wtorek, 9 września 2014

Ja chcę do biblioteki!!!

Dzisiaj rano wstałam ledwo żywa, bo do drugiej w nocy czytałam książkę. Ostatnią część Gry w Kłamstwa. Pamiętacie jak wczoraj mówiłam, że następnego ranka pobiegnę do biblioteki i wypożyczę tą książkę? No więc nie wytrzymałam i ściągnęłam ją sobie na tablet, a fabuła tak mnie wciągnęła, że nie mogłam przestać czytać. Normalnie każdy rozdział był coraz ciekawszy, pojawiało się coraz więcej pytań i odpowiedzi, po prostu nie mogłam doczekać się końca! Wszystko zaczęło się dziać tak szybko! Ciekawość zżera mnie od środka i chciałabym już skończyć czytać, aby poznać zakończenie, jednak z drugiej strony tak polubiłam tą serię, że nie chcę jej nigdy kończyć. Podsumowując: ta seria wyląduje w moim Top 10.

W szkole pisałam test z anatomii, poszło mi bardzo dobrze, biorąc pod uwagę, że trzeba było znać większość organów w ludzkim ciele i mnóstwo innych trudnych słów po angielsku. Nareszcie zmienili mi podział godzin i nie mam już pseudobiznesu, tylko taniec. Byłam dziś na pierwszych zajęciach i tańczyliśmy hip hop, zaczęliśmy uczyć się układu, ale jedna dziewczyna skręciła kolano, czy coś w tym stylu, w każdym razie nie mogła chodzić i trzeba było dzwonić po higienistkę. Potem widziałam tą dziewczynę na korytarzu na wózku inwalidzkim, mam nadzieję, że nic poważnego jej się nie stało.

Po lunchu poszłam do biblioteki i wypożyczyłam 5 książek, między innymi wszystkie dodatki do Harry'ego Pottera, których za żadne skarby nie mogłam się doszukać w Polsce! Hurra! Bibliotekarka dała mi też zakładkę, która pachnie cynamonem. Warto było wyjechać na wymianę choćby dla odwiedzania szkolnej biblioteki.

Wczoraj zapomniałam wspomnieć, że spotkałam polkę w H-E-B! Pracowała w tym sklepie i kiedy z Mirabelle chodziłyśmy koło kas, żeby znaleźć Lynne, zapytała nas, czy może jakoś pomóc. Ja na to, że szukamy host mamy, a ona rozpoznała mój akcent i najpierw zapytała, czy jesteśmy wymieńcami, a potem zgadła, że jestem z Polski i rozmowa przeszła na nasz ojczysty język. Dała mi swój numer telefonu i powiedziała, że mogę do niej zadzwonić, kiedy tylko będę czegoś potrzebować. Uwielbiam tą amerykańską chęć do pomocy każdej napotkanej osobie! Później zapytała mnie, za czym tęsknię najbardziej, więc odpowiedziałam, że za polskim jedzeniem. Serio, amerykańska pasza nie ma smaku, tubylcy nie potrafią gotować, a jak już coś zrobią, to jest to kompletnie nieprzyprawione. Jajka mają mdły smak, ziemniaki to nijaka papka, host mama nie robi nic z mięsa, bo jest wegetarianką, więc kupuje "substytuty mięsa" (dokładnie tak to się nazywa). Mniam! Zdrowe, pożywne i naturalne! Większość warzyw i owoców jest sprzedawana w plastikowych pojemnikach i workach foliowych, żywność można przechowywać podejrzanie długo. Zdecydowanie ZA długo.

Wieczorem poszłam pobiegać, zwiedziłam kolejną ulicę w sąsiedztwie. Spotkałam kilka biegających osób, każda z nich uśmiechnęła się do mnie i krzyknęła "Hi!" Tą cechę uwielbiam w tubylcach, każdy jest uśmiechnięty i chętny do pomocy. Jedna babka biegała z psem, to mi się podoba!

poniedziałek, 8 września 2014

Słodycze, których nie ma w Polsce, a być powinny!

Dzisiaj rano odrobiłam lekcje, niezwykle trudne tym razem, bo nauczycielka z anatomii kazała napisać opowiadanie o pacjencie, używając słów z listy, których nie znam ani ja, ani Translator. Coś tam nabazgrałam, skończyło się na ukatrupieniu mojego pacjenta, a następnie zabrałam się za czytanie książki "Cross my heart, hope to die" Sary Shepard. To już piąty tom serii „Gra w kłamstwa”, jutro rano wybieram się do biblioteki, aby go oddać i wypożyczyć ostatnią część. Ta skończyła się tak okropnie, że gdybym przeczytała ją zaraz po premierze i musiała czekać kilka miesięcy na kolejną książkę, to chyba bym umarła. Nie wiem, czy w ogóle dzisiaj zasnę przez to zakończenie.
to czytam <3
Potem pojechałam do H-E-B z Lynne i Mirabelle, i każda z nas zrobiła dla siebie zakupy. Lynne kupiła cały koszyk warzyw, konserw i mrożonek, oraz generalnie produktów spożywczych, Mirabelle kupiła głównie śmieciowe żarcie. My, exchange students, musimy kupować sobie te produkty, których nie je nikt poza nami, resztę kupują hości. Ja kupiłam jogurt naturalny (opakowanie litrowe, mniejszych tu nie posiadają), miałam kupić też chleb bezglutenowy, który host mama kupiła mi dwa razy, ale teraz odmawia płacenia za niego, oraz biały ser, ale kiedy przeczytałam skład chleba, odłożyłam go na półkę z przerażeniem w oczach, a biały ser wcale nie przypominał tego z Polski, więc też go nie wzięłam. Za to kupiłam sobie Twinkies, czyli miękkie piankowe ciastka, które podobno są bardzo dobre. Nie wiem, jak smakują, jeszcze nie próbowałam. W każdym razie jeden z bohaterów filmu „Zombieland” przejechał całą Amerykę pełną zabójczych zombie, aby znaleźć to ciastko, więc chyba będzie dobre. 

Do tego sklepu jeździmy.


Kupiłam też czekoladę Hershey’s, białą z kawałkami ciastek, którą ubóstwiam, oraz trochę suszonych owoców i orzechów na wagę. Mają tu osobne stoisko z bakaliami, można kupić każdy rodzaj orzechów, każdy gatunek suszonych owoców, mieszanki tych rzeczy, orzechy i owoce w rozmaitych polewach i kostki owocowe, przypominające wyglądem chałwę. Stoisko wygląda jak to z żelkami na wagę w Tesco, w Biedronce też takie widziałam, tyle że to tutaj jest kilkakrotnie większe. Można nawet zrobić samodzielnie masło orzechowe! 


Ostatni produkt, który nabyłam, to lody Ben&Jerry’s, na które czeka cała Polska! Widziałam je kiedyś w Legolandzie w Danii, niestety nie miałam szansy spróbować, jak smakują, więc postanowiłam kupić sobie kubek tutaj. Mają dwa rodzaje opakowań: jedno półlitrowe za 4$, mnóstwo smaków do wyboru, drugie 120g, czyli tyle co Big Milk, kosztuje ono 1$ i to właśnie kupiłam. Smak: brownie. Jeszcze nie próbowałam, ale po samym wyglądzie opakowania coś czuję, że uzależnię się od tych lodów.

Po powrocie z zakupów wróciłam do czytania książki, potem wyszłam na zewnątrz z Mirabelle i pograłam w badmintona z Jimin i Martą (wymieńcy z Korei i Hiszpanii). Po 15 minutach odkryłam, że w mojej rakietce zieją 3 wielkie dziury. Nie wiem, jak mogłam ich nie zauważyć na początku, być może były mniejsze, w każdym razie jakoś udawało mi się grać, nawet bardzo dobrze mi szło, bo uwielbiam badmintona, aż do momentu gdy lotka utknęła w mojej rakietce. Potem chciałyśmy zagrać w siatkówkę, ale piłka wylądowała na drzewie po trzecim odbiciu, na domiar złego komary się uaktywniły, więc rozeszłyśmy się do domów. Było bardzo ciepło i jeszcze trochę jasno, więc postanowiłam ruszyć się sprzed komputera i pobiegać. Dżogingowałam prawie dwadzieścia minut, przy okazji zobaczyłam najbliższą okolicę. Wróciłam do domu cała mokra, ale za to szczęśliwa, i postanowiłam od dzisiaj codziennie biegać, zwłaszcza że na zewnątrz jest ciepło, a za domem mam park. Tak więc postanowione, jutro o 19:45 idę biegać.

P.S. W momencie pisania tego posta na moskitierze mojego okna siedzi jaszczurka. Ma jakieś 4 cm długości - jest maleńka. Dziś przy wypakowaniu zakupów z samochodu spotkałam dwudziestocentymetrową. Pozdro z Teksasu.
Taki stwór mnie dzisiaj powitał.

niedziela, 7 września 2014

Monopolistka Marysia

Dzisiaj rano pogadałam z rodzicami i z przyjaciółką na Skype, aż zrobiła się pora obiadowa :) Próbowałam rozwikłać problem mojej myszki do MacBooka, ale to ustrojstwo odmawia współpracy niezależnie od komputera, do którego je podłączam, więc jutro John ma zadzwonić do firmy, która mi myszkę sprzedała i rozwiązać problem. Jak na razie używam zapasowej myszki Johna. Ktoś z was mnie pytał, gdzie kupiłam laptopa: www.rakuten.com, możecie kupić tu sprzęt naprawdę tanio. Być może wysyłają nawet do Polski, musicie sprawdzić.

Potem grałam na Wii z Samem, Kaeleigh i Mirabelle, najpierw w Just Dance 4, gdzie trzeba było tańczyć jak postacie na ekranie z pilotem w dłoni, a sensor nas oceniał na podstawie ruchów ręką, więc równie dobrze można było ograniczyć się do poruszania rękami, zamiast tańczenia, dlatego Sam też mógł grać na wózku inwalidzkim. Raz wygrywała Kaeleigh, raz ja, zazwyczaj wygrywałyśmy na zmianę. Mirabelle pokonała nas tylko raz, Sam ani razu. Potem przełączyłyśmy grę na coś w stylu gry planszowej pełnej minigier, tutaj zwycięzca mógł być tylko jeden. Szczęście mi dopomogło i dotarłam do mety jako pierwsza. Hurra! Kolejne zwycięstwo na mojej nieskończenie długiej liście wygranych gier!

W tym czasie host mama upiekła placek. Iście amerykański placek. Kuchnię amerykańską można wyrazić równaniem: proszek z pudełka + woda + energia: mikrofalówka/piekarnik (niepotrzebne skreślić) = produkt gotowy do konsumpcji. Placek był płaski, biało-żółty, miał w sobie kawałki ananasa i pływał w wodzie puszczonej przez ten owoc. W takich momentach doceniam moją babcię jeszcze bardziej niż zwykle (Babciu Jasiu, pozdrawiam Ciebie i twoje najlepsze na świecie placki!) Smakował jak zwykła słodka masa z ananasem, ponieważ istotnie był masą z ananasem. Ech...

Potem zagraliśmy w Monopoly z Mirabelle, Kaeleigh, host tatą i Samem (ostatnia dwójka w jednej drużynie). Lynne zamówiła pizzę i zjedliśmy ją podczas gry, graliśmy trzy godziny. Trzy godziny z bananem na twarzy w moim przypadku, chyba będę mieć jutro zakwasy na twarzy. Ograłam wszystkich, stawiając hotele na każdym pomarańczowym, czerwonym i żółtym polu, host tato stwierdził, że jestem jak Donald Trump. Kaeleigh oświadczyła, że więcej ze mną nie zagra, Mirabelle nic nie mówiła, tylko się śmiała, a John zaproponował kolejną grę najwcześniej w listopadzie. Pożartowaliśmy jeszcze trochę i cała czwórka wspólnie podjęła decyzję, że następnym razem się na mnie uwezmą, a potem rozeszliśmy się, bo byliśmy zmęczeni.
Początek gry jak zwykle z uśmiechem!


przednia kamerka, trochę zamazane, ale selfie zawsze spoko :)

Biznes czas zacząć!

Musiałam jeszcze pozmywać naczynia, które były za duże i Lynne nie pozwoliła wsadzić ich do zmywarki. Ja tam bym je wsadziła, pracuję nad tym, pertraktuję i przekonuję Lynne codziennie, mówiąc, że mycie ręczne zużywa o wiele więcej wody, host tato przyznał mi rację i teraz planuje zrobić eksperyment i zmierzyć, ile wody zużywamy w ciągu tygodnia raz myjąc wszystko w zmywarce, raz myjąc część naczyń ręcznie. Mam nadzieję, że wynik okaże się pomyślny.

Na koniec pozdrawiam całą moją rodzinkę, mama mi mówiła, że wszyscy czytacie mojego bloga! Bardzo się cieszę! Drodzy wujkowie, ciocie, babcie, dziadkowie, kuzyni i wszyscy inni, wysyłam wam całusy na odległość!

sobota, 6 września 2014

Football game! Football game? Football game... football ga... zzz... zzz... zzz... zzz...

O 18:30 wyjechaliśmy z domu na mecz futbolu amerykańskiego, żeby zająć sobie dobre miejsca na trybunach. Mecz odbywał się w szkole, szkoła ma ogromne boisko z wielkimi trybunami. Bilet kupiłam z Mirabelle w szkole podczas lunchu, kosztował 4$, a jeśli ktoś kupował go przy wejściu na mecz (czyli rodzice, znajomi, mieszkańcy Kyle), to musiał zapłacić 8$.

Już myśleliśmy, że odwołają mecz, bo wokół nas krążyły chmury burzowe i grzmiało, ale na szczęście chmury przeszły bokiem, więc mecz zaczął się punktualnie o 19:30.
To wielkie i ciemne po prawej to chmura burzowa. A za nią kolejna. Trzecia czai się za moimi plecami.
Podekscytowany tłum na trybunach, mnóstwo dzieciaków z twarzami pomalowanymi na barwy szkoły, budka z popcornem i nachosami - tak się zaczęło. Zajęłam miejsce z Mirabelle w sektorze dla uczniów na samej górze i w oczekiwaniu na mecz zrobiłyśmy sobie zdjęcie:

Jak to dobrze, że nie wszyscy są tak zacofani jak ja, i mogłam używać telefonu Mirabelle do robienia dla was zdjęć. 

Potem na bieżnię wbiegły cheerleaderki, na boisko weszły Highsteppers, a z boku  napompowano dwa gigantyczne balony: jeden w kształcie kasku, należący do naszej drużyny - Rebels, drugi w kształcie głowy orła, należący do drużyny z Georgetown. Do środka weszły drużyny futobolowe i kiedy cheerleaderki oraz Highsteppers skończyły swoje występy, z balonów wypuszczono parę jak w Tańcu z Gwiazdami i z ich wnętrza na boisko wybiegli zawodnicy. Tłum oszalał z radości, wszyscy piszczeli, krzyczeli, klaskali i tupali nogami w trybuny, które aż drżały. Emocje jak na meczu reprezentacji kraju, Amerykanie kochają futbol i każdy mecz jest nie lada wydarzeniem.
Highsteppers

Balon naszej drużyny, a za nim głowa orła przeciwników, która już opadła, bo wszyscy z niej wybiegli.

Highsteppers wychodzą na boisko.

Te ludki w czerwonym to cheerleaderki.


Z kolei ci goście w czerwonym, to nasza drużyna. Tak, jest ich chyba ze sto.
Potem zaczęła się pierwsza ćwierć meczu, trwająca 12 minut. Ale tylko w teorii, ponieważ co chwilę zatrzymywano czasomierz, kiedy jakiś zawodnik się przewrócił, zdobył punkt, czy coś innego się wydarzyło. Nie rozumiem futbolu, nie mam pojęcia, o co chodzi w tej grze. W każdym razie z 12 minut zrobiło się 30. Po tym czasie myślałam, że umrę z nudów, tak samo Mirabelle. Gra polegała mniej więcej na tym, że kilkunastu graczy z każdej drużyny ustawiało się na boisku, sędzia gwizdał, wtedy oni wszyscy w siebie wbiegali, podstawiali sobie nogi, przygniatali się nawzajem do ziemi, przewracali się i utrudniali innym poruszanie się na wszystkie możliwe sposoby. Gdzieś tam jeszcze była piłka, którą należało rzucić w odpowiednie miejsce (sama nie wiem jakie), aby zdobyć punkt. Generalnie do jakieś 10 sekund rozbrzmiewał kolejny gwizdek, zatrzymywano grę i zegar, aby zawodnicy znów ustawili się na boisku i ponownie wykonywano wszystkie opisane wcześniej czynności. W niektórych momentach gry tłum zrywał się z trybun i zaczynał wrzeszczeć, co oznaczało, że któremuś z zawodników udało się nie zostać poturbowanym i dobiec we wskazane miejsce, rzucając piłką o ziemię.



Podczas przerwy w połowie meczu wystąpiły orkiestry oraz zespoły taneczne z obu szkół. To była jedyna ciekawa rzecz podczas całego meczu. Orkiestry zrobiły na mnie duże wrażenie, w każdej było co najmniej sto osób, może i dwieście, a ludzie grali na przeróżnych instrumentach, od potężnych cymbałów do gigantycznych trąb, których nazwy nie znam. Do tego cały czas się ruszali i tańczyli, orkiestra z Georgetown zatańczyła do piosenki Happy, co mi się bardzo podobało i na pewno było to coś niecodziennego, co warto było zobaczyć, choćby jako część amerykańskiej kultury.
Orkiestra i tancerki z Georgetown


Nasza orkiestra i Highsteppers
Mecz ciągnął się w nieskończoność, w ramach zabijania nudy grałyśmy z Mirabelle na telefonie i robiłyśmy zdjęcia. Sfotografowałyśmy między innymi mnie, kiedy prawie spałam na trybunach:


O 22:30 host mama, która siedziała w sektorze dla rodziców na samym dole, ponieważ Sam nie mógł wjechać wózkiem inwalidzkim wyżej, napisała do Mirabelle SMSa "Are you having fun?" Mirabelle pokazała mi tego SMSa i wspólnie ustaliłyśmy, co napiszemy. Końcowa wersja wyglądała mniej więcej tak: "We're so tired, we are bored and we don't understand the game! It's so late!" Prawie płacząc ze śmiechu, wysłałyśmy wiadomość, po czym Lynne odpisała, żebyśmy zeszły do niej, Johna i Sama na dół. Wysłałyśmy wiadomość o treści "ok", po czym ustaliłyśmy wspólnie, co mamy robić. Musiałyśmy przecież upewnić się, że hości nigdy więcej nie wezmą nas na mecz! O jeny, chyba nigdy się tak nie wynudziłam, całe szczęście, że siedziałam z Mirabelle. Dochodząc do hostów słaniałyśmy się jak zaspane zombie, ziewałyśmy non stop i opierałyśmy się ze "zmęczenia" o barierkę, kiedy tylko się dało. A kiedy Mirabelle ziewnęła długo i bardzo przekonująco, przybiłam jej potajemnie piątkę. Nigdy więcej nie mam zamiaru iść na mecz futbolu. Dobrze, że jestem w Texasie, bo mimo 23:00 godziny było prawie 30 stopni, więc przynajmniej nie było nam zimno.

SETNY POST!!! Polski, polski wszędzie!

Dzisiaj w szkole było bardzo ciekawie :) Na US History oglądaliśmy filmiki na youtube, które pokazywały czasy Gilded Age, potem pisaliśmy quiz z całego działu z tej epoki i chyba poszło mi nawet nieźle. Na tej lekcji nie robimy żadnych notatek, nie mamy zadań domowych, za to na lekcji dostajemy mnóstwo kserówek z zadaniami, robimy prace w grupie itp. Na przykład wczoraj nasz nauczyciel poprzestawiał wszystkie ławki tak, że tworzyły trzy piramidy ustawione czubkami do siebie. Przed wejściem do klasy każdy z nas dostał karteczkę, kto jest kim, i na podstawie tej informacji mieliśmy pogadać z ludźmi i usadowić się w odpowiednim miejscu. W jednej piramidzie siedzieli rodowici Amerykanie z politicial bossem na czubku piramidy i podwładnymi w kolejnych warstwach, w drugiej piramidzie byli imigraci z Włoch, w trzeciej z Irlandii, również usadowieni według hierarchii. W ten sposób omawialiśmy problemy imigrantów przybywających do USA w XIX wieku :D

Na matematyce nauczyciel oddał quizy i dostałam 92%, także jest bardzo dobrze. Ocenił też zadania domowe, potem wyświetlał nam filmiki na youtube uczące zapisywania dziedziny i zbioru liczb w funkcjach (nie pamiętam już, jak to się fachowo nazywało po polsku). Tutaj nauczyciele mało piszą na tablicy, za to na każdej lekcji używają projektorów i 70% lekcji jest prowadzonych za pomocą prezentacji, oni tylko komentują slajdy. Jeśli chodzi o funkcje, to jest sporo różnic między Ameryką a Polską. Np. w polskiej szkole dziedzina wyglądająca tak: <-9; 6) w USA jest zapisywana tak: [-9, 6), do tego przy nieskończoności nigdy nie pisze się plusa i nie daje się okrągłego nawiasu, tylko kwadratowy, który jest odpowiednikiem tego znaczka: "<". Przez to musiałam poprawiać całe zadanie domowe xD

Na psychologii każdy z nas wychodził na środek klasy (jeden z nielicznych przypadków, kiedy trzeba wyjść na środek) i prezentował swój projekt. Projektem tym był kwadrat z papieru, na którym trzeba było przedstawić siebie na pomocą rysunków, zdjęć, naklejek i wszystkiego innego, co przychodziło nam do głowy. Tutaj pobudzają naszą kreatywność na każdej lekcji, co mi się bardzo podoba :) Niektórzy ludzie mieli bardzo fajne kwadraty i ciekawe pomysły, można się było wiele o nich dowiedzieć. Jedna osoba mówiła, że bardzo ceni rodzinę i uwielbia swoją czteroletnią siostrę, inna gra na skrzypcach i lubi piec, kolejna gra na gitarze i ma swój zespół itp. itd. Jeden chłopak powiedział nam, że jest homoseksualistą i nikt się z niego nie śmiał ani nawet nie szepnął uwagi do osoby z ławki obok, jedna dziewczyna przyniosła ubrania, które projektuje i stwierdziła, że są świetne, a inny chłopak przez całą prezentację swojego kwadratu kręcić na palcu latającym talerzem. I każdy po zakończeniu prezentacji dostawał gromkie brawa, naprawdę głośne :) Bardzo mi się podobał ten projekt, to, że mogliśmy wyrazić siebie i to, że mogliśmy zobaczyć, że każdy z nas jest kimś wyjątkowym, a nie tylko kolejnym uczniem w klasie i nazwiskiem w dzienniku. Nawiasem mówiąc, tu nie ma dzienników, wszystko jest w komputerze, a nauczyciele czasami siedzą po turecku na biurku, kiedy sprawdzają obecność :D

Na teatrze było genialnie xD Pisaliśmy mity o tym, jak powstał świat. Jedna grupa miała coś takiego "było sobie słońce, które wybuchło, i tak powstaliśmy my" hahaha, to było genialne xD Moja grupa miała bardziej rozbudowaną historię, zaczęliśmy od wybuchu czarnej dziury (pomysł oczywiście mój xD). Na następnej lekcji będziemy pisać scenariusze na podstawie tych mitów i przygotowywać przedstawienie. Do tego każda grupa była wymyślonym przez siebie plemieniem i mieszkała w wymyślonym przez siebie miejscu. My wybraliśmy las. Trzeba było opisać to miejsce za pomocą 9 prostych obrazków, po 6 skończyły nam się pomysły, więc zaproponowałam leśniczego, ale nikt nie wiedział, kto to jest, więc zaczęłam tłumaczyć. Potem przyszedł nasz nauczyciel i powiedzieliśmy mu o leśniczym, zapytaliśmy też, czy wie, jak to jest po angielsku. Nie wiedział, więc poprosił mnie, żebym mu powiedziała jak to się mówi po polsku i wpisał to w google. Wyszło mu coś takiego: "leschnicie" Myślałam, że padnę, jak to zobaczyłam, hahahaha :D Przeliterowałam mu "lesniczy", weszliśmy na wikipedię i przetłumaczyliśmy stronę. Mission completed. Nauczyciel powiedział mi, że zna kilka słów po polsku, pierwszego nie pamiętam, natomiast dalej rozmowa szła tak:
Nauczyciel: Ok, I have some more. Kon?
Ja: It's "koń". But you were close :)
N: Ok xD Kocham cie?
J: Tak! (tu biję brawo xD) To zna... I mean, yes!
Hahaha, moja reakcja po polsku xD Często zdarza mi się odruchowo powiedzieć coś po polsku, najgorzej było przez pierwsze 2 dni, potem ustało, a ostatnio znów powraca xD

Na anatomii robiliśmy banany i marchewki z play-doh, a następnie kroiliśmy je jak na operacji, wzorując się na opisach ze specjalistycznym anatomicznym słownictwem oraz wbijaliśmy wykałaczki w powstałe segmenty, również według specjalistycznych instrukcji. Poza tym mieliśmy test z prefixów, czyli takich cząstek przed wyrazami, które wskazują na ich znaczenie, np. brachy- znaczy "krótki", do tego musieliśmy podać przykład wyrazu, w tym przypadku brachydactylism (cokolwiek to jest, kojarzy mi się z daktylami, tak więc zapamiętałam to jako "krótkie daktyle" xD nowa odmiana, hahaha). Mieliśmy dziesięć takich prefixów do nauki, co tydzień będziemy dodawać 5 do naszej listy i co tydzień będzie z tego quiz, nauczycielka wybierze 5 losowych prefixów.

Na angielskim mieliśmy quiz z kolejnego słownictwa, które tym razem było trudniejsze, np. benevolent, bias, beguile, ale chyba mam 100%. Potem mieliśmy quiz z trickster tales, czyli indiańskich opowiadań, które ostatnio przerabialiśmy, to mi poszło trochę gorzej, bo był niezapowiedziany, ale wystarczyło słuchać na lekcji, żeby mieć dobry wynik, a ja słuchałam. W ogóle tu wszyscy słuchają nauczyciela i są zainteresowani przedmiotem, nikt nie gada, nie wygłupia się i nie przeszkadza. A potem... uwaga, uwaga... potem nadeszła pora na... kolorowanki! Tak, kolorowanki w liceum! Kolorowaliśmy zwierzęta z indiańskimi wzorami na futrze/piórach. Ja pokolorowałam sowę na niebiesko z zielonymi elementami xD Kolejne pobudzanie kreatywności + na bank nie zapomnę tej lekcji, więc chyba jednak miała jakiś cel :)

Na "biznesie" nauczycielka dostała w końcu komputery dla wszystkich, ja zostałam jako jedyna na środku klasy, bo ją zmieniam na tańce. Byłam dziś w sekretariacie i tym razem powiedzieli mi, że zmienią, mam tylko nadzieję, że zrobią to szybko. Więc czytałam na lekcji książkę (hahaha, typowe xD), podczas gdy inni opanowywali podstawy Worda 2010. Lubię tą lekcję, zazwyczaj odrabiam na niej zadanie i czytam książki :)

Wieczorem poszliśmy na mecz futbolu, ale o tym w następnym poście, który mam zamiar napisać jutro rano, bo w Teksasie dochodzi północ i padam z nóg.

Balet

Wczoraj wróciłam do domu prawie o dziesiątej, więc nie miałam czasu napisać bloga. W tym poście opiszę wczorajszy dzień, relacja z dzisiaj będzie w następnej notce.

W szkole nie miałam żadnego testu, co jest rzadkością, bo praktycznie codziennie sprawdzają tu naszą wiedzę, na szczęście w mniej brutalne sposoby niż w Polsce. Quizy są bardzo łatwe (z wyjątkami), do połowy z nich nie trzeba się w ogóle uczyć, wystarczy słuchać na lekcji. Co więcej: jeśli się nie słucha na lekcji, to nie da się nauczyć tych informacji w domu, bo ich po prostu nie ma ani w książce, ani nigdzie. Nauczyciele tutaj nie pytają, a jak opowiadam ludziom, że w Polsce jest coś takiego jak odpowiedź na środku klasy (który wcale nie jest środkiem, ale mniejsza z tym), to wybałuszają oczy i stwierdzają, że nie przeprowadzą się do Polski xD Na lekcjach nauczyciele zadają pytania tylko do wszystkich osób na raz, a kto chce coś powiedzieć, ten podnosi rękę. Wyjątkiem jest matematyka, gdzie nauczyciel pyta każdego po kolei o kolejne zadanie/przykład, ale w sumie to dobrze, bo jak się czegoś nie rozumie, to od razu wytłumaczy nam wszystko, aż zrozumiemy. W ogóle tutaj ludzie nie boją się mówić, że nie rozumieją, a nauczyciele są chętni wszystko wyjaśniać i bardzo się cieszą, kiedy zadajemy pytania. Np. moja nauczycielka psychologii podziękowała mi za pytanie, czego powinnam się nauczyć na sprawdzian :)

Po szkole odrobiłam zadanie, a o 6:30 pojechałam z Kaeleigh na tańce. Tym razem była to technika, czyli trochę baletu, trochę jazzu, trening trwał dwie godziny. Zatrudnili nową nauczycielkę, która pokazywała wszystko tak szybko, że tylko doświadczona baletnica byłaby w stanie zrozumieć, co powinna zrobić. Wszystkie stałyśmy przy drążku do baletu, a ona pokazywała nam jakąś kombinację, używając terminologii baletowej (którą częściowo znam, ufff...), do tego robiła to w przyspieszonym tempie i tylko raz. Tak więc w ciągu dziesięciu sekund miałam zrozumieć i zapamiętać, co mam zrobić. Niewykonalne. Nie będę chodzić więcej na te zajęcia, bo to nie ma sensu. Próbowałam za nią nadążać i całkiem nieźle mi szło, ale przecież nie o to chodzi. Chodzi o to, żeby wypracować pewne ruchy i wykonywać ćwiczenia świadomie, a nie starać się postawić nogę w taki sposób, jak osoba przede mną, która także nie ma pojęcia, co robi. Stwierdziłyśmy z Kaeleigh, że za tydzień pójdziemy na  jumps and leaps, może tam będzie lepiej :) W ogóle muszę się zastanowić nad tymi tańcami, bo sam dojazd w jedną stronę trwa pół godziny, tańce od półtorej do dwóch godzin, a potem trzeba jeszcze odrobić lekcje i nauczyć się na sprawdziany. Do tego kluby w szkole mają spotkania po lekcjach, może zamiast tańców zapiszę się do jakiegoś klubu. Muszę przejrzeć ich listę na stronie szkoły, może znajdę coś dla siebie, bo wybór jest podobno ogromy.

czwartek, 4 września 2014

Jak upiec ciastka po amerykańsku

Witajcie :)

Dzisiaj w szkole miałam aż 3 quizy! W Ameryce nie ma zasad w stylu "3 sprawdziany w tygodniu", "1 sprawdzian dziennie" itp. Możemy mieć quiz czy też test na każdej lekcji, a nauczyciele mogą zadać nam tyle zadania, ile im się żywnie podoba. Co nie znaczy, że tak robią :) Zazwyczaj na odrobienie zadania mamy kilka dni, czasem ponad tydzień, więc bez problemu możemy sobie rozplanować pracę.

Pierwszy quiz miałam z algebry, powtarzaliśmy poprzedni quiz, który podobno poszedł źle, ale jestem pewna, że mi akurat poszedł dobrze. Dzisiejszy też udało mi się rozwiązać, nie zrobiłam tylko jednego działania. Drugi quiz był z psychologii i był bardzo trudny, nie wiem, co z niego dostanę, ale raczej nie A. Samo słownictwo sprawiało mi trudność, bo było bardzo szczegółowe i specyficzne, do tego nauczenie się na pamięć wszystkich szkół psychologii i ludzi z nimi powiązanych - coś strasznego! Na szczęście pytania były A B C D E, więc coś na bank mam dobrze xD Trzeci quiz był z Theatre Arts, nasz nauczyciel codziennie w tym tygodniu każe nam pisać quiz z tego samego materiału, który na szczęście jest do opanowania w pół minuty. Mamy wiedzieć np. jakie są trzy niezbędne elementy teartu (aktor, publiczność i miejsce do występowania) i kilka innych banałów :) Po quizie robiliśmy ćwiczenia na scenie a następnie oglądaliśmy filmiki z youtube na ted.com (polecam). Na angielskim dostaliśmy kolejne słówka do opanowania, tym razem zaczynające się na literę B, mamy w domu znaleźć definicje, a w piątek będzie z tego quiz. Omawialiśmy też stworzenie świata według Indian (kobieta na grzbiecie żółwia, czy coś w tym stylu), w książce mieliśmy tekst i śledziliśmy go wzrokiem, a lektor z komputera czytał nam opowiadanie :)

Po szkole pojechałam z host mamą i siostrami do Walmartu, kupiłyśmy jedzenie, a Mirabelle kupiła sobie bluzki do chodzenia po domu. Opowiedziałam im historię o jedzeniu z McDonalda, kiedy to pojechałam z tatą w góry i w ramach eksperymentu zostawiliśmy jedzenie ze "Złotych Łuków" w lesie na jedną noc (chickenbox, o ile dobrze pamiętam). Po upływie tego czasu wróciliśmy w to samo miejsce, a zaobserwowane zjawisko odmieniło moje życie xD Otóż pudełka z jedzeniem były nadgryzione, ale jedzenie pozostało nietknięte, nawet mrówki po nim nie chodziły ani muchy nie siedziały, a leżał tam między innymi otwarty sos słodko-kwaśny! Skoro zwierzęta, które muszą polować i niekiedy głodować, nie chciały tego jeść, a nadgryzły pudełka (pudełka!!!), to wątpię, żeby to "jedzenie" miało cokolwiek wspólnego z czymś, co powinniśmy wkładać do żołądka.

Po powrocie z Walmartu, gdy otworzyliśmy garaż, wyszedł z niego gigantyczny czarny robal grubości palca i długości dłoni, z długimi pomarańczowymi nogami w ogromnej ilości i czerwonymi czułkami. Nienawidzę robali! Na sam jego widok chciało mi się rzygać. Host mama mówiła mi, jak się nazywał, ale już zapomniałam. Wolę nie szukać go w Google Grafice, bo mogę trafić na gorsze robactwo, lub, co gorsza, jeszcze mi się ów stwór przyśni. Cieszcie się, że mieszkać w Kraju Wolnym Od Robali, bo tutaj mają mnóstwo dziwacznych gatunków. Nie patrząc na to obrzydlistwo weszłam do domu, jakimś cudem zjadłam obiad, a potem odrobiłam lekcje.

Później Kaeleigh zaczęła piec ciasteczka na mecz futbolu. Zrobiła je na sposób "instant", charakterystyczny dla kraju za Wielką Kałużą. To znaczy: wyjęła z reklamówki trzy opakowania pianki ciastkowej, przypominające tabliczki czekolady wielkości zeszytu A5 grubego na 1,5cm, którą kupiła w Walmarcie. Ta beżowa pianka z kawałkami czekolady była już pokrojona w kostkę, wystarczyło tylko rozdzielić ją nożem, ułożyć tak powstałe kostki na blasze i włożyć do piekarnika. Spróbowałam tych ciastek i nie mają nic wspólnego z domowymi wypiekami, więc nie rozumiem, jaki był sens piecznia. Nie łatwiej po prostu kupić gotowe ciastka? Tak... Amerykanie... czasami nie mogę ich rozgryźć... xD Potem pogadałam z host mamą o zmianie mojego planu lekcji (dalej go nie zmienili! grrr...), teraz piszę bloga (odkrywcze xD), a jak skończę, mam zamiar poczytać książkę i pójść spać o dziesiątej, w przeciwnym razie jutro w szkole będę półmartwa. A jak tam u was w polskiej szkole? Macie już coś zadane? My mamy zadania domowe od pierwszego dnia :D

środa, 3 września 2014

Akrobatyka

Dzisiaj w szkole nie robiliśmy nic specjalnego, za to jutro mam quiz z pierwszego rozdziału z psychologii, który pewnie będzie trudny bo materiał zawiera mnóstwo teorii wprowadzającej do psychologii, np. definicje trzydziestu szkół i gałęzi psychologii, także muszę się dzisiaj jeszcze trochę pouczyć. Zero czasu na czytanie książek, nie mogę tego przeżyć! Normalnie czytam jedną lub dwie książki na tydzień, teraz mam nadzieję, że uda mi się przeczytać choć jedną na miesiąc. Jutro mam też quiz z algebry, ale nim akurat nie muszę się przejmować, ponieważ piszemy jeszcze raz poprzedni quiz z factoringu, dlatego że większość osób oblała, bo temat był naprawdę trudny. Ja miałam coś podobnego w Polsce, więc akurat mi dobrze poszło ostatnim razem, a nauczyciel wpisze tylko wyższą ocenę, więc równie dobrze mogę jutro dostać F (nie sądzę, ale teoretycznie mogłabym :D).

Ze szkoły wróciłam o 16:30, o tej godzinie szkolny autobus zatrzymuje się przez moim domem. Mirabelle usnęła podczas jazdy, a ja w ostatnim momencie ją obudziłam, żeby się ogarnęła i wysiadła, i zrobiłam to tak odruchowo, że powiedziałam do niej po polsku "będziemy zaraz wysiadać" xD To było epickie, hahaha :D Ale chyba się nie kapnęła, bo była strasznie zaspana.

Po szkole pojechałam razem z Kaeleigh na tańce, dzisiaj były zajęcia z akrobatyki. Po wejściu do domu miałam jakieś 3 minuty, żeby się spakować, ogarnąć i coś zjeść. Skończyło się na tym, że jedzenie wzięłam do samochodu :D Na akrobatyce było bardzo fajnie, większość ćwiczeń potrafiłam zrobić, nawet jedna dziewczyna powiedziała mi, że jestem na bardzo zaawansowanym poziomie, co było mega miłe, ponieważ ćwiczenia, które wtedy wykonywaliśmy, nauczyłam się sama w domu :D (stanie na ramionach, jeśli ktoś kojarzy). Były też ćwiczenia, które pierwszy raz w życiu widziałam na oczy i nie umiałam ich zrobić, do tego były dość ekstremalne. Na końcu robiliśmy salta machowe (gwiazdy bez rąk) i Kaeleigh powiedziała mi, że już to umiem, wystarczy żebym nie stawiała rąk na ziemi i mi się uda. Łatwo powiedzieć, trudniej zrobić. To naturalny odruch mający utrzymać mnie przy życiu!

Po powrocie do domu trochę się pouczyłam, później obejrzałyśmy z Kaeleigh nowy odcinek Dance Moms i teraz piszę bloga :) Ten post nie będzie długi, bo w zasadzie nie robiłam dzisiaj nic nowego, poza tym muszę się jeszcze pouczyć. Do zobaczenia jutro!

wtorek, 2 września 2014

Lubię poniedziałki

1 września w USA to Labor Day, mamy wtedy wolne od szkoły :) Pytałam się Lynne, co właściwie świętujemy w tym dniu, ale nie wiedziała xD Dopiero z bloga któregoś z wymieńców dowiedziałam się, że to jest amerykańskie święto pracy. Nie przyszło mi do głowy, żeby skorzystać z dobrodziejstw XXI wieku i zapytać ciocię Wikipedię, ale nic nie stoi na przeszkodzie, żebyście wy tego nie sprawdzili.

Rano poskypowałam z Adą, przyjaciółką z Polski, przy okazji nabijając się z faktu, że w Polsce dziś jest pierwszy dzień szkoły :D Buahahaha!!! Moja droga klaso z liceum, powodzenia na biol-chemie, przyda wam się. Po długiej rozmowie zeszłam do kuchni z burczącym brzuchem i wyjęłam naleśniki z jednej z trzech lodówek hostów, każda zapełniona do granic możliwości, aczkolwiek gdyby ktoś zapytał mnie, co jest w środku, to nie wiem. Wszystko i nic. Mnóstwo jedzenia, którego nikt nie je, a oni i tak jeżdżą co parę dni na zakupy i kupują pełny koszyk żarcia. Wracając do naleśników: smakowały całkiem nieźle, może nie tak jak powinny, ale były w miarę dobre, tyle że jakieś takie suche i łamliwe. Jednego zjadłam z masłem orzechowym - amerykańską specjalnością - i muszę powiedzieć, że był dobry. To masło ma specyficzny smak, w Polsce jadłam je daaaawno temu, wtedy mi nie smakowało, ale teraz je lubię. Jest mega zamulające, skleja szczęki bardziej niż krówka ciągutka. Polecam spróbować w ramach eksperymentu, tylko nie zjedzcie całego słoika za jednym zamachem, bo to smarowidło ma 700 kcal na 100g. Konkuruje chyba tylko z majonezem.

Potem pojechałam na zakupy (tak, kolejne zakupy!) z host tatą, Mirabelle i Samem. Najpierw pojechaliśmy do H-E-B, czyli takie miejscowe Tesco, które jest tylko w Teksasie. Mirabelle kupiła przybory szkolne i trochę jedzenia, w sumie wydała 40$, choć miała tylko trochę słodyczy. Jedzenie w USA jest drogie, trzy razy droższe niż u nas, dlatego ja nic nie kupuję. Mam lepsze rzeczy, na które mogę wydać kasę, poza tym z domu hostów mam tyle jedzenia, że do końca życia mogę nie chodzić głodna. Następnie pojechaliśmy do Cabelo's, w którym byliśmy w czwartek z Kaeleigh. To jest ten sklep z akcesoriami do polowania, wędkowania i bronią. Jako dekorację mają tam wypchane zwierzęta, głównie takie z kopytami i porożem xD choć widziałam też niedźwiedzia polarnego i wiewiórkę. Przy kasach rozdają orzeszki w karmelowej polewie, które uwielbiam. John kupił w tym sklepie naboje, aby polować na ptaki ze swoim przyjacielem Johnem (John to najpopularniejsze imię w USA), oraz jakieś patyki, na których będą te ptaki smażyć, piec, czy coś w ten deseń. Ja pokazałam sklep Mirabelle, która była tu pierwszy raz. Przy kasie spotkałam jakąś panią, która po krótkiej rozmowie powiedziała mi, że też chciałaby gościć exchange studenta, więc dałam jej numer do mojej koordynatorki :)

tego nie ogarniesz xD
byłam, widziałam, potwierdzam


Uprzedzam, że tak bywa! Tyle że opakowania są pełne...

Jak wróciliśmy do domu, odkurzyłam całą górę już naprawionym odkurzaczem Kirby. Tydzień temu zauważyłam, że odkurzacz nie działa prawidłowo, a że mam taki sam w domu i tato nauczył mnie wiele na jego temat, to odkryłam, że brakuje jednej części, która była bardzo ważna. Nie wiem, jak obi mogli się nie kapnąć wcześniej, przecież bez tego odkurzać prawie nie odkurzał -,- To znaczy odkurzał, ale tylko małe drobinki, wszystkie większe śmieci zostawały na podłodze. Dzisiaj jak pierwszy raz uruchomiłam już sprawnego Kirby, to podczas odkurzania jego wnętrze aż trzeszczało i szeleszczało od dużych śmieci na dywanie. Gołym okiem nie dało się ich zauważyć, bo całe piętro jest pokryte długowłosym dywanem. Teraz jestem na etapie szukania z host tatą końcówki do kurzów, którą gdzieś zgubili. Byliśmy z tym celu nawet na strychu i stwierdzam, że mają tam saunę. Szczotki nie znaleźliśmy, za to byłam cała mokra z gorąca. Oto Teksas :) Potem wyniosłam z mojego pokoju wszystkie kartony ze starymi ubraniami, które Lynne miała posegregować od mojego przyjazdu, ale jakoś tego nie zrobiła -,- Miałam już dość pudeł zagracających mój pokój, więc osobiście się nimi zajęłam, jak zresztą doradziła mi wczoraj Leah :)

Potem odrobiłam zadanie domowe, co zajęło mi ponad godzinę. Amerykanie mają dużo zadania, ale jest ono proste i utrwala materiał z lekcji. Każdy jest w stanie sam je zrobić, bardzo często trzeba użyć do tego komputera. Kolejnym plusem tutejszej szkoły jest to, że nauczyciele nie pytają, a jak powiedziałam kilku osobom, że w Polsce istnieje coś takiego i dostanie piątki często graniczy z cudem, to szczęki im opadły. Dobrze, że w USA nikt nie wpadł na tak fatalny pomysł jak odpowiedź na ocenę, dzięki temu szkoła nie jest stresująca. Nawet testów nie trzeba się bać, bo większość pytań jest łatwa, a odpowiedzi A B C D. Wystarczy słuchać na lekcji i odrabiać zadania, a wie się wszystko. No, są pewne wyjątki, na przykład obawiam się lekko testu z psychologii, ale opiszę go, jak już go napiszemy :)


poniedziałek, 1 września 2014

Najlepszy dzień w moim życiu!

Eksperymenty chemiczne, błądzenie po pustkowiach Teksasu, setki przejechanych kilometrów, konsumpcja żabich udek, Oreo w najróżniejszych smakach i banan na twarzy, który nie znika mimo później godziny to perfekcyjne podsumowanie dzisiejszego dnia. Spędziłam go po prostu fantastycznie :D

Rano postanowiłam zrobić polskie naleśniki, ale host mama zamiast pokazać mi normalną mąkę, dała mi dziesięć innych. Wśród tego niecodziennego zbioru była między innymi mąka kokosowa, której zdecydowałam użyć, ponieważ jako jedyna wydawała mi się jadalna i nie smakowała jak stara fasola. Mleka od krowy też nie było, więc użyłam migdałowego, a jeśli chodzi o jajka, to amerykańskie są zupełnie inne niż polskie. Wszystkie te składniki wymieszane razem dały mieszankę wybuchową, która nijak nie przypominała ciasta na naleśniki. Zapomniałam wspomnieć, że nie mają tu także żadnego normalnego oleju, co dodatkowo pogorszyło i tak już fatalny eksperyment. Pierwszy naleśnik był gruby na kilka milimetrów, jego kształt odbiegał od koła tak bardzo, jak to tylko możliwe, do tego nie chciał się odkleić od patelni ani usmażyć na sucho. I popękał. Czy mogło być gorzej? Oczywiście, że tak :D Czytajcie dalej.

Lynne, widząc moje zmagania z Tajemniczą Mieszanką, przyłączyła się do eksperymentu. Przeczytała kilka przepisów w internecie, dodawała po kolei różne składniki do ciasta (okazało się, że jednak mają normalną mąkę -,-) i próbowała je uratować. Po dodaniu mąki, mleka, jajka, gumy ksantanowej i paru innych rzeczy, których nazwy nie zapamiętałam, naleśniki zaczęły przypominać to, czym powinny być. Każdy kolejny wyglądał lepiej i tym sposobem w końcu powstał jadalny stos naleśnikowy. Co prawda owe naleśniki były o połowę mniejsze od naszych z powodu braku cywilizowanej patelni, smakowały inaczej przez dodanie zupełnie innych składników, a ich powierzchnia była w nieregularne paski zamiast w kropki. Nie dotrwałam do końca eksperymentu, ponieważ przyjechała do nas koordynatorka, żeby zabrać mnie, Mirabelle, Jimin - exchange studentkę z Korei i Martę z Hiszpani na wycieczkę. Host mama pozostała w laboratorium chemiczno-kuchennym, próbując sprayować patelnię tym ichniejszym masłem w sprayu, co stanowczo jej odradziłam po pierwszej, katastrofalnej, próbie.

Koordynatorka Leah, która pierwotnie miała być moją host mamą, zabrała nas do wsi oddalonej gdzieś godzinę drogi od Kyle, żeby spotkać się z nową exchange studentką w naszym regionie. Siedziałam z przodu jej wielkiego samochodu, Mirabelle, Marta i Jimin siedziały za nami, a na samym tyle siedziała dziesięcioletnia córka Leah - Realynne. Kruzowanie po szerokich drogach Teksasu było cudowne! Mogłam przełączać radio na co tylko chciałam i przez całą drogę gadałam z Leah, przy okazji podziwiając zniewalające widoki na wielkie lasy, wzgórza i wzniesienia pełne kaktusów z opuncjami. GPS wyprowadził nas w pole i przez 30 mil jechałyśmy w kompletnie przypadkowym kierunku, co w sumie było fajne, bo mogłam zobaczyć więcej pięknego teksańskiego krajobrazu. Zatrzymałyśmy się na punkcie widokowym na jednym z wyższych wzgórz, widok dosłownie zwalał z nóg. Teksas jest cudowny! Wszyscy zrobili zdjęcia telefonami, więc ma kilka :)
Mirabelle, ja, Jimin, Realynne i Marta

jeden z widoków :)
Po długim jechaniu w randomowym kierunku i kruzowaniu przez lasy oraz pola dotarłyśmy do celu. Dom hostów tej dziewczyny z Hiszpanii był wielki i cudowny, a ich działka przeogromna. Serio, wielka jak sto dużych działek w Polsce. Weszłyśmy do środka i tam też było ekstra, typowy dom z Teksasu, jakie można zobaczyć na filmach. Do tego ci ludzie mieli konie, kilka wielkich pick-upów i basen. Basen!!! Leah stwierdziła, że skądś kojarzy tego host tatę, może był jakimś graczem baseballu albo kimś sławnym, nie była pewna. Marta i ta dziewczyna obie były z Hiszpanii i gadały po hiszpańsku, a ja jestem z siebie dumna, bo byłam w stanie zrozumieć kilka zdań xD Po wyjechaniu z ich posesji wszystkie zachwalałyśmy ich dom, był po prostu wspaniały. Dużo drewnianych elementów, wielka kuchnia, skóry zwierząt, duże okna. Ta dziewczyna naprawdę ma szczęście, że trafiła do takiej rodziny :)

Zatrzymałyśmy się na stacji benzynowej, żeby iść do łazienki i kupić coś do jedzenia. Ja zabrałam z domu batona musli i krakersy z masłem orzechowym, więc nic nie kupowałam, Mirabelle za to kupiła Mentosy o jakimś dziwnym smaku, nie pamiętam jakim, w każdym razie nie ma ich w Polsce ani w Chinach. Na półce widziałam całe mnóstwo słodyczy, których nie ma u nas, między innymi M&M's z masłem orzechowym oraz o smaku Birthday Cake, tik-taki cynamonowe i Twinkies (kto oglądał Zombieland, ten powinien kojarzyć to ostatnie xD).

Potem znowu trochę pobłądziłyśmy, naszym celem była restauracja. W drodze do jakiegoś miasta przejeżdżałyśmy koło bardzo płytkiej rzeki, w której była cała masa płaskich skał i postanowiłyśmy się tam zatrzymać, ponieważ to miejsce było fantastyczne. Było tam kilka rodzin i ludzie się kąpali, Leah obiecała zabrać nas tam kiedyś jeszcze raz i zorganizować piknik. Wyglądało tak:


akrobatyka zawsze i wszędzie!
Ja i Marta :)

Ja i Leah :D
Woda w rzece była ciepła,  powiedziałabym, że w temperaturze ciała! Puszczałyśmy kaczki, robiłyśmy zdjęcia, w ogóle było dużo śmiechu i świetnie się bawiłam. Na dnie leżały muszelki podobne do tych w naszym morzu, tyle że było ich z milion i niektóre były czarne. Wzięłam kilka na pamiątkę. Mirabelle stała na brzegu, bo miała spodnie 3/4 i nie chciała ich zamoczyć, mimo że był upał prawie 40 stopni i i tak by zaraz wyschły, tak samo jak spodnie Leah. Za to Marta poślizgnęła się na skale i przewróciła się, a cała jej sukienka była mokra. W ręce trzymała telefon, który trochę się zachlapał, ale dalej działał :) Zostałyśmy w tym miejscu jeszcze jakiś czas, żeby ubranie Marty się wysuszyło, potem wsiadłyśmy do samochodu i ruszyłyśmy w trasę przez szerokie teksańskie szosy.

Zatrzymałyśmy się w miejscowym supermarkecie, ponieważ Marta musiała kupić ryż, żeby wsadzić tam swój mokry telefon (ryż wchłania wodę, jakby ktoś nie wiedział ;D). Zatrzymałam się przy półce z różnymi smakami ciastek Oreo, które ubóstwiam, i kiedy Leah to zobaczyła, to natychmiast wzięła wszystkie paczki na spróbowanie :D Uwielbiam ją, jest z nią mnóstwo śmiechu i wygłupów, wiecznie żartuje i ma uśmiech na twarzy, do tego powiedziała mi, że jak mi nie zmienią planu lekcji, to sama tam pojedzie i im rozkaże, żeby mi zmienili, bo to jest mój exchange year i mam mieć a lot of fun :) Na dodatek powiedziała, że możemy z dziewczynami wybrać jakiekolwiek miejsce i możemy tam pojechać :) Wracając do ciastek Oreo, kupiłyśmy 3 smaki: Cookie Dough, z masłem orzechowym Reese's i czekoladą, białe z podwójnym nadzieniem. Te pierwsze były najlepsze, opychałam się nimi z Realynne, bo jej też smakowały najbardziej xD





Później pojechałyśmy do chińskiego bufetu, czyli takiej restauracji, w której za 10$ można jeść do woli. Mieli tu mnóstwo rodzajów kurczaka, mięsa w ogóle, chińskiego żarcia i trochę słodkich rzeczy, a nawet maszynę z lodami. Przeszłam między każdym ze szwedzkich stołów i wzięłam wszystko, bo nie mogłam się zdecydować na nic konkretnego :D Najadłam się do syta, spróbowałam między innymi krewetek (o dziwo nigdy wcześniej ich nie jadłam i okazały się nawet dobre) oraz żabich udek, które smakowały po prostu jak kurczak (i tak wolę kurczaka xD). Potem wszyscy poszli drugi raz, tym razem żeby nałożyć sobie słodkich rzeczy, więc poszłam razem z nimi, bo chciałam wszystkiego spróbować. Mieli tu budyń, owoce, banana w galaretce i parę innych rzeczy, wzięłam wszystko xD Potem poszłam trzeci raz, bo się okazało, że ominęłam jeden stół ze słodyczami xD A potem poszłam jeszcze raz, kiedy Realynne oznajmiła, że mają tu także maszynę do lodów :DDD Myślałam, że pęknę po tym jedzeniu xD Na koniec dostałyśmy ciasteczka z wróżbą, a moja brzmi tak: Niespodziewane wydarzenie przyniesie ci dużo bogactwa. Trzymam cię za słowo, moje drogie Ciastko!

Okazało się, że kelnerki w restauracji były z Chin, więc Mirabelle pogadała z nimi po chińsku, a wtedy Leah próbowała naśladować ich mowę, przez co o mało co nie zwymiotowałam ze śmiechu xD Do tego Leah zrobiła Jimin masę zdjęć, ponieważ ta powiedziała, że nie lubi, gdy się jej robi zdjęcia :D Potem wszystkie śmiałyśmy się z tych zdjęć, nie były to tylko zdjęcia Jimin, ale wszystkich, i niektóre z nich po prostu powalały na kolana. Nie będę ich tu wstawiać, Leah obiecała zostawić je tylko na swoim telefonie :D

Potem pojechałyśmy do więzienia w San Marcos, aby odebrać męża Leah. Spokojnie, on po prostu pracuje tam jako policjant xD Przesiadłam się do tyłu do Realynne, żeby zrobić mu miejsce, i pochłonęłyśmy kolejną porcję Oreo, degustując wszystkie smaki i decydując, który najbardziej nam smakuje. Obie wybrałyśmy Cookie Dough :) Leah pokazała nam także uniwersytet w San Marcos, po czym pojechaliśmy z powrotem do Kyle, a kiedy dojechaliśmy do domu, była już noc.

Podsumowując: zjadłam gazilion kalorii, przejechałam kilkaset kilometrów, prawie wyplułam moje wnętrzności ze śmiechu i bardzo polubiłam Leah. Żałuję, że nie może być moją host mamą, bo jest fantastyczna i jej dzieci są super, wszyscy wiecznie roześmiani. Moja host mama jest dość sztywna i raczej nie rozmawiamy, chyba że chce mi coś ogłosić albo o coś poprosić. Czasem próbuję z nią porozmawiać, ale temat szybko się kończy, a ona nie stara się jakoś tego rozwinąć, na dodatek nigdy nie okazuje żadnego entuzjazmu i prawie się nie uśmiecha. Na przykład jak jej dałam prezenty z Polski to nawet się nie uśmiechnęła. Dużo siedzi na facebooku, gra w gry i udostępnia wegańskie przepisy, z których wciela w życie zaledwie garstkę. Za to host tato jest fantastyczny, bardzo dużo z nim gadam i on zawsze chętnie mi pomaga. Teraz naprawia dla mnie jakiś stary rower, żebym mogła na nim jeździć. No i host siostra jest fajna :)

A to piosenka dzisiejszego dnia, którą uwielbiałam odkąd obejrzałam "Auta", która leci tutaj w radiu bardzo często i kojarzy mi się z podróżowaniem :)