piątek, 19 września 2014

Nocna burza w Teksasie

W nocy przeżyłam największą burzę z piorunami w całym moim życiu. Nie widział burzy ten, kto nie był w Teksasie. Trzaski obudziły mnie o trzeciej w nocy, natychmiast odłączyłam wtyczki z gniazdek, aby mi nie spaliło komputera, po czym z fascynacją przyjrzałam się niebu. Co dwie, trzy sekundy uderzał kolejny piorun, oświetlając świat jak wielki halogen. Najciekawsze jest to, że nie zauważyłam ani jednej błyskawicy, widoczne były tylko oślepiające rozbłyski. Normalnie jak na dyskotece, kiedy światło miga jak szalone. Deszcz walił w szyby, wiatr wiał z ogromną prędkością. Nigdy nie widziałam tak intensywnej burzy.

Dzisiaj przed rozpoczęciem lekcji odwiedziłam bibliotekę szkolną, aby przejrzeć wszystkie działy. Moim celem były książki Roberta Kiyosaki, ale nie tylko. Byłam ciekawa, co też kryje się na półkach w dziale non-fiction. Przez piętnaście minut przeglądałam książki, nie udało mi się zobaczyć wszystkiego, ponieważ biblioteka jest ogromna, jednak znalazłam mnóstwo ciekawych tytułów, które koniecznie muszę przeczytać. Są tu książki o złudzeniach optycznych, gimnastyce, rekordach Guinessa, ciekawostkach o wszystkim, mózgu nastolatków, kosmosie, duchach... generalnie każdy znajdzie tu coś dla siebie. Wypożyczyłam stamtąd "Unofficial Harry Potter Cookbook", tytuł rzucił mi się w oczy i nie mogłam nie zabrać tej książki ze sobą, ponieważ jestem wielką fanką Harry'ego! Jeszcze jej nie przeglądałam, ale może znajdzie się jakiś ciekawy przepis na słodycze z Miodowego Królestwa ;)
Niestety zdjęcie nie chce się przekręcić. Poćwiczcie mięśnie szyi.

Na historii skończyliśmy oglądać film, nie wiem, czy o tym wspominałam, ale oglądaliśmy go w szkolnej sali kinowej. Tak, mamy kino w szkole, co prawda siedzenia nie są tak wygodne, jak w prawdziwym kinie, ale i tak jest świetnie! Przy zakończeniu wszyscy śmiali się do łez, ponieważ główny bohater umarł, jego ukochana się załamała, a kamera odleciała hen, hen daleko (+ standardowo smutna muzyczka), po czym szybko wróciła i bohater się obudził, i wszyscy żyli długo i szczęśliwie. To było epickie xD

Na psychologii oglądaliśmy film o tym, jak rozwija się mózg dziecka od momentu poczęcia. Fajnie było pokazane, jak w czwartym tygodniu ciąży (przynajmniej tak mi się wydaje, nie wierzcie mi na słowo) w tej bezkształtnej "kulce" komórek tworzy się rdzeń kręgowy, dzieląc ją na dwie części, i dopiero z jego końca "wyrasta" mózg, rozwijając się warstwami jak cebula. Neurony podróżują od rdzenia do końca mózgu, każdy z nich wie, dokąd dąży. To jest niesamowite! Uwielbiam dowiadywać się takich rzeczy, kocham amerykańską szkołę za to, że mogłam sobie wybrać przedmioty i cieszę się, że wzięłam psychologię. Jest dużo nauki w domu, ale w szkole dowiadujemy się tylu ciekawych rzeczy, że mogłabym mieć tą lekcję cały dzień.

Dziś dostaliśmy także nasze raporty z ocenami od początku semestru. Nauczyciel rozdając nam je zawsze trzymał kartkę tak, żeby nikt oprócz osoby, której raport dotyczył, nie mógł jej zobaczyć. Sam też na nią nie spoglądał. Tutaj jest powszechnie praktykowane rozdawanie wszelkich dokumentów w taki sposób, włączając w to wszystkie testy i quizy. Mój raport prezentuje się następująco:
Oceny podawane są w procentach.

Na teatrze każda z grup występowała ze swoim przedstawieniem, mogliśmy używać wszystkich rekwizytów, kurtyn i świateł. Namówiłam moją grupę, żebyśmy wystąpiły jako pierwsze. Dziewczyny się zgodziły, przedstawienie wyszło super, po kilku minutach mogłyśmy spokojnie zasiąść na widowni i oglądać zmagania innych. Moim zdaniem zawsze najlepiej jest być pierwszym, wtedy inni są zajęci powtarzaniem swoich scenariuszy i nie patrzą na nas xD

Kiedy wróciłam ze szkoły, czekał już na mnie mój nowy aparat! Uprzedzając kolejne pytania, jest to Samsung Galaxy Camera EK-GC110. Z przodu wygląda jak aparat, z tyłu jak telefon, ma dotykowy ekran i Androida. Zrobiłam już pierwsze zdjęcia, sprawuje się świetnie :) Ma genialny zoom, zrobiłam zdjęcie instrukcji dołączonej do akcesoriów basenowych w ogrodzie sąsiadów i jestem w stanie przeczytać tytuły! Do tego aparat ma wi-fi i automatycznie przesyła wszystkie zdjęcia do Dropboxa.

oto wspomniana wyżej instrukcja

tak wygląda szkolne ID, musimy mieć je na szyi przez cały czas

Tak uroczo powitano mnie na lotnisku :)

czwartek, 18 września 2014

(K)raj dla niepełnosprawnych

Dzisiaj nie robiłam nic nadzwyczajnego, dlatego w tym poście zamiast opisu dnia, napiszę co nieco o osobach niepełnosprawnych w USA. Mój host brat Sam należy do tej grupy: jeździ na elektronicznym wózku inwalidzkim, który prowadzi samodzielnie za pomocą joysticka, nie potrafi mówić, ale rozumie wszystko, co się mówi do niego. Porozumiewa się poprzez kiwanie głową, w ten sposób mówi "tak" lub "nie" i można mu zadawać pytania, na które tak odpowie. Ma również iPada, na którym zapisane są setki zdjęć, Sam opowiada o swoim życiu, przewijając je. Trzeba zgadywać, co przedstawiają, a on zaprzecza lub potwierdza. Jego ręce nie są w pełni sprawne, jednak potrafi pisać na iPadzie. Ma konto na facebooku, umieszcza tam zdjęcia, lajkuje posty, itp. Życie z nim pod jednym dachem spowodowało, że zaczęłam uważniej przyglądać się sprawie osób niepełnosprawnych.

Wniosek? Amerykanie stanęli na wysokości zadania. Pierwsza sprawa, która rzuca się w oczy i aż razi w porównaniu z Polską, to szkoła. Tutaj dzieci niepełnosprawne chodzą razem z nami do szkoły. Zarówno te z zespołem Downa, jak i na wózkach inwalidzkich. Specjalny autobus szkolny podjeżdża pod dom każdego z tych dzieci, winda przenosi do środka tych, którzy samodzielnie do autobusu nie wsiądą. Niepełnosprawni mają kilka opiekunek, które pomagają im w ciągu dnia, prowadząc ich na kolejne lekcje, na lunch, jadąc z nimi w autobusie. Przy każdych drzwiach wejściowych jest przycisk, który wystarczy nacisnąć, aby automatycznie się otworzyły i osoba na wózku mogła wjechać do szkoły. Przy każdych schodach jest podjazd z barierką, a jeśli jest zbyt stromo, obok jest winda. Mogą z niej korzystać także ci uczniowie, którzy złamali nogę czy skręcili kostkę. Niepełnosprawni jedzą lunch w tym samym czasie, co wszyscy inni, mają osobny stolik, gdzie opiekunki pomagają im w wypakowaniu i zjedzeniu tego, co przynieśli z domu, lub w kupieniu lunchu w szkole.

Zaskoczyło mnie także podejście Amerykanów do niepełnosprawnych. W Polsce ludzie odwracali wzrok na widok takiej osoby. Tutaj jest inaczej. W szkole, kiedy widzę Sama podczas lunchu, podchodzi do niego (i do innych niepełnosprawnych) wiele osób, mówiąc z radością: "Hey buddy, how are you?", "Hi, how is your day?", "Have a good time!", na co Sam się uśmiecha do granic możliwości, bardzo szczęśliwy. W sklepach bywa podobnie.

Dzisiaj w szkole nauczycielka anatomii była nieobecna, więc mieliśmy zastępstwo. Nasz nauczyciel... jeździł na wózku inwalidzkim! Był bardzo miły, rozdał nam kserówki z powtórką rozdziału i polecił je wypełnić. Odpowiadał wszystkim, którzy mieli pytania, jego dłonie nie były całkiem sprawne, ale nikomu to nie przeszkadzało. Podjeżdżał do każdego i pomagał w zadaniach. Nikt nawet nie zwrócił uwagi na jego wózek.

Inne miejsca publiczne, sklepy, itp. także są przygotowane dla niepełnosprawnych. Na parkingach jest mnóstwo miejsc dla takich osób i rzadko zdarza się, żeby zajął je ktoś nieposiadający uprawnień. Przy drzwiach znajdują się przyciski otwierające drzwi, wszędzie są podjazdy. Jedyny problem, jaki spotkałam, to zbyt wysokie progi zwalniające przy jednym ze sklepów. Hości mają specjalny samochód z obniżoną podłogą, aby Sam mógł do niego wjechać po automatycznie rozkładanym podjeździe, i podwozie lekko o nie zahaczało. Jednak poza tym nie spotkałam żadnych przeszkód.

W sklepach widziałam osoby niepełnosprawne wiele razy, choć jestem tu dopiero miesiąc. Bardzo mi się to podoba. Amerykanie wciąż stosują nowe ulepszenia i udogodnienia dla wózków inwalidzkich. Jest to kraj bardzo przyjazny dla niepełnosprawnych.

środa, 17 września 2014

Jeszcze więcej Abby Lee

Dzisiaj na historii oglądaliśmy film "Far and Away" z Tomem Cruisem i Nicole Kidman. Naszym zadaniem było odnalezienie w nim odwołań do tematów, które przerabialiśmy na lekcjach, a następnie napisanie na ten temat kilkunastu linijek, najlepiej używając słownictwa z ostatniego rozdziału. Przez trzy dni odlądamy film i piszemy, każdy dzień to 10% naszej oceny z testu, który odbędzie się w piątek.

Na anatomii mieliśmy sprawdzian z budowania atomów, zdałam na 100% :) Na teatrze ćwiczyliśmy przedstawienia, do których sami pisaliśmy scenariusze. Nasz temat to "dlaczego drzewa mają liście". Na tańcu mieliśmy tzw. "study hall", czyli wolną lekcję, na której teoretycznie powinniśmy odrabiać zadanie, w praktyce tylko kilka osób dołączyło do tej grupy (w tym ja), niektórzy tańczyli do muzyki, którą sami sobie włączyli, inni jedli i rozmawiali, a jeszcze inni spali (do tej grupy także się przyłączyłam).

Po szkole poszłam na spotkanie klubu Youth and Government, w którym przedstawialiśmy proces akceptowania ustawy. Bardzo mi się tam podobało i mam zamiar zostać w tym klubie, ponieważ mogę się wiele nauczyć o amerykańskim prawie, począwszy od słownictwa, aż do prawdziwych procesów powstawania ustaw. W listopadzie jedziemy na jedną konferencję do Austin, w styczniu na drugą, chciałabym wziąć w tym udział, zwłaszcza że druga wycieczka jest czterodniowa i nocujemy w pięciogwiazdowym hotelu (przynajmniej tak było rok temu).

Ze szkoły wróciłam o 17:00. Denerwuje mnie, że tak późno kończę szkołę, w Polsce w domu byłam niekiedy o 14:00, czasem nawet wcześniej. Ale wybaczam Ameryce, za tak genialną i ciekawą szkołę mogę wracać nawet i wieczorem, byle by tylko nic nie zadawali. Napisałam kawałek opowiadania na angielski (właśnie miałam napisać "polski", ech te stare nawyki), potem obejrzałam Dance Moms oraz Abby's Studio Rescue - nowy serial z Abby Lee Miller, coś a la "Kuchenne rewolucje", tylko że ze szkołami tańca. Charakter pań prowadzących także podobny. Od dziś we wtorki spędzam dwie godziny przed telewizorem zamiast jednej, jednak nie potrwa to długo, bo w przyszłym tygodniu dziewczyny z Dance Moms jadą na zawody krajowe, więc sezon się skończy. Mam nadzieję, że nakręcą następny, nie wyobrażam sobie życia bez Dance Moms!

wtorek, 16 września 2014

Jogging z Damonem

Po pierwsze, dziękuję wszystkim komentującym za słowa wsparcia pod poprzednim postem. Jesteście wspaniali! Niedługo sprawicie, że moje zęby wyschną całkowicie od tego nieustannego uśmiechu :) Pytaliście, kiedy dodam jakiś filmik na YouTube: planuję we wtorek - 23 września, oraz w każdy kolejny wtorek. Dosłownie przez chwilą kupiłam aparat na eBayu, ma zostać dostarczony do końca tygodnia. Zacznę też dodawać lepsze zdjęcia, już nie będę polegać na wujku Google i telefonach innych ludzi. Prosiliście również o więcej informacji o Kyle, o szkole, o lekcjach, o sklepach i o masie innych spraw, Mam zamiar nakręcić filmiki dotyczące tych tematów, ponieważ opisanie tego na blogu zajmie mi bardzo dużo czasu, a nie mam go w nadmiarze, i tak chodzę za późno spać.

Na anatomii budowaliśmy tłuszcze, aminokwasy, które łączyliśmy w białka, oraz glukozę, którą łączyliśmy za pomocą hydrolizy. Jutro mamy z tego sprawdzian. Atomy, których używamy, można porównać do klocków lego (wyglądają inaczej, ale działają na podobnej zasadzie). Nauczycielka zawsze po zakończonej lekcji powtarza: "Check the floor, atoms are expensive!"

Na psychologii miałam test z dwóch pierwszych rozdziałów, poszło mi całkiem nieźle, chyba zdałam. Aby zdać, trzeba mieć 70%, i jestem prawie pewna, że uzbieram tyle. To mój najtrudniejszy przedmiot, nauczycielka wymaga bardzo dokładnych informacji, a pytania na teście są trudne. Zrobię o tym filmik i pokażę wam materiały z każdej z lekcji. Mimo to uwielbiam psychologię, jest strasznie ciekawa!

Zamiast historii wszyscy juniorzy (11 klasa) zostali zwołani do szkolnego teatru na prezentację dwutematową. Pierwszym tematem były college'e i aplikacja do nich. Nauczycielka doradzała nam, jakie przedmioty powinniśmy wybrać, kiedy mamy zdać testy SAT i ACT, na jakich zasadach możemy odwiedzać uczelnie, itd. Dowiedziałam się, że trzeba mieć 4 kursy z nauk przyrodniczych (czyli np. jeden rocznie przez całe high school), 2 kursy języka obcego pod rząd, kurs za w-f, kurs za szutkę, a także parę innych, których nie pamiętam. Jednak jestem pewna, że nie muszę się tym przejmować, biorąc pod uwagę fakt, że w Polsce miałam kilkanaście przedmiotów rocznie.

Drugim tematem były szkolne pierścienie. Według tradycji w amerykańskich szkołach uczniowie zamawiają pierścienie z wygrawerowanym swoim imieniem, rokiem ukończenia szkoły, ewentualnie maskotką szkoły, znakiem drużyny sportowej i kilkoma innymi rzeczami do wyboru. Można wybierać między różnymi modelami, metalami, kamieniami szlachetnymi, itp. Taki pierścień kosztuje 300$ - 400$ i moim zdaniem jest brzydki, więc nie będę go kupować, jednak jest to bardzo ciekawa tradycja i dużo osób takie pierścienie nabywa.
przykłady pierścieni
Po szkole kupiłam aparat fotograficzny, pogadałam z mamą na skype <3 oraz poszłam pobiegać, zabierając przy okazji jednego z psów na spacer - Damona. Super mi się z nim biegało, nadawał odpowiednie tempo i był bardzo grzeczny. Raz lekko mnie pociągnął, kiedy zobaczył kota, jednak nie szarpał, tylko się zatrzymał. Nie reagował na inne psy, biegł tuż koło mnie. Spotkałam kierowcę naszego autobusu, kiedy robił coś w garażu, od razu krzyknął "Hello, how are you?". Później w parku  spotkałam stado jeleni, na mój widok zatrzymały się na skraju parku, kilka przeskoczyło przez krzaki w popłochu. Zrobiły to z taką gracją, że aż pozazdrościć. Gdyby tylko moje skoki szpagatowe wychodziły tak pięknie! Taki skok sprawiał wrażenie nierealnego, jakby sarna była wyposażona w antygrawitacyjne kopyta. 

Po powrocie do domu Damon położył się na podłodze, zdyszany do granic możliwości. Oboje natychmiast napiliśmy się wody, powoli łapiąc dech :) Jutro mam zamiar zabrać jakiegoś innego psa, żeby było sprawiedliwie, jednak z Damonem biegało się świetnie.

poniedziałek, 15 września 2014

Salto machowe w świecie trampolin

Dzisiaj rano pojechaliśmy do Jumpoline Park, czyli miejsca pełnego trampolin. Wyglądało ono tak:



Skakaliśmy tam przez godzinę, dzięki długim trampolinowym ścieżkom nareszcie nauczyłam się salta machowego!!! (Czyli gwiazdy bez rąk.) Dziesięć lat akrobatyki i dopiero dzisiaj mi wyszło :) Na początku strasznie się bałam, instynkt mówił mi, że się zabiję, ale dzięki radom Kaeleigh udało mi się w końcu skoczyć salto! Trzeba mocno się odbić i pochylić tułów jak najbardziej do kolana. Nie mam zielonego pojęcia, czy mi wyjdzie na podłodze, ale przynajmniej już wiem, jak to jest być w powietrzu, więc będzie mi łatwiej. Kaeleigh nakręciła filmik, na którym skaczę machowe, więc postaram się go dodać na YouTube jak najszybciej. Udało mi się zrobić dwa salta pod rząd!!!

Po powrocie do domu porozmawiałam z mamą na Skype, w tym czasie przyszła do mojego pokoju Mirabelle, która bardzo tęskni za swoją mamą, ponieważ nasza host mama nie jest w stanie zastąpić jej własnej nawet w częściowym stopniu. Cały czas ją pocieszam i jej pomagam, mam nadzieję, że jakoś to zniesie. Na razie jest tylko gorzej. Ja jakoś wytrzymuję, olewam wszystko, co mnie denerwuje (a jest tego sporo, uwierzcie mi, każdego dnia pojawia się coś naprawdę wnerwiającego, na szczęście gimnazjum mnie zahartowało :D) i cieszę się z każdej fajnej rzeczy (te również pojawiają się każdego dnia i działają jak nawóz dla banana na mojej twarzy). Niestety Mirabelle znosi to o wiele gorzej, a jej życie nie obfituje w tyle fajnych rzeczy, co moje (chociażby gwiazda bez rąk, szansa na wydanie książki, wygrana w Monopoly).

Potem ustalaliśmy z host tatą listę obowiązków domowych. Każda z nas ma swoje "prace", ja na przykład odkurzam w soboty, co dwa dni rozpakowuję zmywarkę (czyli zawsze, kiedy kończy się mycie), itp. Po wykonaniu każdej pracy zapisujemy sobie kreskę w mojej tabeli, jest to podsumowywane na koniec miesiąca i wtedy też dostajemy "wypłatę". Na przykład za każdorazowe umycie naczyń możemy zarobić dolara czy jakąś inną sumę - mamy specjalną listę, która nas o tym informuje. Możemy także wyprowadzać psy na spacer (dzisiaj to zrobiłam), umyć samochód lub zrealizować swój własny pomysł. Bardzo mi się podoba takie motywujące podejście do obowiązków domowych, zwłaszcza że mamy ich bardzo dużo :)

Później znów wróciłam do nauki, mam jutro trudny test z psychologii i chciałabym dostać przyzwoitą ocenę. Jak skończę bloga, to jeszcze raz wszystko powtórzę. Na koniec opowiem wam o kolejnym amerykańskim przysmaku, który ostatnio odkryłam i się w nim zakochałam: FUDGE. Nie wiem, jak to opisać, ale spróbuję: słodycz przypominający coś pomiędzy batonem a czekoladą, konsystencja jest bardzo gładka, rozpływa się w ustach i jest mięciutki, nie ma najmniejszych grudek. Można go dostać w rozmaitych smakach, jest drogi, ale dobry. Nie widziałam go nigdzie w Polsce, choć pewnie można go dostać, polecam znaleźć przepis i spróbować wykonać fudge. Wygląda to tak:




niedziela, 14 września 2014

Szał zakupów

Witajcie :)

Dzisiaj rano wybraliśmy się do Austin z Johnem, Samem i Mirabelle. Najpierw pojechaliśmy do ogromnego sklepu rowerowego, host tato kupił kilka części do roweru, który dla mnie naprawia. Następnie udaliśmy się do galerii handlowej. Miałyśmy z Mirabelle półtorej godziny na obejście wszystkich sklepów, oczywiście nie zdążyłyśmy wejść do każdego w tak krótkim czasie, ale kupiłyśmy wszystko, co chciałyśmy. Najpierw poszłyśmy do Macy's, Mirabelle kupiła kosmetyki do twarzy, potem poszłyśmy do kolejnego sklepu z kosmetykami, tam też kupiła kilka rzeczy. Weszłyśmy do Claire's, mieli tam to samo, co w Polsce. Później poszłyśmy do sklepu ze słodyczami, Mirabelle kupiła mnóstwo żelków, które uwielbia. Ja chciałam kupić szczękołamkę (taka wielka słodka kulka, bardzo, bardzo twarda), ale nie starczyło czasu. Byłyśmy też w Bath&Body Works, Mirabelle kupiła hand sanitizers, czyli takie malutkie antybakteryjne żele do rąk, niezwykle popularne wśród tutejszego społeczeństwa. Była promocja 5 sztuk za 5$, Mirabelle z niej skorzystała, po czym dała mi dwa żele, mówiąc, że ma za dużo i ich nie potrzebuje :) W sumie i tak wyszło jej taniej, niż gdyby kupiła tylko trzy.

Później pojechaliśmy do sklepu z organicznym jedzeniem, kupiliśmy mnóstwo fajnych rzeczy:

  • Czerwone banany - chciałam ich spróbować, odkąd przeczytałam o nich w internecie. Miały smakować jak puszysta delikatna pianka, jak Ptasie Mleczko. Zjadłam jednego wieczorem i okazało się, że nie różniły się niczym od zwykłych bananów.
  • Sushi - pierwszy raz jadłam sushi, które mi smakowało. Nie wiem, z czego było zrobione, gość przy degustacji powiedział jedynie, że było posypane orzeszkami ziemnymi. Zjadłam je na kolację i mogłabym jeść je codziennie.
  • Orzechy - włoskie i jakieś inne, nie pamiętam gatunku. John chce wymieszać je z karmelem i zrobić orzeszki w karmelu, takie jak sprzedają w kinie Helios w stożkowych opakowaniach. Uwielbiam je. Poza tym jem bardzo dużo orzechów, więc poproszę go, żeby zostawił dla mnie trochę nieskarmelizowanych.
  • Suszone owoce - powiem tyle: rafaello - wyraża więcej niż tysiąc słów. Uwielbiam suszone owoce!
Po powrocie do domu graliśmy w Monopoly i, niespodzianka, wygrałam ponownie! Ciekawe, kiedy w końcu przegram...

Ser wielokrotnego użytku

Wczoraj wróciłam z meczu futbolu o północy, więc nie napisałam bloga, tylko padłam półmartwa na łóżko i zasnęłam natychmiast. Tyle się wydarzyło w ciągu tego dnia, że aż dziwię się, iż udało mi się zasnąć.

Po szkole rozmawiałyśmy z Mirabelle z Johnem. Host tato przedstawił nam swój pomysł pt. "obiad tygodnia". Możemy raz w tygodniu zażyczyć sobie jakieś specjalne danie na obiad, na przykład BBQ - kuchnia teksasu, lub cokolwiek innego. Możemy też ugotować obiad, wystarczy, że zrobimy listę zakupów i host tato to kupi. Zaproponowałam już pierogi, jednak tym razem nie będę eksperymentować z organicznymi mąkami i innymi dziwacznymi produktami, które kupuje hmama, aby uniknąć katastrofy podobnej do eksperymentu naleśnikowego.

Dziś spróbowałam amerykańskich lodów kupionych w wielkim opakowaniu w hipermarkecie. Coś w stylu naszych litrowych opakowań Algidy czy innych marek. Lody smakowały iście amerykańsko! Konsystencja gęstego szamponu do włosów, skład także do niego podobny, na dodatek zero smaku. To były lody z "niższej półki", czyli najtańsze, wyprodukowane specjalne dla sieci sklepów H-E-B. Dużo ludzi je kupuje ze względu na cenę, jednak nie wiem, po co kupować coś, co nie ma smaku. Może amerykanom to smakuje? Naprawdę nie mam pojęcia. Lodów Ben&Jerry's jeszcze nie próbowałam, jednak jestem pewna, że te akurat będą dobre.

Potem odebrałam maila i całe szczęście, że siedziałam, a nie stałam. Dostałam odpowiedź od wydawnictwa Novae Res, że są chętni wydać moją książkę! Hurra! Kilka miesięcy pracy nareszcie się opłaciło! Teraz muszę rozważyć różne opcje wydawnicze, ale sam fakt, że mi odpisali, jest znakiem, że książka jest dobra, więc na pewno ją wydam :) O jeju, ale się cieszę! Od razu powiedziałam Mirabelle i Johnowi, cieszyli się razem ze mną i chcieli wiedzieć więcej. Potem pobiegłam do host mamy, aby przekazać jej radosne wieści. Zgadnijcie, jak zareagowała. Nic, zero, null, nawet śladu uśmiechu na twarzy! Jakbym była jakąś zjawą, którą ona widzi, ale jej nie słyszy. Poker face level expert. No naprawdę, czy to tak trudno się uśmiechnąć, okazać trochę uczucia? Ech... no cóż... mam to gdzieś, jakoś przeżyję. Nic nie jest w stanie popsuć mi nastroju, taka jestem szczęśliwa!

Następnie pojechaliśmy na mecz futbolu, który odbywa się w każdy piątek aż do końca sezonu, czyli gdzieś do listopada, dokładnego terminu nie znam. Ja i Mirabelle dołączyłyśmy do członków Leo Club, miałyśmy pomagać przy sprzedawaniu jedzenia. Na terenie stadionu są dwie budki z jedzeniem, większa pod trybunami, mniejsza przy wejściu. Zostałyśmy przydzielone do tej mniejszej, która była wielkości 6-8 przeciętnych kiosków. Nie było tam dużo roboty, bo było nas dziesięć osób, a klientów bardzo niewielu, ponieważ padał deszcz. Zrobiłyśmy kilka hot dogów, kiełbasek zawiniętych w tortillę, nachosów polanych serem i sosem chilli i bułek z BBQ (kawałki mięsa z sosem). Nic więcej w menu nie było, poza Snickersami, M&M'sami i Skittlesami. Bardzo miło spędziłam czas, nie musiałam się nudzić oglądając mecz, za to poznałam mnóstwo bardzo fajnych ludzi. Razem z nami pracowało kilka osób na emeryturze, jedna nauczycielka z córką, synem i mężem, oraz jeden chłopak z naszej szkoły z Leo Club. Pokazałam im mnóstwo polskich potraw na telefonie Mirabelle, jak zobaczyli żurek w chlebie to chcieli go wyciągnąć z ekranu i zjeść, tak dobrze wyglądał. Powiedziałam im, że tęsknię za polskim jedzeniem i że to, co jedzą amerykanie, nie ma dla mnie smaku. Powiedzieli, że muszą kiedyś odwiedzić Polskę! Pozwolili mi spróbować ich specjalności - BBQ, które mi nawet posmakowało, ale i tak wolę skonsumować schaboszczaka.

Mogłyśmy jeść i pić do woli wszystko, co było w budce z jedzeniem. Jeden emeryt pokazał nam zielone papryczki i powiedział, żebyśmy spróbowały. Wzięłam kawałek, pogryzłam, połknęłam. Moment później myślałam, że zionę ogniem, taka była ostra! Wyjęłam z lodówki z napojami butelkę Dr. Pepper, ponieważ nie mamy tego w Polsce, więc postanowiłam spróbować. Smakował podobnie jak CocaCola Cherry, tylko był trochę bardziej zamulający, jakby kremowy. Zostałam fanką tego napoju, choć pewnie nie będę go pić często, bo zdrowy to on nie jest. Zjadłam też nachosy i bułkę z BBQ, tak się tym najadłam, że ledwo wstałam ze stołka.

Na koniec trzeba było posprzątać. Gorące parówki i kiełbaski załadowaliśmy do worków foliowych, użyjemy ich następnym razem. Sos chilli i ser do nachosów (zapomniałam wspomnieć, że ser nie miał ŻADNEGO smaku), które były podgrzewane w wielkich prostokątnych naczyniach, przelaliśmy do wiaderek. To też się przyda następnym razem. Zastanawiam się, ile razy ten ser był już podgrzewany. Chyba lepiej nie wiedzieć. Za tydzień także będę pomagać przy przygotowywaniu jedzenia, bardzo mi się to podobało, ludzie byli przemili i fajnie się z nimi rozmawiało. Ale jedno wiem na pewno: nigdy więcej nie kupię nic w podobnej budce z jedzeniem. Nigdy. Nie po tym, co zobaczyłam.

piątek, 12 września 2014

Park zdrowia za domem

Witajcie :)

Dziś po zakończeniu lekcji poszłam razem z Mirabelle oddać nauczycielce zgody rodziców na dołączenie do Leo Club. Pożyczyłyśmy od niej koszulki z logo klubu, które potwierdzają naszą przynależność do niego, jutro mamy je nosić podczas meczu futbolu. Nie wiem, co dokładnie będziemy tam robić, słyszałam, że sprzedawać jedzenie, ale pewności nie mam. Wszystko wyjaśni się jutro.

Po powrocie do domu wzięłam się za odrabianie zadania, ponieważ miałam go bardzo dużo. Jutro mam dwa quizy, co jeszcze dodaje nauki, na szczęście nadchodzi piątek, piąteczek, piątunio! W sobotę jedziemy do Austin do galerii handlowej, idę też na urodziny Micaeli. Koniec weekendu pewnie spędzę na nauce, ponieważ w poniedziałek mam test z psychologii z 2 rodziałów. Quizy z każdego z osobna napisałam na 73% (oba tak samo :D), co jest całkiem niezłym wynikiem. Od 70% jest chyba ocena C, czyli pozytywna. Oczywiście chciałabym mieć same A, ale ten przedmiot jest bardzo trudny i pomimo tego, że rozumiem wszystko, to pytania na quizach były w niektórych przypadkach zbyt skomplikowane.

Potem weszłam na facebooka, mama napisała mi wiadomość z sugestiami, jaki aparat mogłabym kupić, ponieważ zapytała kilku osób, które znają się na fotografii. Po długich poszukiwaniach postawiłam na Samsunga EK-GC110, który wygląda jak aparat z przodu, a z tyłu jak telefon z Androidem, i można z niego dzwonić. Poza tym robi świetne filmy i zdjęcia, a to mnie najbardziej interesuje. Jeszcze nie wiem, kiedy go kupię, pewnie gdzieś w przyszłym tygodniu, więc możecie się spodziewać nowego filmiku! Juhu!

Weszłam też na facebookową grupę wymieńców, doradziłam kilku osobom z problemami, kilka osób doradziło mi. Jeśli jest tu jakiś wymieniec, który nie zna tej grupy, to niech napisze do mnie na facebooku, chętnie dam link. Ta grupa naprawdę ułatwia życie :) Można porównać opinie wielu osób i poprosić o pomoc. Ktoś zadał pytanie, za co płacimy w naszych rodzinach, i ku mojemu zdziwieniu znaczna większość napisała, że hości płacą im za wszystko. Wy też mnie o to pytaliście mnóstwo razy, wiem że część z was chce pojechać na wymianę i was to interesuje, więc opowiem wam o opiniach innych wymieńców i mojej własnej.

Generalnie zauważyłam, że im droższą fundację wybierzecie, tym lepszych macie hostów, choć to nie jest reguła. Ja wybrałam jedną z najtańszych fundacji - ISE, ponieważ niczym się od innych nie różniła. Teraz już wiem, że się różni, są to pozornie drobne różnice. Dziś przeczytałam w komentarzach wymieńców, że ich hości zawsze za nich płacą w restauracji, w kinie, w sklepie pytają się, co by chcieli do jedzenia i im to kupują. Niektórzy gdy wybierają się do galerii handlowej np. z host rodzeństwem, dostają od hostów 20$ na drobne wydatki, bo skoro dzieci hostów dostają kilka dolarów, to oni też. W zasadach programu jest napisane, że jadąc na wymianę stajecie się CZŁONKIEM RODZINY, macie takie same obowiązki, ale i takie same prawa jak oni. Jak napisałam na facebooku, że ja płacę w restauracji za siebie, w supermarketach też, i ogólnie gdziekolwiek idziemy, tam płacę za siebie, np. bilety wejściowe na jakieś festiwale, czy coś w tym rodzaju, oraz muszę dawać hostom kasę na paliwo, jeśli chcę jechać gdzieś, gdzie oni nie planują jechać, to jedna dziewczyna była strasznie zdziwiona, ktoś inny stwierdził, że powinnam pogadać z koordynatorką, bo nie po to przyjechałam do USA, żeby siedzieć w domu i jeść tylko to, co mi dadzą, a kolejna osoba doradziła, że powinnam zmienić hostów, bo oni nie traktują mnie jak członka rodziny. Wyjaśniam, że w zasadach programu jest napisane, że hości powinni zapewnić nam dach nad głową i wyżywienie w domu 3 razy dziennie, przynajmniej jeśli chodzi o moją fundację - ISE. Wydaje mi się, że w innych fundacjach jest podobnie, ale lepiej będzie, jeśli sami sprawdzicie je wszystkie, zanim dokonacie wyboru. Któryś z wymieńców kiedyś powiedział, że wymiana jest jak loteria i jakość waszego roku w USA zależy od rodziny, jaka wam się trafi (wbrew pozorom wcale nie dopasowują ich tak dobrze, znam bardzo dużo takich przypadków, niektóre osobiście). Jest w tym bardzo dużo prawdy. Mimo to moim zdaniem ten rok zależy w dużej części od was i od tego, jak do sprawy podejdziecie. Trzeba wykorzystać go na maksa i przymrużyć oczy na niedoskonałości, pamiętając o amerykańskiej zasadzie uśmiechania się zawsze i wszędzie :) Mam nadzieję, że pomogłam i rozjaśniłam sprawę wszystkim pytającym. Poczytajcie też blogi innych wymieńców, to także powinno wam pomóc w wyborze fundacji.

Po zachodzie słońca poszłam na jogging i dziś mogę szczerze przyznać, że znam już każdą ulicę w mojej dzielnicy (nie jest ona duża). Byłam także w parku, który mamy za domem, jego nazwa to "Health Park". Są tam ustawione stacje ze sprzętem i z tabliczkami objaśniającymi jakie ćwiczenie powinniśmy wykonać i ile razy. Zwiedziłam już cały park, duży to on nie jest, ale ma rozmiar przeciętnego parku w Polsce. Jednak drzew jest o wiele mniej, a ścieżka jest tylko jedna.

Host tato naprawia dla mnie rower, musi jeszcze naprawić hamulce, a kiedy wszystko będzie działać sprawnie, wybiorę się na dalszą wycieczkę i zwiedzę okoliczne dzielnice, może nawet z Mirabelle, bo dla niej John też przygotowuje rower. Nasz host tato jest naprawdę świetny, bardzo chętnie nam pomaga i ma wiele ciekawych propozycji. Często nas pyta, co lubimy, co chciałybyśmy robić tutaj (np. grać w tenisa). Powiedziałam mu, że lubię jeździć na rowerze i jest to mój podstawowy środek transportu do szkoły w Polsce, więc znalazł jakiś nieużywany rower i go dla mnie naprawia. Bardzo się cieszę z tego powodu!

Ciekawostka z dzisiaj: podczas joggingu spotkałam wiewiórkę, przebiegła nade mną po kablu elektrycznym :)

czwartek, 11 września 2014

Tańce po raz kolejny, słodycze na psychologii, monkeys everywhere!

Dzisiaj na historii omawialiśmy kolej transkontynentalną i o dziwo pamiętam prawie wszystko i jestem tym zainteresowana! Bardzo mi się podoba sposób, w jaki nauczyciel prowadzi lekcje. Cały czas do nas gada, wyjaśnia każde wydarzenie z osobna i każdej istotnej dacie poświęca dużo czasu. Sam podkreśla, że w historia opiera się na przyczynach i skutkach, i zawsze tłumaczy nam, z czego coś wynika. Dzięki temu nie musimy uczyć się dat, po prostu rozumiemy, co się stało w danym stuleciu, co było tego przyczyną i jakie były skutki. W ten sposób polubiłam historię, każdego ranka z przyjemnością przekraczam próg klasy A211, nauczyciel wita mnie z uśmiechem na twarzy i pyta, jak mi minęło poprzednie popołudnie i czy mam jakieś pytania. No, to się nazywa szkoła! Nauka idzie nam wszystkim jak z płatka i nie trzeba się w ogóle uczyć w domu. Serio, w ogóle, ani razu nie mieliśmy zadania domowego, na test też się nie przygotowywałam. Wszystko pamiętam z lekcji.

Na matematyce doświadczyłam czegoś, czego zdecydowanie brakuje w Polsce. A mianowicie, nasz nauczyciel na samym początku oznajmił, że test wypadł kiepsko i powtórka do kolejnego testu także. Zapytał nas, co jest tego przyczyną, a uczniowie zaczęli wymieniać różne problemy. Potem zapytał nas, jak chcielibyśmy je rozwiązać, zapisał wszystkie rozwiązania w notatniku i powiedział, że rozważy je po południu i wspólnie dojdziemy do porozumienia. Każdy uczeń mógł się wypowiedzieć, każdy został wysłuchany, nikt nie usłyszał zdania w stylu: "twój pomysł jest do bani", czasami jedynie "w naszym wypadku to niewykonalne, ale podoba mi się twój sposób myślenia". Jedni proponowali zadania domowe tylko we wtorki i w czwartki, inni chcieli dostawać pakiety z zadaniami na początku tygodnia i zwracać je tydzień później, pomysłów było wiele. Bardzo mi się podobała cała ta dyskusja, nareszcie jakiś nauczyciel chciał wziąć pod uwagę zdanie ucznia i mu pomóc, a nie wpisać jedynkę i nie dać dojść do słowa, pokazując w ten sposób, kto ma władzę. Pamiętam, że w Polsce duża część nauczycieli traktowała nas jak podrzędne istoty nie mające prawa głosu, tu jest zupełnie inaczej. Nauczyciel chce POMÓC. Chce NAUCZYĆ. I będzie dążył do celu, aż go osiągnie.

Na psychologii robiliśmy najlepszy eksperyment, z jakim kiedykolwiek się spotkałam. Na początku lekcji nauczycielka rozdała nam koperty, w każdej była jedna fasolka "jelly bean". Uczniowie mieli za zadanie przyjrzeć się jej, zgadnąć jak będzie smakowała, a następnie zjeść i na małej karteczce napisać cyfrę od 1 do 5 (5 - fasolka smakowała tak, jak się spodziewaliśmy, 1 - kompletnie inny smak). Moja fasolka była brązowo-bordowa, spodziewałam się czegoś pomiędzy czekoladą a wiśnią, trafiłam na czekoladę i wpisałam cyfrę 4. Potem podsumowaliśmy wyniki całej klasy i większość osób odgadła smak. Eksperyment miał na celu pokazać nam, że jeśli coś smakuje inaczej, niż nam się wydawało, to najczęściej uznamy to za niedobre.

Na lunchu Micaela zaprosiła mnie na swoje urodziny, w sumie już kiedyś o tym wspominała, ale teraz zaprosiła mnie bardziej oficjalnie. Pogadałam z host tatą i raczej będę mogła iść, choć jedziemy w tym dniu do Austin, ale wrócimy przed wieczorem.

Na teatrze kończyliśmy pisać nasze scenariusze. Moja grupa zmieniła psa w małpę, bo uznaliśmy, że małpa bardziej pasuje do lasu. Kiedy pierwszy raz powiedziałam słowo "Monkey", moim koleżankom tak się to spodobało, że kazały mi to w kółko powtarzać. Wszystkim tutaj podoba się mój akcent, jedna dziewczyna podczas gry, kiedy staliśmy w kółku na scenie, zajęła miejsce obok mnie i krzyknęła do swojej przyjaciółki "dzisiaj stoję obok exchange studentki z Polski, kocham jej akcent". To było epickie :D

Na anatomii także było ciekawie, budowaliśmy cząsteczki glukozy z kulek i patyczków. Trzeba było pamiętać, że grupa OH jest "down, up, down, down", biol-chemy wiedzą o co chodzi. Kto zbudował cząsteczkę, ten miał ją rozłożyć na czynniki pierwsze i zbudować jeszcze raz, i jeszcze raz, i jeszcze raz, aby zapamiętać. Później łączyliśmy dwie cząsteczki glukozy poprzez "odwadnianie", jakkolwiek się to nazywa po polsku.

Na tańcach uczyliśmy się kolejnej części naszej hiphopowej choreografii, bardzo mi się podobało, aż miałam rumieńce na twarzy, tak się zmęczyłam. Cieszę się, że zmieniłam mój plan lekcji, uwielbiam tańce i naszą nauczycielkę. Wczoraj oglądaliśmy moje filmiki na youtube i wszyscy uznali, że Maja jest słodka :)

Moja ostatnia lekcja to angielski. Dzisiaj przenieśliśmy się do klasy komputerowej i mieliśmy za zadanie napisać opowieść indiańską, podobną do tych, które omawialiśmy. "Jestem w siódmym niebie!" - pomyślałam, kiedy dostaliśmy kserówki wyjaśniające zadanie. Kocham pisać, stworzenie bajki po angielsku jest nowym ciekawym wyzwaniem. Napisałam już plan wydarzeń (po polsku, cha, cha, cha!), zaczęłam także pisać opowieść, dokończę pewnie w weekend. W każdym razie nauczyciel dał nam czas do środy, jutro będziemy dalej pracować nad tym na lekcji, resztę mamy skończyć i udoskonalić w domu. Pisanie na komputerze jest wskazane, choć rękopisy będą przyjmowane. Bardzo mi się podoba, że nauczyciele często dają nam wybór, w jaki sposób wykonamy dane zadanie. Mówią nam, co mamy zrobić, ale nie nakazują, jak mamy tego dokonać.

Po szkole poszłam na spotkanie Leo Club, czyli szkolnego klubu wolontariuszy. Host mama powiedziała mi i Mirabelle o tym klubie i musiałyśmy tam iść, bo w umowie wymianowej jest napisane, że podczas pobytu w USA mam odbębnić minimum pięć godzin wolontariatu. Na początku poszłam do tego klubu ze sceptycznym nastawieniem, byłam w Polsce na spotkaniu dla wolontariuszy i ten typ ludzi zdecydowanie nie przypadł mi do gustu. Natomiast w Leo Club było inaczej. Po pierwsze, nie było to oficjalne spotkanie, po prostu w klasie siedziała nauczycielka (z ogromnym uśmiechem na ustach, jak większość ludzi tutaj), która dała nam do wypełnienia formularze dla uczestników. Zadałam jej parę pytań, na wszystkie odpowiedziała z chęcią i entuzjazmem (jak większość ludzi tutaj), dowiedziałam się między innymi, że nic tu nie jest obowiązkowe i zawsze można nie przyjść, że uczestnictwo kosztuje 5$ + 10$ za koszulkę, co mnie trochę zdziwiło, ale oni w ten sposób zasilają fundusze szkoły, nie istnieje tu zbiórka na radę rodziców, kserówki, ani nic takiego, oraz że w piątek możemy pomagać na kolejnym Football Game w sprzedawaniu jedzenia. Sprzedaż? To coś dla mnie! Nawet jeśli nic nie zarabiam, to doświadczenie jest bezcenne. Do tego nie muszę kupować biletu na mecz ;)

W domu miałam zamiar zająć się poszukiwaniem aparatu fotograficznego, który mogłabym kupić, ale zaczęłam gadać z Lynne, więc odłożyłam to na inny dzień. Fajnie się z nią rozmawiało, nareszcie pogadałyśmy jak cywilizowana rodzina :) Bardzo dużo się dowiedziałam, rozmawiałyśmy między innymi o polskim jedzeniu, za którym tęsknię, bo amerykańskie nie ma smaku lub ma sztuczny smak wygenerowany poprzez substancję E (oczywiście są wyjątki, na przykład słodkie ziemniaki, które bardzo mi posmakowały, oraz kilka wegetariańskich posiłków Lynne), ale większość jest gorsza niż u nas. Nie wiem dlaczego, ale moja przyjaciółka, która była kilka razy w stanach, potwierdza moje słowa. Jest kilka rzeczy, które bardzo tu lubię, na przykład zaczęłam jeść owsiankę na wodzie na śniadanie (robioną w mikrofalówce, w końcu to Ameryka!), do której dodaję owoce, od kilku dni jem rano tylko to i zamierzam kontynuować.

Wieczorem pojechałam z Kaeleigh na tańce, tym razem na "turns and leaps". Te zajęcia bardzo mi się podobały, było tylko pięć osób i bardzo fajna nauczycielka, dzięki temu mogła się skupić na każdym z osobna i poprawić nasze błędy. Dowiedziałam się między innymi, że kiedy robię skok szpagatowy z chase, to muszę ciągnąć do góry kolano, a nie stopę, bo to kolano decyduje o wysokości, na jaką wyskoczę. Chciałabym chodzić dalej na te zajęcia, ale jeszcze nie wiem, czy dam radę, bo: a) wracam do domu o 22:00, b) mogę się nie wyrobić z zadaniem domowym, a tutaj nie ma np ani bz, c) jest drogo. Muszę znaleźć sobie tu jakąś pracę czy coś w tym stylu, gadałam już z Johnem na ten temat i powiedział, że rozejrzy się i spróbuje coś dla mnie znaleźć :) On zawsze jest chętny do pomocy i wyjaśniania wszystkiego, opowiadania o zwyczajach w Ameryce, co bardzo mi pomaga. Uwielbiam z nim rozmawiać, jest bardzo miły i dobrze się dogadujemy. 

środa, 10 września 2014

"To wy w Polsce nie macie osobnego języka?!"

Witajcie :)

Dzisiaj wstałam wcześnie rano, żeby się jeszcze pouczyć na quiz z psychologii. Mamy bardzo dużo materiału i wcale nie jest tak łatwo jak myślałam. Mimo to uwielbiam tą lekcję, dowiaduję się wielu ciekawych rzeczy, a test poszedł mi całkiem nieźle. Trzeba mieć 70% poprawności, żeby zdać, i jestem prawie pewna, że mam tyle :) W amerykańskiej szkole jest dużo zadań domowych i sporo nauki, ale za to sami możemy wybrać przedmioty, których będziemy się uczyć, a lekcje są tak ciekawe, że słucham tak uważnie, jakbym podsłuchiwała tajną rozmowę i nie mogła ominąć ani jednego słowa. Dzisiaj dowiedziałam się między innymi, że oglądanie telewizji przez dzieci nie wpływa na to, czy będą one lubiły czytać książki w przyszłości.

Na lunchu siedziałam na zewnątrz z Micaelą i Ashley, przy naszym stoliku siedziała też grupa innych ludzi. Przeżyłam najbardziej epicki moment wszech czasów. No więc jeden chłopak po jakiejś minucie, odkąd usiadłam przy stoliku, został poinformowany przez Ashley, że jestem wymieńcem (nie wiem, jakim cudem nie kapnął się wcześniej, nieważne, pomińmy to). Zapytał mnie, skąd jestem, ja na to, że z Polski, a on: "Don't you have a different language in Poland?". Odpowiedziałam oczywistym tonem: "Yeah, Polish!", po czym wszyscy zaczęli się śmiać z tego chłopaka, który następnie stwierdził, że skoro w Meksyku mówią po meksykańsku, to w Polsce po polsku. Brak słów.  Ale chyba nie był aż tak głupi, bo właśnie odpisywał część zadania z chemii (więc wnioskuję, że drugą część zrobił sam :D)

Po szkole czytałam książkę, wciąż nie mogę doczekać się końca, szukałam w internecie aparatu fotograficznego, ponieważ zdecydowałam, że nie będę kupować telefonu, tylko aparat - bardziej mi się przyda. Potem poszłam pobiegać i znów spotkałam kilka osób na ulicy, każda z nich uśmiechnęła się do mnie i powiedziała "Hi!" niewymuszonym tonem pełnym entuzjazmu. Wieczorem obejrzałam Dance Moms z Kaeleigh i znów poczytałam książkę. Dzisiaj nie miałam zadania domowego, więc mój dzień był trochę luźniejszy. Jutro muszę dokończyć poszukiwania aparatu i w końcu nakręcić dla was jakiś nowy filmik na YouTube :)