem steward rozdawał jeszcze ciastka. Przechodził po kolei wzdłuż samolotu i postawiał pudełko pod nos, a każdy sam sobie brał. Gdy podszedł do mnie i do Oli, przeleciał nam tym pudełkiem przed nosem zaledwie przez ułamek sekundy i przeniósł je dalej. My takie miny, what's goin' on?, a gościu dziwnie na nas patrzy. Po chwili znowu podstawił nam pudełko i je natychmiast zabrał, a potem zaczął się śmiać i dał nam w końcu nasze ciastka xD To było fajne, hahaha!
Potem Ola chciała zdjąć swój bagaż, ale siedziała przy oknie, więc poprosiła mnie. Problem polegał na tym, że koleś obok mnie spał i trzeba było go jakoś taktownie obudzić. Jak już się ocknął, to przeszłam nad jego nogami, co wcale nie było proste, i otworzyłam luk bagażowy. No i pojawił się kolejny problem, bo bagaż Oli był całkowicie zablokowany przez inne torby. No więc ona także musiała przepchnąć się przez naszego śpiącego sąsiada i udało nam się zdjąć jej bagaż. Jak wchodziłyśmy z powrotem, to ten koleś wolał już się podnieść i nas przepuścić :D
Potem musiałam iść do łazienki. I właśnie wtedy, o ironio!, wlecieliśmy w turbulencje, więc trzeba było zapiąć pasy, a gdy przestało nami telepać, to i tak nie wolno było wstawać, gdyż zaczęliśmy lądować. Już nie było tak przyjemnie, jak podczas startu, trochę tatykało uszy. Trochę mocno. Jakoś to przeżyłam, wylądowaliśmy, moim głównym celem była toaleta, Oli też. Zaparkowaliśmy, ściągnęłam walizkę i przygotowałam się do wyjścia, a potem czekałam, aż otworzą samolot. I czekałam. I czekałam. Normalnie myślałam, że mnie szlag trafi, tyle tam czekaliśmy, to tego mieliśmy opóźnienie (mniejsza z tym - teraz liczyła się toaleta!). Do tego siedziałam na końcu samolotu -,- W końcu nas wypuścili i popędziłyśmy razem do łazienki xD
Potem musiałyśmy się rozstać, bo Ola miała 5 godzin na przesiadkę, a ja niecałe dwie i na tablicach informacyjnych zobaczyłam, że kazali już iść do bramki. Najpierw przeszłam przez krótką kontrolę paszportu, potem pokonałam pieszo całe lotnisko, długie chyba na kilometr i przeszłam przez kolejną kontrolę. Najpierw jakiś kolo przesłuchiwał mnie gdzie jadę, do kogo, po co, co mam w walizce, czy mam jakieś paczki, prezenty od kogoś, generalnie wszystko w jego mniemaniu było bombą, a kiedy zapewniłam go, że nie mam nic, czego nie otwierałam i że sama pakowałam walizkę, puścił mnie dalej, do kontroli bagażu podręcznego. I tu niespodzianka: nie pozwalali wnosić nawet wody ze strefy wolnocłowej! Ja właśnie taką miałam, więc wypiłam ją przed wejściem, żeby się nie zmarnowała xD Prześwietlili mi bagaż, prześwietlili mnie i przez kilkanaście minut siedziałam przed wejściem do samolotu, zjadłam kanapki, które dostałam uprzednio i wysłałam do mamy sms, że żyję xD Jeśli zastanawiacie się, ile czasu potrzeba wam na przesiadkę, to według mnie wystarczy godzina i 15 minut. Nie kupujcie ani nie bieżcie żadnego picia ani jedzenia, bo picie i tak wam zabiorą, a w samolocie dają to wszystko za darmo i na pewno nie będziecie głodni ani spragnieni.
Mój drugi samolot, w którym właśnie siedzę, jest ogromny i ma 3 rzędy siedzeń. Każdy ma swój telewizor, na którym może oglądać mnóstwo nowych filmów (ja właśnie obejrzałam Niezgodną i stwierdzam, że to jest ekstra) i seriali, o ile posiada słuchawki. Także nie zapomnijciemo nich, jeśli będziecie lecieć. Każdy pasażer dostał koc i poduszkę, wyświetlili nam film instruktażowy, który był przezabawny :D, dostaliśmy ciepłe husteczki na mokro (ciepłe!), potem orzeszki i precle, picie do wyboru, do koloru (wzięłam herbatę dwa razy), wodę w butelce, obiad: gorący kurczak na słodko z ryżem, sałatka, bułka, masło, oliwa, ser, ciastko i krakersy, choć zamiast kurczaka można było wziąć makaron po wegetariańsku, ale nie brałam go, bo nie chciałam opychać się glutenem. Sami widzicie, że nie da się być głodnym!
Przede mną jeszcze 4 godziny lotu, pewnie będą dawać jeszcze jakieś żarcie. Mam w planach drzemkę, aby dotrzeć do hostów jako żywa, a nie półmartwa, oraz obejrzenie jeszcze jakiegoś filmu. Potem ta gorsza przesiadka - odprawa wizowa, ponowne nadanie bagażu i takie tam amerykańskie środki antyterrorystyczne - oraz ostatni lot. Życzcie mi powodzenia!
niedziela, 17 sierpnia 2014
Ostatni dzień w domu
Witajcie :)
Dzisiaj wstałam o 7:00 i do tej pory żaden z domowników jeszcze do mnie nie dołączył. Napisałam do host mamy i host siostry na facebooku i teraz muszę czekać do popołudnia, aż mi odpiszą... Ech, już czuję te uroki stref czasowych. Między Polską a Teksasem jest 7 godzin różnicy.
Z okazji wylotu moja mama spełnia wszystkie moje kulinarne zachcianki i nie ukrywam, że bardzo mi się to podoba! Ostatnio były naleśniki ze szpinakiem, pomidorami, serem żółtym i mozarellą, które jadłam przez 3 dni, takie były pyszne. Przedwczoraj była moja ulubiona sałatka, tym razem właśnie taka majonezowa, "basenowa" - gdyż poznałam ją w barku na basenie w Strzyżowie. Tą potrawę akurat zrobiłam sama, ale to mama kupiła wszystko i o mnie pomyślała, także mega się cieszę. Sałatka składa się z: jabłek, ananasów, płatków migdałowych, kurczaka, rodzynek, sera żółtego i majonezu. Pycha! Kolejna rzecz to sałatki (mnóstwo rzeczy położonych na sałacie, jadłam to w kółko na Wyzwaniu), które jemy praktycznie codziennie, choć to akurat nic nowego, ale i tak się cieszę! A wczoraj wieczorem mama upiekła muffinki, na które dostała przepis od sąsiadki, która się pasjonuje pieczeniem. Wyszły fantastyczne. Bananowo-orzechowo-białoczekoladowe! Mimo późnej godziny zjadłam 3, a co mi tam! Warto było!
Jako że wyjeżdżam i rozstaję się z moim laptopem, zgrywam na płyty wszystkie zdjęcia, filmy, itp. Co ważniejsze rzeczy, których mogę potrzebować w USA, wrzucam na dysk Google, żeby je sobie pobrać na nowy komputer gdy już będę go miała. Biorę jedynie tablet, na który zgrałam odpowiednią ilość książek xD i telefon. Jestem już spakowana, miałam nawet robić filmik o pakowaniu, ale teraz wydaje mi się to bez sensu, skoro już wszystko w walizce upchnęłam.
Moja host siostra będzie w tym roku miała lyrical solo, także strasznie cię cieszę :) To jej ulubiony styl tańca, mój też. Może mnie nauczy, zatańczymy w duecie, nagramy się i dodamy na Zwariowanych. Mamy już zaplanowany wtorkowy wieczór, kiedy do nich przylecę - będziemy oglądać Dance Moms! Hurra, nareszcie na żywo!
Exchange siostra jednak nie nazywa się Maribel, tylko Mirabelle, źle mi powiedzieli wcześniej, i jest już z hostami. Jutro jadą do szkoły wybierać przedmioty. Jestem okropnie wkurzona na moją fundację, mam ochotę przywalić komuś patelnią. Chodzi o to, że pozwalają mi przylecieć do USA nie wcześniej niż 5 dni przed rozpoczęciem szkoły (po prośbie łaskawie zgodzili się na 6 -,-). Przylecę więc we wtorek wieczorem, a wybór przedmiotów i przyjmowanie do szkoły nowych uczniów odbywa się tylko w poniedziałek i wtorek!!! Jeśli się wtedy nie stawię, będę załatwiać to wszystko w 1 dzień szkoły, a wtedy mogą być już pozajmowane wszystkie fajne przedmioty. Grrr... gdzie jest moja patelnia?!
Całe szczęście, że host mama napisała do mnie na facebooku i poprosiła, żebym wybrała 5 przedmiotów, których chcę się uczyć, a ona mi już to załatwi, jak będzie z Mirabelle w szkole. Trudny wybór, zwłaszcza gdy się nie posiada listy przedmiotów, bo strona internetowa szkoły jest porażająco badziewna, a wiadomo, że w amerykańskiej szkole jest do wyboru kilkadziesiąt różnych klas. Na szczęście naczytałam się blogów wymieńców do tego stopnia, że wiem mniej więcej, czego mogę się spodziewać, także po prostu pomyślałam, czym się interesuję i na czym skorzystam, i powstała taka oto lista:
Wf sobie podarowałam, skoro będę tańczyć z Kaeleigh, prawo byłoby ciekawe, w końcu w USA mają zupełnie inny system i warto by go poznać, ale mogę się tego dowiedzieć od hostów, astronomią jestem zainteresowana do tego stopnia, że wiem więcej od 99,(9)% śmiertelników w Polsce (interesuję się tym od przedszkola) także nie wiem, czy w szkole powiedzieliby mi coś nowego, czy musiałabym rozwiązywać zadania z fizyki, a tego nienawidzę. Dowiem się i najwyżej wezmę taką klasę w 2 semestrze (o ile taka jest, nie wiem, nie mam listy). Chemię też wezmę za pół roku.
Następny post będzie już pewnie z USA... taaaaaaak... dalej to do mnie nie dociera xD Do zobaczyska zza wielkiej wody!
Dzisiaj wstałam o 7:00 i do tej pory żaden z domowników jeszcze do mnie nie dołączył. Napisałam do host mamy i host siostry na facebooku i teraz muszę czekać do popołudnia, aż mi odpiszą... Ech, już czuję te uroki stref czasowych. Między Polską a Teksasem jest 7 godzin różnicy.
Jako że wyjeżdżam i rozstaję się z moim laptopem, zgrywam na płyty wszystkie zdjęcia, filmy, itp. Co ważniejsze rzeczy, których mogę potrzebować w USA, wrzucam na dysk Google, żeby je sobie pobrać na nowy komputer gdy już będę go miała. Biorę jedynie tablet, na który zgrałam odpowiednią ilość książek xD i telefon. Jestem już spakowana, miałam nawet robić filmik o pakowaniu, ale teraz wydaje mi się to bez sensu, skoro już wszystko w walizce upchnęłam.
Moja host siostra będzie w tym roku miała lyrical solo, także strasznie cię cieszę :) To jej ulubiony styl tańca, mój też. Może mnie nauczy, zatańczymy w duecie, nagramy się i dodamy na Zwariowanych. Mamy już zaplanowany wtorkowy wieczór, kiedy do nich przylecę - będziemy oglądać Dance Moms! Hurra, nareszcie na żywo!
Exchange siostra jednak nie nazywa się Maribel, tylko Mirabelle, źle mi powiedzieli wcześniej, i jest już z hostami. Jutro jadą do szkoły wybierać przedmioty. Jestem okropnie wkurzona na moją fundację, mam ochotę przywalić komuś patelnią. Chodzi o to, że pozwalają mi przylecieć do USA nie wcześniej niż 5 dni przed rozpoczęciem szkoły (po prośbie łaskawie zgodzili się na 6 -,-). Przylecę więc we wtorek wieczorem, a wybór przedmiotów i przyjmowanie do szkoły nowych uczniów odbywa się tylko w poniedziałek i wtorek!!! Jeśli się wtedy nie stawię, będę załatwiać to wszystko w 1 dzień szkoły, a wtedy mogą być już pozajmowane wszystkie fajne przedmioty. Grrr... gdzie jest moja patelnia?!
Całe szczęście, że host mama napisała do mnie na facebooku i poprosiła, żebym wybrała 5 przedmiotów, których chcę się uczyć, a ona mi już to załatwi, jak będzie z Mirabelle w szkole. Trudny wybór, zwłaszcza gdy się nie posiada listy przedmiotów, bo strona internetowa szkoły jest porażająco badziewna, a wiadomo, że w amerykańskiej szkole jest do wyboru kilkadziesiąt różnych klas. Na szczęście naczytałam się blogów wymieńców do tego stopnia, że wiem mniej więcej, czego mogę się spodziewać, także po prostu pomyślałam, czym się interesuję i na czym skorzystam, i powstała taka oto lista:
- biologia
- chemia
- psychologia
- astronomia
- biznes
- teatr
- pisanie
- wf
- prawo
- biology - jeśli będą różne rodzaje to wybieram taką, gdzie dowiem się więcej o ciele człowieka i o tym, jak to wszystko działa, w końcu takie rzeczy przydają się w życiu i mnie osobiście to bardzo ciekawi.
- psychology - rozgryzanie ludzi, wiedza o tym, jak się zachowujemy w danych sytuacjach, co nami kieruje itp. to jest coś, co zdecydowanie mnie kręci
- business - chcę być businesswoman w przyszłości, także prosty wybór
- drama - (to pewnie będzie coś a la teatr) uwielbiam grać różne role, w przedszkolu grałam główną rolę w niemal wszystkich przedstawieniach, do tego mam kanał na YT i lubię występować; poza tym przyda mi się jakaś luźniejsza lekcja
- creative writing - czyli pisanie; ta lekcja mi się przyda na 100%, gdyż poza biznesem chcę być również pisarką; może będę mieć biznes związany z pisarstwem, np. wydawnictwo... kto wie :D
Wf sobie podarowałam, skoro będę tańczyć z Kaeleigh, prawo byłoby ciekawe, w końcu w USA mają zupełnie inny system i warto by go poznać, ale mogę się tego dowiedzieć od hostów, astronomią jestem zainteresowana do tego stopnia, że wiem więcej od 99,(9)% śmiertelników w Polsce (interesuję się tym od przedszkola) także nie wiem, czy w szkole powiedzieliby mi coś nowego, czy musiałabym rozwiązywać zadania z fizyki, a tego nienawidzę. Dowiem się i najwyżej wezmę taką klasę w 2 semestrze (o ile taka jest, nie wiem, nie mam listy). Chemię też wezmę za pół roku.Następny post będzie już pewnie z USA... taaaaaaak... dalej to do mnie nie dociera xD Do zobaczyska zza wielkiej wody!
piątek, 15 sierpnia 2014
Ostatnie spotkania i testy IQ
Witajcie :)
Nadszedł czas na pożegnania: dzisiaj byłam u babci i reszty rodziny, a wczoraj po raz ostatni w tym roku zobaczyłam się z przyjaciółką. Jakoś nie dociera do mnie, że wyjeżdżam na tak długi okres, więc nie szkoda mi się żegnać, bo mój mózg nie ogarnia pojęcia "rok". Pewnie dopiero w samolocie zorientuję się, że lecę na inny kontynent, daleko od domu xD Tak a propos samolotu, to okazało się, że dwie inne dziewczyny z wymiany lecą ze mną pierwszym lotem - do Amsterdamu, także strasznie się cieszę, zwłaszcza że obok jednej z nich siedzę :) Na pewno dzięki temu przesiadka nie będzie aż takim koszmarem.
Z przemyśleń Marysi Krasowskiej: dlaczego 90% Polaków jadących na wymianę to dziewczyny? Czy nasz kraj to rzeczywiście pastwisko maminsynków, którym mamusie podstawiają wszystko pod nosek? Z moich wieloletnich obserwacji wynika, że tak, tak właśnie jest (nie obrażając tych nielicznych, którzy potrafią zrobić coś więcej, niż płatki z mlekiem, i sami robią kanapki do szkoły. Wyjdźcie z ukrycia!).
Dzień spędziłyśmy z Adą odlotowo, a raczej jego pierwszą połowę, gdyż zaprosiłam ją na dziesiątą rano. W wakacje siedzę z Mają sama w domu, więc we trzy świetnie się bawiłyśmy! Grałyśmy w grę "Piraci" i Ada wygrała (no, nareszcie ktoś mnie pobił!), oglądałyśmy śmieszne filmiki na youtubie, np. skecz kabaretu Smile pt. Jaś i Xavię - polecam, to chyba najlepszy skecz Anno Domini 2014.
https://www.youtube.com/watch?v=L5QPZpMNBLM
Dostałam od Ady prezent, którego się zupełnie nie spodziewałam, więc miałam bardzo przyjemną niespodziankę :) Od zawsze chciałam mieć bluzkę z napisem California i właśnie taką dostałam. W życiu bym się tego nie spodziewała! Będę ją nosić codziennie! Poza tym dostałam czekoladę Milkę i książkę "Dom tajemnic", którą akurat chciałam sobie kupić, na dodatek wszyscy wiemy, jak kocham książki :) Te rzeczy będą przypominać mi o przyjaciółce za wielką wodą.
Dużo pogadałyśmy, między innymi o książkach, jak zwykle z resztą. Ada poleciła mi Diabelskie Maszyny, więc muszę to przeczytać, bo zapowiada się fantastycznie. Mówiła mi też o nieoficjalnym tłumaczeniu City of Heavenly Fire Cassandry Clare, które jest gdzieś w necie i jacyś ludzie dodają po 2 rozdziały, i teraz wiem, że będzie to następna książka, jaką przeczytam, choć moja psychika pewnie na tym ucierpi, sądząc po emocjach Ady xD Albo ściągnę książkę na tablet, albo kupię w USA, jeszcze nie wiem.
Kiedy ja z Mają robiłyśmy obiad (oczywiście sałatkę, jeśli nie ma w domu obiadu, to zawsze robię sałatkę), to dałam Adzie gazetę Focus 300 zagadek gdzie był test na inteligencję. Zaczęła rozwiązywać zadania i bardzo jej się spodobało, ale niestety rozwiązanie testu wymaga ponad godziny, więc zrobiła sobie jego zdjęcia telefonem i dokończy go w domu. Ja go rozwiązałam przedwczoraj, zrobiłam 15 zadań na 20, czyli moje IQ to 128, a to świetny wynik, bo przeciętna inteligencja Polaków to 106. Mamy pod tym względem 3. miejsce w Europie, wyprzedzają nas Niemcy i Holendrzy z wynikiem 107.
Uwielbiam rozwiązywać różne logiczne zagadki, z resztą Ada też (my ogólnie lubimy to samo w 99% przypadków). Pamiętam, że gdy w 3 gimnazjum na matmie mi się nudziło (czyli często), to otwierałam książkę na ostatnim rozdziale z takimi właśnie zagadkami i rozłączałam się z rzeczywistością. A jeśli zagadka była zbyt trudna, to na przerwie zadawałam ją Adzie, która za każdym razem znajdowała odpowiedź :D Jeśli chcecie spróbować własnych sił, to zadam wam jedną z takich zagadek:
Idziesz szosą i dochodzisz do rozwidlenia. Jedna z dróg jest bezpieczna, a druga nie, ale nie wiesz, która jest która, więc nie możesz iść dalej. Przy rozwidleniu stoi dom, gdzie mieszkają bracia bliźniacy. Jeden z nich zawsze kłamie, drugi zawsze mówi prawdę, ale nie wiesz, który jest który. Możesz im zadać tylko jedno pytanie, a na podstawie odpowiedzi musisz wywnioskować, która droga jest bezpieczna. Jakie pytanie zadasz?
To jedna z tych zagadek, na które odpowiedź znalazła Ada, a ja nie, także jest naprawdę trudna! Powodzenia!
Nadszedł czas na pożegnania: dzisiaj byłam u babci i reszty rodziny, a wczoraj po raz ostatni w tym roku zobaczyłam się z przyjaciółką. Jakoś nie dociera do mnie, że wyjeżdżam na tak długi okres, więc nie szkoda mi się żegnać, bo mój mózg nie ogarnia pojęcia "rok". Pewnie dopiero w samolocie zorientuję się, że lecę na inny kontynent, daleko od domu xD Tak a propos samolotu, to okazało się, że dwie inne dziewczyny z wymiany lecą ze mną pierwszym lotem - do Amsterdamu, także strasznie się cieszę, zwłaszcza że obok jednej z nich siedzę :) Na pewno dzięki temu przesiadka nie będzie aż takim koszmarem.
Z przemyśleń Marysi Krasowskiej: dlaczego 90% Polaków jadących na wymianę to dziewczyny? Czy nasz kraj to rzeczywiście pastwisko maminsynków, którym mamusie podstawiają wszystko pod nosek? Z moich wieloletnich obserwacji wynika, że tak, tak właśnie jest (nie obrażając tych nielicznych, którzy potrafią zrobić coś więcej, niż płatki z mlekiem, i sami robią kanapki do szkoły. Wyjdźcie z ukrycia!).
Dzień spędziłyśmy z Adą odlotowo, a raczej jego pierwszą połowę, gdyż zaprosiłam ją na dziesiątą rano. W wakacje siedzę z Mają sama w domu, więc we trzy świetnie się bawiłyśmy! Grałyśmy w grę "Piraci" i Ada wygrała (no, nareszcie ktoś mnie pobił!), oglądałyśmy śmieszne filmiki na youtubie, np. skecz kabaretu Smile pt. Jaś i Xavię - polecam, to chyba najlepszy skecz Anno Domini 2014.
https://www.youtube.com/watch?v=L5QPZpMNBLM
Dostałam od Ady prezent, którego się zupełnie nie spodziewałam, więc miałam bardzo przyjemną niespodziankę :) Od zawsze chciałam mieć bluzkę z napisem California i właśnie taką dostałam. W życiu bym się tego nie spodziewała! Będę ją nosić codziennie! Poza tym dostałam czekoladę Milkę i książkę "Dom tajemnic", którą akurat chciałam sobie kupić, na dodatek wszyscy wiemy, jak kocham książki :) Te rzeczy będą przypominać mi o przyjaciółce za wielką wodą.
Dużo pogadałyśmy, między innymi o książkach, jak zwykle z resztą. Ada poleciła mi Diabelskie Maszyny, więc muszę to przeczytać, bo zapowiada się fantastycznie. Mówiła mi też o nieoficjalnym tłumaczeniu City of Heavenly Fire Cassandry Clare, które jest gdzieś w necie i jacyś ludzie dodają po 2 rozdziały, i teraz wiem, że będzie to następna książka, jaką przeczytam, choć moja psychika pewnie na tym ucierpi, sądząc po emocjach Ady xD Albo ściągnę książkę na tablet, albo kupię w USA, jeszcze nie wiem.
Kiedy ja z Mają robiłyśmy obiad (oczywiście sałatkę, jeśli nie ma w domu obiadu, to zawsze robię sałatkę), to dałam Adzie gazetę Focus 300 zagadek gdzie był test na inteligencję. Zaczęła rozwiązywać zadania i bardzo jej się spodobało, ale niestety rozwiązanie testu wymaga ponad godziny, więc zrobiła sobie jego zdjęcia telefonem i dokończy go w domu. Ja go rozwiązałam przedwczoraj, zrobiłam 15 zadań na 20, czyli moje IQ to 128, a to świetny wynik, bo przeciętna inteligencja Polaków to 106. Mamy pod tym względem 3. miejsce w Europie, wyprzedzają nas Niemcy i Holendrzy z wynikiem 107.
Uwielbiam rozwiązywać różne logiczne zagadki, z resztą Ada też (my ogólnie lubimy to samo w 99% przypadków). Pamiętam, że gdy w 3 gimnazjum na matmie mi się nudziło (czyli często), to otwierałam książkę na ostatnim rozdziale z takimi właśnie zagadkami i rozłączałam się z rzeczywistością. A jeśli zagadka była zbyt trudna, to na przerwie zadawałam ją Adzie, która za każdym razem znajdowała odpowiedź :D Jeśli chcecie spróbować własnych sił, to zadam wam jedną z takich zagadek:
Idziesz szosą i dochodzisz do rozwidlenia. Jedna z dróg jest bezpieczna, a druga nie, ale nie wiesz, która jest która, więc nie możesz iść dalej. Przy rozwidleniu stoi dom, gdzie mieszkają bracia bliźniacy. Jeden z nich zawsze kłamie, drugi zawsze mówi prawdę, ale nie wiesz, który jest który. Możesz im zadać tylko jedno pytanie, a na podstawie odpowiedzi musisz wywnioskować, która droga jest bezpieczna. Jakie pytanie zadasz?
To jedna z tych zagadek, na które odpowiedź znalazła Ada, a ja nie, także jest naprawdę trudna! Powodzenia!
| Sałatka :) |
| Ostatnie selfie na przystanku :D |
wtorek, 12 sierpnia 2014
Percy Jackson's Greek Gods i spotkanie z Rickiem Riordanem
Witajcie :)
Seria o Percym Jacksonie to jedna z moich ulubionych książek, a Rick Riordan znajduje się na szczycie osobistej listy ukochanych autorów. Dlatego cieszę się przeogromnie, że akurat w dniu mojego przyjazdu do USA odbywa się światowa premiera książki "Percy Jackson's Greek Gods"! Już mówiłam o tym hostom, więc pewnie pojedziemy do sklepu jeszcze tego samego dnia, aby nabyć to cudeńko! Lynne pytała mnie, czy posiadam wszystkie książki Ricka (tak, mam je) i powiedziała, że oni też mają w domu kilka. Będę je czytać na pewno. A kiedy pochwaliłam się, że Złodzieja Pioruna czytam Mai na dobranoc, była tym zachwycona :)
Na blogu Ricka pojawiła się dziś nowa notka, w której poinformował czytelników, że będzie robił "book tour" po różnych miastach w USA z okazji premiery "Krwi Olimpu" 7 paźniernika. I wiecie co? Jednym z tych miast ma być Austin, do którego mam 22 mile!!! Jeśli ceny będą przystępne, to nie ma bata, muszę tam być! Po prostu M U S Z Ę.
Nie wiem, czy wiecie, ale Rick Riordan jest z Teksasu :) Może wpadnę na niego w jakimś sklepie z książkami xD Ostatnio szukałam informacji o sławnych Teksańczykach (jakkolwiek się to odmienia) i okazało się, że stamtąd pochodzi także Selena Gomez. Uwielbiam ją, zwłaszcza za rolę w "Czarodziejach w Waverly Place", których oglądam do dziś, choć ostatnio na stronach plotkarskich pojawiają się notki, z których wynika, że Selena idzie w ślady Miley Cyrus, którą też kiedyś lubiłam, niestety te czasy już minęły. Pożyjemy, zobaczymy.
Dzisiaj byłam na zakupach w Rossmanie, aby zaopatrzyć się we wszystkie kosmetyki, jakich będę potrzebować w USA. Ja wiem, że wszystko tam jest, że jest taniej, itepe itede, ale podobno tylko jeśli chodzi o drogie markowe kosmetyki, a ja takowych nie używam. Za to jestem przywiązana do toniku z Sorayi oraz mydła Bambino, więc zaopatrzyłam się w roczny zapas xD Poza tym kupiłam szampon do włosów, dezodorant i 3 szczoteczki do zębów oraz rzeczy typu waciki, patyczki do uszu. Nic więcej mi nie trzeba, więc w Stanach nie będę musiała nic kupować, a przynajmniej nie na początku. Zobaczymy, jak będę przeklinać tą reklamówkę kosmetyków przy ważeniu walizki :D
Za tydzień o tej porze będę w USA! YAY!!!
Seria o Percym Jacksonie to jedna z moich ulubionych książek, a Rick Riordan znajduje się na szczycie osobistej listy ukochanych autorów. Dlatego cieszę się przeogromnie, że akurat w dniu mojego przyjazdu do USA odbywa się światowa premiera książki "Percy Jackson's Greek Gods"! Już mówiłam o tym hostom, więc pewnie pojedziemy do sklepu jeszcze tego samego dnia, aby nabyć to cudeńko! Lynne pytała mnie, czy posiadam wszystkie książki Ricka (tak, mam je) i powiedziała, że oni też mają w domu kilka. Będę je czytać na pewno. A kiedy pochwaliłam się, że Złodzieja Pioruna czytam Mai na dobranoc, była tym zachwycona :)
Na blogu Ricka pojawiła się dziś nowa notka, w której poinformował czytelników, że będzie robił "book tour" po różnych miastach w USA z okazji premiery "Krwi Olimpu" 7 paźniernika. I wiecie co? Jednym z tych miast ma być Austin, do którego mam 22 mile!!! Jeśli ceny będą przystępne, to nie ma bata, muszę tam być! Po prostu M U S Z Ę.
Nie wiem, czy wiecie, ale Rick Riordan jest z Teksasu :) Może wpadnę na niego w jakimś sklepie z książkami xD Ostatnio szukałam informacji o sławnych Teksańczykach (jakkolwiek się to odmienia) i okazało się, że stamtąd pochodzi także Selena Gomez. Uwielbiam ją, zwłaszcza za rolę w "Czarodziejach w Waverly Place", których oglądam do dziś, choć ostatnio na stronach plotkarskich pojawiają się notki, z których wynika, że Selena idzie w ślady Miley Cyrus, którą też kiedyś lubiłam, niestety te czasy już minęły. Pożyjemy, zobaczymy.
Dzisiaj byłam na zakupach w Rossmanie, aby zaopatrzyć się we wszystkie kosmetyki, jakich będę potrzebować w USA. Ja wiem, że wszystko tam jest, że jest taniej, itepe itede, ale podobno tylko jeśli chodzi o drogie markowe kosmetyki, a ja takowych nie używam. Za to jestem przywiązana do toniku z Sorayi oraz mydła Bambino, więc zaopatrzyłam się w roczny zapas xD Poza tym kupiłam szampon do włosów, dezodorant i 3 szczoteczki do zębów oraz rzeczy typu waciki, patyczki do uszu. Nic więcej mi nie trzeba, więc w Stanach nie będę musiała nic kupować, a przynajmniej nie na początku. Zobaczymy, jak będę przeklinać tą reklamówkę kosmetyków przy ważeniu walizki :D
Za tydzień o tej porze będę w USA! YAY!!!
poniedziałek, 11 sierpnia 2014
"Lecę bo chceeeę, lecę bo życie jest..." cudowne!
Witajcie :)
Jestem tak szczęśliwa, że chyba mi mózg wybuchnie! Dosłownie latam gdzieś w przestrzeni szczęścia z bananem na twarzy, ale i tak nie dociera do mnie, że został mi tylko tydzień w moim jakże ukochanym kraju... buahahahaha, sajonara, Polska Szkoło! Komu by się chciało w takich okolicznościach pisać normalny post na blogu? Zaszalejmy! Jupi, hurra, juhu, TAAAAAK!
Mam już zabookowany ticket, mój flight jest 19 sierpnia z airportu w Warszawie. Mam dwie przesiadki, może się wyrobię i mi samolot nie zwieje. Yolo! Do Austin przybywam tego samego dnia o 5:39 post meridiem (woho! znam łacinę! Tak, męczyli mnie tym w liceum przez rok... [*]). Odbija mi dzisiaj, wiem, ale szczęście potrafi poprzewracać człowiekowi w głowie. Czuję się jak Luna Lovegood schwyciwszy chrapaka krętorogiego xD Ciekawe co się dzieje ludziom, którzy wygrali w totolotka...
Wracając na Ziemię, opowiem wam o nowościach. Jeden: moja exchange siostra z Chin przylatuje 3 dni wcześniej, co mnie jakoś specjalnie nie zachwyca, ale trudno. Dwa: 20-go hości zabierają mnie na Evening Event (mecz futbolu, na którym Kaeleigh będzie tańczyć, nie wiem dokładnie o co chodzi, ale się dowiem). Trzy: nagrałam dzisiaj nowy epizołdzik Amerykańskiej Przygody, wypatrujcie go na YT jutro o 17:00.
To by było na tyle, na nic normalniejszego mnie dzisiaj nie stać :D Na koniec odgrzewany kotlet, który pojawia się w mojej głowie ilekroć się cieszę:
Jestem tak szczęśliwa, że chyba mi mózg wybuchnie! Dosłownie latam gdzieś w przestrzeni szczęścia z bananem na twarzy, ale i tak nie dociera do mnie, że został mi tylko tydzień w moim jakże ukochanym kraju... buahahahaha, sajonara, Polska Szkoło! Komu by się chciało w takich okolicznościach pisać normalny post na blogu? Zaszalejmy! Jupi, hurra, juhu, TAAAAAK!
![]() |
| ja dzisiaj |
Wracając na Ziemię, opowiem wam o nowościach. Jeden: moja exchange siostra z Chin przylatuje 3 dni wcześniej, co mnie jakoś specjalnie nie zachwyca, ale trudno. Dwa: 20-go hości zabierają mnie na Evening Event (mecz futbolu, na którym Kaeleigh będzie tańczyć, nie wiem dokładnie o co chodzi, ale się dowiem). Trzy: nagrałam dzisiaj nowy epizołdzik Amerykańskiej Przygody, wypatrujcie go na YT jutro o 17:00.
To by było na tyle, na nic normalniejszego mnie dzisiaj nie stać :D Na koniec odgrzewany kotlet, który pojawia się w mojej głowie ilekroć się cieszę:
sobota, 9 sierpnia 2014
Moje życie w obrazkach
Czasem łatwiej wyrazić siebie za pomocą obrazków, memów i gifów niż słownie. Stąd właśnie pomysł na taki "obrazkowy" post z moimi komentarzami pod zdjęciami. Opowiem wam co nieco o sobie w nietypowy sposób :)
![]() |
| GONE... Trylogia Czarnego Maga... Eragon... |
![]() |
| prawda! kocham czytać kilkanaście razy to samo! |
![]() |
| ja w miejscach publicznych (i nie tylko) |
![]() |
| jedyny wierszyk, jaki znam |
![]() |
| konwersacje z rodzicami :) |
![]() |
| tancerze zrozumieją |
![]() |
| treningowy obijaning to już klasyka xD |
![]() |
| może zgubił się na poczcie, nie tracę nadziei! |
![]() |
| niekoniecznie kurtka, ale tak mam xD |
![]() |
| fizyka... |
![]() |
| serio, mam pokój na poddaszu :D |
![]() |
| hahaha nie sądziłam, że znajdę o tym mema! |
![]() |
| i to zapamiętywanie słów piosenki w radiu, żeby znaleźć ją później w necie... |
![]() |
| hehehehe... xD |
Oficjalny placement! Hurra!
Witajcie :)
Wczoraj dużo gadałam z host siostrą na facebooku, a w nocy dostałam maila z oficjalnym placementem! Okazuje się, że jednak będę chodzić do innej szkoły, a mianowicie Jack C. Hays High School. Mają porażająco kiepską stronę internetową, więc raczej za wiele się o niej nie dowiem przed wyjazdem. Wiem tylko, że do szkoły jest 8 mil i będę jeździć szkolnym autobusem z host siostrami.
Będę mieć swój własny pokój! Hości mają dość duży dom, jest naprawdę ładny, zrobiłam mu zdjęcie z Google Street View:
Rok szkolny zaczyna mi się 25 sierpnia a kończy 5 czerwca. Mam wylecieć ok. 5 dni przed rozpoczęciem, jeszcze nie znam dokładnej daty lotu. W każdym razie hości chcą, żebym przyjechała jak najszybciej :) Ja też bym chciała, bo jeszcze muszę wybrać przedmioty i przestawić się na inny czas (7 godzin różnicy). Poza tym chciałabym być już w USA. W Polsce mi się nudzi (tak Ada, powiedziałam to, pewnie mnie zabijesz... no cóż xD). Ja wiem, że są wakacje, że tyle się na nie czekało, ale to siedzenie w domu zaczyna mnie dobijać.
To na razie wszystko, czego się dowiedziałam, w poprzednim poście też opisałam parę rzeczy, więc jeśli go nie czytaliście, to zapraszam :)
Zmieniając temat, zauważyłam u Amerykanów dziwną prawidłowość. Wszystkie zdjęcia pomieszczeń wewnątrz domu są... jakby to ująć... zrobione na odwal. Gdyby do mnie do Polski miał przyjechać ktoś na wymianę i miałabym zrobić zdjęcia kuchni, łazienki, pokojów, salonu itp. i wysłać to do aplikacji, to bym te pomieszczenia wysprzątała na błysk i zrobiła fotki jak do magazynu "Mój Dom" czy coś w tym rodzaju. A oni nic, nawet skarpetek z podłogi nie podnieśli! Poprzedni hości tak samo, jak dzieci zostawiły zabawki na podłodze, pudełka i ubrania, tak zostało. Nie wiem, może Amerykanie się tym nie przejmują, ale wydaje mi się to trochę niedbałe.
Wczoraj dużo gadałam z host siostrą na facebooku, a w nocy dostałam maila z oficjalnym placementem! Okazuje się, że jednak będę chodzić do innej szkoły, a mianowicie Jack C. Hays High School. Mają porażająco kiepską stronę internetową, więc raczej za wiele się o niej nie dowiem przed wyjazdem. Wiem tylko, że do szkoły jest 8 mil i będę jeździć szkolnym autobusem z host siostrami.
Będę mieć swój własny pokój! Hości mają dość duży dom, jest naprawdę ładny, zrobiłam mu zdjęcie z Google Street View:
Rok szkolny zaczyna mi się 25 sierpnia a kończy 5 czerwca. Mam wylecieć ok. 5 dni przed rozpoczęciem, jeszcze nie znam dokładnej daty lotu. W każdym razie hości chcą, żebym przyjechała jak najszybciej :) Ja też bym chciała, bo jeszcze muszę wybrać przedmioty i przestawić się na inny czas (7 godzin różnicy). Poza tym chciałabym być już w USA. W Polsce mi się nudzi (tak Ada, powiedziałam to, pewnie mnie zabijesz... no cóż xD). Ja wiem, że są wakacje, że tyle się na nie czekało, ale to siedzenie w domu zaczyna mnie dobijać.
To na razie wszystko, czego się dowiedziałam, w poprzednim poście też opisałam parę rzeczy, więc jeśli go nie czytaliście, to zapraszam :)
Zmieniając temat, zauważyłam u Amerykanów dziwną prawidłowość. Wszystkie zdjęcia pomieszczeń wewnątrz domu są... jakby to ująć... zrobione na odwal. Gdyby do mnie do Polski miał przyjechać ktoś na wymianę i miałabym zrobić zdjęcia kuchni, łazienki, pokojów, salonu itp. i wysłać to do aplikacji, to bym te pomieszczenia wysprzątała na błysk i zrobiła fotki jak do magazynu "Mój Dom" czy coś w tym rodzaju. A oni nic, nawet skarpetek z podłogi nie podnieśli! Poprzedni hości tak samo, jak dzieci zostawiły zabawki na podłodze, pudełka i ubrania, tak zostało. Nie wiem, może Amerykanie się tym nie przejmują, ale wydaje mi się to trochę niedbałe.
Subskrybuj:
Posty (Atom)











































