wtorek, 11 sierpnia 2015

Wakacje

Witajcie!

Dzisiaj minęły dokładnie dwa miesiące od mojego powrotu do Polski. Mam wrażenie, jakby moje życie nie było jedną osią czasu, ale dwoma - pierwsza to życie w Polsce, druga to rok w USA. I nie da się ich połączyć. Z jednej strony mam wrażenie, jakbym nigdy nie wyjechała z kraju, z drugiej strony wymiana wydaje się długim i bogatym przeżyciem. To nie był rok w życiu, ale życie w rok.

A teraz kilka słów do osób, które piszą do mnie, że "chciałyby się wybrać na wymianę, ale...". Nie ma żadnego ale! Jechać i to już, teraz, zaraz, póki macie możliwość! Obiecuję wam, że nawet gdybyście trafili na zadupie i kiepską rodzinę, to i tak nie zmienilibyście swojej decyzji, gdybyście mogli cofnąć czas. Coś mi się wydaje, że już to kiedyś pisałam, ale jeśli w ten sposób przekonam choć jedną osobę do wyjazdu, to mission complete.

Ostatni miesiąc spędziłam na walizkach. Najpierw byłam nad Morzem Bałtyckim, potem na obozie akrobatycznym. Wypoczęłam, pojadłam ryb, zorganizowałam spotkania oraz warsztaty gimnastyczne z fanami, było fantastycznie! Ale bez pracy nie ma kołaczy, po relaksie czas na zajęcie się karierą. Na pewno będę pracowała nad promocją książki oraz spotkaniami autorskimi w bibliotekach. Na obozie akrobatycznym wieczorami czytałam dzieciom do snu "Wyspę X" i były nią zachwycone! Nie ma dla mnie nic wspanialszego niż to, kiedy moja praca zostaje doceniona. Uwielbiam pisać i jakkolwiek dziwnie to zabrzmi, nie mogę się doczekać kolejnych części mojej książki. Nigdy nie planuję, co napiszę, więc często zaskakuję sama siebie. Do tego mam fatalną pamięć jeśli chodzi o treść książek, w tym moją własną, więc czytanie dzieciom było interesujące dla mnie samej. Ktoś może wie, co jeść, aby poprawić pamięć? ;)

Zabieram się także do roboty przy blogu. Będę pisać raz w tygodniu, wstępnie ustalmy, że w środy, zaczynając od jutra. Będę nawiązywać do tematów o USA, kontynuuję Poradnik Wymieńca, napiszę coś o odchudzaniu, a raczej terapii oczyszczająco-odbudowującej po rocznej "chemioterapii" żarciem z laboratorium, o szkole, o życiu i o innych rzeczach, o których jeszcze nie wspominałam. Czasami zamiast posta będzie filmik, na pewno go podlinkuję. Jeśli macie pomysły na filmiki oraz posty, piszcie w komentarzach :)



moje ulubione zdjęcie :D

Zupa rybna <3 Kto jadł lepszą, ten kłamie ;)

Trick Board opanowana do perfekcji, stałam ponad minutę :)

RYBAAAAA!!!!!!!!!! MNIAAAAM!!!

Wydawało mi się, że opuściłam Teksas...

sobota, 1 sierpnia 2015

Poradnik wymieńca #1 - Marzenia wyjazdowe

Przygotowania do wymiany to nie byle co. Zaczyna się je nawet rok przed wylotem - wybór fundacji, wizyty u lekarza, opinie nauczycieli, tłumaczenia przysięgłe dokumentów, wypełnianie formularzy aplikacyjnych i testy językowe to istne piekło. Wydaje się, że stos papierów do wypełnienia/wydrukowania/wysłania nigdy się nie skończy. Po kilku tygodniach, ewentualnie miesiącach papierkowej roboty można odpocząć. Nasza aplikacja jest gotowa, teraz trzeba czekać na informację o placemencie. I tu zaczyna się etap, o którym dzisiaj napiszę.

Wyobrażenia. Do jakiego stanu trafię? Jaka będzie moja rodzina? Szkoła? Nowi znajomi? Okolica? Dom? Kreujemy je na podstawie tego, co wiemy do tej pory o Ameryce, w skutek czego nastawiamy się na mieszankę High School Musical, opowieści z blogów byłych wymieńców i podpatrzonych w telewizji cudawianek typu parapet-materac przy oknie. Cud-miód. Nasz mózg jest tak skonstruowany, że podświadomie wyobraża sobie taką rzeczywistość, jaką chce zastać. A kto by nie chciał żyć jak w filmie? Problem polega na tym, że życie w filmach jest tak odmienne od "realu" jak twoja rodzina od "Rodzinki.pl".

Musisz zdać sobie sprawę z tego, że twoje życie w Ameryce będzie się różniło od tego z twojego ulubionego bloga o 99%. Po twojej szkole nie będą paradować cheerleaderki w swoich kostiumach, a Sharpay Evans nie wejdzie na stół w wypasionej stołówce i nie zacznie śpiewać. Chodnik nie będzie tak piękny jak na filmie, może go w ogóle nie być. Raczej nie będziesz mieszkać w dużym mieście, prawdopodobnie trafisz do dziury zabitej dechami i tylko od łaskawości współlokatorów posiadających pojazd i uprawnienie do jego prowadzenia zależy jakość twojego życia towarzyskiego. Ceny w sklepach nie będą niższe niż w Polsce, a wręcz przeciwnie. Twoja host rodzina niekoniecznie będzie do ciebie dopasowana i prawdopodobnie okaże się, że jest zupełnie inna niż z twoich wyobrażeń opartych na ich aplikacji i rozmowach przez internet. Chyba że będziecie dużo rozmawiać przez Skypa, wtedy możesz mniej więcej przewidzieć, w co się pakujesz.

Problem polega na tym, że wymieńcy przed wyjazdem mają klapki na oczach. Dlatego ostrzegam was: nie nastawiajcie się na życie jak z bajki. Najlepiej nic sobie nie wyobrażajcie. Załóżcie, że jedziecie w nudne miejsce w celu czysto naukowym, i że musicie jakoś przetrwać rok w Kraju Okropnego Jedzenia. Z ograniczoną wolnością, gdyż wszędzie jest daleko, a znajomi pracują po szkole, więc nie ma co robić i gdzie pójść. Nastawcie się na wymianę jak na wyjazd na wieś na rok. W ten sposób nie będziecie zawiedzeni, kiedy coś pójdzie nie po waszej myśli.

Za to obiecuję wam, że czeka was setki wspaniałych niespodzianek.

Zrobiło się ponuro, żałośnie i posępnie. I dobrze! A teraz, drogi czytelniku i przyszły wymieńcu, włóż uśmiech na twarz i ciesz się, że jedziesz na wymianę, bo wiele osób oddałoby wszystko, żeby być na twoim miejscu. Nie bez powodu. Wymiana to cudowne doświadczenie, prawdopodobnie będzie to najlepszy rok w twoim życiu. Nie bój się - co prawda właśnie wylałam ci na głowę kubeł zimnej wody i od moich narzekań boli cię głowa, ale rzeczy, o których wspomniałam, to zaledwie ułamek tego, co cię czeka. Przed tobą tyle ciekawych doświadczeń i wspaniałych okazji do wykorzystania, że nie jesteś w stanie wyobrazić sobie tego wszystkiego. Na pewno nie jedna rzecz cię zawiedzie, ale za to ile zaskoczy pozytywnie! Nie mogę ci powiedzieć, co to będzie, bo nie mam zielonego pojęcia. Ja na przykład zdobyłam najlepszą przyjaciółkę z Hiszpanii, miałam okazję grać w tenisa, nauczyłam się salta machowego, zobaczyłam jak NIE powinno się jeść (choć parę potraw podpatrzyłam), pracowałam jako babysitter (nie macie pojęcia, jak to człowieka rozwija), a na koniec ogólniej: poznałam inną kulturę, douczyłam się języka, nawiązałam nowe znajomości.

Nawet nie wiesz jak ci zazdroszczę, że jedziesz na wymianę! Tak bardzo chciałabym pojechać jeszcze raz! Choć w takim wypadku zdecydowałabym się na wybór stanu (Kalifornia).

niedziela, 19 lipca 2015

Poradnik przyszłego wymieńca

Witajcie :)

Jurto rano wyjeżdżam nad morze, już się nie mogę doczekać! Kocham plażę i wodę, poza tym w Rzeszowie jest teraz tak gorąco, że z ulgą odetchnę w chłodne nadmorskie noce. Potem wracam do domu na dwa dni, akurat wystarczy czasu na wypranie ubrań, bo następnie wyjeżdżam z Mają na obóz akrobatyczny.

Przejdźmy do tematu. Czytałam ostatnio mnóstwo ciekawych blogów ludzi za granicą, głównie na wymianie, i wpadłam na pomysł, aby napisać kilka postów dedykowanych przyszłym wymieńcom. Podzielić się doświadczeniem na różne tematy. Myślę, że mogłoby to być ciekawe, sama chętnie przeczytałabym coś takiego przed wymianą. Powiedzcie mi, co o tym myślicie :)

Czy są tu jacyś blogujący wymieńcy 2015/2016? Podajcie linki do swoich blogów w komentarzach! Nie pamiętam, czy kiedyś już o to pytałam, coś mi mówi, że chyba tak, jeśli to coś ma rację to przepraszam, ale dotarcie do tych wcześniejszych komentarzy graniczy z cudem. Chętnie będę czytać wasze blogi przez najbliższy rok.

Czasami chciałabym cofnąć się w czasie i wyjechać na wymianę jeszcze raz. Albo najlepiej nie cofać się, ale pojechać drugi raz, tylko do innego stanu, do kompletnie odmiennej rodziny, innej szkoły. Tak naprawdę inny stan jest jak inne państwo. Ale miałam już swój rok, wykorzystałam go dobrze, mam nadzieję, że kiedyś będę mogła przeżyć jeszcze niejedną podobną przygodę. Niestety bez pracy nie ma kołaczy, muszę się trochę wysilić.

sobota, 11 lipca 2015

Japońska kolacja

Wczoraj zostałyśmy z Mają same w domu. Po męczącym dniu pełnym atrakcji zaczęłam się zastanawiać, co zrobić na kolację. Coś, co będzie zdrowe, bezglutenowe i nieskomplikowane. W pewnym momencie wróciłam myślami do wymiany i do naszych dinnerów, a wtedy wpadłam na pomysł: zrobię hand rolls! Są to japońskie zawijanki, Jenn robiła je parę razy, proste i smaczne. Poleciałam do Biedronki po ryż do sushi, awokado i krabowe paluszki, niestety nic z tego nie znalazłam, więc udałam się do innego sklepu, a tam o dziwo udało mi się dostać wszystkie potrzebne składniki!

Przepis na hand rolls:

Składniki:
ryż do sushi
płaty wodorostów w formie "kartek", takie w jakie zawija się sushi (przepraszam za brak precyzyjności, nie mam pojęcia, jak to się fachowo nazywa)
awokado
paluszki krabowe (może być imitacja)
śmietana (ja użyłam 18%)
sezam
sos sojowy

Ugotować ryż do sushi na klejąco. Kartki wodorostów przeciąć wzdłuż na pół. Na końcu każdego tak powstałego prostokąta umieścić pasek awokado i paluszek krabowy, na to położyć trochę ryżu, posmarować połową łyżki śmietany, zrolować w stożek, posypać z góry sezamem i volia! Brać do ręki i wcinać, uprzednio polewając sosem sojowym.

Przydatne informacje:
1. Ryż najlepiej ugnieść w formę śnieżki dobrze mokrymi rękami i wtedy umieścić go na wodoroście. Inaczej wasze dłonie będą całe w ryżu i nic nie uda wam się zrobić. Tego właśnie nauczyłam się wczoraj, gdy ryż był dosłownie wszędzie, tylko nie tam, gdzie chciałam go położyć.
2. Nie zostawiajcie nic na następny dzień. Ryż stwardnieje a algi rozmokną. Jest to jadalne (próbowałam), ale nie aż tak smaczne.

Moja pierwsza hand roll była okropna! Nie namoczyłam rąk przed dotknięciem ryżu, więc nie chciał się układać, źle zrolowałam wodorost i na dole była wielka dziura, przez którą wszystko wypadało, ale to nic, smak się nie zmienił. Kolejne były o wiele ładniejsze! Zawołałam Maję na kolację i zaczęłam jeść, a ona spojrzała na hand rolls jak na kosmitę, ugryzła maleńki kawałek i powiedziała "Fuuuj! Mania, nie chcę cię obrazić, ale to jest obrzydliwe. Jak ty możesz to w ogóle jeść?". Udało mi się nakłonić ją do zjedzenia jednej hand roll, ale wyjęła awokado i paluszka krabowego, bo nie mogła ich zdzierżyć. Myślałam, że padnę ze śmiechu, patrząc na cały ten proces konsumpcji! No cóż, chciałam dogodzić małej miłośniczce sushi, niestety się nie udało, ale to nic, więcej dla mnie!




poniedziałek, 6 lipca 2015

Konkurs oraz pierwsza recenzja "Wyspy X"

W ostatnim filmiku na YouTube ogłosiłam konkurs na recenzję "Wyspy X" i w weekend doczekałam się pierwszej opinii o książce. Z całego serca dziękuję autorce! Bardzo się cieszę i wiele to dla mnie znaczy. Początkującym pisarzom bardzo trudno zaistnieć na rynku książki, przebicie się przez znane pozycje graniczy z cudem. Mimo wszystko próbuję, ponieważ kocham pisać i wymyślać historie. Mówią, że aby osiągnąć sukces, trzeba lubić to, co się robi. Kto wie, a nóż mi się uda!

Oto recenzja autorstwa Myszulek10 (znajdziecie ją również tutaj):

Nie jestem fanką ani książek przygodowych ani fantasy, jednak zakupiłam książkę, ze względu na autorkę, której bloga o wymianie pokochałam i bardzo polubiłam jej sposób pisania. Czytałam pierwszy rozdział, drugi, trzeci i NIE MOGŁAM SIĘ ODERWAĆ!!! Książka jest fantastyczna! Wciąga i nie zanudza (jak lektury szkolne) dzięki dodaniu od czasu do czasu zabawnego powiedzenia (bardzo podobało mi się to z ninją i sytuacja z liściem we włosach)! W tej książce niczego się nie spodziewałam, wszystko było dla mnie ogromnym zaskoczeniem. Zakończenia nie mogłam przeżyć i do teraz nie mogę! Dlaczego, dlaczego w takim momencie?! Ale właśnie takie zakończenie jest zakończeniem DOBREJ książki. Nie mogę się doczekać kolejnej części! Wytrzymam czy nie wytrzymam?! Maryśka lepiej zabieraj się natychmiast do roboty! :P. W owej książce również bardzo podoba mi się to, że czuć w niej autorkę. To wszystko dzięki temu, że umiejętnie wplotła to niej swoje zainteresowania, ogólnie siebie i swoje życie. Wątek z tańcem czy uwielbieniem wobec książek. Nie wiem czy tylko ja to widzę, ale czuję, że jest to w jakimś stopniu związane z twoim rokiem na wymianie. Podobne niektóre znaczenia, zdarzenia, zachowania. Mogłabym opisać każdą stronę, każde zdanie tej książki. Jestem nią zachwycona i wniebowzięta. Chyba zacznę czytać science fiction :D Marysiu, mówiłaś żeby nie wychwalać twojej książki, ale powiedz jak tego nie robić? Skończyłam czytać i po co żyć dalej? Jedynie po kolejną część :) Jedyne co chciałabym ci powiedzieć to to, że Ci z całego serca DZIĘKUJĘ za to książkę i wiec, że w Summer Snyder widzę Ciebie :)

Szczegóły konkursu w tym filmiku:

środa, 1 lipca 2015

Przetworzona pasza

Jak już wiadomo, podczas mojego pobytu na wymianie sporo przytyłam. Po powrocie obserwuję, że nie tylko ja. W stosunku do poprzedniego roku Polacy wydają się znacznie grubsi i dotyczy to ludzi w każdym wieku. Najbardziej rzuca się to w oczy gdy robi się cieplej i ze spodni wylewa się sadło, a na uda napakowane są cellulitem. To daje do myślenia. Skoro oczywiste jest, że nikt nie chce być gruby, a ludzie utyli, to winy należy szukać nie tyle w nich, ale w jedzeniu.

Zauważyłam, że popsuło się wiele produktów, np. wedlowskie Ptasie Mleczko, które jest teraz gumowe i ma sztuczny smak, dużo słodszy niż kiedyś. Czekolada zdumiewająco przypomina amerykański plastik o nazwie Hershey's. Jak kiedyś kochałam słodycze i pochłaniałam je w hurtowych ilościach, tak teraz przerzuciłam się na czekoladę gorzką, bo wiele moich ulubionych słodyczy nie smakuje już tak jak kiedyś i po prostu mi nie smakują. Chce mi się czegoś słodkiego, sięgam po nie i nie mogę przestać jeść. Szukam tego, co mnie usatysfakcjonuje, ale wszystko, co napocznę okazuje się plastikowe.

Amerykańskie słodycze są milion razy gorsze. W domu nikt nie chce ich jeść, nawet mi obrzydły po powrocie do normalnego jedzenia. Maja (moja siostra) wyniosła je na podwórko, aby rozdać koleżankom, niestety im także nie smakowały. Nadają się chyba tylko do wyrzucenia. Nie rozumiem, jak mogłam się nimi zachwycać w USA. Teraz chce mi się rzygać na ich widok. Cieszę się, że w naszym dobrym kraju można jeszcze kupić coś dobrego.

Od czasu, kiedy zauważyłam, że mój ulubiony kefir ma jakiś dziwny smak, etykiety czytam systematycznie, nawet jeżeli produkt znam i go od dawna go używam. I tak spostrzegłam, że cokolwiek nie wezmę do ręki, to ma teraz w składzie: syrop glukozowo-fruktozowy, mleko w proszku, gluten i olej palmowy. Myślę sobie, po jakiego grzyba syrop glukozowy czy mleko w proszku dają do szynki, albo mleko w proszku do chleba? Produktów nabiałowych bez mleka w proszku ciężko uświadczyć, a w przypadku tych słodzonych również bez syropu glukozowo-fruktozowego. W zasadzie wszystko co ma słodki smak ma w składzie ten syrop. Olej palmowy jest składnikiem, najczęściej podstawowym (wymienianym w składzie w pierwszej kolejności), we wszystkich słodyczach, 1/4 Nutelli to właśnie ten olej, zlokalizowałam go też w mrożonkach z warzywami. Z półek zniknęły też gdzieś soki z krajowych owoców, np. nigdzie nie mogę dostać soku wiśniowego czy z czarnej porzeczki, miejsce których zajęły jakieś "nektary" słodzone syropem glukozowo-fruktozowym.

Czytam sporo na temat różnych "ciekawych" dodatków (o niektórych już kiedyś pisałam), wszystkie charakteryzuje niski koszt dla producenta oraz wysoki koszt dla naszego zdrowia. Produkuje się dużo, tanio i z zyskiem. Jedzenie ma długą datę ważności, więc nie traci się, jeśli klienci czegoś nie kupią. Na przykład ten cały olej palmowy, nowość, jest używany, ponieważ okazało się, że jest dziesięć razy tańszy od zamienników. Szkoda, że przy tym niezdrowy. A brzmi tak potulnie, "palmowy", to pewnie z jakiejś roślinki, a roślinki są przecież dobre, no nie? No nie. A raczej nie po przejściu przez pasteryzacje, rafinacje, chemioterapie i czego jeszcze sobie producent nie wymyśli, żeby się wolniej psuło.

Apeluję do wszystkich o czytanie etykiet i mądre wybieranie produktów. Obecnie idziemy w stronę Amerykanów, zatrzymajmy się!!! Nie musicie wierzyć mi na słowo - internet stoi otworem, wystarczy wpisać hasło i wszystko macie podane na tacy. Poczytajcie i przemyślcie. Na zdrowie.

Legenda:
* olej palmowy (ukryty także pod takimi nazwami jak: olej roślinny, tłuszcz roślinny, czy tłuszcz roślinny utwardzany) - źródło niekorzystnych dla organizmu nasyconych kwasów tłuszczowych, które sprzyjają otyłości, cukrzycy i powodują wzrost „złego” cholesterolu

* syrop glukozowo-fruktozowy - ukryte źródło cukrów prostych, nie dostarcza żadnych właściwościowi odżywczych, to za jego sprawą jesteśmy szybciej głodni, jemy szybciej, częściej i coraz więcej, poza tym mamy większą ochotę na produkty z cukrem - a przez to wszystko szybciej tyjemy 

* mleko w proszku - jest nazywane "cichym zabójcą", odpowiedzialnym za alergie, problemy ze stawami, migreny, osteoporozę i wiele innych patologii, jest też źródłem utlenionego cholesterolu LDL – podejrzewanego o rozwój miażdżycy; dodawane są do niego szkodliwe dla zdrowia substancje przeciwzbrylające, co ciekawe w jego skład wchodzi też wspomniany wyżej olej palmowy; dodawane do wszystkiego jako zagęstnik i źródło słodkiego smaku, żeby nam lepiej smakowało i żebyśmy chętniej kupowali

* gluten  (ukryty pod różnymi nazwami, np. skrobia modyfikowana, białka pochodzenia roślinnego, skrobia warzywna, białka zbożowe, zagęszczacze i wypełniacze zbożowe, skrobia pszenna) - ma działanie uzależniające, jest odpowiedzialny za uczucie wiecznego głodu, przy czym pobudza apetyt na produkty zarówno go zawierające, jak i wszelkie inne. Nie dziwi więc, że producenci tak chętnie dodają go do wszystkiego, więcej przecież kupimy. A my, dodatkowo nakręcani modą na "zdrowe produkty pełnoziarniste" więcej jemy i tyjemy. Gluten obwinia się też za różne spustoszenia w naszych organizmach, ospałość i brak koncentracji, wzdęcia i inne problemy jelitowe, osteoporozę, łuszczycę, cukrzycę, złe samopoczucie, wysypki, bóle głowy i problemy psychiczne.

Planuję nakręcić wakacyjną serię filmików o zdrowym stylu życia, podobną do zeszłorocznej. O ile w tamtym roku przedstawiłam teorię, o tyle teraz chciałabym zaprezentować coś praktycznego. Pomysły na zdrowe posiłki, naturalne kosmetyki, zestawy ćwiczeń, czytanie etykiet, itp. Co o tym myślicie? Macie jakieś pomysły? Bardzo chciałabym pomóc tym, którzy chcą coś zmienić w swoim życiu, zanim będzie za późno i dogonimy USA.

O mleku: http://amerykanska-przygoda.blogspot.com/2014/05/wszystko-o-mleku.html
O substancjach "E": http://amerykanska-przygoda.blogspot.com/2014/05/czym-sa-i-co-powoduja-substancje-e-oraz.html
O pszenicy i glutenie: http://amerykanska-przygoda.blogspot.com/2014/05/pozywna-pszenica-i-zdrowe-produkty.html
O chemicznych dodatkach do żywności: http://amerykanska-przygoda.blogspot.com/2014/06/chemiczne-dodatki-czyt-trucizny-do.html


sobota, 27 czerwca 2015

Polityka komentarzy w Marysiolandzie

Tak. Jestem tak samolubna i zapatrzona w siebie, że użyłam nazwy "Marysioland". Każdy ma mnie wielbić i chylić się do stóp. Mam dom ze złota i pływam w pieniądzach codziennie po podwieczorku. Jeden wujek drukuje moje książki, drugi promuje filmiki na YouTube, trzeci reklamuje bloga. Znam się najlepiej na wszystkim i w ogóle po co mi jakaś edukacja?! Sama ustalę sobie nowe zasady matematyki. Jestem rozpieszczonym dzieckiem i zachowuję się infantylnie. Aktualnie walczę o własną gwiazdę na Alei Gwiazd. W sumie to nic nie muszę i bawię się w berka po szkole.

Taki obraz mojej osoby wykreowałam poprzez połączenie kilkunastu komentarzy z ostatnich tygodni. Ciekawe, prawda? Szkoda, że nie prawdziwe. A może i nie szkoda.

Otrzymałam dziś bardzo długi i ciekawy komentarz od jakiegoś Anonima, który zmotywował mnie do odniesienia się do wszystkich "afer komentarzowych", jakich powstało na moim blogu całkiem sporo. Zacznę od tego, że od kilku dni moderuję komentarze, czyli zatwierdzam je lub odrzucam, zanim ujrzą światło dzienne. Koniec z wolnością słowa, za dobrze się niektórym zrobiło. Musiałam wprowadzić tą zmianę, ponieważ zaczęły się pojawiać krzywdzące komentarze w stylu "jak się ma tyle hajsu, to po co studia?" i tak dalej, głównie gorzej. O ile nie przeszkadzają mi komentarze z krytyką - konstruktywną krytyką, to nie znoszę, kiedy ktoś pisze nieprawdę. Później przeczyta to ktoś inny, podłapie negatywne nastawienie i we wszystko uwierzy. Zapewniam was, że nie mam złotego sedesu w willi na Malediwach. Na to, co osiągnęłam, musiałam ciężko pracować i kombinować, jak tu sobie poradzić. Nikt za mnie nie machał złotymi kartami. (Zaraz sobie pomyślą, że jestem zapatrzona w siebie. Oj!)

Wiele osób pisze, że jestem samolubna, zapatrzona w siebie i wydaje mi się, że świat kręci się wokół mnie. Moim zdaniem to nieprawda, ale każdy ma prawo do swojego zdania. Ci, którzy mnie znają, sami wiedzą, jaka jestem, a inni przeczytają parę zdań na blogu i wyciągają pochopne wnioski. Na psychologii uczyliśmy się o czymś takim jak "fundamental attribution error". Polecam wygooglować. Tymczasem wyjaśnię, że wiem, jak małą istotką jestem na tym świecie, w sumie jestem zbiorem protonów, elektronów i neutronów, tak samo jak każdy inny człowiek. I absolutnie nie uważam, że jestem od kogokolwiek ważniejsza. Moim zdaniem każdy człowiek jest TAK SAMO WAŻNY. Każdy, każdy, każdy.

Jeśli chodzi o studia, to najpierw się niektórym nie podobało, że nie idę na studia i stwierdzili, że uważam się za najmądrzejszą na świecie, w końcu wiem wszystko i po co mi jakakolwiek edukacja. Nic bardziej mylnego! Wiem, że wiem bardzo niewiele i cały czas szukam wiedzy. Tylko że wolę uczyć się inaczej niż większość ludzi. Lubię zdobywać wiedzę w praktyce. Uczyć się na własnych błędach i wyciągać wnioski. Moją pasją jest biznes i sprzedaż, a tego po prostu nie da się nauczyć na studiach! Wolałabym założyć własną firmę zamiast siedzieć na uczelni, tylko że to nie jest takie proste. Jestem na 99% pewna, że bym zbankrutowała. Ja to wiem! Wiem, że na pewno zrobię milion rzeczy źle. Ale dzięki temu nie popełnię tych samych błędów kolejnym razem i wierzę, że w ten sposób dojdę kiedyś do celu. (Zaraz pomyślą, że myślę zbyt pozytywnie. Oj! Chyba lepiej pisać o pogodzie...)

No i pojawia się kwestia mojej infantylności. Mimo, że mam 18 lat, wyglądam na 13. Nie noszę makijażu na codzień. Nie chodzę co piątek na imprezy i nie piję. Lubię gry planszowe i różne "dziecinne" książki dla młodzieży. Ubieram się inaczej niż moje rówieśniczki w tym kraju. Chodzę po krawężniku. I właśnie dlatego w TYM kraju jestem uważana za infantylną. Za to w USA byłam jak najbardziej normalna. A raczej normalnie nienormalna, bo tam nie istnieje coś takiego jak norma. Każdy człowiek jest tak od innych odmienny, że w pierwszych dniach szkoły szczęka mi opadała na widok niektórych dziwactw, ale po pewnym czasie nauczyłam się nie oceniać ludzi po tym, czy noszą klapki basenowe z dwoma różnymi skarpetami, do tego plecak z Hogwartu i błyszczącą kokardę we włosach, czy też dżinsy z Abercrombie, plecak Louis Vuitton i przyjechali do szkoły porsche. Prawie zawsze wszyscy ci dziwni ludzie okazywali się bardzo mili i powszechnie lubiani, mimo że tak odmienni. W życiu nie zgadłabym, że są tak przyjaznymi i mądrymi osobami po ich wyglądzie, głosie, upodobaniach. Fundamental Attribution Error się kłania. Polecam przemyśleć wszystkim Polakom (i nie tylko).

I od razu dodam, że nie będę odpowiadać na krytyczne komentarze. Po co mam dyskutować? Przeczytałam, przemyślałam, wzięłam pod uwagę i wyciągnęłam wnioski. Nie rozumiem, dlaczego niektórzy wymagają ode mnie, abym tłumaczyła się z tego, kim jestem. Na blogu często nie wyjaśniam moich myśli do końca i stąd wynikają różne opinie w stylu "ma hajs", "wie wszystko", itd. Czasem wydaje mi się, że coś jest oczywiste, ale okazuje się, że nie jest. Trudno. Nie mam zamiaru się tłumaczyć. Amen.

piątek, 26 czerwca 2015

Idę na studia

Droga Dobo, dlaczego jesteś taka krótka?

Z poważaniem,
Marysia

Czasami człowiek nie ma nic do roboty, leży plackiem i się nudzi, przełącza kanały i nic nie znajduje, a potem przychodzi czas, kiedy nagle zbiera się milion spraw do załatwienia, a żadna z nich nie może czekać. Moja doba odkąd wróciłam z USA jest o wiele za krótka. Już parę dni po powrocie zaczęłam sprzedawać książkę, w końcu nie ma na co czekać. W przedpokoju stoi wieża kartonów z "Wyspą X", która sama się nie sprzeda, nie zrecenzuje, nie ulepszy, nie zareklamuje. Na sukces trzeba ciężko zapracować, więc postanowiłam zacząć. I tak od dwóch tygodni pakuję i adresuję, pakuję i adresuję. W zeszłym tygodniu stałam na głowie z tym wysyłaniem i miałam wrażenie, że nie mam na nic czasu. Po kilku dniach stało się to prostsze, ale czasu mam jeszcze mniej z prostego powodu. Studia.

Zdecydowałam się jednak pójść na studia. Z kilku powodów. Po pierwsze, cała rodzina truje mi przy każdym spotkaniu, że powinnam studiować. Nie jest łatwo sprzeczać się ze wszystkimi, a jedną z najbardziej znienawidzonych przeze mnie rzeczy są konflikty. Gdyby to był jedyny powód, na pewno stałabym przy swoim, w końcu to ja mam być szczęśliwa a nie oni, ale studenci są uprzywilejowani. Z autobusie zniżki, na basenach zniżki, w kinach zniżki - studiowanie się opłaca. Już o tym zapomniałam, kiedy byłam w USA. W podatkach także zniżki. Cud miód. Interesuje mnie także program Erasmus, który umożliwia wyjazd na studia za granicę, coś a la wymiana, dowiedziałam się, że mają w ofercie uczelnie w Madrycie, a tam mieszka Susi. Poza tym studia kształcą - co prawda nie nauczą mnie tego co bym chciała, czyli biznesu i sprzedaży, ale czegoś uczyć muszą. Dlatego istnieją.

Przeszłam się po wszystkich czterech rzeszowskich uczelniach i na każdą z nich mogę zostać przyjęta z GED-em. Na tą, którą wybrałam, najtrudniej mi się dostać, bo kazali mi załatwić apostille. Jest to poświadczenie, że moje dokumenty nie są sfałszowane i wydaje je sekretarz stanu. Napisałam już do niego e-mail, mam nadzieję, że jakoś da się załatwić wszystko na odległość. Kiedyś można było prosić o to ambasadę, teraz już nie. W każdym razie mogę zostać przyjęta warunkowo, a apostille dostarczyć później.

Jeszcze nie wiem, co będę studiować. Każdego dnia zmieniam zdanie. Najpierw parę osób doradziło mi filologię angielską - znam już język, będzie łatwo. Napaliłam się na to, ale potem uznałam, że to trochę bez sensu. W teście uczelni, który miał wskazać odpowiedni kierunek wyszła mi ekonomia, więc postanowiłam studiować ją, w końcu już kiedyś o tym myślałam, ma ona coś wspólnego z biznesem. Potem pomyślałam, że lepiej zdobywać umiejętności praktyczne i zdecydowałam się na informatykę, w końcu fajnie byłoby projektować strony internetowe i wymyślać własne programy. Następnego dnia uznałam, że aby to robić, wystarczy przejść szkolenie, nie trzeba spędzać pięć lat na nauce, w końcu nie jest to moja wielka pasja. Potem stwierdziłam, że chcę zmienić uczelnię i może pójdę do Warszawy na psychologię, która mnie bardzo interesuje. Też się na to nakręciłam, ale po rozmowie z rodzicami stwierdziliśmy, że skoro nie jest to moja miłość i nie chcę robić kariery w tej dziedzinie, to po co wyjeżdżać gdzieś daleko, kiedy mogę studiować blisko domu. Wybrałam inną uczelnię i na początku zdecydowałam się na zarządzanie, ale zmieniłam na logistykę. Ech, w Stanach jest łatwiej. Na studiach wybiera się przedmioty i mogłabym się uczyć tego wszystkiego. W studiach mam jeszcze jeden cel, a mianowicie od dawien dawna mam upatrzone świetne studia podyplomowe - MBA. To będzie coś dla mnie, ale najpierw muszę zdobyć magistra. Kto wie, na co pójdę i gdzie będę za pięć lat. Pięć lat temu chciałam być drugą Supernianią, psychologiem dziecięcym, a okazało się, że kocham pisać i tańczyć.

Pamiętam, że naobiecywałam wam dawno czy mniej dawno temu różne posty tematyczne. Miało być coś o szkole, itd. Przy obecnej ilości komentarzy ciężko mi będzie to odnaleźć, więc bardzo bym prosiła tych, którzy proponowali tematy i zadawali pytania, aby się powtórzyli pod tym postem. Już niedługo coś dla was napiszę, jakoś dam radę znaleźć chwilkę czasu :)


Konkurs! (moja mina na miniaturze jest cudowna xD)


środa, 17 czerwca 2015

Sprzedaż książki

Nigdy bym nie przypuszczała, że po powrocie do Polski będę tak zajęta. Praca wre od rana do wieczora. Na szczęście już nie do nocy - przeszedł mi jet lag i chodzę spać o normalnej godzinie. Wcześniej kładłam się spać o pierwszej w nocy i miałam problemy z zasypianiem. Ruszyła sprzedaż książki i dziś parę godzin zajęło mi ogarnięcie przesyłek Allegro InPost - znalezienie czegokolwiek na ich stronie internetowej graniczy z cudem, nie będę nawet wspominać o wersji mobilnej, w placówkach nie mieli pojęcia, o co chodzi, dzwoniliśmy także do kilku kierowników i tym podobnych, też nam nie pomogli. Dobrze, że ludzie piszą o takich rzeczach na forach, dzięki ich wskazówkom zrozumiałam, jak to się wysyła i jeszcze dzisiaj pojadę wysłać książki do pierwszych klientów :) Kiedy otrzymacie przesyłki, zróbcie sobie zdjęcia z książką i wyślijcie mi na facebooku. Im bardziej kreatywne, tym lepiej!

Pierwsze sto osób otrzyma egzemplarz z autografem! Zamów już teraz: http://allegro.pl/maria-krasowska-wyspa-x-premiera-2015-i5455440093.html




Obcięłam wczoraj włosy! Czuję się świetnie, nie mogłam się doczekać nowej fryzury.